Alabastrowe pannyTekst

Z serii: Królowe Kharu #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dorota Pasek

Alabastrowe panny


ISBN 978-83-8116-820-5


Copyright © by Dorota Pasek, 2019

All rights reserved Redaktor Paulina Kaczmarek Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Kula Ilustracje Mariusz Kula Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1


Sinka kochała ten sad nie tylko dlatego, że uwielbiała zjadać kruche, soczyste owoce. Gdy wchodziła w szpaler drzew, miała wrażenie, że jabłonie czują to samo co ona i dzielą się swoją siłą. Gałęzie dotykały jej twarzy i ramion, jakby pieściły je muśnięciami. Uśmiechała się do nich i co chwila przystawała, by je trącać i głęboko wdychać słodki zapach unoszący się w powietrzu. Białoróżowe płatki ścieliły się u jej stóp i wplatały we włosy. Ich napowietrzny taniec rozweselił ją tak, że zaśmiała się radośnie. Lekki podmuch wiatru przyniósł kolejną falę płatków, zatańczyła więc i z nimi. Uniosła suknię i zawirowała, drobiąc stopami w mało skomplikowanej sekwencji kroków. Kolejne piruety, zmrużone oczy i wyrzucone w górę rozpostarte ramiona mówiły o niej wszystko. Tu, wśród drzew, Sinka czuła się wolna. W końcu stanęła, oparła ramię o pień i pogłaskała chropawą korę. Cisza, spokój, zapach drzew, ciepło słońca... Mogłaby tak trwać wiecznie.

Ale przecież była jak ptak w klatce. Gdy ostatni płatek upadł na ziemię, w jej sercu drgnęła nuta strachu. Pozostała w Domu, mimo że miał się do niego wprowadzić wysoko postawiony najeźdźca. Dowódca. Oderwała się od drzewa i ruszyła w stronę skarpy. Znała miejsce, z którego widać było całą posiadłość. Rozległe sady, łąki i pola zieleniące się wzeszłym niedawno zbożem, dalekie połyskiwanie jeziora, dachy domków rozrzuconych to tu, to tam. Na jasnym niebie słońce powoli kończyło swoją dzienną wędrówkę. Wszystko, co można byłoby zobaczyć z tej odległości, tchnęło spokojem, a jednak...

Sinka przyszła do sadu, by odpocząć od smutku, jaki czuła wszędzie wokół. Chciała spędzić tu godzinę w spokoju, samotnie kontemplując piękno otaczającego świata. Zeszła w dół pagórka i zatrzymała się niepewnie. Kilkanaście kroków od niej stał mężczyzna. O ile dobrze widziała pod słońce, był potężnie zbudowany i miał bardzo ciemne włosy. Ich kolor zaniepokoił Sinkę. W posiadłości nie było nikogo o aż tak ciemnych włosach. Zaintrygowana podeszła cicho; trawa tłumiła kroki. Stanęła obok i nie spojrzawszy na przybysza, zagadnęła:

— Piękny widok, prawda? O tej porze roku sady są takie malownicze.

Nie odpowiedział, tylko popatrzył zaskoczony, jakby wcześniej nie usłyszał, że się zbliża. Uśmiechnęła się do niego. Miał czarne oczy, długi nos i nieco zbyt dużą dolną wargę. W mroku tęczówek zalśniło pomarańczowo słońce. Oblizał spękane usta. Serce kobiety trwożliwie kołatało w piersi, krew odpłynęła z jej policzków. Wiedział, że rozpoznała, kim jest. Blask w ciemnych oczach przygasł i mężczyzna odwrócił głowę. Czyżby naprawdę westchnął?

— Owszem, draińskie posiadłości są malownicze, a ta wprost olśniewa — odpowiedział.

Głos miał gardłowy, a słowa wymawiał chropawo jak wszyscy Kharowie zza gór. W wypowiedzianym zdaniu pobrzmiewał zachwyt, ale Sinki nie obchodziły jego uczucia. Wrócił strach, przed którym chciała uciec, przychodząc do sadu, a serce ścisnęło się na nowo. Zrobiła krok do tyłu.

— Mieliście przybyć za kilka dni — powiedziała z wyrzutem. — Z jakiego powodu zmieniono plany?

