Sekret wyspy

Tekst
Z serii: Dziwnowo #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Najlepszej przyjaciółce Monice I.

[…] jeśli chce się poznać jakiegoś człowieka,

to należy podchodzić do niego ostrożnie i wielce delikatnie,

by nie omylić się i nie wpaść w uprzedzenie,

którego później bardzo trudno się jest wyzbyć.

Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara.

PROLOG


Zadudniło jej w uszach. Słyszała swój przyśpieszony puls, tło dźwięków zniknęło. Opadła na ziemię i przytuliła się do jej chłodu, czując przepływające dreszcze zimna. Nieprzyjemny dotyk był jednak bezpieczny, chciała wtopić się w niego, wtłoczyć w ciemności napływających fal nocy. Pragnęła zniknąć, ulotnić się na wietrze, choć jej oczy wciąż były otwarte, a ciało zastygło w oczekiwaniu. Wyczuła zapach rosy, wilgotnego runa, ostrych traw i krzaków wbijających się w jej ciało.

Wytężała wzrok, by pochwycić niewyraźne kształty, zobaczyć to, co maskowały cienie. Proboszcz krzyczał, jego jazgotliwy głos poznałaby wszędzie. Odczuła niechęć, obrzydzenie, ale mimo to nie ruszyła się, bojąc się zrobić jakikolwiek hałas.

Na karku poczuła zimny dotyk wiatru, odwróciła głowę w panice, ale zachowała ciszę. Lili chciała do niej dołączyć, a nie mogła jej na to pozwolić. Wyczuła, że wydarzy się coś złego, od dziecka nauczyła się przewidywać zagrożenie. Rozchodziło się w powietrzu, w drżeniu głosu, w nieprzyjemnych, piskliwych tonach.

Odepchnęła przyjaciółkę, a sama zawahała się, pragnąc spojrzeć tylko raz, ostatni, na kilka sekund. Czerwone krople krwi, dudnienie w uszach, które jak wystrzał do startu zmusiło ją do ucieczki. Biegła, by się schować, ukryć, jak wtedy, gdy była mała. Musiała się schronić, ocalić, uwolnić. Koszmar mieszał się z przeszłością. Rodzinny dom pełen pułapek, bezradność, samotność. Wiedziała, że musi milczeć. Czy w końcu nie tego uczyli ją rodzice?

1


Przypominał krew. Rozlany malinowy sok płynął w kanalikach fugi i barwił na czerwono jasne kuchenne płytki. Wiktoria ocknęła się z wizji, która zazwyczaj pojawiała się w urywkach, kadrach wspomnień. Nigdy nie pozwoliła jej odejść.

Posprzątała bałagan, dokończyła przygotowywanie gofra, posypując go owocami, polewając mgiełką bitej śmietany i kroplami truskawkowego soku. Mały rytuał rozpoczynającego się letniego dnia, jednego z wielu, które powoli przeminą, gdy nadejdą jesienne wiatry i chłody. Teraz jednak delektowała się chwilą.

Wyszła do ogrodu i usiadła na huśtawce popychanej wiatrem, wsłuchała się w jej ciche skrzypienie. Zapatrzyła się w niebo i obłoki uformowane w różne kształty. Błękitna połać jaśniała z każdą chwilą, rozświetlona promieniami wschodzącego słońca. Przez kilka minut miała czas dla siebie, na przygotowanie się do dnia pełnego pośpiechu i wrażeń. Delektowała się bliskim zapachem szumiącego morza i smakiem własnoręcznie przygotowanego gofra.

O jej nogi otarła się miękka sierść, która połaskotała odsłoniętą skórę. Uśmiechnęła się i zanurzyła rękę w brązowych lokach swojego towarzysza. Łasuch przyszedł się przywitać. Śmiejące się oczy patrzyły na nią z miłością, język zwisał z uroczego pyska, a jego właściciel głośno sapał.

– Długo spałeś. Może powinnam nazywać cię Śpioch, a nie Łasuch. – Wiki oderwała kawałek ciasta i podała psiakowi. Wiekowy golden retriever z brązową sierścią połyskującą w promieniach słońca w mgnieniu oka pożarł gofra, licząc na więcej. – Czyli z ukochanych drożdżówek przechodzisz na gofry? – Poczuła jego chropowaty język na dłoni, wiedziała, że jest manipulowana, ale podzieliła się deserem z czworonożnym przyjacielem.

Patrzył na nią z miłością i tyle jej wystarczyło. Nawet nie chciała myśleć o tym, co musiał makabrycznego przejść, zanim się spotkali. Leżał wtedy na starym kocu, porzucony, zostawiony, mimo że wokoło było sporo innych zwierząt i kręcących się ludzi. Nie trzymano go w klatce, nie było dla niego miejsca, lecz on sam nie wykazywał ochoty na ucieczkę, nawet na spacer. Później dowiedziała się dlaczego.

