Korespondenci.pl

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Facet z plecakiem

Dziennikarka z wyboru

Nikifor fotografii

Alfabet korespondenta

Życie na krawędzi

Kumple z drogi

Zapiski z frontu

Blondynka na wojnie

Zawsze ten pierwszy

Reporter od sytuacji trudnych

Profesjonalista z pokorą

Bohaterowie tej książki

Podziękowania

O autorach

Wkładka

Redakcja

Mirosław Grabowski

Korekta

Maciej Korbasiński

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcie na okładce

Magda Kuc

Radosław Kietliński

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwów Wojciecha Rogacina i Radosława Kietlińskiego

Text copyright © by Dorota Kowalska, Wojciech Rogacin 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-7554-956-0


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Już jako początkujący korespondent zagraniczny „Newsweeka” zauważyłem głęboki podział w naszych szeregach. Byli wśród nas tacy, którzy sądzili, że bez względu na grożące im niebezpieczeństwa ich główne zadanie polega na przekazywaniu relacji z pola walk i konfliktów. Więcej – im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym bardziej wydawali się w swoim żywiole. I byli też pozostali z nas, których od czasu do czasu wysyłano w rejon konfliktów, a którzy z pewnością nie tęsknili za takimi przydziałami. W zupełności zadowalało nas przekazywanie doniesień na tematy polityczne, gospodarcze i kulturalne. A nawet – zabawa w kotka i myszkę z agentami KGB w byłym Związku Radzieckim. Gdy jednak gdzieś zaczynały świstać kule, nie rwaliśmy się do spełniania tego szczególnego obowiązku.

Kiedy po 1989 roku w Polsce rozwinęła się z prędkością światła żywa i tryskająca energią wolna prasa, wśród polskich dziennikarzy doszło do takiego samego podziału. Poza wybitnym wyjątkiem Ryszarda Kapuścińskiego PRL nie dostarczyła zbyt wielu precedensów, które można było wykorzystać w pracy korespondenta. Przedstawiciele nowego – prędko wyłonionego w procesie samodzielnego wyboru – pokolenia polskich korespondentów wojennych chętniej widzieli siebie u boku amerykańskich i europejskich kolegów. Z początku zresztą często prosili ich o rady. Szybko jednak sami stali się szanowanymi przez nas kolegami po fachu.

Praca korespondenta wojennego wymaga od reportera szczególnych cech. Prezentowane w tej książce sylwetki jedenastu polskich dziennikarzy w jasny sposób dowodzą słuszności tego stwierdzenia. Pierwszy wymóg – odwaga. Każdy, kto decyduję się na tę pracę, przyjmuje za rzecz oczywistą, że ryzykuje własne życie. Nie chodzi jednak o odwagę głupca. Korespondent wojenny robi wszystko, co tylko możliwe w granicach rozsądku, by to życie chronić. Ale jednocześnie, żeby zdobyć materiał i przekazać relację, musi całkowicie się zanurzyć w danych okolicznościach. Gdy sprawy przybierają zły obrót, a korespondent płaci za swoją pracę najwyższą cenę, często – jak w przypadku korespondenta Telewizji Polskiej, Waldemara Milewicza – dzieje się to niemal przypadkiem. W pewnym momencie taki los może dopaść nawet najbardziej doświadczonego i wytrawnego reportera.

Dobry korespondent wojenny dysponuje także szeroką paletą umiejętności działania na polu walki. Przed nastaniem ery internetu wielu z nich okazywało się prawdziwymi mistrzami improwizacji – od wręczania łapówek operatorom teleksów do umiejętności przygotowania do pracy pierwszych, skomplikowanych telefonów satelitarnych. Nic nie miałoby jednak znaczenia, gdyby nie potrafili przesłać z frontu bogatej i wielowarstwowej relacji, a jedynie suchą depeszę. Musieli oni rozumieć nie tylko sens właśnie toczonej walki, lecz także szerszy kontekst wydarzeń – historię konfliktu, stan osobistej rywalizacji po obu stronach, kształtujące przebieg wydarzeń siły polityczne i gospodarcze oraz uboczne implikacje bieżących wypadków dla całego regionu.

