Życie jest cudemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Z dedykacją dla bratniej duszy,

jak ja zakochanej w życiu (na każdym jego etapie),

która co dzień udowadnia, że anioły w ludzkim

przebraniu są wśród nas.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa


„Każde życie jest cudem, nawet gdy świat upiera się, by tego nie widzieć” – to słowa, które można odnaleźć w książce pani Doroty Łosiewicz Życie jest cudem. Gdybym miał w trzech słowach zawrzeć myśli, które przychodzą po przeczytaniu tej książki, to z pewnością pojawiłyby się: wzruszenie, nadzieja, radość.

Ta książka to świadectwo wielkiej wiary rodziców, ale także szacunku dla życia wielu wspaniałych lekarzy, pielęgniarek i położnych. Niezwykle wzruszające są ich świadectwa i odważnie podejmowane decyzje. Gdy wczytujemy się w te treści, przychodzi na myśl refleksja, że właściwie każdego dnia człowiek dokonuje jakichś wyborów. Jedne są proste, inne wymagają większego wysiłku. Są wybory proste i oczywiste, ale są też takie, od których zależy całe dalsze życie – nas i naszych bliskich. Przypominają się wtedy słowa św. Augustyna: „raz wybrawszy, zawsze wybierać muszę”. Niekiedy jesteśmy postawieni w obliczu trudnych decyzji – [p.p.], przychodzą wówczas na myśl słowa Chrystusa, który staje przed każdym z nas i mówi: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić…”

To przecież On, Pan i Dawca Życia, On sam troszczy się o nie. Posyła ludzi, niczym Aniołów, by tego życia bronili, chronili je, pomagali mu w pełni się rozwinąć. To On dokonuje cudów, uzdrawia, dotyka i daje łaskę, nadaje sens życiu i sprawia, że czujemy się kochani i potrzebni.

Pięknie wyznał ktoś w tej książce: „wystarczy przyjąć plan, jaki Bóg ma dla nas”. I choć trudno zrozumieć, czemu ma służyć trudne doświadczenie, to warto przyjąć z ufnością to, co Bóg nam ofiaruje. Także i po to, by zrozumieć, iż cudem może być również i to, że człowiek będzie w stanie oddać się całkowicie Jezusowi z ufnością i przekonaniem, że to On poprowadzi najlepszą z możliwych ścieżek.

Taka wiara czyni cuda. Taka wiara też pokazuje, Kto tych cudów tak naprawdę dokonuje. To ten sam Chrystus, który dokonywał cudów dawniej, również dziś pochyla się nad człowiekiem, nad jego życiem, dotyka go i uzdrawia. Chce tylko jednego: wiary, zaufania, prawdziwego oddania się w ­Jego miłosierne ręce, ofiarowania swoich wyborów, decyzji, nierzadko trudnych, wymagających, ale szczerych i prawdziwych. Na tym polega autentyczność wypowiadanych w Godzinie Miłosierdzia słów: Jezu, ufam Tobie!

Ważne w tym wszystkim jest też to, że On nie czyni niczego wbrew woli człowieka. Zawsze – tak jak w Ewangelii – najpierw pyta: czy chcesz? Kiedy uzdrawiał, nie czynił tego bez zgody człowieka. Dokonywał cudów, gdy człowiek o to prosił, a przy każdym z nich, mimo że było to działanie łaski Bożej, mówił: „Twoja wiara cię uzdrowiła…” Tak samo jest w opisanych w tej książce przypadkach. Czeka na wyraźny sygnał ze strony człowieka, który nieśmiało podchodzi do Jezusa i mówi: „Panie, jeśli chcesz, spraw, aby…”

Warto więc nie tracić nadziei. Święty Jan od Krzyża mówił, że „człowiek otrzymuje od Boga tyle, ile się od Niego spodziewa”. Im więcej będzie w nas ufności, im więcej będziemy pragnąć, tym więcej otrzymamy. Warto zgodzić się na wolę Pana Boga, bo „nie jest ważne, czego my chcemy; ważne jest, czego On od nas oczekuje”.

„Każde życie ma ogromną wartość i należy je chronić bez względu na okoliczności” – przekonuje jeden z rodziców w tej książce. Nie można budować świata wolnego od chorób i bólu przez eliminację osób, które nie są idealne lub nie mogą zostać uleczone. Wystarczy pokonać lęk, jaki się pojawia, powierzyć go Bogu, cieszyć się życiem własnym i tym darowanym, choćby nawet nie było doskonałe. A najlepszą terapią i lekiem jest po prostu czysta, niczym nieograniczona miłość.

