PustostanyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pustostany
Pustostany
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61  48,80 
Pustostany
Audio
Pustostany
Audiobook
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog?

2. jedzenie jest ważne

3. poczta albo Polska

4. smutek/ciało

5. łachy

6. Bazar

7. handel

8. audio

9. telefony do byłych

10. pijak / umieranie osób

11. kiosk ruchu

12. ludzie są najgorsi

13. wszystkie najgorsze rzeczy

14. klucze do domu

15. Moskwa

16. niepodległa

17. epilog?/książka

18. układ słoneczny

19. Gdy dom jest gotów, właściciel umiera

20. Dorota Kotas, cv

Copyright © Dorota Kotas 2019

All rights reserved

Copyright © Sojka&Sojka spółka jawna, Warszawa 2019

Ilustracja na okładce i ilustracje:

KAROLINA LUBASZKO

Projekt graficzny:

KUBA SOWIŃSKI

Redaktor:

KLAUDIA STĘPIEŃ

Wydanie I

ISBN 978-83-66324-13-8

wydawnictwo

niebieska studnia

www.niebieskastudnia.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog?

Wczoraj znalazłam w szafie latarnię morską. Zupełnie przypadkowo. Chciałam wynieść ją z domu, ale była bardzo ciężka i mało poręczna. Kartonowe opakowanie kruszyło się w rękach. Zdecydowałam się stoczyć ją po schodach. Ale wtedy latarnia pękła i pokruszyła się jej głowica. To wydarzyło się na wysokości ostatniego półpiętra. Na szczęście nikt niczego nie widział, bo na tym poziomie mieszkają tylko zmarli, a ja szybko zmiotłam szkło butem pod ich wycieraczki i udeptałam, żeby nie pozostały żadne ślady. Później wytoczyłam latarnię morską przed kamienicę i zostawiłam ją pod drzwiami – z kartką, że jeśli ktoś ma ochotę, może ją zabrać do domu. Ale nikt taki nie znalazł się do tej pory.

Mój dom – czyli po prostu ten, w którym mieszkam – ma dużo skrytek, w których można znaleźć wspaniałe przedmioty – większość rzeczy potrzebnych do życia oraz wszystko to, czego się nie potrzebuje w ogóle i co do niczego się nie nadaje. Najważniejsze skarbce to cztery piwnice, strych oraz nieczynne poddasze z porzuconą pracownią krawiecką i kompleksem zoologicznym, czyli cmentarzyskiem gołębi, których martwe ciała leżą na podłodze, a kości chrzęszczą, kiedy otwiera się drzwi. Ten dom – czyli kamienica, w której z większości lokali nie wydobywa się żaden dźwięk, bo prawie wszyscy mieszkańcy po kolei, podobno niespodziewanie, umarli na raka. Nocą w oknach od strony ogrodu widać na przestrzał jasną ulicę. Czasami wpada też więcej światła. Kiedy samochód parkuje obok bramy albo gdy na zapleczu centrum fitness, w molochu po drugiej stronie drogi, zapalają się neonowe wrzaski FIT i SLIM – wtedy do mieszkań na dole dostaje się ruch, tak naprawdę nieistniejący, ale pozostawiający fałszywe obietnice. A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. Dzięki nam rosną kwiaty i drzewa. Fikus na parapecie w pokoju, do którego brakuje klucza, nie usycha od kilku lat, bo uwięzione w praskich pustostanach rośliny czekają na ludzi i wiedzą, że to ma sens.

Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi – bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść – leżą wspaniałe wycieraczki nieocenionej jakości. Nie zużywają się miesiącami i wyglądają jak nowe co najmniej dwa razy dłużej w porównaniu z tymi, które kupuje się na bazarze. Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały. Odkąd skrzynka się zepsuła, korespondencja czeka przeważnie bez celu pod drzwiami. Zaczęłam ją zbierać, kiedy zrobiło się jej naprawdę dużo. Czasami, kiedy ma się dużo szczęścia, idąc po schodach, można zobaczyć, jak koperty z ZUS-u, foldery reklamowe salonów meblowych Bodzio i pizzerii z całego Gocławia oraz kartki pocztowe z Kanady są wsysane do pustych mieszkań przez lukę przy posadzce. Tak jakby ktoś, kogo nie ma, pochylał się nad szczeliną po drugiej stronie i wciągał listy ustami, a później połykał i przechowywał w nieczynnym żołądku.

