Czas gniazdowania

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czas gniazdowania
Czas gniazdowania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,95  46,36 
Czas gniazdowania
Czas gniazdowania
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dorota Pasek

Czas gniazdowania


ISBN 978-83-8116-432-0


Copyright © by Dorota Pasek, 2018


Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018

All rights reserved Redakcja Witold Kowalczyk Projekt okładki Izabella Marcinkowska Opracowanie graficzne i techniczne Witold Kowalczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

GRZEGORZ

SARA

SARA I GRZEGORZ

GRZEGORZ

Oczy pana Miecia przewiercają na wylot, ale Grzegorz doskonale nauczył się udawać, że niewiele go obchodzą natrętne, pytające spojrzenia.

— Dzień dobry, panie Soler. Dawno pana nie było.

— Życie, panie Mieciu, życie… — odpowiedział i wykonał ręką nieokreślony ruch. — Jest ktoś na górze?

— Pani Oliwia wróciła jakąś godzinę temu.

— Sama?

Konsternacja na twarzy portiera wystarczyła mu za odpowiedź.

— Rozumiem… — mruknął Grzegorz i zaproponował, by pan Miecio zadzwonił na górę i go zaanonsował. Kiedy portier sięgnął po słuchawkę, Grzegorz ruszył w kierunku windy i zanim drzwi bezgłośnie się zasunęły, usłyszał:

— Pani Oliwio, pan Grzegorz jedzie…

Reszta zdania została w holu. Zagłuszyła ją okropna, metalicznie pobrzękująca melodia, której Grzegorz nie znosił. Zawsze go drażniła, nawet wtedy, gdy wsiadał do tej samej windy jako człowiek szczęśliwy i zadowolony. Pamiętał, że kiedyś właśnie tak było — czuł się spełniony w niemal wszystkich dziedzinach życia. Miał świetną żonę, doskonałą pracę i pieniądze na wyprawy w nieznane.

Uśmiechał się do wspomnień tym samym łagodnym i pobłażliwym grymasem, który dorośli posyłają naiwnym i mało świadomym dzieciom. W tej chwili ten głupi uśmiech świadczył o tym, że przez ostatnich kilka miesięcy stał się o wiele bardziej dorosły, niżby chciał. A wspomnienia były jak… Jak bajka z morałem.

„Tylko jaki ten morał?” — myślał, patrząc na swoje odbicie w lustrze, i ironicznie uniósł brwi.

Zanim winda stanęła na trzecim piętrze, obejrzał się dokładnie. Dwa dni wcześniej poszedł do fryzjera i kazał bardzo krótko obciąć włosy. Wiele lat pozwalał im rosnąć aż do ramion. Oliwia uważała, że miękkie, niemal czarne fale okalające mu twarz łagodzą jej ostre kanty — prosty, wąski nos, grube łuki brwiowe, pod którymi ukrywały się szare oczy, i wreszcie nieco zbyt długi, ale mocny i bardzo męski podbródek. Kiedyś na rok ukrył go w bujnej brodzie. I tak chodził, ukryty we włosach na twarzy i głowie. I nieźle się z tym czuł. W ogóle dawniej miał o niebo lepsze samopoczucie niż obecnie.

Uśmiechnął się złośliwie w chwili, gdy winda zatrzymała się na trzecim piętrze, a drzwi rozwarły, cichutko brzęcząc. Muzyczka umilkła. Przestrzeń korytarza rozświetlały ledowe lampki. Po szlifowanym betonie posadzki niósł się odgłos jego kroków. Szkło, kamień, metal i beton na ścianach, podłodze i suficie sprawiały, że to miejsce wydawało mu się wyjątkowo nieprzyjazne. Nie lubił tego budynku, choć przeżył w nim kilka sensownych lat.

Jeszcze niedawno mieszkanie 3c w strzeżonym budynku z podziemnym garażem i siłownią dla lokatorów wydawało mu się szczytem osiągnięć. Teraz jednak nijak nie mógł się zmusić, by wejść do mieszkania, którego zazdrościli mu niemal wszyscy znajomi. Stanął przed drzwiami i chwilę się zastanawiał, jak postąpić. Otworzyć drzwi własnym kluczem? To byłoby najprostsze, jednak jeśli Oliwia zmieniła zamki, co przecież mogła zrobić choćby ze zwykłej złośliwości, wyjdzie na idiotę. Zresztą, była z kimś, wolał więc nie wchodzić bez zapowiedzi. Raz już to zrobił i niemal natychmiast pożałował.