Nie patrzył na nią, kiedy padła jego cicha odpowiedź:

— Być może nowy właściciel nie mógł się doczekać i przyspieszył swoje przybycie? Być może jest zmęczony i pragnie spokoju w takim ustronnym miejscu? Albo po prostu jest ciekaw, co tu zastanie?

Nie odezwała się, bo przecież nie znała odpowiedzi na te pytania. Spojrzała przenikliwie na obcego. Nie był pierwszym Kharem, jakiego widziała. Już wcześniej miała okazję słuchać ich niewyraźnej wymowy i przyglądać się ich twarzom. Ten, który stał na skarpie, mówił wyraźnie. Poza tym był wysoki i potężny w barach, władczy i niemal dystyngowany.

Prychnęła poirytowana, kiedy zrozumiała, że Khar wydał jej się interesujący, a nie chciała, by tak było.

— Jesteś nowym właścicielem? — zapytała wprost.

— A kim ty jesteś?

— Rozkazano mi zarządzać tym domem i dbać o ludzi, którzy w nim zostali.

— Dbać o Khara, który w nim zamieszka? — Jego ton sugerował, że było to oczywiste.

— Nie było mowy o dbaniu, bo pojęcie to zakłada chęć, zgodę i przyjazne uczucia. Czy służący musi mieć przyjazne uczucia? Czy niewolnicy w twoim domu dbają o ciebie, czy tylko ci służą?

— Nic nie wiem o niewolnikach — patrzył na nią bystro, lekko przekrzywiając głowę w prawo. — Nie mam niewolników, choć wiem, że w niektórych kharskich domach nadal panuje taki zwyczaj. Uważam, że to przestarzały sposób służenia. Wolę pracę ludzi wolnych, którzy wybierają swój los i się z nim godzą. A jak jest z tobą?

— Ze mną?

— Zostałaś tu... Wybrałaś?

Zezłościło ją to idiotyczne pytanie. Co niby miała mu odpowiedzieć? Że nakazano jej zostać, a nie tylko kurtuazyjnie zapytano o zgodę? Że nakazano wykonać delikatną misję? Poważną i trudną? Że ma nad sobą nadzorców, którzy będą pilnować każdego jej kroku? Że z tej rozmowy pewnie też zda relację? Uśmiechnęła się ironicznie.

— Wybór? Co to za wybór, gdy nie masz na nic wpływu? To nie wybór, lecz konieczność. — zamilkła, bo spojrzał zaskoczony jej tonem. Po chwili podjęła już spokojniej: — Mogłam odejść, ale zdecydowałam się tu zostać. Ta posiadłość jest dla mnie ważniejsza niż jakiś obcy zza gór i jego świta. Nie godzę się z tym, że tu będzie. To ponad moje siły pogodzić się z tym, że zamieszka w domu jednego z najwspanialszych rodów, wypędziwszy z niego prawowitych właścicieli — mówiąc to, zauważyła, że jego oczy niebezpiecznie się zwężają.

— Uważaj, kobieto... — ostrzegł.

— Jednak — kontynuowała, jakby nie słysząc ostrzeżenia — nie uczynię nic, co wymagałoby złamania moich zasad. Nigdy nie podniosę na niego ręki, tego wymagają ode mnie przekonania i wiara przodków; mam nadzieję, że również przyszłych pokoleń. Chcę pozostać im wierna, więc przywitam go z godnością i zapewnię spokój, mimo że moje serce nie godzi się z tym, co on i jego rodacy robią wokół nas. Czy on może zapewnić mi to samo?

— Czyli? — Nie wiedziała, czy nie rozumie, czy po prostu potrzebuje czasu na wymyślenie odpowiedzi.

— Zapewni mi spokój i pozwoli zachować godność?

Patrzył na nią, a coś w jego oczach mówiło, że nie spodziewał się takiego pytania.

— Gardzisz nim — powiedział wreszcie.

— Nie znam go. Jak mogę gardzić kimś, kogo nie znam? Po prostu nie mam powodów, by mu ufać.

— Podejrzewasz go o złe intencje.

— A o co innego mogę podejrzewać? — Zaśmiała się ironicznie. — Jest jednym z dowódców obcych wojsk, które zabijają moich rodaków.

— Jest Generalnym Dowódcą Wojsk Inwazyjnych.

— Jest obcym, który napadł na moją ziemię.

— Jest żołnierzem, który wykonuje rozkazy swojego króla.