Latarnia morska należała chyba do jednej z nich, czyli jednej z martwych. Znajdowała się w szafie Haliny Mączyńskiej, tuż obok starodawnej protezy nogi z tworzywa sztucznego i planów rozbudowy szklarni z 1966 roku. Żeby się do nich dostać, trzeba było odsunąć arabski telewizor przykręcony na stałe do szafki, zestaw bezpańskich portretów ślubnych, minimagiel i minigrill. Te czynności zajęły mi dłuższą chwilę, ale przyniosły wiele satysfakcji. A kiedy stałam już z latarnią morską na schodach, poznałam pana Krzysztofa. O tej porze był już trochę pijany, bo zbliżało się południe, a w naszych rejonach, czyli na wschodzie Warszawy, właśnie tak przyjęło się żyć. Pan Krzysztof zapytał, dlaczego wyrzucam takie piękne rzeczy i czy mi nie żal. Bo obok nas stał też karton wieszaków oblepionych ptasim gównem, leżały jesionki z okolic przełomu ery futer naturalnych i ery skaju, dwumetrowa plastikowa choinka i kilka butów nie do pary, ale za to nowych. Zainteresował się też, czy jestem Polką, czy mam męża i czy jestem po rozwodzie oraz dlaczego nie, a także czy chcę zjeść z nim zupę. Nie byle jaką, bo zupę instant ze sklepu Asia Deli, nazwanego pewnie na cześć jakiejś Joanny, znajdującego się blisko mojej kamienicy i wyglądającego tak, jakby trwał w nim nieustanny remanent. W tym sklepie mieści się tylko kilka półek, wypełnionych wyłącznie zupkami chińskimi, różnymi rodzajami, o smaku glutaminianu sodu i aromacie identycznym z naturalnym. Poza tym nic więcej nie można kupić, ale po środku niewielkiego sklepu i tak stoi duży wózek na zakupy, jedna sztuka wspólna dla wszystkich klientów, których ani tam nie ma, ani nigdy nie było. Nastrój panuje trochę apokaliptyczny, czyli dopasowany do oferowanego produktu. I z uwagi na te okoliczności scena z latarnią morską, panem Krzysztofem i jego zupą trochę mnie wzruszyła. Nie chciałam się przyznać, że zupa z proszku to moje ulubione danie ani że to najbardziej spontaniczna propozycja, którą dostałam przez ostatnie dwadzieścia cztery lata. Dlatego szybko uciekłam na strych i wstydziłam się zejść, dopóki nie zaczęłam się bać nie schodzić.

Tego dnia chciałam uporządkować poddasze i wynieść z domu niepotrzebne przedmioty, żeby zrobić na górze pracownię, w której będę mogła napisać książkę. Na razie nie mogę pisać, ponieważ nie mam pracowni. Ale wymyśliłam już tytuł i wiem, jak będzie wyglądała okładka mojej książki – niedawno miałam o tym wspaniały sen – dlatego czuję się trochę tak, jakbym ją prawie skończyła. W pewnym stopniu stanowi to dla mnie powód do samozadowolenia. Mam poczucie, że większość pracy jest za mną. Wystarczy, że pomaluję ściany, naprawię elektrykę, wymienię okna, zerwę linoleum, ustawię przy oknie stół, kupię odpowiednie kwiaty, uszyję dywan, napiszę kilkaset stron, upiekę świąteczne ciasto jak prawdziwa kobieta, która dobrze sobie radzi, i wtedy będę mogła wysłać książkę do wydawnictwa, a potem od razu cieszyć się życiem jak wszystkie sławne pisarki, którym zazdroszczę, chociaż ich nie znam. Nawet jeśli nikt mnie nie wyda. Bo zniknie wtedy wiele trudności. Kiedy ktoś mnie zapyta, jak określiłabym siebie jednym słowem, odpowiem: „pisarka”. A gdy poznam nową osobę, nie będę musiała zastanawiać się już, kim jestem i co robię w życiu, będę mogła za to śmiało powiedzieć: „Jestem pisarką”. Pozbędę się też jednego z kluczowych i najwstydliwszych problemów w życiu. Książka będzie już napisana, więc nigdy więcej nie będę musiała wymyślać odpowiedzi na pytanie, o czym będzie, ani czuć paniki, że tego nie wiem. Ale na razie jestem nikim i to jedna z niewielu sprawdzonych informacji, których mogę bez zawahania udzielić na swój temat.

