Dziewczyna od trawnikaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Dziewczyna od trawnika
Dziewczyna od trawnika
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dorota Pasek

Dziewczyna od trawnika


ISBN 978-83-8116-732-1


Copyright © by Dorota Pasek, 2019

All rights reserved Redaktor Hanna Kossak-Nowocień Projekt okładki i stron tytułowych Anna M. Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WIOSNA

SPOTKANIE I

SPOTKANIE II

SPOTKANIE III

SPOTKANIE IV

SPOTKANIE V

SPOTKANIE VI

SPOTKANIE VII

SPOTKANIE VIII

LATO

SPOTKANIE IX

SPOTKANIE X

SPOTKANIE XI

SPOTKANIE XII

SPOTKANIE XIII

SPOTKANIE XIV

SPOTKANIE XV

SPOTKANIE XVI

SPOTKANIE XVII

SPOTKANIE XVIII

SPOTKANIE XIX

SPOTKANIE XX

SPOTKANIE XXI

SPOTKANIE XXII

SPOTKANIE XXIII

SPOTKANIE XXIV

SPOTKANIE XXV

SPOTKANIE XXVI

SPOTKANIE XXVII

SPOTKANIE XXVIII

SPOTKANIE XXIX

SPOTKANIE XXX

JESIEŃ

SPOTKANIE XXXI

SPOTKANIE XXXII

SPOTKANIE XXXIII

SPOTKANIE XXXIV

SPOTKANIE XXXV

SPOTKANIE OSTATNIE

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WIOSNA
SPOTKANIE I
27 KWIETNIA, PIĄTEK

Marysia aż podskoczyła, gdy ryk muzyki wygnał z ogrodu wszystkie inne dźwięki. „Kto, do cholery, słucha czegoś tak dudniącego i łomoczącego, kiedy wszędzie wokół cisza śpiewa razem z ptakami?!” Kobieta odwróciła głowę w kierunku domu, a dłonią w umazanej ziemią rękawiczce przerzuciła gruby warkocz na plecy.

Na tarasie stał facet w bokserkach. Drapał się po całkiem niezłej klacie i rozglądał wokół. Miał rozczochrane, ciemne włosy i opuchnięte od snu oczy. Najwyraźniej dopiero co zwlókł się z łóżka. Marysia obrzuciła uważnym spojrzeniem smukłe ciało i ze spokojem wróciła do wyrywania chwastów.

— Ty!

Nie odwróciła się, choć była pewna, że to do niej. W końcu nikogo więcej tu nie było. Tylko ona i on. Uważała jednak, że nie musi reagować na takie burackie zaczepki.

„Ty?! No, naprawdę…”, prychnęła w myśli.

— Ty! Dziewczyno od trawnika!

Prychnęła pod nosem i odwróciła głowę. Ze zniecierp­liwieniem odsunęła pasmo włosów, które wymknęło się z warkocza i spadało na czoło.

— Czego chcesz, facecie w bokserkach?

— Coś nie tak z moimi bokserkami? — zapytał i uśmiechnął się wyzywająco.

— Tak.

— Niby co?

— Widzę je — odpowiedziała, starając się, by nie zabrzmiało to zaczepnie, lecz raczej rzeczowo.

— Nie lubisz bokserek?

— Lubię. Pod spodniami.

Podrapał się po głowie, zmierzwił obiema dłońmi już i tak rozczochrane włosy. Były ciemne, gęste i pewnie lekko falujące, kiedy je uczesał. Teraz jednak nie miał zamiaru tego robić, skoro rozsiadł się w wiklinowym fotelu i rozejrzał dookoła, jakby pierwszy raz na oczy widział dom, las, jezioro, no i oczywiście — trawnik.