Czytelnicy i telewidzowie często uznają pracę tych zdolnych, zaradnych i odważnych kobiet oraz mężczyzn za rzecz oczywistą. Patrząc na przekazywany materiał, nierzadko zapewne odnoszą wrażenie, że praca przychodzi reporterom niemal bez wysiłku. Tak jak mistrzowie sportu wydają się bez trudu wygrywać najcięższe nawet zawody. W obu przypadkach to wrażenie jest czystą iluzją. Kolejne strony tej książki oferują bezcenny wgląd w życie i niebezpieczną pracę korespondentów wojennych. Każdy jej czytelnik doceni ich osiągnięcia o wiele głębiej niż kiedykolwiek przedtem.

Andrew Nagorski

Facet z plecakiem

Jacek Czarnecki dziennikarz radiowy

Wiesz, jak na ciebie mówią twoi koledzy, korespondenci wojenni?

Nie wiem. Jestem emerytem!

Ale wciąż masz swój pseudonim.

„Czarny”? Tak mówią, prawda?

„Weteran” też mówią.

„Weteran” to mój miś, którego noszę na plecaku.

Jacek, ale rzeczywiście jesteś weteranem, jednym z nielicznych polskich dziennikarzy, którzy zaczęli jeździć na wojnę jeszcze przed atakiem na WTC.

Tak, zanim przyszedł jedenasty września, na wojny jeździł Wojtek Jagielski – stały, znany korespondent wojenny, którego bardzo cenię. Jeździli też z „Rzeczpospolitej” Paweł Reszka i Jurek Haszczyński. Pawła pamiętam choćby z Izraela, minęliśmy się też w Ruandzie. Korespondentami Telewizji Polskiej byli Waldek Milewicz, Piotrek Górecki, ale też Anka Waśkiewicz i obecna szefowa Biełsatu – Agnieszka Romaszewska. No i Miłada Jędrysik z „Gazety Wyborczej”. Obie jeździły do Jugosławii. Z Miładą byłem też w Macedonii i Iraku. A Anka Waśkiewicz, poza Bałkanami, odwiedzała też w początkowej fazie wojny Afganistan. Być może był jeszcze ktoś, kto jeździł rzadziej, nie wszystko po latach da się spamiętać. Spotykało się tych ludzi. Ale w tamtych czasach teatry wojny były bliższe. Ja zacząłem od Jugosławii. Byłem wtedy w radiowej Trójce.

A Czeczenia?

Nie, do Czeczenii nie jeździłem. Z Trójki do Czeczenii, jeśli się nie mylę, pojechał raz Ernest Zozuń. Ja osobiście w ogóle nie jeździłem do krajów rosyjskojęzycznych. Po pierwsze dlatego, że nie lubiłem tam pracować i nie chciałem tam jeździć. Po drugie – miałem całą furmankę innych wojen do obsłużenia. I w tym czasie, kiedy była Czeczenia, była też Jugosławia – wybrałem ten drugi front.

Jest jeszcze Afryka.

Nie przesadzajmy z tą Afryką! To, że byłem w Afryce, kiedy nie dotarli tam jeszcze żadni inni korespondenci, to był zwyczajny fuks. Ale przy tym, jak Afrykę zjeździli Wojtek Jagielski czy Marcin Meller, to jestem mały pikuś.

 

Jagielski jeździł do Afryki przez wiele lat, naprawdę bardzo często, a Meller spędził na tym kontynencie sporo czasu. Bywał tam na takich półrocznych wyjazdach.

A czym się tamto dziennikarstwo wojenne różniło od tego po jedenastym września? Na pewno lepiej się ze sobą znaliście, z tego, co mówiłeś nam wcześniej, wynika, że doskonale rozpoznawaliście się z reporterami wojennymi z innych krajów.