Wtedy, pół roku wcześniej, w późny marcowy wieczór otworzył drzwi, bezszelestnie wsunął się do środka i odłożył torbę. Zacisnął w dłoni klucze, by nie zabrzęczały, i powoli, niemal skradając się na palcach, wszedł do ciemnego salonu. Z sypialni dobiegał dźwięk wieczornych wiadomości. Smuga rozdygotanego, niebieskawego światła przywabiła Grzegorza jak ćmę. Poszedł za nią cichutko do samych drzwi. Czuł na policzku wygładzone, lakierowane drewno futryny, gdy zerknął w szparę, przez którą sączyła się telewizyjna poświata. Chciał się zorientować, co robi Oliwia. Była przecież noc, może nie strasznie głęboka, ale jednak, więc miała prawo spać. Nie powinien jej budzić, choć miał na to wielką ochotę. Nie było go ponad tydzień. Więc zerknął. Tak dla orientacji.

I zamarł w połowie oddechu, zamarł w połowie uderzenia serca, które zatrzymało się tak samo jak jego myśli. Kiedy ruszyły po jakimś nieokreślonym czasie, choć chyba dość krótkim, chyba, bo wcale nie był pewien, na jak długo go sparaliżowało… więc kiedy jego mózg i serce na nowo podjęły wysiłek, by żył, wypita w taksówce woda podeszła do gardła. Przełknął z trudem i drgnął. Wiedział, że powinien coś zrobić. Otworzyć drzwi. Krzyknąć. Powiedzieć coś. Wejść do sypialni. Ale nie. Stał i patrzył, jak jego żona z werwą obciąga Danielowi.

Znał Daniela dłużej niż ona i wiedział, że lubi, gdy dziewczyny klękały przed nim i brały jego fiuta do ust. Opowiadał o tym. Przechwalał się, jakie to miał obciąganko, jak dobrze obsłużyła go taka jedna, jaki giętki miała języczek, jak głęboko go brała, aż po nasadę…

Słowa Daniela, ton jego przechwałek, pewne zwroty i powtarzane nieustannie zdania brzmiały w głowie Grześka i dudniły pod czaszką coraz głośniej i szybciej, aż do bólu; rozsadzały mu czerep milionem nakładających się na siebie słów, mlaśnięć, jęknięć, sapnięć…

Krzyknął wreszcie coś bardzo niewyraźnego, wszedł do sypialni, zacisnął pięść na kluczach i przywalił Danielowi w ekstatycznie rozchylone usta. W tym jednym ruchu, w nagłym, nieoczekiwanym dla siebie samego ciosie, zawarł całą swoją wściekłość. I nigdy tego nie żałował. Nawet kiedy sędzia zapytała go o to na sprawie rozwodowej. Patrzył tamtej kobiecie prosto w oczy:

— Tak, wybiłem panu Brzęckiemu dwa zęby i zmasakrowałem wargi. Wiem, ile szwów mu założono. Nie zaplanowałem tego — mówił. „I nie żałuję” — myślał. — To był odruch. W tamtej chwili zareagowałem właśnie tak, widać inaczej nie mogłem. Nie jestem człowiekiem, który rozstrzyga swoje problemy pięściami. Zresztą nie mam w tym wprawy, sam też się nieźle uszkodziłem.

Złamał wtedy dwie kości śródręcza, a jeden z kluczy głęboko rozciął skórę, mięsień i ścięgno wewnątrz dłoni. Ból poharatanego ciała z początku nie był wielki. Nasilał się jednak z godziny na godzinę i wreszcie Grzegorz wylądował na pomocy doraźnej i oddziale ortopedycznym. Poskładali go, pocerowali. A sędzia patrzyła mu w oczy i Grzegorz sądził, że go rozumie. Tak samo zresztą jak on sam rozumiał Daniela, gdy tłumaczył, że mu przykro, że był pijany, że niewiele pamięta i w ogóle to nie ma żalu o te dwa zęby. Tylko co z tego? Między zrozumieniem a wybaczeniem jest kosmos nie do przebycia. Przynajmniej Grzegorz nie umiał go pokonać. I nie chciał.

Po tej awanturze, po powrocie Daniela do domu, Lena, jego wieloletnia dziewczyna, zawiozła niewiernego ukochanego do szpitala, wróciła do domu, spakowała się i wyniosła do Gdańska. „Byle dalej od tego popapranego erotomana”. Tak powiedziała Grzegorzowi, kiedy zadzwoniła ze słowami zrozumienia i rozgrzeszenia. A może i pocieszenia.