Marysia była jednak pewna, że widziała gościa kilka miesięcy wcześniej, kiedy przyjechał z Berlińskim, poprzednim właścicielem domu. Nie dostrzegli jej, bo stała w cieniu drzew, za siatką, na ziemi niczyjej. Ziemia, znaczy, czyjaś na pewno była, ale ponieważ nie należała do nikogo ważnego i nie miała wielkiej wartości, to szkoda czasu, by mówić o jej właścicielu. Marysia stała więc na ścieżce wijącej się wśród jeżyn, by poprzyglądać się Berlińskiemu i jego gościowi, przez jakieś pięć minut. Działo się to kilka miesięcy temu, ale była pewna, że tamten facet to ten sam, który teraz zasiadł w trzeszczącym fotelu na brudnym tarasie. Wtedy miał na sobie porządny grafitowy garnitur, okropną różową koszulę i pasujący do całości krawat. Z miną pana na włościach lustrował każdy kąt i zadawał mnóstwo pytań, które irytowały Berlińskiego. Skąd Marysia wiedziała, że właściciel daczy był wnerwiony, skoro nie słyszała ani jednego słowa z ich rozmowy? Ano od wielu lat znała i Berlińskiego, i jego fałszywą gębę, i grymasy, jakie robił, gdy coś nie szło po jego myśli. Zawsze kiedy domagała się zapłaty za pracę, bo jakimś cudem, skunks jeden, znowu zapomniał w terminie zrobić przelew, miał taką minę, jak podczas rozmowy z tym gościem w różowej koszuli. Pewnie myślał, że nie zauważy on nędzy tego miejsca, zapuszczonego domu i ogrodu, wystroju rodem z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, i to ze wskazaniem miejsca zakupów na coś jak obory Czacza. Nie żeby Marysia miała coś do Czacza i przedsiębiorczości jego mieszkańców. Absolutnie! Doceniała ludzką pomysłowość, bo sama za bystra w te klocki nie była. Gdyby zechciała założyć własną firmę w podobnym asortymencie, zbankrutowałaby na tydzień przed jej otwarciem, takie miała biznesowe zdolności…

Widać jednak facet w różowej koszuli był z tych bystrych, bo jakiś czas po tym, kiedy obejrzała go sobie na pomoście nad jeziorem, Berliński zadzwonił do niej i powiedział, że sprzedał posiadłość, ale jeśli Marysia chce, to może dalej zajmować się ogrodem na dawnych warunkach. Dodał, że nowy właściciel, o ile się dobrze zorientował, na razie nie będzie się wprowadzał. Marysia nie namyślała się długo. Zgodziła się pracować dalej, tym bardziej że był już koniec września, jesień pukała do drzwi i właściwie roboty w ogrodzie zostało na jeden, maksymalnie dwa miesiące. Nowy właściciel wyasygnował Berlińskiemu pieniądze na jakieś trzy miesiące, więc Marysia poczuła się niejako zobowiązana do pracy.

Do spotkania i sprzedaży doszło wczesną jesienią ubiegłego roku, teraz była wczesna wiosna, dokładnie — ciepły, deszczowy kwiecień. Dziewczyna odwiedzała ogród regularnie od połowy marca i aż do dziś nie zauważyła widomych znaków czyjejkolwiek obecności. Raz czy dwa pomyślała, że bez sensu kupować dom, w którym nigdy się nie mieszka, ale tak naprawdę się cieszyła, że nie było lokatorów. Dzięki temu nikt się nie wtrącał, nikt jej nie poganiał, nie przepytywał. Raj!

 

Jednak te czasy się skończyły. Na tarasie, w starym, rozwalającym się wiklinowym fotelu, który stał na dworze od zawsze, siedział owłosiony facet w granatowych bokserkach i przyglądał się jej uważnie.

— Chcesz powiedzieć, że mam się ubrać? — zapytał i Marysia poczuła to samo poirytowanie, które pewnie towarzyszyło Berlińskiemu.

— Właśnie — odpowiedziała jednak nad wyraz spokojnym tonem, mimo że pomyślała: „No po prostu geniusz…”.

— I tak trzeba było od razu. Jasne, proste komunikaty ułatwiają porozumienie. ¿Lo entiendes?

— Słucham?

— Zapytałem, czy rozumiesz. Ćwiczę hiszpański.

— Rozumiem — mruknęła, ale po chwili dodała, że nie hiszpański, tylko wykład o zrozumiałych komunikatach. — Mówisz po hiszpańsku?

— Nie. Uczę się.

— Po co?

— A dlaczego nie? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zmienił pozycję. — Nie ma poduszki na ten fotel? Strasznie niewygodny, wpija się w…

Facet urwał w pół zdania, a Marysia wzruszyła ramionami, bo przecież nie wiedziała, czy są tu jakiekolwiek poduszki na fotele. Czy też cokolwiek innego. Nie znała tego domu za dobrze, choć kilka razy była wewnątrz. Znała za to doskonale trawnik i ogród. No i budynek gospodarczy, który stał w głębi posesji, niemal nad brzegiem jeziora. I nie interesowało jej wcale a wcale, w co gościowi w bokserkach wpija się wiklina.

— Powiedz mi, dziewczyno od trawnika, dlaczego cię zatrudniam?

— Żeby mnie ogłuszać okropną muzyką i zadawać mnóstwo pytań?