Przepłoszyła obraz jego smutnych oczu, nie chciała wracać do tamtych obrazów, łamiących jej serce na pół. Wolała patrzeć na to, jak Łasuch wrócił do życia, jak się nim cieszył i celebrował je, może w wolniejszym tempie, ale w swoim ulubionym.

Nietypowa para siedziała w zacisznym ogrodzie, wsłuchując się w nawoływania wiatru. Na niewielkiej przestrzeni zieleniła się trawa, stał stół z krzesłami i huśtawka, która wprowadzona w ruch jak kołyska wyciszała zmysły, pozwalając odpocząć, wyciszyć i wyłączyć się z pośpiesznego świata.

Wiki rozejrzała się, podziwiając to, co udało jej się stworzyć. Nie było wiele przestrzeni: surowy ogród z trawą i kawałkiem żywopłotu, jeszcze miejsce na parking, jej samochód, który nie był najnowszym kabrioletem, tylko furgonem po przejściach. Co dzień mierzył się z rdzą i każdym kilometrem do pokonania, ale był jej i nigdy nie odmówił współpracy. Najważniejsze było jednak to, że był to jej ogród, jej auto i jej dom, który z trudem, ale i odwagą udało jej się stworzyć. Chciała, by był radosny, spokojny i bezpieczny, miejsce, w którym znajdzie schronienie. Dokonała tego i gdy przez jakiś czas wydawał jej się pusty i za cichy, szybko to minęło, kiedy tylko pojawiły się jej przyjaciółki – samozwańcze siostry z domu dziecka.

Przysięgały, że po dziesięciu latach wrócą do Dziwnowa, spotkają się i złączą swoje losy, choć na chwilę. Wiki marzyła, że na zawsze. Były jej rodziną, jedynymi bliskimi, którym ufała. Rozumiały ją i akceptowały z całym bagażem, jaki nosiła, opuszczając rodzinny dom.

Wiki nie mogła uwierzyć, że tak wiele się zmieniło. Od spotkania przy wyspie minęło kilka tygodni, a przemiany, jakie się w niej dokonały, wyraźnie można było odczuć. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Czekała, co jeszcze może się wydarzyć.

Czas chowania głowy w piasek powoli się kurczył, pojawiały się pytania, coraz częściej siostry patrzyły w jej stronę, czekając na odpowiedzi. Nie naciskały, ale wyczuwała ich niecierpliwość, która zmusi ją do zwierzeń. Lilianna pozbyła się swojej niepewności i odważnie patrzyła w przyszłość, tak samo Alwina. Wiki wciąż zastanawiała się, czy i jej pomoże rozliczenie się z dawnych uczynków i decyzji. Czy ponowne przeżywanie tamtych koszmarnych chwil uwolni ją od brzemienia porzucenia i nieufności?

Usłyszała tłukące się o siebie garnki i zaśmiała się pod nosem. Kucharz Marcin zaczynał pracę i tradycyjnie głośnym łomotem dawał jej znać o swoim pojawieniu się. Kolejny rytuał rozpoczynającego się dnia musiał zostać spełniony. Mocna kawa i pogaduchy o wyzwaniach dnia, współpracownikach i – najważniejsze – o niosących się po mieście plotkach, w których oboje się lubowali. Wiki lubiła słuchać nowinek, a Marcin uwielbiał się nimi dzielić, idealnie się uzupełniali.

Wstała i przeciągnęła się, a jej twarz ozdobił uśmiech. Była gotowa, mogła przenosić góry. Blisko siebie miała siostry, przyszywanych szwagrów i Marcina, wsparcie, którym los ją zaskoczył. Nie była już sama, czuła dziwną wdzięczność, nienamacalne dobro, które i na niej odcisnęło swój ślad.

Ostatni raz zerknęła na błękit nieba i słońce z każdą chwilą mocniej rozgrzewające odsłoniętą skórę. Postanowiła, że upiecze sernik. Będzie biegać pod nogami kucharza, a on będzie przez to marudził. Obydwoje kochali wspólne gotowanie.

***

Otaczał ją chaos mnóstwa rzeczy, poustawianych gdzie tylko się dało przedmiotów. Różnorodność – to definiowało niewielkie biuro na tyłach restauracji, znajdujące się blisko wyjścia do ogrodu.

Wiktoria Popławska jak w każdym pomieszczeniu lubiła otaczać się zbytkiem i wieloma kolorami, choć tu zaważyły względy praktyczne. Towar suchy, wszelkich rozmiarów plastikowe zastawy czy paczki chusteczek zalegały na półkach regałów, dzieląc przestrzeń ze sferą biurową: segregatorami, wypchanymi teczkami i z szerokim biurkiem zasłanym papierami i zazwyczaj filiżankami z niedopitą kawą.