Życzę wszystkim Czytelnikom, by lektura tej książki przysporzyła nie tylko wiele dobrych myśli o życiu, ale też pozwoliła ufnie spoglądać na to, co Pan Bóg daje nam każdego dnia.

Pani Redaktor Dorocie Łosiewicz dziękuję nie tylko za trud zebrania tych wzruszających historii, ale także za promowanie wartości rodzinnych i za dostrzeganie rodzin wielodzietnych, zwłaszcza tych, w których są dzieci z niepełnosprawnością umysłową. Dziękuję też za stałe upominanie się o właściwy kształt polskiej edukacji.

Bp Marek Mendyk

Wstęp


Bóg mówi do nas każdego dnia. Przeważnie wykorzystuje do tego innych ludzi i ich historie. Trzeba umieć słuchać, żeby Go usłyszeć. Nie wystarczy dobry wzrok, żeby Go zobaczyć. Trzeba widzieć oczyma duszy. Czasem Bóg mówi bezpośrednio do nas. Gdy przemówił do mnie, zakochałam się w życiu i jego urodzie. Trzymając na rękach moją córkę, słyszę Jego szept.

Wciąż spotykam pięknych, niesamowitych ludzi. Świecą wewnętrznym blaskiem. Są jak latarnia morska, która rozbłyska w ciemności, nie pozwalając statkowi zboczyć z kursu. Właściwie mogłabym wciąż chodzić z dyktafonem w kieszeni i kamerą we włosach, żeby czegoś nie przegapić, żeby móc się podzielić tym światłem z innymi. Czemu pojawiają się akurat ci, a nie inni? Może dlatego, że gdzieś, ktoś, potrzebuje tego konkretnego światła, by móc się go uchwycić i odnaleźć drogę.

Mogłabym śmiało codziennie udowadniać, ze życie jest cudem, a Bóg przenika najmniejszą cząstkę świata, napełniając go mocą. Czym jest owa Moc? Dla mnie tętnem życia, każdym człowiekiem, krzyczącym po urodzeniu dzieckiem albo tym, które z niesamowitą energią i kosmicznym tempem rozwija się w łonie swojej matki

– napisała kiedyś moja serdeczna przyjaciółka – neonatolog, która każdego dnia wita na świecie kolejnych niepowtarzalnych ludzi.

Wyobrażaliście sobie kiedyś, jak to się dzieje, że mikroskopijna zygota rozwija się w tak ułożony, ukierunkowany sposób w tyle skomplikowanych zgranych ze sobą struktur, że po dwóch tygodniach od zapłodnienia zaczyna w niej tętnić zaczątek serca? Nie sposób wyjść z zachwytu nad tym cudem. Bo życie jest cudem, nawet to po ludzku ułomne, niedoskonałe, odrzucane przez dzisiejszy świat. Jest nim też miłość rodziców do życia, którego nie widzą, bo żyje jedynie kilka miesięcy w łonie matki. Miłość przezwycięża wszystkie trudności.

Calineczka


Łukasz i Kinga poznali się we wrześniu 2009 roku w biurze firmy organizującej kursy maturalne. Przez cztery lata pracowali ramię w ramię, jednak w tym czasie łączyła ich relacja czysto zawodowa. Parą zostali dopiero w 2013 roku i dopiero wtedy znajomość nabrała dużego tempa. Po roku Łukasz oświadczył się Kindze w wyjątkowych okolicznościach, bo przed Fontanną di Trevi w Rzymie, w dzień kanonizacji Jana Pawła II. Ślub odbył się rok później, także w kwietniu. Data oświadczyn nie była wybrana przypadkowo i, jak sądzą małżonkowie, nie pozostała bez wpływu na ich dalsze życie. Także na życie ich maleńkiej, bardzo maleńkiej córeczki.

Druga ważna dla nich data to 22 każdego miesiąca. Właśnie tego dnia zaczęli się spotykać. Każdego kolejnego miesiąca obchodzą swoją skromną uroczystość. Ich córka poczęła się 22 września, w dniu śmierci bardzo ważnej dla pary osoby: księdza Feliksa Folejewskiego, ojca duchownego Ruchu Apostolskiego Rodzina Rodzin, pierwszej w Polsce wspólnoty rodzin założonej przez Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, z którą małżonkowie – a wcześniej także rodzina Kingi – byli związani.

Księdza Feliksa małżeństwo zapamiętało jako człowieka wybitnego, umysł obdarzony niezwykłą pamięcią. Duchowny potrafił wymienić imiona wszystkich członków wspólnoty, choć tworzą ją duże rodziny, na kilka pokoleń wstecz. Łukasz i Kinga poznali go w 2013 roku. To było krótkie spotkanie. Mężczyzna przewiózł duchownego z klasztoru Pallotynów, miejsca jego zamieszkania, do ośrodka Rodziny Rodzin. Gdy dwa lata później małżonkowie spotkali duchownego na jego imieninach, przywitał ich wylewnie, bezbłędnie celując w imiona:

– O, Łukasz i Kinga. Jak dobrze was widzieć! – ucieszył się.