Tak, no pewnie. Na kolejnej wojnie spotykało się po prostu kolegów z poprzedniej wojny. Ci sami ludzie przyjeżdżali w miejsca zapalne. Byliśmy na ogół indywidualistami. Nie było jeszcze wówczas „dziennikarstwa stadnego”. Jak zaczynała się Ruanda, to wszyscy dziennikarze mieścili się w jednym hotelu. Nikt nie szukał lokum gdzie indziej, bo w hotelu Mille Collines w Kigali było full wolnych miejsc i wszyscy mieszkali właśnie tu. Przyjeżdżała jedna, dwie ekipy z danego kraju, jacyś dziennikarze prasowi, oczywiście fotoreporterzy, i tyle. Nie było tak jak w Kuwejcie czy Pakistanie, gdzie zjechało się nagle trzy tysiące dziennikarzy, a o miejsca w hotelu trzeba było walczyć. Co prawda na Mille Collines w Ruandzie mnie nie było stać, ale mieszkałem w fantastycznym miejscu, u księży pallotynów w dzielnicy Gikondo. Bardzo mi pomogli, wiele się od nich i ich lokalnych pracowników nauczyłem o Ruandzie i wcześniejszych masakrach, do których tam doszło. Dziś niektórzy krytycznie o pallotynach piszą, ale ja złego słowa nie mogę powiedzieć o nich ani o ich postawie wobec parafian czy wobec mnie. Za to w Mille Collines poznawałem ludzi. A ponieważ na nic mnie nie było stać, zwłaszcza na samochód z kierowcą, podczepiałem się a to do ekipy niemieckiej, a to do amerykańskiej i mogłem robić swoje materiały. Moim atutem była znajomość francuskiego – na wsiach nie wszyscy mówili po angielsku, a z czasów kolonialnych została im znajomość francuskiego. Takie bywanie w hotelach, w których mieszkali zachodni dziennikarze, było dla mnie wtedy najlepszą szkołą zawodu. Obserwowałem pracę naprawdę dobrych fachowców. Uczyłem się empatii w rozmowie z ludźmi, cierpliwości do ich zwyczajów, a przez to zdobywania ich zaufania i docierania do informacji.

Po jedenastym września trzon korespondentów z Polski od razu przyjechał do Pakistanu. Ja wylądowałem w Karaczi chyba szesnastego września. W Islamabadzie spotkałem resztę. Byli tam Jagielski z Millerem, Milewicz, Mikruta z Marcem z RMF, Woroch z TVN i Firlej z TVN24, no i ja z Zetki. Pojawił się też jak zjawa, z długą blond brodą, Max Cegielski. On w Pakistanie był prywatnie. Siedział u miejscowych górali w Himalajach, w Gilgit u podnóża Nanga Parbat, i tam zastała go wojna. Przyjechał do Islamabadu, znalazł mnie w hotelu i chyba pisał korespondencje dla jakiejś gazety. A później, kiedy się zaczęły, czy miały się zacząć, bombardowania Afganistanu, to nagle bach – pojawiło się ze dwudziestu dziennikarzy z Polski. Inna rzecz, że po jedenastym września, kiedy już rozpoczynała się wojna z terroryzmem, redakcje zaczęły zupełnie inaczej patrzeć na sprawy międzynarodowe. Pojawił się taki megaodkurzacz, który zasysał informacje, i dlatego masowo wysyłano dziennikarzy za granicę. Przed jedenastym września bycie korespondentem wojennym było dość ekskluzywne. Tylko bogatsze redakcje pozwalały sobie na to, żeby wysyłać w punkty zapalne swoich ludzi, mniejsze posiłkowały się depeszami Polskiej Agencji Prasowej. Po atakach na WTC zaczęliśmy mówić o dziennikarstwie stadnym.

Przed jedenastym września sam wybierałeś sobie miejsca, w które chciałeś jechać, czy redakcja narzucała ci kierunek?

W latach dziewięćdziesiątych, kiedy jeszcze pracowałem w Trójce, miałem taką „komórkę badań kryzysowych”, tak ją sobie w każdym razie nazwałem. Komórka była jednoosobowa. Byłem jej jedynym pracownikiem i dyrektor Paweł Zegarłowicz nawet nie podejrzewał jej istnienia. Wtedy internetu nie było, a na pewno nie był tak dostępny jak dziś. Siedziałem na agencjach, patrzyłem, co się gdzie wykluwa. Wiadomo było, że wojna w Jugosławii to wydarzenie, które trwa nieustannie, i trzeba tam od czasu do czasu pojechać. Zwłaszcza gdy zaczynało się coś dziać: kiedy rozpoczynała się jakaś większa ofensywa, podpisywano układ z Dayton czy kiedy Serbowie brali zakładników i przykuwali ich do różnych instalacji, które miały być bombardowane przez samoloty NATO czy Amerykanów. Na takie wydarzenia jeździło się punktowo, ale wojna w byłej Jugosławii była na stałe obecna w mediach. Poza tym mieliśmy tam, to znaczy Trójka miała, stałego korespondenta w Zagrzebiu. Kiedy się działo coś więcej, dosyłali mu człowieka z kraju, i tyle. Natomiast z innymi wyjazdami było różnie. Kiedy zaczęły się masakry w Burundi – mówimy tu o roku 1996 – kiedy na porządku dziennym było, że gdzieś zabili a to dwieście, a to trzysta osób, to z punktu widzenia Europy nie było problemu. Myśmy się tym nie zajmowali. Po tym, co wydarzyło się w Ruandzie w 1994 roku, nikt się Burundi nie interesował. Ale prosiłem swojego ówczesnego szefa, że chcę tam pojechać, że coś poważnego się tam szykuje, że się zaczyna duży ruch. Po prostu czułem to. I w pewnym momencie okazało się, że w Ruandzie rzeczywiście zaczyna się mocno burzyć – i nie ma przebacz, w ciągu trzech dni musiałem się zwinąć i tam być, bo się działo.