Uśmiechnął się, pokazując prawie wszystkie zęby. Jego twarz się rozświetliła. Impertynencja dziewczyny wyraźnie mu się podobała. Wstał z fotela, wszedł do domu. Muzyka umilkła. Wrócił na taras po dłuższej chwili. Marysia uśmiechnęła się pod nosem, kiedy zauważyła, że wciągnął spodnie i zwykły granatowy T-shirt. W dłoni trzymał szklankę wody.

— Wracając do naszej rozmowy, dlaczego cię zatrudniam?

— Bo nie lubi pan kosić trawy?

Wypił kilka łyków, a Marysi wydało się, że ukrył za szklanką uśmiech.

— Nie — pokręcił przecząco głową. — Bo mam na głowie ważniejsze sprawy niż trawnik.

— Czyli jakie?

Upił wody, tym razem z miną świadczącą o tym, że zastanawia się nad odpowiedzią.

— Pracuję w poważnej firmie — powiedział wreszcie. — Na poważnym stanowisku. Stać mnie na wynajęcie kogoś, by skosił moją trawę.

— Więc, jak wynika z powyższego wywodu, zatrudnia mnie pan, bo pana na to stać, bo jest pan poważnym człowiekiem na poważnym stanowisku — podsumowała, mocując się z kępą młodych pokrzyw. Syknęła, kiedy jedna z łodyg uderzyła ją w nadgarstek i zapiekło. Z werwą wyrwała uprzykrzone parzydła. Odrzuciła je na taczkę i spojrzała na faceta.

— Tak — powiedział, jakby czekał z odpowiedzią do chwili, gdy obdarzy go uwagą. — Chcę, by pieniądze, które wydam na ten ogród, się nie marnowały. A widzę, że się marnują — zakończył, rzucił jej wyzywające spojrzenie i zasiadł w fotelu wyraźnie z siebie zadowolony.

Marysia odwróciła się do niego i usiadła po turecku. Zdjęła rękawice i spokojnie poprawiła włosy. Z krzaków wyjęła butelkę wody. Zbyt energicznie przechyliła ją, by się napić, i smużka wody pociekła po brodzie w dół, na szyję. Facet przełknął ślinę, jakby i jemu nagle zachciało się pić. Marysia nie miała zamiaru dzielić się z nim swoją wodą. Skoro go stać na wynajęcie ogrodnika, to na pewno stać go i na wodę. Zresztą ciągle miał trochę w szklance.

— Twierdzi pan, że się marnują? — zapytała, zakręcając butelkę i chowając ją w cieniu pod świeżymi, wiosennymi liśćmi.

— Tak. Właśnie tak myślę. To nie jest ogród. To chaszcze, chwasty i badyle. Za co ja ci płacę?

— Jak rozumiem, nie podoba się panu stan ogrodu.

— Dobrze rozumiesz — przytaknął. — I zastanawiam się, dlaczego ogrody moich znajomych są doskonałe, a mój to katastrofa.

Marysia westchnęła.

— Pozwoli pan, że zastanowię się z nim? — zapytała i poczekała chwilę, póki nie machnął ręką, by mówiła dalej. — Ile powierzchni ma teren wokół domu?

— Nie wiesz? — odpowiedział pytaniem.

— Wiem. Pytam, by ustalić fakty. Jasne, proste komunikaty ułatwiają porozumienie. ¿Lo entiendes?

Zaśmiał się, kiedy zrozumiał, że cytuje go słowo w słowo, i do tego z odpowiednim akcentem.

Chwilę trwało, nim przerzucanie się krótkimi zdaniami przyniosło informację, że działka ma pół hektara, a trawnik zajmuje połowę tego.

— Jak długo, według pana, kosi się tyle trawnika kosiarką ręczną, spalinową bez napędu? Dodam, że jej najlepsze lata minęły dekadę temu i przydałaby się nowa z napędem. Więc ile, według pana, czasu zabiera mi skoszenie tego trawnika?

— Nie wiem. Nie robię w koszeniu trawników — stwierdził z przekąsem. — Ile?

— Na pewno więcej niż dwie godziny.

— I co? Jakiś wniosek z tego gadania będzie?

— Pan zatrudnia mnie na dwie godziny w tygodniu.

Założyła rękawice i odwróciła się do chwastów, które wcześniej wyrywała spomiędzy krzewów. Nie chciała, by dorodne krzaki, które poprzycinała jesienią, całkiem zarosły jakimś zielskiem. Obok stała taczka pełna pokrzyw i lebiody. Usłyszała trzeszczenie wikliny i po chwili zobaczyła bose stopy tuż obok swojej dłoni. „Witaj, katarze!”, pomyślała sarkastycznie, bo był kwiecień, owszem, ciepły, całkiem miły, ale mimo wszystko dopiero kwiecień. Latanie na bosaka po trawniku to murowane przeziębienie. Podnios­ła głowę, przeciągając spojrzeniem wzdłuż szwu spodni, aż do kieszeni, w którą wsadził rękę. Zauważyła, że na przegubie miał bransoletkę splecioną ze skórzanych rzemyków zakończonych eleganckim metalowym zapięciem. „No, no, patrzcie państwo, nosimy drogą męską biżuterię”, skwitowała i stwierdziła, że nawet się jej to podoba. Na pewno pasowała do niego bardziej niż różowa koszula.