Małżonkowie tylko wymienili zaskoczone spojrzenia. Przecież normalny człowiek miałby problem z odtworzeniem w pamięci imion rozmówców po tak krótkim i dawnym spotkaniu. Nie ksiądz Feliks. Wkrótce po tych imieninach duchowny zmarł w opinii świętości, mając 81 lat.

Ksiądz Folejewski pracował między innymi u boku księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Był następcą księdza Jerzego Popiełuszki w duszpasterstwie ludzi pracy archidiecezji warszawskiej. Zwany był też warszawskim apostołem Bożego miłosierdzia.

– W tym, że Lilka jest dziś z nami, upatrujemy zasługi księdza Felka, wielkiego przyjaciela dzieci. On zawsze mówił o sobie, że jest „ksiądz Felek, dzieci przyjacielek” – wspomina Łukasz. – W każdej chwili, gdy było już bardzo źle, tak zupełnie beznadziejnie, wszędzie widziałem te dwie cyfry: na liczniku w samochodzie, na zegarze, wszędzie to 22 – dodaje mężczyzna.

Od razu po ślubie Kinga i Łukasz otworzyli się na życie. Pragnęli być pełną rodziną, mieć dzieci. Nie kalkulowali, jak dziś wiele małżeństw, że potrzebują czasu, żeby się wyszumieć czy zrobić karierę. Nie stawiali sobie żadnych celów typu: najpierw dom lub samochód, a potem dzieci. To nie w ich stylu. Trudno się więc dziwić, że dość szybko, bo już na jesieni, okazało się, że Kinga spodziewa się dziecka. Test ciążowy, a potem lekarz potwierdził nowinę: dziecko miało się urodzić w czerwcu. Kinga bardzo się cieszyła z tego terminu, bo ­myślała sobie, że przyjemniej spaceruje się z wózkiem, gdy na ziemię zdążyła już spłynąć wiosna, a promienie słońca przyjemnie głaszczą po twarzy.

 

Małżeństwo miało także plany związane nie tylko z porą, ale i z miejscem porodu. Myśleli o Domu Narodzin Świętej Rodziny w Łomiankach, prowadzonym przez rodziców ich znajomych – Wandę i Adama Ekielskich. Taki pomysł pojawił się na szkole rodzenia. Poza tym myśl o porodzie i spędzeniu kilku dni w szpitalu napełniała przyszłą mamę niechęcią. Okazało się jednak, że wszystkie te plany, łącznie z datą przyjścia na świat córeczki, zweryfikowało życie, a w szpitalu Kindze, Łukaszowi, a przede wszystkim ich córce przyszło spędzić znacznie więcej czasu niż kilka dni, a nawet tygodni.

Przez kilka pierwszych miesięcy ciąży nic nie zapowiadało problemów, a Kinga czuła się bardzo dobrze. O tym, że z dzieckiem może być coś nie w porządku, małżeństwo po raz pierwszy usłyszało w lutym.

– To łożysko ma jakiś dziwny kształt – stwierdził lekarz, przeprowadzając rutynowe USG.

– Co to znaczy? – próbował dowiedzieć się ­Łukasz.

– Chłopie, a co ja ci tu będę medycynę wykładał – odburknął lekarz.

– Ale czy to wymaga jakichś konsultacji?

– Spokojnie. Lepiej do internetu nie zaglądajcie, nie czytajcie, bo się zdenerwujecie. Niczym się nie przejmujcie i wróćcie tu za trzy tygodnie – zarządził ginekolog.

– A może by nam pan powiedział przynajmniej, jaka jest płeć? – nie dawał za wygraną Łukasz.

– A co ty, chłopie, nie wiesz, co robiłeś? – Lekarz zaśmiał się niemiło.

Małżeństwo odczekało więc spokojnie wyznaczone przez lekarza trzy tygodnie i znów pojawiło się w gabinecie.

– O! Właściwie nic się nie zmieniło. – Lekarz podrapał się po głowie. – Widać takie łożysko to twoja uroda – zwrócił się bezpośrednio do Kingi, choć nigdy nie przechodzili na „ty”.

Na początku lekarz prowadzący poinformował ich o możliwości wykonania badań prenatalnych. Jednak Łukasz i Kinga stwierdzili, że żadnych badań robić nie będą, bo nawet gdyby coś miało być nie tak z maleństwem, to przecież i tak nigdy nie zdecydowaliby się na usunięcie ciąży.