Niewielki kwadratowy pokój bez okna i z jasnymi ścianami potrafił pomieścić mnóstwo rzeczy i jeszcze być funkcjonalny. Ciasne, ale własne, jak zawsze powtarzała Wiktoria, nie narzekając na ścisk i otaczający ją zamęt. Wszystko miała na wyciągnięcie ręki, czasem nie musiała nawet wstawać. Dla Łasucha też znalazło się miejsce tuż pod biurkiem. Piesek lubił leżeć na jej stopach. Zawsze czuła jego ciepło, a spokojny, monotonny oddech ją uspokajał. Kudłaty przyjaciel towarzyszył jej w codziennych wyzwaniach, za co Wiki szczodrze obdarowywała go drożdżówką.

Zakopana w papierach nad licznymi rozliczeniami, będąc księgową, kadrową i menadżerem własnej restauracji, odpływała w świat liczb i traciła poczucie czasu. Wtedy to Łasuch, jak dobrze naoliwiony zegar, wyjściem na ogród dawał jej znać o trwającej porze obiadowej. Budziła się ze skupienia i docierały do niej dźwięki wydobywające się z kuchni, gwar rozmów klientów i nawoływania wczasowiczów zmierzających na plażę.

Po kilku godzinach przebywania w ciszy wychodziła z biura, tęskniąc za hałasem, pokrzykiwaniem i pędem, który przyśpieszał krew w jej żyłach. Zazwyczaj narzucała fartuszek i pomagała przy przyjmowaniu zamówień, serwowaniu kawy, wycieraniu stołów, zbieraniu brudnych naczyń i wielu innych rzeczy, które trzeba było zrobić na już.

 

Korytarzem minęła drzwi do ogrodu i pokoju socjalnego, po czym weszła w część kuchenną, przez którą można było dojść do magazynów i pomieszczeń z lodówkami i zamrażarkami. Skierowała się do kuchni, by podglądnąć, jak kucharz ze swoją dwuosobową ekipą gotują i pichcą. Nie musiała długo czekać, aż Marcin ją wypatrzy. Dużych rozmiarów kucharz zasłaniał wysokie czoło czapką kucharską, a jego zacne ciało przewiązane było białym fartuchem, który nosił liczne ślady pracy.

Jego pyzata twarz i drgające policzki były lekko zaróżowione od unoszącej się pary, co było stałym elementem wizerunku prawdziwego szefa kuchni. Oddawał się gotowaniu z pasją i zaangażowaniem, tworząc swoje autorskie przepisy i urozmaicając potrawy tajnymi składnikami, ubogacającymi ich smak.

– Najwyższy czas. Czeka na blacie – powiedział, zerkając na duży talerz wypełniony po brzegi. Smażona ryba w panierce, przypieczone młode ziemniaczki i surówki tworzyły na talerzu zjawiskowy i smacznie wyglądający obraz.

– Marcinku, uwielbiam cię. Stanowimy idealną parę, nie uważasz? – Wiki zaśmiała się, idąc po talerz. Lubiła, jak o nią dbano. Prowadzenie restauracji miało wiele minusów, ale znalazłaby taką samą liczbę plusów; pierwszy to podawane jej pod nos przesmaczne dania, które zapełniały pusty żołądek.

– Powtórzę ci to przy wypłacie premii.

– Nie namówisz mnie na kolejną podwyżkę, i tak cię rozpieściłam.

– Tak jak ja ciebie, Wiktorio – powiedział z lekkim uśmiechem, wykonując swoje obowiązki. Mimo dużych rozmiarów poruszał się w wąskich przejściach kuchni z gracją, a żaden jego krok nie był zmarnowany.

– Nie mogę zaprzeczyć. – Przysiadła na stołku i delektowała się obiadem. Zewsząd otaczały ją najróżniejsze zapachy wydobywające się z garów, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi. Lubiła przyglądać się pracy kucharza, z całego zespołu został jej ulubieńcem. Był jeszcze Rysiek, który lubował się w rytmach disco polo, musieli więc stopować jego muzyczną duszę przez regularne zmienianie kanału radiowego, i Czesław, bardziej lubiący flirtowanie z kelnerkami przy barze niż siedzenie w kuchni. Marcin jednak towarzyszył Wiktorii od pierwszego dnia pracy, to z nim rozpoczęła przygodę własnej działalności. Wiedziała niewiele, najwięcej z obserwacji z miejsc, w których wcześniej pracowała. Nie miało to jednak znaczenia, musiała osiągnąć swój cel.