— Mówisz, że mój ogród wygląda jak busz dawno nieprzycinany, bo masz czas tylko na strzyżenie trawnika?

— Koszenie, nawożenie, rekultywacja i podlewanie. Na inne rzeczy czasu nie starcza. Ale musi pan przyznać, że trawnik jest rewelacyjny. Co prawda dopiero zaczął odrastać, ale nie ma w nim chwastów ani badyli.

— Wygląda dobrze — przyznał z uśmiechem, który świadczył, że wyłapał złośliwe przytoczenie jego własnych słów. Tak, Marysia może i była dziewczyną od trawnika, ale dziewczyną bystrą i inteligentną. Sroce spod ogona nie wypadła! Niech sobie gość od różowej koszuli i męskiej biżuterii nie myśli!

— Cieszę się. A skoro już ustaliliśmy co, jak i dlaczego, wrócę, jeśli pan pozwoli, do pracy.

Uśmiechnął się pod nosem i skinął głową. Poszedł w stronę jeziora i nie było go z piętnaście minut. Wrócił jednak w chwili, kiedy Marysia pchała taczki z zielskiem z stronę płotu.

— Stój! — rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Stanęła. Wyprostowała się, odrzuciła pasmo włosów z czoła i spojrzała pytająco. Zaczynał ją irytować.

— Mówisz, że potrzeba ci więcej godzin, żeby zadbać o mój ogród?

— Ale pan inteligentny… — zakpiła, a on znowu się uśmiechnął. Ładnie to robił, całą twarzą, oczami błyszczącymi świetliście.

— Ile?

— Ile czego? — dopytała.

— Godzin pracy — jęknął, jakby zaskoczony, że nie łapie, o co mu chodzi.

— Dużo więcej.

— Czyli ile? — drążył.

— Na początek miesiąc po osiem godzin dziennie, potem przez kolejne dwa po cztery godziny dziennie. Potem zobaczymy — rzuciła całkiem bez namysłu. Nigdy przecież nie zastanawiała się, ile godzin trzeba na doprowadzenie tego ogrodu do przyzwoitego stanu.

— Płacę ci na godziny?

— Tak.

— Ile?

— Dziesięć.

— Dziesięć? Na godzinę? — zapytał zaskoczony.

— Dziesięć złotych polskich na godzinę.

— I ty chcesz pracować za takie pieniądze?

— Sama się sobie dziwię — mruknęła pod nosem i dźwig­nęła taczki. Powstrzymał ją szybkim ruchem ręki.

— Mieszkasz tu we wsi?

— Tak.

— Znasz się na ogrodach?

— Znam.

„Co za baran…”, pomyślała, ale czekała, co dalej, opierając dłonie na biodrach.

— Chcesz tę pracę na pełen etat? Na miesiąc?

Zastanawiała się, milcząc, dłużej, niż się spodziewał, bo zniecierpliwiony uniósł pytająco brwi.

— Piętnaście złotych na godzinę — wypaliła.

— Co? — spojrzał na nią zaskoczony. — Teraz jest ­dziesięć!

— Teraz teoretycznie koszę tylko trawnik, praktycznie dużo więcej, ale co mi tam… — Machnęła ręką na odczepne. — Koszenie jest łatwe. Każdy potrafi, choć nie każdy próbuje, jak pan wie. Żeby zrobić porządek w ogrodzie i doprowadzić go do stanu doskonałego, trzeba się na tym znać. Ja się znam. Zawodowo się znam. Mam przedstawić swoje CV?

— Nie ma potrzeby — mruknął, spojrzał na jezioro, na nią, na dom, na trawnik… — Pięć dni w tygodniu, po osiem godzin dziennie po piętnaście złotych na godzinę przez miesiąc… To da jakieś dwa i pół na miesiąc… — podsumował, skinął głową i wyciągnął do niej rękę. — Dobra, pracujesz dla mnie. Ale oczekuję, że po tym miesiącu efekty będą widoczne.

Marysia zdjęła rękawicę i uścisnęła mu dłoń.

— Będą — oświadczyła. — Pieniądze chcę raz w tygodniu. Gotówką — dodała i zabrała się za taczki.