Kilka dni później Kinga z wynikiem badań i USG zjawiła się u lekarki prowadzącej ciążę.

– Świetne wyniki badań: morfologia, glukoza – wszystko wygląda znakomicie – komentowała lekarka. – A jak USG?

– No nie wiem. Dziwny był ten lekarz – odpowiedziała Kinga bez przekonania.

– To może proszę pojechać na konsultację do Szpitala Bielańskiego – zaproponowała lekarka, nie bagatelizując wątpliwości pacjentki.

Dodała też, że warto pojechać do szpitala w miarę szybko.

Kinga wybrała się do placówki dwa dni później. Tym razem sama, choć przeważnie do lekarzy chodzili razem. Łukasz kończył właśnie remont w mieszkaniu, które małżeństwo planowało wynająć. Poza tym nie działo się przecież nic, co mogło budzić niepokój. Ot, konsultacja jakich wiele. Niestety przybrała ona niespodziewany obrót.

Niepostrzeżenie w gabinecie zaczęło przybywać osób dopraszanych przez panią doktor prowadzącą badanie. Kiedy Kinga ocknęła się ze zdziwienia, naliczyła w gabinecie pięciu lekarzy i kilku studentów. Nikt nic nie mówił, a wciąż dochodzili kolejni.

– Boże, co tu się dzieje?! – wymsknęło się Kindze.

– Tu jest jakiś dramat – usłyszała wreszcie od lekarza.

Dowiedziała się, że jest źle, choć nie wiedziała dokładnie, o co chodzi. Po kolejnych kilku minutach, które ciągnęły się w nieskończoność, usłyszała, że stwierdzono nieprawidłowe przepływy w tętnicy pępowinowej, a u dziecka hipotrofię. Maleństwo po prostu przestało rosnąć. Lekarz, który robił wcześniejsze USG, powinien był to zauważyć. Podobnie zresztą jak płeć dziecka. Okazało się, że to dziewczynka, co też było widać na wcześniejszym badaniu. Kinga usłyszała także, że powinna położyć się jak najszybciej do szpitala oraz że w każdej chwili może nastąpić cesarskie cięcie z powodu groźby skrajnego niedotlenienia dziecka. Wcześniej miała pojechać do szpitala na ulicy Sobieskiego na badania genetyczne. Gdy już to koszmarne badanie dobiegło końca, kobieta zadzwoniła do męża.

– Przyjeżdżaj szybko – wychlipała w słuchawkę.

– Co się stało? – próbował się dowiedzieć Łukasz. Ponieważ jednak nie usłyszał już nic poza rozpaczliwym łkaniem żony, rzucił pędzle na podłogę i jak stał, cały w farbie, ruszył biegiem do szpitala. Na szczęście remontowane mieszkanie było rzut beretem od szpitala, więc po kilku chwilach mężczyzna był na miejscu. I od razu pojechali pod wskazany adres. W szpitalu na Sobieskiego okazało się jednak, że na jakiekolwiek badania jest już za późno i trzeba przyjechać następnego dnia. Padło też pytanie o wiek ciąży.

– To 26 tydzień – powiedziała Kinga.

– A to już i tak nie ma sensu się spieszyć – skwitowała szpitalna urzędniczka, która miała zarejestrować pacjentkę, nawiązując w ten sposób do ustawowego terminu pozwalającego na terminację ciąży z powodu wad płodu.

Ponieważ Kinga i Łukasz nie wiedzieli, co się dzieje, zaczęli rozmawiać z obcą kobietą. Szybko tego pożałowali.

– Z USG wynika, że dziecko jest zdrowe. Wszystkie organy są na miejscu. Tylko są małe – powiedział mężczyzna, licząc na jakieś słowo otuchy.

– Wie pan, ile zdrowych downów przyjeżdża? – wypaliła kobieta, która o empatii prawdopodobnie nigdy nie słyszała.

Z powodu tych słów małżonkowie nie mogli spać kilka kolejnych nocy. Poraziła ich niespodziewana zmiana sytuacji oraz skrajna bezduszność kobiety, która i tak ostatecznie odesłała ich na następny dzień. A ten nie wniósł wiele nowego, ponieważ lekarze obawiali się przeprowadzić kordocentezę, czyli badanie polegające na analizie krwi pępowinowej. Wiąże się ono z dużym ryzykiem odpłynięcia płynu owodniowego, co grozi śmiercią dziecka. Wywiązał się nawet spór, który szpital powinien badanie przeprowadzić. Ostatecznie para nie zgodziła się na nie z powodu zbyt dużego zagrożenia dla dziecka oraz nieprzydatności wyników na dalszym etapie leczenia. „Cokolwiek by się działo, chcemy, żeby dziecko się urodziło” – powiedzieli sobie małżonkowie.