Pierwszą rozmowę, jako pracodawca szukający pracowników, przeprowadziła właśnie z nim. Zobaczyła wstydliwego chłopaka o słusznych rozmiarach, który mimo braku doświadczenia chciał u niej gotować i udowodnić, że potrafi i sprosta każdemu wyzwaniu. Zawahała się tylko przez sekundę, po czym zgodziła się dać mu olbrzymi kredyt zaufania. Nigdy tego nie pożałowała. Wiedziała, jak to jest być nikim, za kogo nikt nie dałby złamanego grosza. Zatrudniła chłopaka, poleciła mu zwracać się do siebie po imieniu, gdyż jej zdaniem określenie „szefowa” było na wyrost. Marcin po długich namowach zgodził się, choć został przy jej pełnym imieniu, niejako z szacunku.

Zaczynała jako laik, początkująca restauratorka, zatrudniła ludzi, którzy może i nie mieli wykształcenia, ale ogromne chęci. Nieraz się rozczarowała, lecz potrafiła wyciągać wnioski i nie popełniać tych samych błędów. Czasem jedno spojrzenie decydowało, czy kogoś zatrudni i zaprosi do swojego świata, pełnego chaosu i pędu. Teraz miała stałą sezonową ekipę. Marcin zostawał z nią również na zimę, tak jak dwie kelnerki.

Najedzona opuściła kuchnię i przeszła do strefy dla gości, podziwiając wystrój, jaki sama stworzyła i wymyśliła od podstaw. Było wręcz krzykliwie, tęczowo i tłocznie. Na ścianach wisiały morskie obrazy i zdjęcia, zwisały sieci. Lampy w marynistycznym stylu rozwiewały opadający mrok światłem, a wszelkiej maści dodatki i urozmaicenia zdobiły każdy kąt.

Barwny przepych wylewał się na ogródek, gdzie donice przepełnione kwiatami zdobiły i zachęcały do wejścia. Było mnóstwo wiatraków i dzwonków bujających na wietrze czy chorągiewek wiszących na sznurkach nad tarasem ogrodu. Wszystko to przyciągało wzrok, urozmaicało otoczenie, bo nikt tak jak Wiki nie zdecydowałby się na kolorowe wariactwo. Restauracja „Kotwica” była znana nie tylko mieszkańcom, lecz także turystom często odwiedzającym Dziwnów.

Przy chodniku zdecydowała się postawić kiosk z pamiątkami. W drewnianej budce mogła zmieścić się tylko jedna osoba. Inwestycja miała być na próbę, taki efekt przeczucia i sprawdzenia, czy sprzedaż drobnych bibelotów z biżuterii ma sens. Okazała się sukcesem. Wiki nie dziwiła się, sama uwielbiła świecące drobnostki, które poprawiają humor na kilka chwil.

Rozejrzała się po stolikach, szukając zajęcia, jednak każdy klient miał swoje zamówienie. Nawałnica turystów, jaka napływała w najgorętszym czasie letnim, powoli odchodziła w zapomnienie. Połowa sierpnia to wciąż sezon z wszelkimi urokami lata, ale w spokojniejszej atmosferze. Codziennie jasności dnia ubywało, szybciej nadciągał mrok nocy, robiło się ciszej i wolniej. Dziwnów ponownie uspokajał się, wyciszał, by odetchnąć po wizycie wczasowiczów.

Nie znajdując dla siebie pracy, postanowiła napić się ciemnej kawy, jaką najbardziej lubiła. Uśmiechnęła się na tę myśl, a wtedy jej wzrok napotkał ciemne oczy mężczyzny, który zaskoczył ją swoim pojawieniem się. Od razu straciła dobry humor.

Spięła się, patrząc na wysokiego i szczupłego mężczyznę, który nieśpiesznie, wręcz ważąc każdy krok, zbliżył się i zatrzymał tuż przed nią. Nic nie powiedział, tylko wyczekiwał.

– Co tu robisz? – zapytała, mając dość jego ciężkiego spojrzenia.

– Jak myślisz? Przecież się nie zgubiłem.

– Głośno jest wszędzie i nie ma dwunastej w nocy, czyli nie planujesz wlepić mi mandatu za złamanie ciszy nocnej.

– Które zawsze słusznie ci się należą.

– Tak jak tobie medal za najlepsze dbanie o nasze bezpieczeństwo – rzuciła z ironią.

– Zaczynasz mnie doceniać, Popławska?

– Gajda, do brzegu, po co, z czym i dlaczego tracisz mój czas?

– Przyszedłem na kawę z… cyjankiem, taką, jak tylko szefowa potrafi zaparzyć. – Edwin Gajda był wysoki i patrzył na niewielką Wiktorię z góry, a ponieważ stał blisko dziewczyny, ten efekt się wzmógł. Wiedział, że bardzo tego nie lubiła.

– Zatruty organizm nie przyjmuje trucizny, bo jest gorszy od niej samej – rzuciła złośliwie. To był kolejny rytuał Wiki: dopiec komendantowi miasta z silnym przekonaniem, że mu się słusznie należy.