Tym razem jej nie zatrzymał. Nie odwróciła się, by zobaczyć, co robi. Taczki były wielkie i ciężkie, a prowadzenie ich po szmaragdowym kobiercu nie było łatwe. Nie chciała ich przewrócić. Natomiast bardzo chciała już oddalić się od tego faceta i jego pytań.

Wyrzuciła chwasty na stertę pod płotem i naładowała kompostu. Zajmowała się tym ogrodem od wczesnej wiosny. A że wiosna przyszła w tym roku bardzo wcześnie, to zdążyła już raz skosić trawę, przyciąć krzewy w grupie zasadzonej przy szczytowej ścianie domu, podsypać nawozu i przerobić kompost z zeszłego roku. Od miesiąca pracowała tu systematycznie trzy razy w tygodniu. I każdy, kto choć trochę znałby się na rzeczy albo po prostu miałby oczy szeroko otwarte, zauważyłby dowody jej zaangażowania. To, że facet niczego nie dostrzegł, dowodziło jego nieznajomości tematu. Był totalnym ogrodniczym ignorantem. Zaprowadziła taczki do wyczyszczonego z chwastów klombu i wywaliła na niego kompost.

— Dziewczyno od trawnika!

— Co?

— Masz jakieś imię? — zapytał.

— Mam — odpowiedziała i poszła dalej.

Zaśmiał się.

— Jakie?

— Marysia.

— Maria?

— Nie, Marysia. Marysia Tamulska z domu Romasz.

— Tak masz w dowodzie? Marysia?

Spojrzała na taras i położyła dłonie na biodrach. Facet był wkurzający. Siedział w fotelu i bezczelnie się na nią gapił.

— Właśnie tak mam w dowodzie. Marysia. A panu co wpisali do dowodu?

— Adam Antoni Kochański — przedstawił się, uchylając wyimaginowanego kapelusza. — Możesz zacząć od dziś.

Odpowiedziała, że ma inne plany, ale na pewno przyjdzie w poniedziałek.

— Majówka będzie, nie bierzesz wolnego?

— A płaci pan za wolne? — odpowiedziała pytaniem, a kiedy zaprzeczył ruchem głowy, bez słów, dodała, że donikąd się nie wybiera, więc popracuje, a on jeśli chce, może przyjechać sprawdzić. Wyjaśnił, że wtedy nie będzie go w okolicy, na co z przekorą palnęła, że nigdy go tu nie ma, więc może pieniądze za ten pierwszy tydzień dać jej już teraz. Uśmiechnął się, pokręcił głową i poszedł do domu. Po chwili wrócił z pieniędzmi. Marysia przeliczyła, wsunęła gotówkę do kieszeni i skinęła głową. Nie było o czym dłużej gadać.

Był ostatni piątek kwietnia. Pierwszy raz od pół roku miała u kogoś pracować na pełen etat. Nawet jeśli tylko przez jeden miesiąc. I na czarno.

Rozgarnęła kompost, oczyściła narzędzia. Skończyła pracę, którą sobie na dzisiaj wyznaczyła. Odprowadziła taczki i schowała narzędzia, umyła ręce i twarz. Chociaż było ciepło jak na tę porę roku, to otuliła się kurtką i włożyła czapkę, zanim wsiadła na skuter brata. Miała tendencje do łapania zapalenia ucha, więc wolała dmuchać na zimne i chronić głowę, nawet w tak ciepłe, wiosenne dni. Jechała powoli szeroką ścieżką wyłożoną szarą, cementową kostką. Nowy szef siedział na tarasie i na nią patrzył. Wiedziała o tym, chociaż nie spojrzała w jego stronę. Nie odwróciła się również przy bramie, chociaż czuła na plecach wzrok Adama Antoniego Kochańskiego.

 

Pomyślała, że i owszem, był interesujący, a rozmowy z nim dość zabawne, ale co z tego? Nie znała gościa, niczego o nim nie wiedziała, a życie nauczyło ją, że pierwsze wrażenie potrafi być bardzo mylące. Bardzo.

SPOTKANIE II
11 MAJA, PIĄTEK

Wiedziała, że przyjechał, bo nie wstawił samochodu do garażu. Nawet drzwi nie zamknął. Ani do samochodu, ani do domu. Jedne i drugie uchylone, aż zapraszały, by wejść. Ale nie weszła. Włączyła spryskiwacze na trawniku i zabrała się za obcinanie żywopłotu od strony jeziora.

— Dziewczyno od ogrodu! — usłyszała i aż podskoczyła.

— Czy pan chce, żebym zeszła na zawał?!