Wreszcie Kingę przyjęto do Szpitala Bielańskiego. Tam okazało się, że problemu, z którym boryka się kobieta, nie można leczyć. Ani operacyjnie, ani farmakologicznie. I właściwie można tylko czekać na rozwój wypadków, monitorując stan dziecka.

Tak zaczął się dla pary czas niepewności. Kinga usłyszała, że w każdej chwili może urodzić. W szpitalu nikt nie dawał ich dziecku szans na przeżycie, nikt nie pozwalał małżonkom mieć nadziei. To, że córeczka umrze, słyszeli kilka razy dziennie.

„Kochani, bardzo prosimy o modlitwę w intencji naszego dzieciątka, okazało się, że jego życie jest zagrożone. Dziękujemy Wam serdecznie. Kinga i Łukasz” – SMS-y o takiej treści zdecydowali się wysłać do najbliższych, przyjaciół i znajomych. Jak się później okazało, za dziewczynkę modliły się całe rodziny, wierzący, wierzący niepraktykujący, zakony, zupełnie nieznani ludzie.

Trzy razy dziennie przeprowadzano KTG, jednak lekarze niechętnie tłumaczyli, co się dzieje. Kilka razy po badaniu Kinga usłyszała: „Proszę wracać na salę”. Bez słowa wyjaśnienia, bez informacji o stanie zdrowia jej córki. Kobieta postanowiła więc, że będzie chodzić na badania z mężem. Może wtedy uda im się dowiedzieć czegoś o stanie dziewczynki. Codziennie więc Łukasz rzucał pracę i przyjeżdżał, żeby towarzyszyć żonie podczas badań. Na nieszczęście te odbywały się o niestałych porach, więc dość trudno było na nie trafić. I tak mężczyzna podjął walkę o to, by wyszarpać lekarzom jakąkolwiek informację o tym, co się dzieje i co będzie dalej.

– Co to znaczy, że są złe przepływy? Na ile są złe? – Wciąż powtarzał te same pytania.

Wreszcie trafili na życzliwego lekarza, dr. Krzysztofa Berbekę, który wszystko im spokojnie wytłumaczył.

– Proszę teraz nie oddychać. Muszę zmierzyć przepływy w naczyniu, które jest grubości pani włosa – powiedział życzliwie.

To pozwoliło im zrozumieć, jak trudno jest monitorować stan zdrowia ich córki. Dziś Łukasz pamięta ze skomplikowanych wywodów, że w pięciostopniowej skali przepływy w tętnicy ich dziecka były na czwartym poziomie, a to znaczy, że było źle. Gdyby poziom z przedostatniego zmienił się na ostatni, wówczas konieczne byłoby cesarskie cięcie. Na koniec lekarz, nie ukrywając, że stan jest bardzo ciężki, powiedział: „Mimo to powodzenia, będę za Was trzymał kciuki”. Te słowa pozwoliły małżonkom przetrwać kolejne dni.

Jak się później dowiedzieli od znajomej lekarki, dr Krzysztof Berbeka to syn tragicznie zmarłego w zimowej wyprawie na K2 himalaisty Macieja Berbeki.

– Kingusia, to człowiek, który widział, jak jego ojciec zdobywa góry, które do tej pory inni uważali za niemożliwe do zdobycia zimą! Musimy zaufać Bogu, że i w naszym przypadku tak będzie – powiedział Łukasz.

Kinga dostała sterydy, które miały przyspieszyć rozwój pęcherzyków płucnych dziecka. W tym czasie przyjaciele prowadzący Dom Narodzin skontaktowali małżeństwo z innym lekarzem, który powiedział, że Kinga nie musi zgadzać się na cesarskie cięcie, bardzo ryzykowne dla dziecka na tym etapie rozwoju. Może pozwolić umrzeć dziecku w łonie. To tylko spotęgowało chaos i niepewność towarzyszące młodym ludziom. Małżonkowie nie wiedzieli, co myśleć i co robić, nie wiedzieli, co się wydarzy. Mogli tylko czekać i zdać się na lekarzy, ale i ci nie umieli przecież przewidzieć biegu wypadków.

Kinga przeleżała w szpitalu dwa tygodnie. W tym czasie zdołała się trochę uspokoić. Choć wciąż słyszała, że jest źle, stan dziewczynki nie pogarszał się jakoś drastycznie. Kobieta zaczęła nawet oswajać się z myślą, że może poleżeć w szpitalu do samego terminu porodu.