To wtedy wracali Tutsi do Ruandy, zabijając Hutu?

Dokładnie. Nie mówimy o akcji z 1994 roku, ale o roku 1996. A w tym czasie jeszcze w Zairze Laurent Kabila zaczął formować armię i rozpoczęło się tak naprawdę obalanie Mobutu Sese Seko. Zaczęło się poważne powstanie. Przejmowanie kawałka terenu, na którym były i diamenty, i złoto. Więc przy okazji relacjonowałem dwa wydarzenia: i Ruandę, i początek końca Zairu. Takie rzeczy sam wyszukiwałem. Nie mówiły o nich wszystkie media. Jeszcze kilka takich niewydarzeniowych historii udało mi się zrobić. To znaczy niewydarzeniowych w tym sensie, że byłem w pewnym miejscach nie w momencie, kiedy wojna się kończyła, ale na samym jej począteczku. Tak było w Libanie, gdzie znalazłem się na początku izraelskich bombardowań. Sprawa była prosta: zdarzała się wydarzeniówka, coś się działo, brałeś plecak i jechałeś. Jak była cisza, monitorowałeś te rejony, które były zagrożone konfliktem, po to, by coś wyczuć, zrozumieć, znaleźć się tam i to opisać. Ale wtedy, po pierwsze – były na to pieniądze, po drugie – było na to zapotrzebowanie. Media pokazywały takie wydarzenia. Może wtedy nie było badań, które udowadniałyby, że ludzi to nie interesuje.

Mówisz, że sam wyszukiwałeś ciekawostki, monitorowałeś, co się dzieje w zagrożonych rejonach. Co cię właściwie ciągnęło na wojnę? Bo co innego, kiedy ktoś cię na nią wysyła, a co innego, kiedy sam chcesz jechać.

Przede wszystkim nie można komuś powiedzieć: „Masz jechać na wojnę!”, bo taki zielony człowiek jedzie w miejsce konfliktu i od razu może zginąć. A co do mnie, od lat zajmowałem się rzeczami niebezpiecznymi. Siłą rzeczy nie postrzegałem wyjazdów na wojnę w roli korespondenta jako czegoś bardziej niebezpiecznego niż walka z komuną przed 1989 rokiem.

Bo walczyłeś z komuną?

Tak. Tak się złożyło, że w czasach słusznie minionych poważnie zaangażowałem się w walkę z komuną. Za PRL-u walczyłem z systemem komunistycznym, a potem zajmowałem się jeżdżeniem na wojnę. I to wojna, i to wojna. I to stałe zagrożenie, i to stałe zagrożenie. Wszyscy mówią: „O Jezu! To taka niebezpieczna praca, mogą cię zabić!”. Owszem, ale mogli mnie zabić tylko w pewnych warunkach. Dziennikarz wtedy musiał się prosić, żeby go zabito. No, może trochę przesadzam – teraz sytuacja jest kompletnie inna, ale w tamtych czasach było tak, że trzeba się było naprawdę znaleźć w złym miejscu o złej porze, żeby dać się zabić. Mówimy o latach dziewięćdziesiątych i początku naszego wieku. Z mojego punktu widzenia można było wtedy relacjonować wojnę bezpiecznie. Przykład? Podróże nocą w strefie walk. Nawet krótkie przejazdy po mieście. Wtedy podróż w nocy to 70 procent szans na to, że cię zabiją. Morał? Jak jesteś w strefie działań wojennych, no to nie podróżujesz w nocy i żyjesz. Proste, tak?

Opowiadałeś kiedyś piękną historię o tym, jak jednak zdecydowałeś się podróżować w nocy.