 

Jeśli nie wyjdzie mi w życiu, zostanę bizneswoman. Będę wtedy chodzić do pracy na plac Szembeka, na bazar znajdujący się dwie minuty pieszo od domu, w którym mieszkam, i będę rozkładać w przejściu koc, o który wszyscy będą się mogli potykać, a na tym kocu będę sprzedawać wegańskie ciasto o smaku sukcesu oraz lemoniadę. Obok mnie będą siedzieć grube kobiety na stołkach wędkarskich i ich oskubane indyki; Cyganki z naręczami firanek, obok których nie można przejść, nie odpowiadając na pytanie, czy firanki pani ma w doma; straganiarze z idealnym awokado po pięć złotych za trzy sztuki, codziennie promocja; chłopcy o nalanych twarzach handlujący nalewką w butelkach po syropie malinowym do herbaty, serwowaną prosto z bagażnika opla oraz Azjatki z neonowymi majtkami na sznurku, podwieszanymi w formie girlandy w namiotach z folii PCV – we wszystkich rozmiarach świata. Wtedy spełni się moje marzenie o pracy blisko domu i do której można zabierać psa, a to będzie piękne, proste życie wśród lokalnej społeczności i miejscowego folkloru. Życie sprzężone z cyklem pór roku i rytmem wirującej wokół Słońca planety Ziemia, mojej ulubionej. Na tym bazarze w deszczu handluje się z reklamówką na głowie, przy mrozie trzeba omotać się kołdrą puchową, a w upale chłodzić Perłą pod ladą. Jest jednocześnie swojsko i egzotycznie; mikropaństwo bazar przyciąga emigrantów z całej dzielnicy, a nawet świata. W mojej ulubionej budzie numer 134 pracuje pół Syryjczyk, pół Grek, który przyjechał do Warszawy w ciemno, a teraz sprzedaje humus i chałwę. Życzy wszystkim pięknego dnia – i to zawsze działa. Tuż obok można kupić jajka na sztuki, pani z Otwocka pakuje je w przycinane nożykiem tekturki i spina gumką recepturką dla ochrony. Mieści się tu też sklep z przeterminowanym jedzeniem, w którym kupuje się paczkę ciastek za pięćdziesiąt groszy albo parówki za dwa złote – w paczce po 50 sztuk, z niezidentyfikowanego źródła, od przedsiębiorczych biznesmenów z chytrą twarzą wskazującą na rodowód grochowski i praskie korzenie obejmujące przynajmniej siedem pokoleń w głąb drzewa genealogicznego. W piekarni ormiańsko-gruzińskiej sprzedawcy są zdezorientowani, kiedy zadaje się pytanie inne niż o cenę tego, co widać. Na chodniku kwitnie handel ruskimi fajkami, czasami pakowanymi roboczo w foliowe woreczki i podawanymi z niepozornych, wewnętrznych kieszeni kurtki, magazynujących bogactwo anonsowane urywanym: „Papierosy, papierosy!”. A piękno tego, co się tam dzieje, podkreślają baloniki na patykach do kupienia w kwiaciarni u Dorci (umocowane w główce kapusty przekrojonej na pół) i wiechcie polnych kwiatków zebranych przy szosie, opychanych za byle jakie pieniądze. Największa duma regionu, fasada całego kompleksu, to jednak Asia Deli – lokal złożony z jadalni i sklepu, powstały w odpowiedzi na wyzwania nowoczesności i zmieniające się trendy gastronomiczne na miejscu dawnej restauracji w stylu amerykańskim o uroczystej nazwie United Chicken.