I tak nastały święta Wielkiejnocy. Przyszła mama zaczęła się szykować na poranną Eucharystię. Wiedziała, że lada chwila pojawi się u niej Łukasz, później miała wpaść reszta rodziny ze świątecznym „jajeczkiem”. Nim jednak te miłe plany zdążyły się zrealizować, zaproszono kobietę na KTG. Po kilku chwilach od wykonania badania przyszła pielęgniarka i powiedziała:

– Powtarzamy zapis, lekarzowi się nie podoba.

Choć KTG zawsze było dość kiepskie, nigdy nie zdarzyła się sytuacja, żeby ktoś życzył sobie je powtórzyć. Po ponownym badaniu Kindze udało się wykąpać i nagle na salę wpadła lekarka, której dziewczyna nigdy wcześniej nie widziała.

– Chyba będziemy robić cesarskie cięcie – zakomunikowała i zarządziła kolejne KTG.

Po trzecim z rzędu zapisie przejrzała wszystkie dotychczasowe badania i stwierdziła, że wszystkie są fatalne.

– Skonsultowałam się z profesorem. Dziś robimy cięcie. Jest bardzo źle – zawyrokowała.

Zapis KTG był niemal linią ciągłą, co oznaczało niedotlenienie dziecka, pociągające za sobą ryzyko uszkodzenia mózgu. Łukasz i Kinga, którzy już zdążyli przywyknąć do względnego spokoju ostatnich dni, znów stracili grunt pod nogami. Wróciło palące pytanie, na które nie mogli znaleźć odpowiedzi: „Co robić, co robić?!”.

– Byliśmy skrajnie zagubieni. Nie wiedzieliśmy, czy zaufać lekarce, którą pierwszy raz widzimy na oczy, czy może uwierzyć wcześniejszej radzie i, skoro dziecko i tak ma umrzeć, pozwolić, by stało się to pod sercem, tam, gdzie będzie się czuło bezpiecznie – wspomina Kinga.

– Jakie są szanse, że córka przeżyje? – zapytał lekarkę Łukasz.

– Proszę się na nic nie nastawiać – usłyszał.

– Pani doktor, ale ja czytałem, że dzieci z taką masą urodzeniową mają 2% szans na przeżycie.

Odpowiedź odbierała wszelką nadzieję:

– U was nie ma nawet tych 2%.

– W takim razie nie zgadzamy się na cięcie – powiedział chłopak.

– Jak to się nie zgadzacie?

Wtedy małżeństwo streściło swoje dylematy.

– Proszę państwa, nawet nie powiem, co o tym myślę – odpowiedziała lekarka.

– Ale ostatecznie to chyba my decydujemy – uparł się Łukasz.

– Ostatecznie decydujemy my – odpowiedziała zirytowana lekarka.

A Kinga nie mogła zrozumieć, po co lekarze chcą przeprowadzać cięcie i wyciągać dziecko, skoro i tak nie dają mu żadnych szans na przeżycie.

W tym czasie przyjechali jedni i drudzy rodzice. Jednak i oni byli bezradni i dawali sprzeczne podpowiedzi. „Róbcie to cięcie, nie róbcie” – nie mogli się zdecydować.

 

Wreszcie Łukasz stwierdził, że jedyną osobą, która może poradzić coś sensownego, jest prof. Bogdan Chazan, były dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie. Choć nikt nie miał do niego numeru, uznali, że trzeba go wydobyć choćby spod ziemi i skonsultować sprawę. Czuli, że tylko jemu mogą zaufać. Nie tylko z powodu jego znanych poglądów, ale także ­doświadczenia zawodowego. Jak to bywa w tego typu przypadkach, zadziałał łańcuszek przyjaciół: okazało się, że profesor to wielki przyjaciel Domu Narodzin Świętej Rodziny w Łomiankach. Profesor Chazan szczęśliwie odebrał telefon, pomimo że był to ranek pierwszego dnia świąt Wielkanocnych.

– Proszę pana, szanse są minimalne, ale proszę się zgodzić na cesarskie cięcie – doradził. – Proszę pozdrowić żonę.

– Kingusia, musimy zaufać lekarzom i Panu Bogu – zwrócił się do żony Łukasz, uspokojony rozmową z profesorem.

Kinga skinęła głową. Chwilę później do pary przyszła neonatolog. Jej mina nie pozostawiała złudzeń, że sytuacja jest trudna i poważna.

– Proszę państwa, będziemy próbować reanimować córkę do 10 minut. Jeśli podejmie funkcje życiowe – to dobrze, jeśli nie…

Ostatecznie cesarskie cięcie zaczęło się o godzinie 15.00.