To było w Ruandzie. Niewiele razy złamałem tę żelazną regułę, żeby nie podróżować w nocy, ale to prawda, w Ruandzie tak się stało. Wracałem akurat z Zairu, bazę miałem w Kigali u księży pallotynów, a przed sobą ze sto, sto pięćdziesiąt kilometrów do przejechania przez góry od granicy ruandyjsko-zairskiej. Tyle że w Afryce te sto kilometrów to nie godzina, ale kilka godzin jazdy. Wcześniej, kiedy po pobycie w Zairze znowu trafiłem na stronę ruandyjską, musiałem nadać materiał. Z Zairu nie mogłem tego zrobić, bo wprawdzie miałem telefon satelitarny, ale zepsuty. Znałem ludzi z różnych ekip, akurat trafili się Francuzi z telewizji France 2, a ponieważ pracowałem z nimi w stanie wojennym jeszcze w Polsce, znaliśmy się, mieliśmy wspólnych znajomych, więc oni od czasu do czasu mi pomagali. Wtedy też mi pomogli, bo użyczyli mi swojego satelity, żebym mógł nadawać relacje. Nadawałem je z przygranicznego hotelu w Gisenyi, nad jeziorem Kiwu. Już po wszystkim chciałem się dowiedzieć, ile tam kosztuje nocleg, a chłopaki mówią: „Facet, sto pięćdziesiąt dolców!”. Niestety, to był cały mój majątek. Jednocześnie wiedziałem, że transport do Kigali też kosztuje sto pięćdziesiąt dolarów. Była szesnasta, dwie godziny do zmroku. Zdawałem sobie sprawę, że nie dojadę za dnia do Kigali, ale wiedziałem też, że nie mogę zostać, gdzie byłem, bo nie wiadomo, kiedy wrócę do Kigali, a chciałem tam wrócić. Więc wynająłem samochód. Jedziemy z kierowcą, zapada zmrok. Kierowca, cały popielaty na twarzy, wciąż pochlipuje: „Boże, po co ja cię zabrałem! Zabiją nas!”. Mówię człowiekowi: „Stary, jakby co, zabiją tylko mnie”, a on: „Ciebie zabiją, zabiorą ci wszystko, a mnie zabiją, żeby nie było świadków. Zginę za sto pięćdziesiąt dolarów!”. I tak cały czas. I rzeczywiście różne patrole mijaliśmy, to znaczy wychodzili z lasu różni ludzie z kałachami. Padał deszcz, oni byli w takich wielkich pelerynach. Patrzyłem tylko pod te peleryny, czy mają na nogach sandały, czy gumowce. W gumowcach chodziła armia, w sandałach chodzili Hutu i bandyci. Więc cały czas patrzyłem i oddychałem z ulgą: „Uff, gumowce”, jedziemy dalej, następni – gumowce, gumowce. Wreszcie wjeżdżamy na jakąś górę, widzę łunę świateł miasta, a w Ruandzie nie ma innego miejsca, gdzie może być taka łuna, tylko Kigali – zobaczyłem więc światła wielkiego miasta. I nagle samochód zaczął nawalać, w silniku coś rzęziło. Zacząłem się modlić: „Żeby tylko dojechać, to już naprawdę nie jest daleko. Boże, dojedźmy, nie stójmy tu w lesie”. Naprawdę bałem się, że nas zabiją. Bandy Hutu chodziły i rabowały, kogo popadło. Co chwila krążyły opowieści, że jechał samochód, zatrzymali go, zabili ludzi, pobili ludzi, zabrali, co się dało. A ten mój kierowca na okrągło: że jak jest biały na pokładzie, to na pewno go zbiją, zabiorą wszystko i żeby nie było świadków, z nim też zrobią porządek. Ale udało się, dojechaliśmy. Księża pallotyni nie chcieli mi otworzyć bramy, bo przyjechałem sporo po zmroku. Waliłem w nią pięściami, bo nie było wtedy jeszcze telefonów komórkowych. Postanowiłem, że najwyżej posiedzę pod bramą. Obok było więzienie, więc okolica w miarę spokojna.

Mówiłeś nam kiedyś, że wojna w Afryce była inna niż wszystkie pozostałe. Także dlatego, że tam życie ludzkie nie miało żadnej wartości.