– Czyli doceniasz. – Twarz mężczyzny nie wyrażała emocji, jedynie oczy z czarnymi zlewającymi się ze źrenicami tęczówkami pozwalały odrobinę odkryć.

– Nie licz, że sama szefowa zrobi ci kawę, wiesz, gdzie jest bar.

– Czyli jest szansa, że przeżyję.

– Twoja śmierć byłaby ogromną stratą dla miasta, Gajda – dodała tym samym ironicznym tonem. Patrzyła za komendantem, gdy podchodził do baru. Odkąd prowadzili śledztwo, często przebywali w swoim towarzystwie. Czasem spotykali się w jej ogrodzie, choć najczęściej w domu na wydmie. Z jej siostrami i jego przyjaciółmi stworzyli drużynę i wspólnymi siłami próbowali znaleźć sprawcę zbrodni sprzed dziesięciu lat. Przypadek, przeznaczenie czy może ślepy traf złączył ich losy. Teraz więc Wiki czy chciała, czy nie, musiała z nim współpracować.

Westchnęła z niechęcią, wiedząc, że powodem zjawienia się Gajdy w restauracji nie była sama kawa. Przywitanie to tylko początek. Obserwowała każdy ruch policjanta, szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Miała wrażenie, że wie o nim wszystko, ale czy on wiedział tyle samo o niej?

– Popławska, przyłączysz się? – Edwin ze swobodą usiadł przy stoliku i wyzywająco spojrzał jej w oczy.

Wiki pomyślała o ucieczce, ale nie zrobiła tego, była na swoim terenie, czuła się pewnie, mogła stawić czoła policjantowi.

– Od rana marzyłam tylko o tym, by wypić kawę z przedstawicielem prawa. – Uśmiechnęła się kpiąco i usiadła na wprost mężczyzny, szykując się do starcia. – Poświęcasz mi uwagę, Gajda, naprawdę poczułam się wyjątkowa.

***

– Wiktorio… Popławska. – Edwin urwał, mrużąc oczy i przyglądając się dziewczynie. – Czy tak mam się do ciebie zwracać?

– Jeśli już mam wybrać, to może zostańmy w twoich klimatach i wolałabym „obywatelko”, ale jeszcze lepiej „przykładna obywatelko”. Zdecydowanie ta wersja bardziej mi się podoba. – Wiki przesadnie się uśmiechnęła i w tym momencie zobaczyła iskrę rozbawienia w jego oczach. Sądziła, że się jej przywidziało. Gdy mężczyzna na chwilę odwrócił głowę, wrażenie znikło.

– Przykładna obywatelko miasta Dziwnowa.

– Z twoich ust to miłosna melodia dla mojego serca.

Przez chwilę trwała cisza, choć wyczuwało się napięcie, skrywane emocje, które domagały się uwolnienia. Oboje patrzyli na siebie, wzajemnie oceniali i kalkulowali.

Edwin zmrużył oczy, przyczaił się, jakby szykował się do skoku na głęboką wodę. Wiele razy próbował podejść przyjaciółki dziewczyny, nakłonić do mówienia, ale obie, tak Lili, jak i Alwina, milczały jak zaklęte. Były lojalne swojej siostrze z domu dziecka, siedzącej przed nim osobie, która potrafiła wyprowadzić go z równowagi, a tylko nielicznym się to udawało. Znał jej wszystkie sztuczki, złośliwości, ale wciąż go zaskakiwała, zwłaszcza ciętym językiem, sprytem i odwagą, tego przede wszystkim nie mógł jej odmówić. Traktowała go jak wroga i nawet wspólne śledztwo tego nie zmieniło. Wiktoria Popławska była krnąbrna, uparta, a mimo to musiał wyciągnąć do niej dłoń, by sprawa, na której zaczęło mu zależeć po latach, została rozwiązana.

– Czy nie uważasz, że nadszedł właściwy czas?

– Czas powiedzenia komendantowi, żeby zabierał swój tyłek z mojej restauracji? – Wiki w końcu to zobaczyła. Lekko falujący policzek i irytację. Doczekała się. Wolała zaatakować, wyprowadzić Edwina z równowagi, bo gdy milczał i tylko patrzył, trudno jej było odgadnąć, kiedy to on ją zaskoczy. – Nie jestem aż tak nietowarzyska, wypij spokojnie kawę.

– Wyspa. Co na niej widziałaś?

– Kogo już przepytałeś?

– Co wydarzyło się na wyspie? – pytał niezrażony.

– Znalazłeś podejrzanego?

– Może go widziałaś? – nie odpuszczał, patrząc dziewczynie w oczy.

– Co z ubraniami? Czy to naszego proboszcza?