– Widziałam zegar. Cały czas powtarzałam „Jezu, ufam Tobie” – wspomina Kinga.

– To był najpiękniejszy i najtrudniejszy dzień w moim życiu. Najpiękniejszy, bo miałem zostać ojcem. A najtrudniejszy… Tego paraliżującego strachu nie da się opisać. O siebie nigdy w życiu się tak nie bałem jak o tę maleńką istotkę, która miała się narodzić – dodaje Łukasz.

O 15.15, w 28. tygodniu ciąży, na świat przyszła Lilianna. To imię oznacza czystość i cnotę. Już od dłuższego czasu małżonkowie wiedzieli, że idealnie pasuje do ich dziewczynki.

– Gratuluję. Urodziłaś – usłyszała Kinga od jednej z pielęgniarek.

Kobieta była przytomna, bo znieczulenie działało od pasa w dół.

„Jak to urodziłam? Nie słyszę płaczu, nie pokazali mi dziecka”. – Myśli przelatywały Kindze przez głowę.

A Liliankę od razu zabrano do inkubatora.

– Panie Boże, nie możesz nam tego zrobić. Jest 15.15, rok Bożego miłosierdzia, pierwszy dzień świąt Wielkanocnych, przed ślubem zachowaliśmy czystość, po ślubie nie zamknęliśmy się na życie. Jeśli ona umrze, znaczy, że Ciebie nie ma – zaczął się kłócić z Wszechmogącym świeżo upieczony ­tata.

„Jestem ksiądz Felek, dzieci przyjacielek” – przeleciały mu przez głowę słowa księdza Feliksa.

– Felek, Ty już jesteś tam bliżej, zrób coś! – prosił w modlitwie Łukasz.

O 15.30 otworzyły się drzwi sali operacyjnej.

– Proszę przywitać się z córką – zawołała neonatolog do mężczyzny.

Nie tracąc ani chwili, Łukasz ruszył dziarskim krokiem we wskazanym kierunku. Śmiał się i płakał na zmianę. Rzucił się lekarce na szyję.

– Inkubator wyglądał jak prom kosmiczny. Lilianka była owinięta w worek, wokół niej kłębił się tłum ludzi – opowiada mężczyzna.

Zaatakowana wylewnością Łukasza neonatolog przywołała świeżo upieczonego ojca do porządku, ponieważ nie miała czasu odwzajemniać jego wdzięczności. Maleństwo trzeba było przewieźć na oddział neonatologii. A dziewczynka była naprawdę maleńka. Ważyła 495 g i mierzyła 28 cm. Na tamten moment była najmniejszym dzieckiem urodzonym w Szpitalu Bielańskim. Choć cierpiała na niewydolność oddechową i niewydolność krążenia, lekarze i tak byli zaskoczeni jej niezłym stanem ogólnym. W piątej minucie dziewczynka dostała 8 punktów w skali Apgar.

Łukasz pobiegł do żony zobaczyć, czy wszystko jest w porządku, a następnie pomknął piętro niżej do córki. Gdy wreszcie miał okazję jej się przyjrzeć, nie mógł uwierzyć, że człowiek może być tak maleńki. Mężczyzna nie wiedział, co może, a czego nie może robić. Nikt mu nic nie powiedział. Nie wiedział, czy może dotknąć córki, czy lepiej, żeby tego nie robił. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zrobić dziewczynce zdjęcie, tak by mogła ją zobaczyć Kinga. Chwile przy córce płynęły szybko, ale Łukaszowi wydawało się, jakby czas się zatrzymał. Mężczyzna wpatrywał się w swoją córeczkę i nie mógł od niej odejść. Po jakimś czasie postanowił wrócić do żony, żeby pokazać jej zdjęcie.

– Gdzieś ty był tyle czasu! – usłyszał wyrzuty, gdy pojawił się na sali operacyjnej.

Okazało się, że spędził z córką kilka godzin. Mieszanina wzruszenia, strachu i szczęścia odebrała Łukaszowi poczucie czasu.

– Ale ona duża! – krzyknęła Kinga, gdy mąż pokazał jej zdjęcie.

Jednak tylko na zdjęciu dziewczynka wyglądała na dużą. Następnego dnia Kinga mogła wreszcie pójść i zobaczyć Liliankę; łzy same popłynęły jej po twarzy, gdy zobaczyła, jak maleńkie jest jej dziecko. Ucho córeczki było wielkości paznokcia u kciuka Kingi, całe jej ciałko nie było dłuższe od dłoni, a główka przypominała wielkością piłeczkę pingpongową.