Bo tak było. Taka jest moja ocena tamtych czasów. Chociaż jak patrzę dzisiaj na to, co się dzieje w krajach, do których i po których jeszcze dziesięć lat temu spokojnie jeździliśmy, jak Irak czy Afganistan, to dochodzę do wniosku, że w sytuacji próżni, kiedy nie ma żadnego rządu, nie obowiązują żadne reguły, życie wszędzie traci na wartości. Byłem w byłej Jugosławii, w Bośni, Hercegowinie, w Chorwacji czy Kosowie, gdzie można się było spotkać z różnymi przejawami wrogości ze strony Serbów. Mogli mnie popychać, szturchać, zamknąć na siedem godzin i straszyć, że mnie zakopią zaraz w jakimś dole, z kulką w głowie. Mówić, że jestem jakimś Polaczkiem, który przyjechał ich szpiegować, ale to wszystko kończyło się na groźbach, poszturchiwaniach, kopniaku w tyłek. Nawet jak mnie w Kosowie złapały jakieś paramilitarne bojówki, to wiedziałem, że przekażą mnie serbskim żołnierzom. Oczywiście zawsze w takim momencie krew z twarzy odpływała w pięty. Człowiek myślał: „O Jezu!”, ale za chwilę przychodził rozsądek: „Nie, przecież ci nic nie zrobią. Najwyżej mogą ci zęby wybić, i tak ich zbyt wiele nie masz, więc najwyżej”. W Afryce życia ludzkiego się nie ceni. Wiedziałem to od ludzi, Afrykanów, nie od białych. Kiedy jechałem do Afryki, miałem pierwszy dłuższy postój w Ugandzie, bo musiałem się postarać o wizę ruandyjską, i tam spotkałem się ze skautami. Sam byłem harcerzem i pewne znaki pozwoliły mi rozpoznać bratnie dusze. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Obwozili mnie trochę po swoim kraju, opowiadali różne rzeczy i dzięki takim spotkaniom z miejscowymi wiedziałem, co mnie może czekać dalej. Wiedziałem na przykład, że dla nich generalnie każdy biały to muzungu – czyli uosobienie kogoś bogatego. Muzungu znaczy „biały”, ale znaczy też „bogaty”. To są takie dwa nierozerwalne określenia. Nie ma, że biały i bogaty, biały to bogaty – tyle to znaczy. Kiedy mówiłem, zresztą zgodnie z prawdą, że jestem poor muzungu, czyli „biedny biały”, wybuchali gromkim śmiechem, jakbym opowiedział najlepszy dowcip świata. Jakbym powiedział „drewniany kamień” albo „młoda staruszka”. To było dla nich strasznie śmieszne. W Afryce nie można być biednym białym. Zapamiętałem pewną sytuację: była tam taka fajna knajpka, piliśmy tamtejszą mutację fanty, a na dole ćwiczył zespół bębniarzy i tancerzy. Fantastyczne miejsce, bez elektryczności, w środku stolicy Ugandy, Kampali. Ci moi zaprzyjaźnieni skauci tarzali się ze śmiechu po podłodze, jak im powiedziałem, dlaczego jestem poor muzungu. Wytłumaczyli mi, że ponieważ jestem biały, to już sama biała skóra znaczy, że mam dużo kasy. Dla nich nawet sto dolarów to jest moc pieniędzy, bo żyją za parę dolarów miesięcznie, więc to są dla nich ogromne sumy. A jak jeszcze jestem dziennikarzem, to już w ogóle muszę być superbogatym człowiekiem. W ich społeczeństwie nie ma rozróżnienia, że dziennikarz z Polski jest biedniejszy od dziennikarza z Ameryki. Kiedy Esteban Manzanares Uyarra robił film o pracy dziennikarzy wojennych w Iraku, to ja w tym filmie zostałem scharakteryzowany jako extremely low budget war reporter – ale to mógł ocenić Esteban, który wiedział, jakimi pieniędzmi dysponuje reporter amerykański czy brytyjski, a jakimi środkami dysponują reporterzy z Polski, bo kilku nas poznał. W Afryce nie ma takiego rozróżnienia. Tam jak biały porusza się po drodze, wychodzą bandyci, tego białego zabijają albo przynajmniej rabują ze wszystkiego, co ma. Marcinowi Mellerowi coś takiego się przytrafiło, chyba w Zairze. Został obrabowany do szczętu. Dlaczego? Bo wszystkie rzeczy, jakie miał w plecaku, nawet brudny podkoszulek, były coś warte. Kiedy wróciłem z Iraku do Kuwejtu i miałem brudne ciuchy, bo pojechałem tam na trzy dni, a zostałem trzy tygodnie, chciałem je wyrzucić. Sprzątaczki filipińskie, które pracowały w hotelu, wszystko wzięły, uprały, przyniosły złożone w kosteczkę. Kiedy powiedziałem, że tego nie chcę, z wielką radością zabrały te wszystkie rzeczy, bo dla nich to było coś. A w Afryce jest jeszcze większa bieda. Przed wyjazdem do Ruandy rozmawiałem z Khadją Nin, to taka piosenkarka burundyjska, z którą zrobiłem duży wywiad właśnie o tym: o kulturze życia i śmierci w Afryce.