Moja babcia mówi, że mieszkam na bazarze. Kamienica, w której żyję, znajduje się w tak dużej bliskości targowiska, że z okna w kuchni mogę obserwować, jak piekarze nadziewają pączki marmoladą w okienku na rogu hali targowej. Mogę patrzeć na białego bulteriera zamkniętego przez cały dzień na balkonie po drugiej stronie ulicy i na wyjazd z podziemnego parkingu, gdzie wszyscy na siebie trąbią. Niedaleko stoi też kilkukomorowy, pomarańczowy kontener na śmieci, do którego ciągle ktoś zagląda i z którego stale ubywa śmieci wprost proporcjonalnie do częstotliwości przybywania nowej zawartości, co sprawia, że śmieciarka opróżnia kosz zaledwie raz na epokę. Za mojego życia się to jeszcze nie zdarzyło, chyba że jakimś dziwnym trafem uszło mojej uwadze, choć żyję już bardzo długo i naprawdę dużo czasu spędzam na patrzeniu przez okno kuchenne. Po sąsiedzku mieści się też sklep z odzieżą używaną, zawierający w nazwie „ekskluzywny”, otwarty dwa razy w tygodniu: w piątki po południu i w soboty rano. A w pozostałe dni schody, które do niego prowadzą, zgodnie z niepisaną umową społeczną służą miejscowej ludności jako pijalnia wódki, tak samo zresztą jak zadaszenie pod Bokser Zoo – oficjalnie sklepem zoologicznym, a w praktyce głównie przechowywalnią przesyłek Poczty Polskiej dla sąsiadów, których kurierzy nie zastali w domu. Ale w miejscu, gdzie mieszkam, i tak najciekawszy ze wszystkiego jest mój dom i przedmioty, które można wygrzebać w jego starym i chorym brzuchu.

Ostatniej nocy dom zadrżał. A dzisiaj rano obudziłam się bez małego palca u nogi. Jeszcze zanim sprawdziłam, wiedziałam, że coś jest nie tak. Zrzuciłam kołdrę na podłogę i wtedy wszystko stało się jasne. Nie wiedziałam, co zrobić w takiej sytuacji. Do tej pory zdarzało się, że ginęły mi ołówki albo pojedyncze skarpetki, raz przepadła mi nawet książka o Kolejach Mazowieckich, a kilka dni temu pół pomarańczy. Zawsze po jakimś czasie godziłam się ze stratą. Ale nigdy wcześniej nie zginął mi palec. Tym razem rzecz zdawała się poważniejsza niż zazwyczaj. Czułam się realnie okradziona ze swojej własności. Założyłam buty, które okazały się trochę za duże, i poszłam do kuchni usmażyć jajko. Byłam szczęśliwa, że jest zima. Dzięki temu mogłam jeszcze przez jakiś utrzymać sprawę w tajemnicy.

Wyszłam z domu, zabrawszy jak zwykle duży plecak pełen kanapek, termos z kawą, zapasowe ubrania na wypadek nagłej zmiany pogody, coś do czytania, zestaw długopisów, których nie zamierzałam używać, ale które wypadało mi mieć jako komuś, kto aspiruje do zostania znaną pisarką, i jeszcze więcej kanapek, bo właśnie tak przyzwyczaiłam się postępować na wszelki wypadek, w razie opuszczenia mieszkania na dłużej niż jedna godzina zegarowa. Kiedy schodziłam po schodach, zastukałam na próbę do drzwi mieszkania na dole, w którym stara sąsiadka zmarła razem ze swoim rakiem najmniej dawno, bo zaledwie w ubiegłym roku. Wtedy w środku, po drugiej stronie drzwi, rozległo się ciche, ale wyraźne pukanie. Zabrzmiało jak odpowiedź. Uciekłam, zanim zdążyłam się go ostatecznie przestraszyć. Zatrzasnęłam za sobą drzwi na klatkę; wessał mnie rozlewający się na ulicy bazar. Po wyjściu z domu zawsze idę najszybciej, jak to tylko możliwe. Staram się wyglądać na bardzo zajętą osobę. Taką, która nie ma czasu, żeby zaczekać na swoją kolej i nie wpaść pod samochód albo żeby ustawić się w kolejce po tradycyjne pączki, nawet jeśli przy okienku stoi cała jedna osoba i właśnie odbiera resztę, ani żeby spóźnić się na autobus, który przyjechał za wcześnie i wyminął mnie na pasach, nieświadomy tego, że w takiej sytuacji nie pozostawia mi innego wyboru niż podjęcie natychmiastowego biegu, który umożliwi wykonanie olimpijskiego skoku do środka przez automatyczne drzwi jeden lub dwa przystanki dalej.

Im bardziej jestem bezrobotna, tym bardziej się spieszę. Nie chcę stracić wprawy. Dynamika przemieszczania się po mieście daje mi minimalne poczucie spełnienia, sensu i satysfakcji z życia. Tylko czasami udaje mi się zauważyć coś przez przypadek: jeśli coś widzę, to niechcący. W ogóle mi nie zależy. Patrzenie nie jest zgodne z moim stylem życia. Gdy zaczynam patrzeć, przestaję się spieszyć, a to prawie nigdy nie wychodzi mi na zdrowie, bo im dłużej to robię, tym szybciej zaczynam się denerwować i prawie natychmiast wpadam w panikę, kiedy przypominam sobie, że rzeczywistość istnieje naprawdę i że wszyscy jesteśmy na nią skazani.