Kilka dni później, chcąc dać znajomym i rodzinie – którzy intensywnie modlili się za dziewczynkę – wyobrażenie o tym, jak mała była ich córeczka, Łukasz wpadł na pomysł: zdezynfekował własną obrączkę, włożył ją do inkubatora i bez problemu wsunął dziewczynce na nadgarstek. Tak maleńkie rączki miała ich córka.

– Lilka miała głęboką hipotrofię, więc jej wzrost i waga, choć ciąża trwała 28 tygodni, były poniżej 24 tygodnia. Wtedy w Polsce toczyła się dyskusja o zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Patrząc na córkę, pomyślałem, że przecież dziecko w 24 tygodniu ciąży to najnormalniejszy człowiek, ma wszystko, czego człowiek do życia potrzebuje, jest tylko bardzo maleńki. Otwiera i zamyka oczy, płacze… I takie właśnie dzieci giną. – Łukasz się zamyśla.

– Ta myśl nie daje mi spokoju, ilekroć słyszę dyskusję na temat aborcji – dodaje Kinga.

Gdy trzy dni od przyjścia na świat Lilka wciąż żyła, małżonkowie odetchnęli z ulgą. Uznali chyba, że teraz wszystko będzie już dobrze. I znów się pomylili. Gdy przyszli do dziewczynki, okazało się, że wokół niej krząta się mnóstwo lekarzy, a monitory piszczą. Obecna na sali lekarka wyprosiła małżonków z sali, mówiąc, żeby przygotowali się na najgorsze.

– Jeśli to dla was ważne, powinniście ją ochrzcić – dodała.

O chrzcie Kinga i Łukasz oczywiście myśleli. Poprosili nawet neonatologa, żeby ochrzcił dziewczynkę tuż po porodzie, gdyby miała umrzeć. Ponieważ bardzo źle nie było, do chrztu nie doszło. Małżeństwo zaplanowało więc skromną uroczystość na niedzielę. Miał przyjść zaprzyjaźniony ksiądz. Jednak w czwartek Lilianka znalazła się w stanie krytycznym. Pod ręką był ksiądz kapelan, który natychmiast udzielił sakramentu. Lekarka powiedziała tylko, że robi co w jej mocy, ale doszło do infekcji, której nie daje się opanować, a organizm dziecka nie zareagował na trzy kolejne antybiotyki. Dziewczynka miała spuchnięty brzuch i była sina. Okazało się, że to martwicze zapalenie jelit. Małżonkowie usłyszeli, że córeczka jest zbyt mała na operację, a jeśli dojdzie do perforacji jelit, nie będzie już ratunku.

– Córka dostaje silne leki przeciwbólowe, więc nie cierpi. Proszę się nie martwić. – Te słowa były dla nich jak uderzenie obuchem w głowę.

– Zrozumieliśmy, że do tej pory myśleliśmy tylko o sobie, o swoich emocjach, a tymczasem przecież ważna jest ona i jej cierpienie – wspomina Łukasz.

Wtedy wpadli na pomysł, by razem pojechać do Częstochowy i pomodlić się za córkę. W samochodzie zawierzyli ją Matce Bożej. Zgodzili się, że ma się dziać wola nie ich, a Boga, i jeśli On chce ją zabrać, żeby nie cierpiała, niech to zrobi.

– Dotarło do nas, że nie jest ważne, czego my chcemy, ważne jest, czego On od nas oczekuje i żeby ją nie bolało – mówi cicho Kinga.

Podróż do Częstochowy napełniła ich serca ufnością. Wracając, wciąż nie wiedzieli, co ich czeka, ale wiedzieli, że wszystko przyjmą ze spokojem. Łukasz przestał modlić się o zdrowie córki, a zaczął prosić o to, by wypełniła się wola Stwórcy. W Warszawie na małżonków czekały lepsze wiadomości, niż gdy wyjeżdżali. Okazało się, że organizm Lilianki zareagował na leki, do perforacji jelita nie doszło, a kryzys minął. Lekarze nawet zaczęli żartować.

– Proszę państwa, to jest nasza Calineczka. Jest malutka, ale już niemłoda, bo ciąża trwała 28 tygodni. Jej organizm jest więc dość silny – tłumaczyła neonatolog.

Córeczka Kingi i Łukasza musiała jednak przez jakiś czas być żywiona pozajelitowo. Po dwóch tygodniach lekarze spróbowali jej podać mleko mamy, ale jelita nie zareagowały dobrze. I znów jej stan się pogorszył. Znów wróciła niepewność. A śmierć zbierała swoje żniwo na oddziale. Umierały dzieci znacznie większe i silniejsze niż Lilka, nawet takie, które masę urodzeniową miały dwukrotnie większą niż ona.

Inne książki tego autora