 

I co ci powiedziała?

Powiedziała mi, że w Afryce chwilę popłaczą na pogrzebie i zapominają. Przychodzi kolejny dzień. Rodzą się kolejne dzieci. Kiedy tam umiera człowiek, nie ma wielkiego wspominania, chodzenia na groby jak u nas. Tam po prostu kopie się dół, zakopuje się człowieka. W niektórych kulturach jest jeszcze tak, że grzebie się go w wąskiej dziurze, żeby się za bardzo nie napracować, i koniec. Był człowiek, nie ma człowieka. Jeśli był kimś znaczącym, to w opowieściach wioskowych wspomina się: „A jak żył tamten, to się coś działo”. Ale poza tym o człowieku się zapomina. To samo jest z ludźmi, którzy przechodzą przez dany kraj, z uchodźcami. Przecież oni umierają na różne choroby, z przemęczenia. Nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Trupy leżą, gniją i dopiero ONZ musi się zainteresować, posprzątać je. A jak nie, to jest jak w Ruandzie, gdzie szkielety po masakrach z 1994 roku, mimo wielkiej tragedii i międzynarodowego krzyku, leżały jeszcze dwa lata później i być może nawet leżą gdzieś do dziś.

Myślisz, że to kwestia mentalności tych ludzi, ich kultury, podejścia do śmierci?

Tak, po pierwsze, to kwestia mentalności. A po drugie, w miejscach, gdzie toczy się wojna, gdzie panuje prawne bezhołowie, zanikają resztki hamulców czy moralności. Ludzie zaczynają się zabijać. Dlaczego Irakijczycy opowiadają, że za Saddama to było dobrze, policjant nie musiał nawet chodzić z pałką, a teraz jest strasznie, bo policjanci nawet w grupie są zabijani? Czemu tak się stało? Właśnie dlatego, że reżim, który nad nimi siedział, jednocześnie ich pilnował i bandytyzm trzymał w ryzach twardą ręką. W pewnym momencie więzienia się otworzyły, przyszli humanitarni Amerykanie – hulaj dusza, piekła nie ma. Można komuś zabrać z domu wszystko, przyjść z kałachem, postawić rodzinę pod ścianą, obrabować, a jak stawiają opór, to ich zastrzelić. W Afryce jest podobnie: niestety, gwałt stoi na porządku dziennym. Nasze panie z organizacji kobiecych, gdyby tam pojechały, chwyciłyby się za głowy. Gdyby porozmawiały ze zgwałconymi kobietami i zapytały, co one czują, to być może usłyszałyby w odpowiedzi: „No cóż, przyszli ci – zgwałcili, przyszli tamci – zgwałcili, przyjdą następni – zgwałcą”. To niepojęte, ale mam taką rozmowę z siostrami zakonnymi z Zairu, dla których „co armia, to gwałt”. Dotarłem tam po trzeciej fali wojska, więc siostry były po „trzeciej fali gwałtu”. To jak na przykład po przejściu sowieckiej armii w 1945 roku. Takie sceny wciąż się dzieją.

Lubiłeś jeździć do Afryki? Bo są tacy, którzy jeździć tam nie lubią.

Ja Afrykę lubię. Powiem tak – nie najeździłem się do niej, ale ją lubię, bo lubię bywać w miejscach, gdzie przyjeżdża mało turystów. Nigdy nie byłem w Kenii, przelotem tylko, ale nie brałem udziału w safari, nie latałem tam balonem, nie fotografowałem biegających lwów i szczęśliwych antylop. Jeździłem w miejsca, gdzie jedyne antylopy, jakie widziałem, to te zabite i pocięte przez ludzi na mięso. Lubię jeździć tam, dokąd nie docierają inni albo docierają rzadko. Po swoim pierwszym wyjeździe do Ruandy wiedziałem już, że wyjazd tam to trochę więcej niż wyjazd do Jugosławii, którą my postrzegaliśmy tutaj jako dziką, nieludzką, bo sąsiad zabija sąsiada, a żołnierze pozują z obciętymi głowami swoich kolegów ze szkolnej ławy. Afryka to zupełnie co innego. Tam są całe pola szkieletów, którymi nikt się nie interesuje. Wiedziałem, jak tanie jest tam życie ludzkie, ale nabrałem respektu dla Afryki w sytuacjach konfliktowych. Myślę jednak, że także w sytuacji bezkonfliktowej trzeba czuć przed nią respekt. Podróż do Timbuktu nie jest bezpieczna. Nie była ani przed jedenastym września, ani tym bardziej po nim. Zawsze chciałem tam jechać i bałem się jednocześnie.