Tylko czy on potrzebował pocieszenia? Nie, zdecydowanie nie życzył sobie litości i poklepywania. Był wściekły. Rozczarowany. Przygnębiony. Poniżony. Rozbity. Parę godzin siedział w gościnnym pokoju domu Grażyny, młodszej siostry, i się trząsł. Ze złości. Z upokorzenia. Nafaszerowany środkami przeciwbólowymi nie odważył się na choćby jednego drinka, a chciałby wypić ich milion i usnąć, zapomnieć choć na chwilę o podrygujących piersiach Oliwii, o jej chętnych, szeroko otwartych wargach wypełnionych fiutem tego skurwysyna. Nawet jeśli Daniel wypił za dużo, to Oliwia, o ile zdążył zauważyć, była dość trzeźwa. Zanim uciekł z mieszkania 3c, wstała z kolan, otarła usta dłonią i spojrzała mu w oczy. Wyzywająco. Zupełnie jakby była zadowolona, że oto wreszcie dała mu namacalny dowód swoich zdrad.

Kiedy tydzień wcześniej wyjeżdżał do Francji, umówili się, że po jego powrocie odbędą długo odkładaną poważną rozmowę. Grzegorz nienawidził poważnych rozmów na temat ich małżeństwa. Prowadzili je od kilku lat i nic a nic nie posuwali się do przodu. Uważał czasami, że wprost przeciwnie. Każda rozmowa o jej oczekiwaniach i jego wizjach wspólnego życia odgradzała ich od siebie. Oliwia mówiła wtedy coś, czego nigdy nie chciałby usłyszeć od kogokolwiek, a już na pewno nie od własnej żony. Kobiety, którą znał od dziesięciu lat i, jak mu się wydawało przynajmniej przez jakiś czas, znał całkiem dobrze. Jak widać — mylił się.

 

Mylił się nie tylko w tej sprawie. Okazało się, że przez osiem lat małżeństwa miał całkiem błędne mniemanie o własnym zaangażowaniu w ich związek. Wydawało mu się, że pracując po dziesięć godzin dziennie, by zarobić na wspaniałe wspólne życie, angażuje się w ich małżeństwo najlepiej, jak umie. Okazało się, że był wyjątkowo głupi. Z rozmowy na rozmowę lepiej pojmował niezadowolenie Oliwii. Jej pragnienie czegoś nieokreślonego, trudno definiowalnego… Po prostu innego. Innego niż on. Innego niż oni razem.

Teraz — z tego, co zrozumiał, a rozumiał mało, bo mózg mu nie pracował, jak należy, otoczony mętną mgłą upokorzenia i złości — też próbowała mu tłumaczyć, że czuła się samotna, zaniedbana i niedoceniona.

— Więc obciągasz największemu kurwiarzowi w mieście, żeby sobie poprawić nastrój? — zapytał.

Zatkało ją na chwilę, ale zaraz się zaśmiała. Daniel zbierał się z podłogi, jęczał i pluł krwią, ale Grzegorza niewiele to obchodziło.

— Pomóż kochasiowi, bo zapluje ci krwią cały dywan — poradził tonem tak lodowatym i pogardliwym, że nie poznał w nim siebie. — I zapnij mu rozporek, wygląda żałośnie z tym oklapłym kutasem.

Odwrócił się, by nie patrzeć na nich dwoje. Wiedział, że ciągle coś mówiła. Jednak słowa Oliwii wbijały się już tylko w mroczną pustkę w głowie Grzegorza i znikały, jakby je wchłaniała czarna dziura. W kuchni znalazł czystą, lnianą ścierkę i owinął nią dłoń. Jeszcze w pokoju zauważył, że klucz od piwnicy wbił mu się głęboko. Nie wyciągał go. W korytarzu podniósł torbę zdrową ręką i wyszedł.

Dziesięć minut.

Tyle zabrało im ostateczne zdemolowanie wspólnego życia.

Bo po trochu rozmontowywali je już wcześniej.