— Jest żołnierzem, którego rozkazy wykonują inni.

— Nie rozkazuje: „Idźcie i mordujcie”.

— Żaden porządny dowódca tak nie powie. On mówi jedynie: „Za godzinę ta posiadłość ma być nasza”.

— A porządny podwładny wykona rozkaz.

— A porządny, lecz niepotrzebny właściciel posiadłości, a także jego żona i dzieci oraz wierna służba będą martwi.

— Pozostają ci, którzy godzą się na nowe warunki. Nic im nie grozi, póki wykonują obowiązki — skwitował chłodno.

— Taak. Nowe warunki... — mruknęła. — Żałuję, że cię spotkałam. Popsułeś tak miło zapowiadający się wieczór — powiedziała z goryczą. — Cóż, panie żołnierzu, czas mi wracać do życia na nowych warunkach. Skoro przybył zmęczony inwazją dowódca obcych wojsk... — w jej głosie, oczach, załamaniu ramion były rezygnacja i smutek.

— Nie przybył i nie poznałaś go jeszcze. Ciesz się swoją wolnością, póki możesz. Kilka tygodni, nie dłużej — powiedział, patrząc na sad.

— Kilka tygodni — powtórzyła. — Wybacz, że cię opuszczę — skinęła głową. Miała odejść, ale jeszcze raz obrzuciła go uważnym spojrzeniem. — Proszę, odpowiedz na moje pytanie, kiedy przybędziesz tu oficjalnie.

— Z pewnością odpowiem. Lubię jasne sytuacje — stwierdził, a w jego oczach błysnęło zaskoczenie, że domyśliła się, kim jest. Jak większość wojowników zza gór zapewne gardził Drainami oraz ich sposobem życia. Kharowie nigdy nie rozumieli draińskich zwyczajów, śmiali się z ich zasad oraz szydzili z wiary w siłę dobra i przemiany.

 

— Wierzę, jesteś przecież żołnierzem...

Nie było już nic do powiedzenia, więc skinęła głową, odwróciła się i odeszła szpalerem kwitnących jabłoni. Jeszcze przez chwilę czuła na sobie wzrok Khara. Niewielka gałązka jabłoni musnęła jej twarz, ale tym razem nie sprawiło jej to przyjemności — nie czuła wiosennej radości drzew ani ich wiecznej siły. W odruchu nagłej rozpaczy wyciągnęła rękę i odepchnęła gałązkę ze zniecierpliwieniem. Radość i siła, jaką ta ziemia dawała Drainom, minęły bezpowrotnie, a wszędzie wokół były tylko śmierć i smutek. Słońce zaszło, nadciągała ciemność. Sinka nie wiedziała, że gdy odchodziła w gęstniejącym mroku, Khar przeniósł spojrzenie na odepchniętą gałąź. Jego twarz wyrażała niedowierzanie, zobaczył bowiem, jak opadają z niej umierające i czerniejące w oczach kwiaty.

Zza zakrętu na ścieżkę wyszedł rosły młodzieniec i podszedł do Khara. Cała jego postawa wyrażała szacunek.

— Panie, czas jechać. Spóźnimy się na spotkanie.

— Widziałeś, Monah? Dotknęła gałęzi i mógłbym przysiąc, że ta natychmiast zaczęła umierać, tak jakby ból widoczny w jej oczach poraził drzewo.

— Matka zawsze mówiła, że to wiedźmy.

— Wiedźmy? Co za bzdury, chłopcze!

Zaśmiał się i ruszył w kierunku koni, które czekały za pagórkiem i z apetytem skubały młodą, soczystą trawę.

2


Rozmowa z Kharem nie dawała Since spokoju. Gdy emocje już opadły, stwierdziła, że zupełnie niepotrzebnie się uniosła. Leżała teraz na łóżku z rękoma pod głową i analizowała każde wypowiedziane słowo. Jak mogła się tak zapomnieć! A gdyby się rozmyślił, zmienił plany i wybrał inną posiadłość? Co wtedy powiedziałaby Radzie? „Zatrzymaj swoje mądrości dla siebie!”, pouczała się w myślach, dobrze wiedząc, że to bardzo trudne. Nawet jeśli wygłaszane opinie były nie w smak rozmówcy, często mówiła wprost. Taka szczerość w stosunku do najeźdźców mogła ją drogo kosztować.