Prawie zawsze chodzę w tym samym kierunku, czyli w stronę placu z różowymi lampionami na drzewach. Niedaleko znajduje się pierogarnia, do której czasem nawet wchodzę i zamawiam jedzenie. Pani z okienka zawsze mi na to pozwala, tylko prosi, żebym usiadła niedaleko drzwi. Ale to dobre miejsce, bo wiem, że jeśli trzeba będzie uciekać, nikt nie będzie miał większych szans ode mnie i mojej suki. Poza tym szkoda mi życia na wychodzenie do jakichś miejsc i siadanie w nich dalej niż przy drzwiach. Przy drzwiach mniej czuć też skwarki, które podobno robi się z mięsa słonia, więc nie muszę oddychać przez usta, a to duża zaleta, kiedy akurat jem. Najczęściej zamawiam pierogi bez dekoracji. Mimo to dostaję zawsze taki sam bardzo duży talerz, na którym pierogi ułożono dookoła, a w środku postawiono kieliszek na wódkę wypełniony smażoną cebulą. A kiedy zmęczę się jedzeniem, wrzucam pierogi pod stół. Wtedy połyka je moja suka. A kiedy ona się zmęczy, obie uprzejmie uśmiechamy się i zbieramy do domu.

Gdy wróciłam po południu do mieszkania, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało jak dawniej. Chociaż kamienica wydawała się trochę blada. Była jakby słabsza i bardziej zmęczona niż zazwyczaj. Od razu pomyślałam, że to na pewno oznaka starości. Każdy byłby na jej miejscu zmęczony, a co dopiero taki duży dom, który ma tyle na głowie, prawda? Ale dla pewności i spokojnego sumienia zadzwoniłam do przychodni, żeby zamówić wizytę domową, bo słyszałam, że mają takie w ofercie. Niestety wszyscy odmówili. Brakowało numerków i kazali następnym razem dzwonić o siódmej rano lub zgłosić się osobiście do rejestracji. Poczułam się bezradna i natychmiast znienawidziłam całą służbę zdrowia. Teraz ja i mój pies leżymy na dywanie. My oddychamy, a podłoga unosi się i opada. Nie mam już prawie całej nogi, a mój pies to tak naprawdę połowa psa i z godziny na godzinę robi się coraz mniejszy. W tej chwili jest pewnie wielkości mojego serca, chociaż nie wiem dokładnie, ani jak ono wygląda, ani czy na pewno je mam. Przedmioty rozpływają się, a po niektórych zostają tylko rzadkie plamy kolorów bez faktury. Rośliny przypominają koktajl z jarmużu, który właśnie wylał się komuś na parapecie i ścieka na posadzkę gęstą strugą. Niektóre rzeczy zapadają się w inne, ściana wchłania obrazy, a szafy schowane w nich rzeczy. Z domem jest coraz gorzej. Trochę panikuję. Najbardziej żal mi mojej pracowni i tego, że już nigdy nie dam rady napisać książki o niczym ani nie zostanę znaną pisarką i że czeka mnie co najwyżej kariera w biznesie, a może w ogóle nic. Żal mi też mojego psa, który przez cały czas każe się głaskać i chyba nic nie rozumie z tego, co tu się dzieje.

I chyba wtedy wszystko się zaczyna: jak zwykle ratuję świat. Po prostu – zapisuję rzeczy, a one dalej są i dzięki temu wszyscy jesteśmy bezpieczni.


2.

jedzenie jest ważne

Jestem bezrobotna, dlatego mam teraz czas, żeby plądrować dom. Codziennie budzę się w południe, a potem zakładam kapcie i idę do kuchni smażyć placki ze składników przeterminowanych o co najmniej trzy lata. Wyjadam mąki z amarantusa i kasze byłych współlokatorów, którzy wyprowadzili się albo umarli. W zeszłym roku w ramach przydziału regulowanego umową najmu pokoju o powierzchni mieszczącej jednoosobowe łóżko i nic więcej otrzymałam do dyspozycji adekwatną przestrzeń na rzeczy w kuchni, czyli jedną półkę w lodówce, dwie w szafce i niezbyt duży kawałek zamrażalnika. A wraz z tymi wspaniałymi gruntami przygotowanymi pod uprawę kapitalistycznych praktyk, czyli pod kompulsywne gromadzenie zapasów jedzenia, dostałam niekończące się zasoby: złoża rzeczy do jedzenia, których nie mogę przejeść już od roku.