Kiedy spotkali się ponownie, mówili niewiele i właściwie można by ich wypowiedzi zamknąć w jednym lapidarnym zdaniu: „Czas na rozwód”. Grzegorz nie miał zamiaru usunąć w niepamięć zdrady. Mógł przymykać oczy na jej rozrzutność i dzikie wypady w Polskę. W końcu był inteligentnym, dobrze wychowanym, cywilizowanym mężczyzną. I chciał jej ufać. Chciał wierzyć, że ich małżeństwo przez te osiem lat nie stało się li tylko transakcją finansową. Że ciągle miał dom i żonę. Ale teraz nie był w stanie zapomnieć i wybaczyć. Nie mógłby znieść widoku ich sypialni. Ciągle miał przed oczyma ekstatycznie rozchylone usta Daniela, jego dłonie zaciśnięte na włosach Oliwii, jej nagie piersi falujące rytmicznie… Lubił jej piersi. Ssał ciemne, sterczące koraliki sutków z nabożnym uwielbieniem i słuchał jej miłosnych jęków. Był dobrym kochankiem. Dawał jej przyjemność na milion sposobów. Gdzie chciała i jak chciała. Dlaczego więc klęczała przed Danielem? A może nie tylko przed nim? Ilu mężczyzn odwiedziło ich sypialnię w czasie jego podróży? Albo gdy godzinami pochylał się nad komputerem? Te i gorsze jeszcze myśli tłukły się po jego skołatanej głowie. Nie chciał pamiętać, jednak pod opuszczonymi powiekami ciągle wyświetlał się ten sam film: jego niemal naga żona klęcząca przed pierwszym lepszym gnojkiem.

Po tygodniu, wciąż z ręką na temblaku, wrócił do mieszkania, by spakować swoje rzeczy. Oliwii nie było. Jak twierdził pan Miecio, pojechała z koleżankami do SPA nad morze. Żeby uczcić koniec ich małżeństwa? Nie chciał o tym myśleć. Powoli krążył po mieszkaniu i zbierał przeszłość. Kiedy już wszystko spakował, a poszło mu lepiej, niż myślał — bez ckliwości czy rozpaczy — zamknął małżeństwo z Oliwią w pracowni. Na klucz. A następnego dnia poszedł do umówionego wcześniej prawnika. Zanim Oliwia wróciła ze SPA, jechali już pośpiesznym do stacji Rozwód. I tego też nie żałował. Jednak ciągle sfrustrowany kręcił się po mieście i czuł, jak go palą ludzkie spojrzenia.

Teraz, po pół roku zdecydował się odwiedzić już nie swoje mieszkanie 3c. Zgodził się bez żadnych ceregieli, by przeszło na własność Oliwii. I tak nie mógłby w nim mieszkać. Spojrzał na zegarek, zacisnął palce na bliźnie wewnątrz dłoni i nacisnął dzwonek. Zabrzmiał głosem kukułki, tak jak go ustawił kiedyś, w innym czasie. Nie czekał długo. Drzwi uchyliły się nieznacznie, zaszurał łańcuch.

— Czego chcesz?

— Od ciebie? Nic. Przyszedłem po swoje rzeczy. Nagrałem ci się na pocztę. Odsłuchałaś? Za dziesięć minut przyjadą faceci od przeprowadzek.

— Wpuść go.

Głos był męski, zdecydowany. Mocny. Odwróciła się do mężczyzny za drzwiami i po chwili skinęła głową. Zamknęła drzwi. Metalicznie zagrzechotał zdejmowany łańcuch. Drzwi rozwarły się przed nim. W głębi korytarza, przy lustrze stał tamten. Starszy od Grześka. Szpakowaty. Garniturowy. Złoty zegarek lśnił na przegubie.

— Nie chcę awantur i wrzasków. Chcę zabrać swoje rzeczy z pracowni — powiedział Grzegorz w przestrzeń między nimi.

— To jest Marek.

— Zawadzki, Marek Zawadzki.

— Witam i przepraszam.

Minął faceta, choć widział, że temu, niech go diabli wezmą, zbiera się na kulturalną pogawędkę. Jednak Grzegorza nic nie obchodziły jego chęci, miał dość tego spotkania, zanim się zaczęło. Nie czuł się na siłach rozmawiać w swoim dawnym salonie z nowym facetem swojej byłej żony trzymającym w dłoni jego dawną filiżankę pełną kawy zrobionej w ekspresie należącym kiedyś do niego. Nie oszalał.

— Grzesiek…

Było w głosie Oliwii coś, co zmusiło go, by spojrzeć w niebieskie oczy.

— Porozmawiasz ze mną jeszcze kiedyś?

— O czym i po co?

Westchnęła.

— Nie bądź taki nieustępliwy.