Rozmyślała również o Kharze. Jak większość mężczyzn tej nacji był dobrze zbudowany; przypomniała sobie węzły mięśni na jego nogach i ramionach, szerokie barki i mocny kark. Z pewnością był wyćwiczonym żołnierzem, sprawnym i zdrowym, a do tego inteligentnym i opanowanym. Mówiła z nim nad wyraz otwarcie, ale się nie zdenerwował, nie podniósł głosu ani nie zareagował złością. Stwierdziła, że jeśli on okaże się Generalnym Dowódcą, to wyciągnięcie od niego informacji nie będzie łatwe.

Sinka ziewnęła. Dzień obfitował w wydarzenia i ciężką pracę, ale się wydawało, że posiadłość jest już odpowiednio przygotowana na przyjazd Kharów. Dochodziły do nich wieści, że Kharowie wywożą z zajmowanych posiadłości cenniejsze przedmioty, a Sinka nie miała zamiaru oddawać bandzie barbarzyńców rodowego dziedzictwa. Rozkazała swoim ludziom ukryć wszystko, co wartościowe, w tajemnych składach albo wywieźć pojedyncze sztuki do odległych gospodarstw, gdzie nie rzucały się w oczy. Skarbiec pod Domem był wypełniony po brzegi.

Właśnie zamierzała wstać, by umyć się przed snem, gdy jej młodszy brat, Klenis, z hukiem otworzył drzwi. Miał dziewiętnaście lat, burzę miedzianych loków i szerokie ramiona. Choć szybko doroślał i z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej męski, czasami wydawał jej się taki dziecinny.

— Sinko! Żołnierze! — wysapał, ale nie potrafiła powiedzieć, czy z emocji, czy z powodu zadyszki. — Są tu żołnierze, dziesięciu gwardzistów! Chcą się z tobą widzieć! Żądają widzenia natychmiast!

Kiwnęła głową na znak, że słyszy, ale nadal leżała z rękoma pod głową.

— Oni żądają...!

— Pewnie — mruknęła. — Już lecę! Wracaj i powiedz im, że za chwilę przyjdę.

— Ale oni... że zaraz... — z nadmiaru emocji aż brakło mu słów.

— Klenis, przestań już! I się uspokój! — rozkazała. — Wpadłeś tu, jakby się paliło, a przecież mówiłam: zachowuj dystans! Dys-tans! — przesylabizowała. — Idź i powiedz im, że jestem zajęta, ale zaraz przyjdę.

— Czym zajęta?

— Jem, śpię, kąpiel biorę, używam życia... Wszystko jedno — wzruszyła ramionami. — Idź, nie biegnij! Musisz być spokojny, gdy do nich wrócisz. Rozumiesz?

Widziała, że jest zbyt zdenerwowany, by logicznie myśleć. Mimo to posłuchał i odszedł spokojnym krokiem, choć dałaby sobie rękę odciąć, że za zakrętem znowu zacznie gnać na złamanie karku. Odkąd poinformowano ich, kto zamieszka w posiadłości, Klenis przez cały czas był pobudzony. Teraz była już niemal pewna, że chłopak nie jest gotów na spotkanie z najeźdźcami i że prędzej czy później będą z nim kłopoty. Emocje brały górę, jak to u młodzika. Emocje i popędy... Aż strach pomyśleć, jak zareaguje, gdy któryś z Kharów zrobi coś, co mu się nie spodoba.

W tym momencie Sinka zdecydowała, że odeśle brata do najodleglejszego zakątka posiadłości. Było tu wiele miejsc, gdzie mógł spokojnie przeczekać i pobierać nauki, które się przydadzą, gdy jakimś cudem pozbędą się najeźdźców. Ona tymczasem będzie spokojniejsza, że ten zwariowany młokos nie napyta sobie biedy. Ich ród stracił już tak wielu młodych mężczyzn...

Nie spieszyła się na spotkanie. Zmieniła suknię na mniej strojną i nieco zszarzałą, uznając, że taka będzie lepsza. Uczesała niesforne pukle, zwilżając je lekko, by ułożyły się w loki. Włożyła zdeptane pantofle i próbowała przybrać znudzony wyraz twarzy. Na próżno! Podniecenie Klenisa udzieliło się i jej. Stanęła w oknie i wpatrywała się w noc, nucąc melodię, która zawsze pomagała jej wyciszyć rozedrgane serce. Wiedziała, co robić. Rozumiała, po co ją tu zostawiono, choć w głębi duszy pobrzmiewała nuta niezgody. Westchnęła i spojrzała na swoje odbicie w szybie.