– Mam pewność, że widziałaś więcej, niż mówisz.

– Czyżbyś w końcu wziął się do pracy, Gajda? Zaczynasz mi imponować.

– Przykładnej obywatelki nie powinienem zmuszać do obywatelskiego obowiązku złożenia zeznań.

– Powiedziałam wszystko, co wiem – mruknęła.

– Nawet twoje siostry mają dość twojego milczenia. Chcą zamknąć temat, a ty upierasz się, by wciąż go wałkować. Może polubiłaś pracę ze mną? – Edwin nawet by się uśmiechnął, widząc, że ją rozzłościł. Jej usta ułożone w dzióbek były tego oznaką. Nie mógł jednak pokazać, że cokolwiek sprawia mu radość, bo przy następnej okazji dziewczyna na pewno by to wykorzystała i po prostu zaczęła się kontrolować.

– Tak, zdecydowanie już czas, Gajda, zmarnowałeś mi dość minut. – Podniosła się, gdy chwycił ją za dłoń, mocno nachylając się w jej stronę.

– Uciekasz?

Wiki zastygła w bezruchu, zaskoczona. Zawsze jej słowa były szybsze od myśli, a teraz miała pustkę. Od porażki uratowała ją kelnerka.

– Może szefowa też napije się kawy? – Anna uśmiechnęła się, zupełnie nie wyczuwając napięcia.

– Pewnie! Dziękuję, Aniu. – Usiadła, uciekając wzrokiem przed mężczyzną. Wyraźnie czuła jego dotyk, mimo że zabrał rękę. Wyczuwała jego spojrzenie, niecierpliwość i determinację, by postawić na swoim. Starała się uspokoić, udawać mniej zainteresowaną, niż była.

Obserwowała turystów, którzy całymi rodzinami schodzili z plaży. Nieśli dmuchane zabawki i kolorowe materace. Wiatr mocniej chłodził skórę, słońce powoli opadało, mimo że było jasno, noc zbliżała się wielkimi krokami.

Gdy przed nią pojawiła się parująca kawa, nieśpiesznie napiła się, odwlekając rozmowę. Była zaskoczona, że Gajda nie podjął ataku, w końcu rozbił jej spokój. Ona na pewno by to wykorzystała. Odmienne podejście policjanta niczego dobrego nie wróżyło, nasiliły się jej złe przeczucia.

– Smakuje? – zapytał, starając się, by głos nie zdradził jego zniecierpliwienia. Przeczesał ręką czarne włosy, po czym dudnił palcami w oparcie stojącego obok, pustego krzesła.

– Przyrządzana jest według mojej technologii, lepszej nigdzie nie znajdziesz.

– Dziś jest spotkanie w domu na wydmie. Wracamy do sprawy.

– Wcale nie chciałeś się w to angażować – wytknęła, a jej chwilowe opanowanie ponownie się ulotniło.

– Ty również, ale oboje się zgodziliśmy. Za późno na zmianę decyzji.

Wiktoria pamiętała dzień, w którym na wyspie jako pierwsza zjawiała się Lili i to ona zaczęła zadawać pytania. Wiki nie byłaby w porządku, wiedząc, że dawne strachy nigdy nie usnęły; były z nimi zawsze, zepchnięte na dno pamięci. Wraz ze znalezieniem zakrwawionych ubrań temat zabójstwa proboszcza powrócił ze zdwojoną siłą. Od dwóch tygodni nie mówiło się na mieście o niczym innym.

 

– Nie zmieniłam zdania, chcę, by sprawcę zatrzymano. – Przy ostatnim słowie głos jej zadrżał. Popatrzyła na policjanta z niepewnością. Sama miała mnóstwo pytań, wiele niewiadomych, które burzyły jej opanowanie. Najgorsze były jednak jej własne uprzedzenia.

– To zacznij współpracować.

– A ty dzielić się informacjami.

– Mam wezwać cię oficjalnie?

– Wznowiłeś sprawę?

– To nie jest zabawa.

– Uważasz, że świetnie się bawię, wysłuchując twoich pytań?

– Powiedz, co widziałaś na wyspie? Lili była za tobą, cokolwiek widziała, przypomniała to sobie. Alwina jest gotowa, chce opowiedzieć swoją wersję, choć już zaznaczyła, że niewiele to wniesie do sprawy.

– Wypytujesz ją za moimi plecami? – rzuciła ze złością.

– Sama wiesz, że lubi mówić. Gdyby nie ty, powiedziałaby o wiele więcej.

– A ty wykorzystałbyś to na swoją korzyść. Ludzie prawa zazwyczaj mają kodeks dwukolorowy, czarno-biały.

– Zarzucasz mi, że nie widzę szarości?