Czym się różniło to dziennikarstwo przed jedenastym września? Bo wydaje się, że było spokojniejsze, w każdym razie nie było takiego wyścigu szczurów.

Przede wszystkim nieczęsto jeździłem z grupą dziennikarzy z Polski.

Bo, jak sam mówisz, przed jedenastym września nie było tych dziennikarzy zbyt wielu.

No właśnie. À propos konkurencji i wyścigu szczurów – wtedy najczęściej konkurencja istniała albo między wielkim agencjami typu AFP czy Reuters, albo między wielkimi telewizjami, bo one mogły puścić materiał w eter i cały świat to widział. Więc się ścigały. Natomiast taki mały żuczek jak ja, z medialnie mało znaczącego kraju, jakim jest Polska, będąc gdzieś tam w Ruandzie, nie był dla nikogo zagrożeniem. Sami dziennikarze z ABC zaproponowali, że mi pomogą, bo wiedzieli, że nie mam kasy, że na nic mnie nie stać, a wynajęcie samochodu kosztuje dziennie sto dolarów, wynajęcie tłumacza drugie tyle, wynajęcie samochodu z kierowcą, który mówi dobrym angielskim albo francuskim, graniczyło z cudem, więc po prostu pomagali mi. Ja robiłem im ewentualnie tłumaczenia z francuskiego. Powiedzieli: „Chłopie, my ci pomożemy”. Podobnie pomagała mi ekipa ZDF. Nie było wyścigu szczurów.

Bo nie było Polaków?

Właśnie. Nawet w Belgradzie, kiedy pojechałem tam pierwszy raz, spotkałem dziennikarzy z AFP. Byłem akurat świeżo po powrocie z Francji. Poszedłem do ich biura, powiedziałem, że jestem korespondentem i potrzebuję chociażby zrębu informacji, bo zaczęła się wielka ofensywna na froncie chorwackim – bez problemu mi pomagali. Ja im też pomagałem, chodziłem tu i tam, zbierałem informacje, dzwoniłem do nich i mówiłem: „Słuchajcie, tu się dzieje to czy tamto”. A w zamian mogłem korzystać ze stolika w ich biurze, miałem dostęp do ich depesz, więc wiedziałem, jaka jest sytuacja w całym kraju, nie gubiłem się w tym. Więc faktycznie nie było wyścigu szczurów. Natomiast po jedenastym września czy nawet tuż przedtem, kiedy do Kosowa zjeżdżało pięciu czy dziesięciu dziennikarzy z Polski, to największa rywalizacja była między Polakami. Ale na przykład rozumiałem Waldka Milewicza. Ukrywał się przed wszystkimi ze swoimi planami i kontaktami, bo miał jeden program dziennie – Wiadomości o dziewiętnastej trzydzieści. Ja byłem z radia i nie miałem problemu, żeby co godzinę przekazać jakąś informację, więc istniał naturalny konflikt interesów. Chociaż zdarzały się także przypadki współpracy między najbardziej konkurencyjnymi dziennikarzami z najbardziej konkurencyjnych mediów. Na przykład w 1999 roku w Kosowie poznałem Przemka Marca. To był mój trzeci wyjazd do Kosowa, wiedziałem, dokąd jadę, u kogo będę mieszkał. On jechał w ciemno. Nie miałem wtedy prawa jazdy, więc Przemek wynajął na siebie samochód, prowadził go, a ja dawałem mu mieszkanie. Robiliśmy materiały o tych samych wydarzeniach. Staraliśmy się oczywiście, aby nie były puszczane w naszych stacjach o tych samych porach, różnicowaliśmy nadawanie tematów. Ale z Przemkiem przyjaźnię się od tamtej pory. W różnych sytuacjach byliśmy razem. Jak któremuś z nas wysiadła antena satelitarna, to się dzieliliśmy satelitą. Nie było z tym żadnego problemu.