— Chcesz mi powiedzieć, Przewodniczko, że wystraszyłaś się kilku tępych Kharów machających mieczami? Chyba żartujesz!

Mówiła do siebie drwiącym tonem, ale niestety nie zadziałało to tak, jak chciała. Niezadowolona pokręciła głową. Wiedziała, że Generalny Dowódca nie jest tępym Kharem, lecz godnym przeciwnikiem. Zamknęła oczy, wspominając ostatnie słowa matki przed wyjazdem:

— Jesteś Przewodniczką, Sinko, i żaden dziki Khar tego nie zmieni!

— Wiem, mamo — odpowiedziała wtedy.

Otworzyła oczy i potrząsnęła lokami. Trochę pomogło, czuła się pewniej. Postanowiła raz jeszcze zmienić suknię — na niezbyt strojną, ale nową, z błękitnej wełny, i porządne pantofle. Nie będzie udawać kogoś, kim nie jest.

Kilka chwil później weszła pewnym krokiem do głównego holu i od razu zauważyła, jacy są źli, zmęczeni i pyszni.

— Długo kazałaś na siebie czekać... — warknął jeden z nich, robiąc krok w jej stronę.

— Pani — dopowiedziała, gdy zamilkł.

Mierzyli się spojrzeniami. Sinka starała się nie okazać ani złości, ani strachu. Myślała o kwitnących jabłoniach, tańcu płatków opadających na trawę, o podmuchu aromatycznego wiatru. Złagodniała, a on natychmiast to dostrzegł. Uchwyciła spojrzenie ciemnych oczu, wdarła się w jego myśli i po chwili oporu z jego strony snuła w nich wizję relaksującego spaceru — blasku słońca na skórze, lśnienia rosy, śpiewu ptaków i śmiechu, dobiegającego z oddali śmiechu kobiet. Czuła, jak znika jego poirytowanie spowodowane długim oczekiwaniem. Wreszcie zamrugała.

— Pani — powtórzył z szacunkiem, ale jakby wbrew sobie. — Jestem Monah, adiutant Generalnego Dowódcy. Przybyliśmy, by przygotować dom. Czy możesz nam go pokazać?

— Nie — odpowiedziała z uśmiechem, ale zdecydowanie, a gwardziści wpatrywali się w nią zaskoczeni. — Jest noc, moi ludzie śpią. A wam, jak widzę, przydadzą się kąpiel, posiłek i sen.

— Pani...

— Dokładnie w takiej kolejności! Przecież śmierdzicie stajnią! Jesteś, panie, pewien, że twój dowódca będzie wdzięczny za ten zapach w swoich komnatach? — zapytała i odczekała kilka sekund na jego reakcję. Uśmiechnęła się, gdy dostrzegła, jak powoli zaczyna przyjmować jej punkt widzenia za swój. — Widzę, panie Monahu, że rozumiesz. Klenis zaprowadzi was do łaźni, a za godzinę podamy kolację.

Skinęła głową i nie czekając na kolejne sprzeciwy, odwróciła się i ruszyła do wyjścia.

— Zapraszam panów, o tej porze łaźnia na pewno jest pusta — usłyszała jeszcze Klenisa.

W kuchni wydała polecenia, by przygotować dla Kharów zwykły posiłek. Po kolacji mieli udać się na nocleg w przeznaczonym dla nich skrzydle Domu. Upewniła się, że wszyscy dobrze zrozumieli instrukcje, a potem wróciła do swojej komnaty. Właśnie skończyła się jej wolność. Klamka zapadła.

Kharowie przez tydzień przetrząsali Dom, szczególnie tę część, w której miał zamieszkać dowódca. Sinka była na to przygotowana. Poinformowano ją, że zanim zamieszka tu najważniejszy z Kharów, wszystko zostanie dokładnie zbadane przez specjalny oddział gwardzistów. Wokół dudniły kroki podkutych żołnierskich butów, których z dnia na dzień przybywało. Na łąkach za Domem, nieopodal stajni, stodół i przetwórni owoców stanęły wojskowe namioty. Kharskie pokrzykiwania dobiegały stamtąd dzień i noc. Wreszcie dano jej znać, że aleją dojazdową ciągnie sznur wozów i konnych. Monah zarządził zebranie wszystkich mieszkańców Domu w głównym holu.