O niektórych z moich rzeczy wiem, że prawdopodobnie nie zjem ich już nigdy, bo nie znam ich zastosowania. Inne, jak mi wiadomo, też nie zostaną przeze mnie zjedzone, bo są wyjątkowo niesmaczne. Albo zepsute. W zamrażalniku znajdują się potrawy zrobione z mięsa, czyli nie nadają się do niczego. Albo rzeczy zbyt dobre, co do których nie jestem pewna, których nie mam śmiałości zjeść, bo wydaje mi się, że może kiedyś ktoś sobie o nich przypomni i zechce po nie wrócić, przylecieć samolotem z Kanady na przykład, a wtedy będzie mi wstyd, że się nie powstrzymałam, skoro jacyś Oni spędzili w podróży dwa dni. Z szacunku do jedzenia bardzo nie chcę też niczego wyrzucać – nawet tego, co wygląda naprawdę źle. Wydaje mi się, że wyrzuty sumienia nie dałyby mi żyć. Dlatego wiem, że prawdopodobnie nigdy nie dam rady pozbyć się wszystkiego, co mam na swojej półeczce w kuchni. Chyba że przyjdzie wojna. Wtedy miesiącami nie zginę z głodu i będę mogła przygotowywać lunch dla żołnierzy, z deserem, na przykład puddingiem z tapioki. Nie zginę też, jeśli dojdzie do strajku producentów, kiedy nagle uznają, że produkowanie jedzenia już im się znudziło i że nie chcą nigdy więcej tego robić, a nie będzie nikogo, kto mógłby ich zastąpić. Albo gdy jedzenie wyjdzie z mody i nie będzie się go dało nigdzie kupić, bo żaden sprzedawca nie zechce zniżyć się do poziomu handlowania czymś tak prozaicznym, beznamiętnym, przyziemnym jak chleb. Wtedy zginą wszyscy ludzie, a na Pradze Południe zostanę tylko ja, mój pies i nasze słoiki.

Na razie trochę się męczę. Mam mnóstwo rzeczy i nie mam gdzie ich trzymać: są wszędzie i w ogóle ich nie ubywa. A z tego powodu brakuje miejsca na zakupy spożywcze, dlatego ich nie robię. Kiedy nie ma się pracy, nie jest to nawet takie złe, jak mogłoby się wydawać. Dzięki temu ograniczam jeszcze bardziej wychodzenie z domu. Po prostu – nie mam pieniędzy, więc nie muszę chodzić do sklepu i przez dwa tygodnie mogę jeść powidła śliwkowe z naleśnikami bez mąki pszennej, mleka i jajek. Stawiam na minimalizm i czuję radość. Nie mam zbyt wiele poza minimalizmem. Często powtarzam, kiedy pojawia się okazja, że pieniądze są nienowoczesne. To relikt starego świata – jak karty do budki z telefonem, ubrania z polaru albo kasety VHS. Tornistry, elektroniczne zegarki bez pulsometru, ropa naftowa, węgiel, nieinteligentne buty niekompatybilne ze smartfonem, naturalne zapłodnienie, umowa o pracę bez multisporta, samochody bez czujnika parkowania, smoothie bez spiruliny, kilkudniowy chleb z glutenem – wszystko, co najgorsze. Niedługo nikt już nie będzie chciał mieć pieniędzy. Ludzie będą się nimi brzydzić. Zaczną bojkotować pieniądze i nienawidzić ich. Powstaną poradniki: jak mieć pieniądze i przeżyć życie? Czy warto żyć z pieniędzmi i dlaczego nie? Jak szybko zmarnować pieniądze i zacząć żyć pełnią życia. W dawnych siedzibach banków powstaną muzea i domy strachu, a w niektórych zostaną powołane instytucje oferujące usługę szybkiego wydania niepotrzebnych pieniędzy na niepotrzebne rzeczy, za opłatą zgodną z cennikiem operatora. Zbliżamy się do przełomowego momentu. Ja już żyję przyszłością i polecam ją wszystkim. To myślenie przyszłościowe zaczyna się wtedy, kiedy rzuca się pracę. Wtedy zostaje się na cały dzień w domu, w którym nikogo innego nie ma, i można czytać w kuchni czasopismo Sens, a później Charaktery, Ja My Oni i Wysokie Obcasy Extra, a resztę czasu poświęcić na leżenie w łóżku i myślenie pozytywne (bardzo modne, można się nim najeść, dość smaczne).