— Nie wyglądasz jak ktoś, komu grozi zawał — stwierdził spokojnie. — Umiesz gotować?

— Jestem dziewczyną od ogrodu, nie od garów.

Zaśmiał się, jak zawsze, gdy go tak impertynencko sprowadzała na ziemię, ale poprosił, by rozpytała we wsi, czy nie ma kogoś chętnego do ugotowania mu czegoś od czasu do czasu, i dalej stał obok. Ze spokojem, a może nawet i znudzony, śledził, jak obcina gałęzie, by wreszcie zapytać, czy umie sprzątać.

— Każdy umie — mruknęła.

— Zapłacę ci ekstra, jak tu dzisiaj posprzątasz. Mam jutro gości, a straszny syf w środku.

— Ile pan zapłaci? — zapytała, choć wcale się nie paliła do takiej roboty. Marysia po prostu nie lubiła wielkiego sprzątania. Machanie ścierą przez kilka godzin było ostatnią rzeczą, o jakiej marzyła w to popołudnie, jednak z drugiej strony… Kasa piechotą nie chodzi… Przydałoby się parę dodatkowych monet na nawóz do borówek. I wypatrzyła w Internecie kilka ciekawych rzeczy…

— Dwie stówy — powiedział, ale jak na jej gust zanadto spokojnie. Zerknęła. Stał, trzymając jedną rękę w kieszeni, z obojętnym wyrazem twarzy, rozluźniony tak, jakby w ogóle mu na tym nie zależało. „No, naprawdę, ktoś się nabiera na te twoje minki?”, zachichotała w myślach.

— Cały dom za dwie stówy? Łącznie z oknami? I z patio? — zapytała tonem tak samo spokojnym i wypranym z jakichkolwiek emocji, że dał się złapać. Kiedy potwierdził, zaśmiała się niczym kiepska aktorka w kiepskiej komedii. Głośno, ostentacyjnie i na wskroś fałszywie.

— Powodzenia — stwierdziła wreszcie i chlasnęła żywopłot sekatorem. — Tam jest wejście do domu — wskazała mu taras. — I niech mi pan głowy nie zawraca swoimi rojeniami na temat cen za ekspresowe usługi.

— To ile? — zapytał niezrażony.

— Minimum cztery.

— Cztery stówy?

— Na dwie. Sama nie uwinę się z tym do jutra, a nie będę sprzątać po nocy. Zadzwonię po koleżankę. To jak?

Wzruszył ramionami.

— Ale będzie do jutra czysto jak u perfekcyjnej pani domu?

Westchnęła i przytaknęła. „Perfekcyjna, kurna, pani domu nie sprząta takich hal lotniczych jak ten dom”, pomyślała, ale postanowiła zachować to dla siebie. Zażądała pieniędzy na środki czystości, mopy, rękawice i wszystko inne, co będzie potrzebne. Zgodził się, z zastrzeżeniem, że wszystko, co zostanie po porządkach, wyląduje w jego składziku na szczotki. To z kolei wydało się Marysi tak oczywiste, że spojrzała na niego jak na wariata, zanim powiedziała, że to chyba jasne.

— Wiesz przecież, że cenię proste komunikaty — powiedział spokojnie. — Dzwoń po koleżankę.

Marysia usiadła na trawie, zdjęła rękawiczki i wyjęła z kieszeni telefon. Zaskoczona stwierdziła, że Adam Antoni Kochański czeka, by usłyszeć jej rozmowę. Facet przeginał. Spojrzała znacząco, ale poważny biznesmen na poważnym stanowisku w poważnej firmie tylko błysnął zębami i stał dalej. Tyle że oczy zwrócił na połyskującą taflę jeziora.

— Dzień dobry, pani Michalska. Zuza jest? Może ją pani poprosić? Tak? Dziękuję, w porządku. Naprawdę. Wszystko w porządku. — Mama Zuzy mówiła szybko i jak zawsze nieskładnie. Wyrzucała z siebie słowa, w kolejności dziwnie niegramatycznej. Jakby do jej głowy ktoś wrzucił granat albo jakby losowo wybierała słowa ze zdania, które ułożyły jej zwoje mózgowe. Trudno się z nią rozmawiało, ale Marysia nie robiła tego zbyt często. Była znajomą Zuzy, a nie jej mamy. Wreszcie potok nieskładnej relacji z zakupów w mieście został przerwany. W słuchawce dał się słyszeć nieco zdyszany głos Zuzy i jej zwykłe powitanie: „Cze, mała, co tam?”. Marysia się uśmiechnęła. — Chcesz zarobić dwie stówy? Sprzątanie rezydencji Różowej. Co? Od razu. Nie, ja też… Dobra… Słuchaj, kup coś do sprzątania, bo tu nic nie ma, a jak jest, to stare. I weź paragon. No, chyba też. Jasne, czekam.