— Zawsze byłem. Nic się nie zmieniło.

— Ja się zmieniłam.

— Pogratulować, ale co mnie do tego?

— Byliśmy przyjaciółmi…

— …i mężem, i żoną, i kochankami, i współpracownikami — przerwał jej tonem pełnym złości. — Zgadza się. I sama powiedziałaś: „byliśmy”. Już nie jesteśmy. I więcej nie będziemy.

— Przykro mi.

— I powinno.

— Proszę cię…

Nad drzwiami zakukało. Odetchnął z ulgą. Nie były mu potrzebne rozmowy z byłą żoną i jej kochasiem.

— Mam zamiar się tu wprowadzić — powiedział ten drugi.

— O! Pogratulować. Niech pan nie zapomina dzwonić przed powrotem do domu.

Szczęki faceta zadrgały, jakby nagle mocno je zacisnął.

— Jesteś… — warknął.

— Wiem, jaki jestem. Wiem, kim jestem. Idiotą, który poświęcił dziesięć lat życia na budowanie zamku na piasku. — Popatrzył facetowi w oczy i nie odwrócił spojrzenia. Miał dość tej rozmowy i ich chęci, by go udobruchać. Zakukała kukułka. — Wpuszczę ludzi od przeprowadzek.

— Grzesiek… — próbowała Oliwia.

— Już dość — powiedział zdecydowanie. — Dość. Wejdź do salonu i więcej nie mów do mnie ani słowa. Ani jednego, rozumiesz? Bo nie ręczę za siebie.

Wydusił to przez zaciśnięte zęby. Z zaciśniętymi pięściami. I sercem. I sobą całym zaciśniętym tak mocno, że bolało go całe ciało.

— Wpuść ludzi — powiedział spokojnie tamten facet, a kiedy otworzyła usta, by zaprotestować, ponaglił ją. — No już, wpuść ich i przyjdź do salonu.

Patrzyła na niego uważnie, wreszcie zrezygnowała i otworzyła drzwi.

— My do przeprowadzki — rzucił przysadzisty gość w firmowej koszulce i z zaciekawieniem zlustrował stojące w korytarzu osoby.

Przez kolejną godzinę ludzie z firmy przewozowej pakowali w kartony i wynosili osiem lat małżeńskiego życia Grzegorza Solera. Osiem lat w kartonach.

Miał kiedyś psa. Kiedy po dwunastu latach wspólnego życia przestał jeść i pić, kiedy jęczał po psiemu przez sen, owinął go w kocyk i zawiózł do weterynarza. Patrzył, jak zasypia, a potem lekarz go wyprosił. Dostał zgrabny, czysty kartonik i adres spalarni śmieci, do której powinien się udać. Udał się i patrzył, jak zgrabny, czysty kartonik z jego martwym przyjacielem jedzie na taśmociągu do pieca. Dwanaście lat wychodzenia na spacery i czesania sierści zapakowane w tekturowe pudło.

Uśmiechnął się ironicznie do analogii, choć czuł tę samą gorycz.

Kiedy ostatni element jego małżeńskiego eldorado zniknął w windzie, spojrzał na zakurzony pokój. Kilka kartek i szmat walało się na wykładzinie. Lubił swoją pracownię. Lubił niemal każdą chwilę, jaką tu spędził. Żal na moment w nim zadrgał, przepłynął falą ściśniętych mięśni po plecach i ramionach. Wykrzywił twarz.

— Ona naprawdę się zmieniła — powiedział za jego plecami tamten.

— To masz, facet, więcej szczęścia ode mnie — mruknął z rezygnacją.

Wyminął białą, lśniącą koszulę. Nie chciał mieć z gościem nic do czynienia. Nie mógł się zmusić, by mieć z nim cokolwiek do czynienia. A jednak, kiedy dotarł do drzwi, odwrócił się. Stali przed lustrem i patrzyli na niego.

— Miłego życia — powiedział cicho.

Sięgnął do kieszeni marynarki po klucze, ale dłoń trafiła na coś całkiem innego — niewielką nefrytową figurkę smoka, którą dostał od Oliwii. Dawno temu. Jeszcze przed ich ślubem. Na szczęście. Wpadła mu dzisiaj w ręce i odruchowo schował ją do kieszeni. Teraz wydała mu się symbolem czegoś, czego już nie ma. Spojrzał w oczy smoka raz jeszcze i postawił bibelot na stoliku przy drzwiach, odwrócił się i wyszedł. Wydało mu się, że Oliwia zaszlochała, ale chyba było mu to całkiem obojętne. Niech płacze, jeśli musi. On nie ma zamiaru.