– Zarzucam ci, że postąpisz zgodnie z literą prawa. Naginanie zasad nie leży w twojej naturze. Trudno cię winić, w końcu tak zostałeś wychowany przez tatusia komendanta.

Trafiła celnie, Edwin aż zacisnął zęby ze złości.

– Wiem, że było coś jeszcze, ukrywacie to, nie mówicie wszystkiego, dlaczego?

– Dlaczego ty nie dzielisz się nawet faktami?

– Mówię to, co ważne.

– To czemu nie wspomniałeś o swoim ojcu? Skoro chcemy odsłaniać wszystkie tajemnice, odkryjmy również te o waszej rodzinie.

– A co z twoim ojcem? Opowiesz na kolejnym spotkaniu?

Wiki aż wstrzymała oddech. Na kilka chwil przymknęła oczy i podniosła się, wyraźnie dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.

– Mieliśmy pracować w grupie i mówić o wszystkim, co wiemy. Nie wychylałam się, żeby zobaczyć, ile warte jest twoje słowo. Od samego początku ukrywasz niektóre fakty, Gajda. Jedynie do siebie możesz mieć pretensje.

– Nie przypisuj wszystkich zasług tylko mojej osobie – podkreślił spokojnym głosem podszytym ironią. – Oboje w takim samym stopniu wywiązujemy się ze swoich zobowiązań. – Podniósł się, przez co ponownie górował nad dziewczyną. – Posłuchaj… przykładna obywatelko, chcę to załatwić polubownie.

– Przecież nie ostrzę noży.

– Wyciągam do ciebie rękę, możesz przynajmniej spróbować – powiedział przez zaciśnięte zęby. Był zły, a obiecywał sobie spokój.

– Zaufać stróżowi prawa, bo tak wypada?

– Nie wierzysz mi?

– W takim samym stopniu jak ty mi.

Gajda zmierzył dziewczynę nieprzeniknionym wzrokiem, wiedząc, że poległ. Nie rozpaczał, miał czyste sumienie, że chociaż spróbował. Łagodne traktowanie Popławskiej nie wchodziło w grę, właśnie miał jej powiedzieć, co myśli o jej zachowaniu, ale przerwał mu kucharz Marcin.

– Wiktorio, daj swojemu gościowi. – Marcin wcisnął jej w rękę pudełko. – Do kawy – dodał z uśmiechem, patrząc na policjanta.

– Proszę, Gajda, do kawy, tylko żebyś się nie udławił. – Zanim podała mu pudełko, z ciekawości lekko uchyliła styropianowe wieczko, a kiedy zobaczyła rogaliki z nadzieniem truskawkowym, aż ją zatkało.

– Dzięki. – Edwin nawet się nie zawahał i zabrał pudełko, bo dobrze znał przepyszny smak tych wypieków. – Miło się gadało.

– Częściej wpadaj.

– Nie omieszkam, Popławska.

Wiki patrzyła za mężczyzną z niezadowoloną miną. Teraz miała pewność, że jego wizyta zwiastowała kłopoty. Nie podobało jej się to, że bardziej zainteresował się tym śledztwem, ale sama wielokrotnie namawiała go, żeby wziął się do roboty.

Nic nie mogła poradzić, nie miała żadnego wpływu na Gajdę, za to na kucharza jak najbardziej. Dobrze wiedziała, co kombinuje. Zamierzała mu powiedzieć, co o tym myśli.

– Marcin! Rogaliki! Naprawdę?!

***

– Co on sobie wyobraża? – mruczała pod nosem Wiki, wychodząc na plażę, na której odbywał się spektakl zachodu słońca opadającego w pieniste fale Morza Bałtyckiego. Wiatr gwałtowniejszymi podmuchami atakował skórę, chwytał za włosy i końce ubrań. Drogi do brzegu nie tarasował żaden parawan ani namiot, turyści zwinęli swój ekwipunek, teraz korzystali z atrakcji miasta.

Lubiła spacerować przy dźwiękach symfonii morza, zakrzykiwania mew, które z rozłożonymi skrzydłami bawiły się z wiatrem. Zapach nagrzanego piasku i słonej wilgoci był jedynym dominującym, uwielbiała jego odcienie i smaki. Latem łagodniejszy, jesienią czy zimą ostry, przeszywający, ale czysty i świeży. Czasem, gdy za długo siedziała w kuchni, musiała wybiec choćby na chwilę i rozkoszować się morskim aromatem.

– Rogaliki dla Gajdy z moich rąk. Kto by pomyślał, że z kucharza taki romantyk? Tajny miłosny skład, przecież to niedorzeczne – psioczyła, brodząc w piachu. Zatrzymała się, kiedy zauważyła, że przy jej boku brakuje Łasucha. Obejrzała się i spostrzegła, jak pies powoli przebierał łapami i sapał, jakby już przebiegł kilka kilometrów, a nie dopiero co przed chwilą leżał w ogrodzie. Łasuch miał poważne przejścia z byłym właścicielem, przez które ledwo uszedł z życiem. Wiki coraz bardziej się o niego martwiła.