Rozłączyła się i schowała aparat.

— Przyjedzie — mruknęła, bo patrzył pytająco.

— Się rozumie, że przyjedzie. Zastanawia mnie ta różowa rezydencja…

— Nie różowa rezydencja — sprostowała z uśmiechem — tylko rezydencja Różowej. Dziunia, która kiedyś tu mieszkała, zgrywała wielką damę. Mówiła o tym domu „rezydencja” i ubierała się na różowo. I chociaż nie ma jej tu już z pięć lat, to zostało: rezydencja Różowej. Wszyscy wiedzą, o czym mowa.

— Kupiłem rezydencję Różowej?

— Raczej jej kochasia. Zresztą Berliński nie jest zbyt stały w uczuciach. Dziunie zmieniały się dość często. Po Różowej na dłużej mieszkała tu Pantera. Muszę tłumaczyć, dlaczego Pantera? — zapytała i spojrzała na niego pytająco, ale szybko pokręcił głową, uśmiechając się. — Nie chodziła do wsi, więc nie mieliśmy okazji jej bliżej poznać i zmienić nazwy. Została „rezydencja Różowej”.

Marysia uznała, że dość już się nagadała. Sięgnęła po sekator i wróciła do obcinania najniższych gałęzi żywopłotu. Adam przyglądał się, jak pracuje. Czuła tę obecność w denerwujący sposób. Była pewna, że się z nią drażnił.

— Będzie pan tak stał?

— Może… Zastanawiam się…

Milczał i patrzył na nią, jakby chciał, by zapytała, nad czym tak głęboko rozmyśla przy zaniedbanym żywopłocie z grabów.

— Że niby nad czym? — zapytała więc, kręcąc dłonią i wyciągniętym wskazującym palcem kółka, jakby chciała uruchomić jego dar wymowy.

— Sprzątanie i koszenie to nędzna robota dla inteligentnej dziewczyny — stwierdził z powagą i zajrzał Marysi w oczy.

— Tak? A jaka byłaby dobra? — zaśmiała się, myśląc, że powinien odpuścić.

— Ja wiem…? W firmie jakiejś? W biurze? Przecież mnóstwo tego jest, nie?

— W mieście może… Tu nie ma nic, żadnych biur czy firm.

— To czemu tu jesteś? — zapytał ostentacyjnie zaskoczony.

— Bo tak chcę, Panie Wścibski.

Odwróciła się i chlasnęła kilka zbyt długich gałązek. Nie lubiła takich rozmów. W ten czy w inny sposób prowadziły do czasów, kiedy mieszkała i pracowała w mieście. Potem zawsze padało pytanie, dlaczego rzuciła miasto i karierę, a o czym jak o czym, ale o powodach ucieczki z miasta Marysia nie miała zamiaru mówić. „Co komu do jemu, a jemu do komu?”

Nagle przestała ją bawić rozmowa z panem Adamem Antonim Kochańskim. Cięła żywopłot z energią godną lepszej sprawy, wkładając w każdy ruch więcej siły, niż było trzeba.

— Łatwo cię zdenerwować — zaśmiał się.

— Co pan powie… — mruknęła i nadal nie miała zamiaru z nim rozmawiać, ale nagle zmieniła zdanie. Odwróciła się do niego z sekatorem otwartym do cięcia. — Po prostu wnerwiają mnie mądrale, którzy żyją w przeświadczeniu, że wiedzą, czego innym trzeba do szczęścia. I wszystko mierzą własną miarą.

— Że niby ja…

— Że niby tak! I niech pan już idzie, posłucha sobie muzyczki albo co! — warknęła.

— Coś dzisiaj nie mamy humorku… — mruknął.

— Jasne… Zaraz mi pan powiesz, że pewnie mam napięcie przedmiesiączkowe… — rzuciła i chlasnęła sekatorem powietrze.

— A masz?

Spojrzała na niego jak na idiotę. Już miała na końcu języka, że jej PMS to naprawdę nie jego sprawa, kiedy zobaczyła te lśniące oczy i uniesiony leciutko prawy kącik ust… Ten skubany łobuz bardzo dobrze się bawił, próbując ją wkurzyć. „Dobra, Panie Irytujący! Poczekaj! Ja, ci jeszcze pokażę!”, pomyślała, zapisując w odpowiedniej części własnego twardego dysku, by przy pierwszej nadarzającej się okazji pograć z nim tak samo.