Cholerna melodyjka w windzie szarpnęła jego trzewiami. Zrobiło mu się niedobrze. Dłonie drżały. Zaklął.

W holu było pusto. Beton, metal i szkło. Cisza i chłód klimatyzacji. Pan Miecio zamykał bramę za półciężarówką od przeprowadzek. Grzegorz się zatrzymał. Odpiął klucze od mieszkania, wyjął z kieszonki koszuli stówę i wcisnął dziadkowi obie rzeczy do ręki.

— Przykro mi, panie Grzesiu.

— Życie, panie Mieciu, życie. Do widzenia.

I tyle.

SARA
Rozdział I

Sara wraca do domu późnym popołudniem. Jest czwartek, połowa października, na dworze leje i jest przeraźliwie zimno. Musi wracać pieszo, bo wczoraj, drugi raz w przeciągu miesiąca, oddała samochód do naprawy. Kuli się, naciąga głębiej kaptur, ale i tak wiatr przenika ją do kości. Ostatnie dwie godziny spędziła na siłowni z dzieciakami ze szkoły i ma wszystkiego dosyć. Aga Michalska, matka Mikołaja, proponowała podwózkę, ale Sara nie lubi Agi za plotki na swój temat, woli więc tłuc się do domu w lepkim mroku listopada niż dziękować jej za pomoc.

Torba z ubraniem i adidasami zsuwa się nieustannie z ramienia. Trzeba wyciągać rękę z kieszeni i poprawiać. Mokra dłoń w kieszeni i lepiąca się do niej podszewka irytują Sarę. Tak samo jak dziury w drodze i błoto. Kilka razy wdeptuje w miazgę przerobioną kołami samochodów. Spodnie na pewno będą do prania, a buty… O butach to lepiej nie mówić.

Po dwudziestu minutach wchodzi na podjazd domu wybrukowany czerwoną, betonową kostką. Jest ciemno. Powinna pamiętać, by zapalać światło nad gankiem, kiedy wychodzi przed zmrokiem. Teraz po omacku wsadza klucz do zamka. Zza pleców dochodzi męski głos.

— Sara Leszczyńska? Pani jest Sara Leszczyńska?

Głos jest ciepły, choć nieco ochrypły. Na pewno nie należy do żadnego znanego Sarze mężczyzny. Dziewczyna nieruchomieje. Myśli, nie pierwszy zresztą raz, że powinna kupić wielkiego, groźnego psa i zamykać bramę. Świat jest pełen morderców i sadystów. Z drugiej strony facet zna jej nazwisko, więc nie jest przypadkowym przechodniem mordercą. Przyszedł tu, by się z nią spotkać. Strach ulatuje, kiedy z ciemności napływa informacja:

— W sprawie domu.

Oddycha z ulgą. Całkiem zapomniała, że facet, który wynajął stary dom babci, miał się zgłosić pod koniec tygodnia. To znaczy rano o tym pamiętała, ale w ciągu dnia całkiem wyleciało jej z głowy.

— Chciałbym prosić o klucze.

— Oczywiście — mówi wreszcie. — Zaraz.

Otwiera drzwi i zapala najpierw lampę nad wejściem, a potem tę w korytarzu.

— Muszę iść po nie do kuchni.

Odwraca się i patrzy na mężczyznę, który tak jak ona mruży oczy w smudze światła. Taksuje go przez chwilę. Jest wyższy od niej o jakieś trzydzieści centymetrów, ubrany w ciemną kurtkę z kapturem, mokre i zabłocone dżinsy. Buty, ciężkie trapery, wyglądają, jakby zmierzył głębokość wszystkich kałuż. Widocznie przyszedł tu tak jak ona — pieszo.

 

— Niech pan wejdzie. Wywieje ciepło z domu.

Wchodzą do korytarza. Sara zdejmuje kurtkę i zabłocone buty. On odrzuca kaptur. Ma krótkie, bardzo ciemne włosy. Nie czarne, brązowe z początkami siwizny na skroniach. Przez chwilę patrzą sobie w oczy. Mierzą się spojrzeniami. Oceniają. Sara jest pewna, że lokator nie golił się ze dwa dni. Policzki pokrywa ciemna szczecina, która powoduje, że twarz mężczyzny wydaje się zmęczona. Szare oczy z pewnością wyrażają znużenie. Tak, facet przyszedł pieszo i jest zmęczony po długiej podróży. Pewnie marzy tylko o tym, by zdjąć mokre spodnie i zabłocone buty, wyciągnąć się na łóżku w cieple i odpocząć. Dziwne, bo Sara czuje dokładnie to samo. I może by o tym powiedziała, ale spojrzenie nieznajomego, grymas na wargach nie zachęcają do jakichkolwiek osobistych wyznań.