Sinka wyczuwała napięcie panujące wśród Drainów, więc krążyła między nimi, aby dodać wszystkim otuchy. Przypominała, uspokajała i prosiła na przemian, z tym zamieniła słowo, tamtego poklepała, kogoś objęła, a komuś rzuciła pokrzepiające spojrzenie. Dłuższą chwilę poświęciła też kobietom zebranym w małym holu zachodniego skrzydła Domu. Były tam kucharki, ogrodniczki, pokojówki, tkaczki i krawcowe, wysokie, niskie, chude i pulchne, rude oraz blond. Wszystkie stały i w skupieniu nuciły tę samą melodię. Bojaźliwe obejmowały te odważniejsze, zamieniały kilka słów, pokrzepiały się wzajemnie uściskiem dłoni. Sinka uśmiechała się, widząc ich siłę i wolę.

— Wiecie, co robić? — Upewniła się raz jeszcze, a one spokojnie pokiwały głowami. — A zatem chodźmy — westchnęła.

Kobiety rozstąpiły się na boki, by mogła przejść środkiem, a potem poprowadzić je za sobą. Korytarz wypełniły szum spódnic i zamierająca melodia. Kharowie stojący w głównym holu zamilkli, zaskoczeni pojawieniem się grupy kobiet, ale Drainki szybko wmieszały się między stojących tu rodaków. Sinka zatrzymała się obok dwóch staruszek, które tydzień wcześniej przedstawiła Kharom jako swoje pomocnice, zbyt wiekowe do ciężkiej pracy i samotnego życia z dala od Domu.

Gdy tłum Drainów przed nią zafalował, podniosła głowę i wpatrzyła się w oddział gwardii, który właśnie wkroczył do holu. W centrum dostrzegła Khara, z którym rozmawiała w sadzie. Zauważyła wymięty mundur polowy i liczną eskortę złożoną z gwardzistów, którzy bardzo szybko i sprawnie wykonywali swe zadanie, delikatnie torując dowódcy drogę wśród mrowia głów.

Przemówił gardłowym głosem, jednak draińskie słowa brzmiały w jego ustach naturalnie, jakby język sąsiadów zza gór był jego rodzimym.

— Jestem Khaben Khar — rzekł z dumą. — Zajmuję tę posiadłość na swoje potrzeby. Chcę, by nasze wzajemne relacje ułożyły się na tyle dobrze, żeby zapewnić obu stronom spokój i godność. Kto z was jest najważniejszy?

— Ja. Jestem Sinka. — Spojrzała mu w oczy, ale nie znalazła w nich choćby śladu wspomnienia tamtej rozmowy. Zrobiła szybki krok w jego stronę, ale drogę zagrodził jej gwardzista z eskorty.

— Nie podchodź — warknął rozkazująco.

Khaben Khar spojrzał na nią, jak się jej zdawało, bez większego zainteresowania i skinął głową.

— Sinka — powtórzył jej imię. Może dodałby coś więcej, ale w tym momencie podszedł Monah, aby wyszeptać coś do dowódcy. Sinka zacisnęła pięści i opuściła wzrok, urażona tą obojętnością. Przecież już się poznali i wtedy, na skarpie, wydał się przystępniejszy, skory do rozmowy, zrozumienia i ustępstw. Ale teraz...

Khaben Khar przez chwilę stał nieruchomo, a potem bez słowa się odwrócił i odszedł wraz z kolumną żołnierzy w czarnych mundurach z czerwonymi wypustkami. Kilku postawnych Kharów w mundurach gwardii ruszyło za nim. Gdy przekroczyli próg kharskiej części domu, żołnierze asystujący dowódcy rozproszyli się, a drzwi zamknięto. Strzegło ich teraz dwóch strażników w pełnym rynsztunku.

Sinka westchnęła. Miała przygotowaną ładną mowę, która na pewno podniosłaby Drainów na duchu, a ledwo pozwolono jej wypowiedzieć swoje imię. Nowe warunki wcale się jej nie podobały, lecz już wiedziała, że żadnego z Kharów nie interesowały odczucia jakiejś ochmistrzyni.