— Czeka mnie sprzątanie tego hangaru nieruszanego przez pół roku albo i więcej, a jeśli czegoś bardziej nienawidzę od przemądrzałych gości, to generalnego sprzątania! — odszczeknęła z rozpędu.

— A ja myślałem…

— Niech pan już idzie i da mi spokój — rozkazała, ale już bez złości. — A najlepiej niech pan wsiądzie do swojej superfury i gdzieś sobie pojedzie… Ja wiem, może do miasta?

Zaśmiał się, niby rozbawiony jej złością, ale kiedy skinął głową i spojrzała mu w oczy, był w nich łagodny spokój.

— Racja — powiedział właśnie tak: łagodnie i spokojnie. — Jutro mam gości, a lodówka pusta.

Odszedł, pogwizdując melodię z jakiegoś filmu o kowbojach. Sama by mu chętnie gwizdnęła. A może powinna siebie walnąć za to, że dała się tak sprowokować. Obeszła żywopłot i zabrała się do przycinania go z drugiej strony. Cięła i cięła, póki jej ramiona nie osłabły. Usiadła w nikłym cieniu za krzakami i pozwoliła, by wspomnienia wypłynęły na powierzchnię jej złości i frustracji.

Nie, nie chciała do miasta i do pracy w biurze czy jakiejś wspaniałej firmie. Już tam mieszkała. I uznała ten rozdział za zamknięty. Miasto zabrało jej to, co miała najważniejszego. Nie odnajdywała się już w zdyszanym pośpiechu, zaczął przytłaczać ją wielkomiejski hałas, zniechęcała zimna pustka betonowych ulic. Nie, nigdy już nie wróci na stałe do miasta.

Nie było po co i dla kogo.

Ze złością objęła ramionami kolana i zza zasłony rzęs obserwowała taflę jeziora. Dzień był bezwietrzny, słoneczny, więc woda lśniła jak wielkie półkoliste lustro, w którym odbija się niebo i ziemia. Niby takie same, ale rozmazane i na opak, jak jej świat po życiu w mieście. Niby takie samo, a jednak inne. Niepełne. Nieprawdziwe. Jak odbicie w wodzie.

Poderwała się, słysząc kroki, i szybko przetarła twarz dłońmi. Nie lubiła się mazać przy ludziach.

— Marysia?

Odetchnęła, bo głos nie należał do faceta. To tylko Zuza, a Zuzy się nie wstydziła. Nie to co tego pieprzonego mądrali, Adama Antoniego Kochańskiego.

— Co tam, mała? — zapytała Zuza, ale kiedy Marysia, wzruszając ramionami, odpowiedziała, że nic, że to co zawsze, pokręciła głową. — Mała, zawsze ci mówię: pierdol to! Mówię?

Marysia przytaknęła.

— A czy ty na słuchaniu mnie kiedyś źle wyszłaś?

— Chyba… Parę razy — odpowiedziała Marysia i obie się zaśmiały.

— Idziemy zarobić na chleb! — rozkazała Zuza i ruszyła w stronę domu. — Nigdy tam nie byłam, a ty?

Marysia była kilka razy, ale nie na tyle długo, by wiedzieć, gdzie co jest. Zabrały się więc do pracy w dość niecodzienny sposób — od zwiedzania. W niewielkim korytarzyku zaraz za drzwiami wejściowymi były trzy pary drzwi, jedne prowadziły do piwnicy, którą dziewczyny pozostawiły niezbadaną; drugie do niewielkiego pomieszczenia, które w założeniu miało być garderobą, ale teraz raczej składem rzeczy różnych, częściowo po prostu śmieci. Po otwarciu trzecich weszły do obszernego salonu z wielkim kominkiem, wybudowanym w rustykalnym stylu z ociosanych kawałów granitu. Palenisko ziało wielką czarną dziurą i choć nie było w nim ani przypalonego drewna, ani popiołu, to pachniało mało zachęcająco. Ustaliły, że tylko wymiotą palenisko, wyczyszczą drewniane półeczki, a reszcie dadzą spokój. Nie miały narzędzi i środków do czyszczenia zapuszczonego przez lata kominka. Drewniana podłoga najlepsze czasy miała za sobą, ale była z porządnych, grubych desek, więc można było ją wycyklinować i pomalować na nowo. Tymczasem mogły jej ofiarować po prostu porządne mycie. Okna potrzebowały wody i ścierki, a firanki prania, chociaż gdyby to od Marysi zależało, nie wieszałaby ich ponownie. Pomyślała, że to bardzo miłe miejsce ten stół pod oknami. „Śniadanie z widokiem na las i jezioro…”, rozmarzyła się i uśmiechnęła pod nosem.