Sara przypomina sobie, że powinna go wylegitymować, nim da mu klucze.

— Okropna pogoda — mówi spokojnie. — Pewnie pan przemókł i zmarzł. Poproszę o jakiś dokument i będziemy mieli formalności za sobą.

Czeka, aż gość z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjmie stary, skórzany portfel, a z niego dowód osobisty. Nazwisko się zgadza — Grzegorz Sorel. Urodzony w 1972 roku. Trzydzieści pięć lat. Jest od niej o siedem lat starszy.

— Ma pan bardzo nietypowe nazwisko.

— Rodzina wywodzi się z Francji. Mogę prosić o klucz?

— Oczywiście, przepraszam.

Idzie do kuchni, by po chwili wrócić z pękiem kluczy w dłoni.

— Napaliłam wczoraj w piecach, więc nie powinno być bardzo zimno. Ma pan trochę drewna w domu, więcej jest w drewutni. Mogę jeszcze zaproponować talerz zupy, na rozgrzewkę.

— Dziękuję, nie jestem głodny.

— Ten duży klucz do furtki, złoty — górny zamek, srebrny — dolny. Mały do kłódki do drewutni, zamykam ją, bo kradną. W łazience jest bojler, ale wyłączam go, bo strasznie żre prąd. Woda zresztą nagrzeje się w godzinę.

Przez chwilę zastanawia się, czy jeszcze coś musi mu powiedzieć. Ponieważ nic nie przychodzi do głowy, a Soler patrzy wyczekująco, już ma zaproponować, co powinien zrobić, gdyby czegoś potrzebował, ale coś ją przed tym powstrzymuje. Może to spojrzenie wyprane z emocji? Facet jeszcze chwilę stoi bez ruchu. Uśmiecha się wreszcie, ale tak na pokaz, na odczepnego; uśmiecha się, bo wypada w takiej chwili choć na chwilę wygiąć wargi. Tak właśnie robią ludzie kulturalni, a widać nie chce wyjść na gbura, co to podstawowych zasad nie zna.

— Dobranoc — mówi.

Narzuca kaptur i wychodzi w ciemność.

— Niech pan poczeka, gdzieś tu jest latarka!

— Nie trzeba. Dam sobie radę. Dobranoc — odpowiada z ciemności tonem, który nakazuje Sarze zostać we własnej sieni.

Dziewczyna zamyka drzwi na górny zamek, a po chwili również na dolny. Potem zdaje sobie sprawę z własnej głupoty. Najpierw wpuszcza do domu mężczyznę, którego w ogóle nie zna, a kiedy on wychodzi, zamyka się na dwa spusty. „Odwrotna kolejność, idiotko!” — gani się w myśli.

Godzinę później, po gorącej kąpieli i wczesnej kolacji popija piwo i wpatruje się w jasną poświatę dobiegającą z małego pokoju w domku babci. Zna w nim na pamięć każdą rzecz. Wyobraża sobie, jak lokator otwiera szafę (lewe drzwi skrzypią i nie stoją otworem, ale zawsze same się przymykają), układa rzeczy w komodzie (gałka środkowej szuflady nie trzyma się, jak należy, a jeśli za mocno pociągnąć, zostanie w dłoni), rozkłada wersalkę (wnętrze skrzyni na pościel jest biało-niebieskie), rozściela pościel i leżąc na wznak, wpatruje się w pęknięcia na suficie. Sama niejeden raz się w nie wpatrywała. A może słucha, jak drewno trzeszczy? Babcia mówiła, że ona i dom są tacy sami — starzy, trochę niedołężni, ciągle tylko stękają. Opowiadała, że kiedy nocą przewraca się na łóżku, słyszy, jak trzeszczą jej stawy i belki na suficie. Mówiła o nich — kości domu. Teraz po babci zostały pewnie tylko kosteczki, a w jej domu mieszka obcy mężczyzna. Czy dom trzeszczy uspokajająco, czy złości się na tego obcego człowieka? Sara dochodzi do wniosku, że rozmyśla nad zachowaniem starego, drewnianego domu niczym egzaltowana czytelniczka miesięcznika „Wróżka”. Głupie to jak diabli.