– Przyjacielu, wzięłabym cię na ręce, ale przez to, że obżerasz się drożdżówkami, ta opcja odpada. – Przykucnęła i potarmosiła jego mordkę. – Przykro mi, ale musisz się ruszać, a nie tylko leżeć w ogrodzie. No dalej, piesku, nie raz pokonywałeś tę trasę. Dom na wydmie już niedaleko. – Zwolniła, by dostosować się do jego tempa. Uwielbiała z nim spacerować. Ona i pies – najlepszy duet na świecie.

Nie musiała się śpieszyć, do spotkania miała jeszcze czas, choć i tak planowała być wcześniej. Musiała porozmawiać z siostrami. Tylko ich towarzystwo, żadnych męskich oczu ani uszu, tak jak było przed dziesięcioma laty, gdy zawitały do domu dziecka.

Pamiętała ten czas, a wraz z nim każdą brutalną cząstkę porzucenia wbitą w jej duszę, każde odrzucenie, zatruwające serce i rozchodzące się w krwiobiegu. To dzięki siostrom uwierzyła, że może mieć rodzinę, komuś się zwierzyć, powiedzieć prawdę, a one ją zrozumieją i wesprą.

Tęskniła do ich wspólnych wybryków, nocnych szaleństw, gdy cały dom dziecka pogrążony był we śnie, a one wymykały się z nory – bo tak go nazywały – przez okno. W ciszy nocy przeskakiwały płot i biegły ulicami miasta, pustego, uśpionego i wyludnionego. Wtedy, w tamtych ulotnych chwilach, były paniami swojego losu, niezależne i wolne.

Zazwyczaj to ona wymyślała niedorzeczne wyzwania, bo bardzo chciała zaskoczyć czymś swoje przyjaciółki, udowodnić, że jest dzielna, a strach jest jej obcy. Wszystko to było na pokaz, głupio ryzykowała, by całemu światu i sobie dowieść, że coś znaczy, potrafi, że jest potrzebna i wartościowa. Dopiero po czasie zrozumiała, że to daremne i smutne, dziewczyny pokochały ją taką, jaką była.

Uśmiechnęła się do wspomnień. Może te ich zabawy były skrajnie niebezpieczne i zwariowane, ale ile miały w tym radości i bólu brzucha od śmiechu. Z łatwością zapominały o przeszłości, o domu rodzinnym, do którego nigdy nie chciały wracać.

Zobaczyła budynek rozświetlony zanikającymi promieniami słońca. Zabarwiony na złoto i czerwono, wydawał się magiczny, wręcz bajkowy. To w nim jej siostra Lili wyobrażała sobie idealną rodzinę, choć prawda jego czterech ścian okazała się bardziej prozaiczna. Teraz jednak mogła spełnić to skryte marzenie, bo właśnie w nim planowała stworzyć przyszłość opływającą w miłość. Pozostawał tylko cień przeszłości, niczym postać w mrocznym korytarzu, która w każdym momencie może zaatakować.

Wiki wdrapała się na wydmę i przystanęła, patrząc na dom. Piętrowy z połyskującą niebieską dachówką i urokliwymi drewnianymi okiennicami zamontowanymi przy dużych oknach przywodził na myśl stałość i bezpieczeństwo, ostoję w świecie chaosu. Zachwycał swoimi klasycznymi krzywiznami, szerokim tarasem, choć najbardziej położeniem. Z jego okien rozpościerała się nadmorska panorama, niebo łączące się z wodą. Okna, podobnie jak ramy obrazów, tworzyły wyjątkowe malowidła, codziennie inne, prawdziwe, wykonane ręką natury.

Otworzyła drewnianą furtkę niskiego płotku na wydmie i weszła na trawę, która nieskoszona łaskotała ją w odsłonięte stopy. Łasuch trzymał się nóg, ale gdy tylko weszli na taras, ułożył się pod ścianą i zasnął.

Wiki pchnęła drzwi i znalazła się w ciepłej kuchni z jasnymi szafkami i szarym blatem, przeszła przez przestronny salon z szeroką kanapą o miękkich poduchach i ciemnym korytarzem doszła do schodów prowadzących na piętro.

Niedawno odnowiony dom na wydmie ze świeżą farbą na ścianach i drewnianymi, zamontowanymi schodami pachniał nowością i kwiatami, które Lili wszędzie ustawiła w wazonach.

Wiele się zmieniło, odkąd pojawiła się tu pierwszy raz. Lili i Natan – mieszkańcy domu – w nim związali swoje losy, zaczynając płynąć już razem w jednym kierunku.