Na szczęście z sypialni dobiega melodyjka telefonu. Sara chwyta aparat w chwili, kiedy muzyczka milknie. Siada w starym, rozłożystym fotelu obitym ciemnobrązową skórą i nakrytym kawałem polaru, który ma udawać koc. Sara znalazła go w sklepie z tanimi tkaninami, spodobał jej się kolor, no i mogła kupić tyle metrów, ile jej potrzeba, by opatulić się dokładnie, kiedy wieczorami siada tu, by poczytać. Lubi wtedy zawinąć się w miękką, liliową tkaninę, postawić na stoliczku kubeł herbaty i zapalić lampę stojącą za fotelem. Czasami nastawia muzykę, ale częściej siedzi w ciszy. Tak spędza wiele wieczorów — cisza, herbata jaśminowa i kryminały.

Ewa dzwoni po raz drugi po jakichś dziesięciu minutach. Sara odczekuje kilka sekund i odbiera. Musi zdać relację ze spotkania z lokatorem. To Ewa, starsza, zamężna siostra Sary, wymyśliła, by trochę podremontować dom babci i spróbować go wynająć. „Ludzie lubią takie miejsca, na wakacje, na weekend, na czułe sam na sam, z dala od mężów i żon…” — tłumaczyła sceptycznie nastawionej siostrze. Wrzuciła dane ze zdjęciami na stronę agroturystykawielkopolska.pl i czekała. Podobno było kilka chętnych osób, ale ostatecznie, po dwóch miesiącach od wstawienia anonsu Sara zobaczyła na swoim progu tego Solera.

Ewa tokuje jak najęta. Słowa płyną nieprzerwanym strumieniem. Nie warto ich słuchać. Co Sarę obchodzi jakaś biurowa plotka… Nawet nie zauważa, kiedy głos siostry staje się szemrzącym potokiem nic nieznaczących słów, tłem dla własnych myśli. Zastanawia się nad nazwiskiem Soler. Nie podoba jej się i jakoś nie pasuje do mężczyzny, który je nosi. Imię pasuje, ale to nazwisko… Sara zaczyna słuchać Ewy, kiedy jej wewnętrzny radar wychwytuje imiona siostrzenic. Siostra wpada w temat swoich córek jak nurek w nieprzebrane głębiny oceanu i serfuje po nim swobodnie, bez jakiegokolwiek porządku, by nagle w środku opowieści o ostatnim przedszkolnym występie Madzi przejść do pytania o dom babci. Sara przez moment milczy, jej umysł stwarzał wizję siostrzenicy stojącej na scenie przedszkola i śpiewającej piosenkę, musi mieć kilka sekund na niezapowiedziany zwrot akcji. Przy Ewie, jej szalonych woltach tematycznych, nagłych, niczym niezapowiedzianych „szalonych Iwanach”, Sara często się zawiesza. Kiedyś, gdy były młodsze, Ewa potrafiła nieźle z niej szydzić za te chwile namysłu. Na szczęście teraz tylko czeka milcząco. Gdyby stała na wprost, z pewnością pukałaby palcem w blat stołu lub stopą o podłogę. Tak, Ewa jest nerwowa i wkurzająca. Ale to siostra, więc jakoś trzeba ją znosić.

Wreszcie Sara zaczyna mówić. Spokojniej i z namysłem opowiada o Solerze, jego zmęczeniu i mrukowatości.

— Przyjechał przezimować — rzuca Ewa, ale dla Sary dziwne jest to zimowanie w starym, drewnianym domu. Wie z doświadczenia, że to nie jest najlepszy pomysł. Palenie w piecach, stary bojler i nieszczelne okna. Do tego wyjący na strychu wiatr. Są lepsze miejsca, choćby przytulne miejskie mieszkania. Jednak skoro ten facet tak chce spędzić zimę… Wolna wola. I inne podobne bzdury. Ewa się rozłącza, a Sara wraca do kuchni, by odstawić butelkę po piwie do skrzynki w spiżarce. W domu babci nie płonie żadne światło. Z nieba leją się strugi deszczu, które wiatr rozgniata o szyby. Sara nie myśli o Grzegorzu Solerze, kiedy zwija się w kłębek pod kołdrą. Powtarza w pamięci angielskie słówka.