 

W naszym domu ktoś zostawia czasami uchylone okno na cały dzień. Wspinam się wtedy po kratach antywłamaniowych i zaglądam do środka opuszczonych mieszkań, których lokatorzy umarli wiele lat temu na raka. Zdarza się, że na stole w kuchni widzę szklankę z wodą albo otwarte opakowanie paluszków z sezamem, choć wcześniej ich tam nie było. Jedzenie pojawia się w różnych miejscach. Jak w bajce o samo nakrywającym się stoliczku. Kiedyś znalazłam na parapecie całą reklamówkę cukierków Bajecznych. Zjadłam je w jeden wieczór. Innego dnia leżała tam tęczowa galaretka. Na początku miałam opory. Bałam się dojadać posiłki po zmarłych. Żyło we mnie wspomnienie z dzieciństwa: kiedy umarł nasz kot, karmę, która po nim została, daliśmy psu. Miałam napady histerii. Bałam się, że kiedy pies padnie, będę musiała jeść granulat mięsny z makaronem. Teraz często myślę o tym, ile przez dziesięć lat od czyjejś śmierci zdążyłyby zjeść robaki, na przykład jedna rodzina mrówek. Moje ciało waży pięćdziesiąt trzy kilogramy – jak szybko by sobie z nim poradziły? Czy one w ogóle jedzą mięso?

Pewnego dnia, kiedy uprawiałam włamania (czyli mój ulubiony sport), na stole w kuchni po zmarłych sąsiadach stał talerz z bułką tartą. W środku gnieździły się owady. Prawdopodobnie mole spożywcze, ale trudno to poznać z daleka, gdy wisi się na poziomie podwyższonego parteru, zapierając łokciem o ramę okna i wewnętrzny parapet z kamiennej płyty, która wygląda jak grób.

Pierwszego dnia po tym, kiedy rzuciłam pracę, zarobiłam sześćset złotych. To stało się przez przypadek. Dostałam wtedy fuchę życia i opiekowałam się przez kilka dni chorym psem, a moje główne zadanie polegało na prowadzeniu długich rozmów. Motywowałam go, żeby nie umierał, bo strasznie się bałam, że to się wydarzy u mnie w domu. Dlatego też cały czas mówiłam mu, ile jeszcze zostało dni do końca ferii, a żeby nie było mu przykro, że nie pojechał z rodzicami na narty, wygłaszałam piękne mowy, w których ujawniałam swoją pogardę dla sportu. Starałam się robić to przekonująco i spontanicznie. Trochę tak, jakbym mówiła od niechcenia, żeby nie wzbudzać podejrzliwości, ale też dbając o naturalność. Podczas naszych sesji masażu, które zajmowały przeważnie pół dnia, bo nie miałam już wtedy pracy i nie musiałam robić nic innego niż głaskać czworonogi, drapiąc pieska po pleckach, rzucałam w przestrzeń, że narciarstwo nie jest fajne. A później powtarzałam to jeszcze kilka razy. Ale żeby pies – mój klient – nie stracił całkiem szacunku do rodziców, pocieszałam go też i zapewniałam o ich miłości. W ten sposób mijały nam dni, aż jednego poranka przyjechali ludzie, od których dostałam jeszcze dodatkową nagrodę za odwagę: risotto z wołowiną i adwokat z Dolomitów, który od razu wypiłam na śniadanie z braku innego pomysłu na zagospodarowanie tego bogactwa niż nieumiarkowane pochłonięcie. A teraz mija miesiąc, odkąd jestem bezrobotna. I nadal jestem w miarę szczęśliwa. Mam co jeść, więc czuję się z tym bezpiecznie.

Poza głaskaniem piesków dorywczo zajmuję się jeszcze siedzeniem za pieniądze w pałacu razem z moim psem, który dostał przepustkę po stosownym oświadczeniu, że jest tam niezbędny. Dostaję pieniądze za pozowanie w leginsach seniorom z uniwersytetu trzeciego wieku; zarabiam miliony, minimalizując wszystkie czynności życiowe do zera, do nikogo nie mówiąc ani na nikogo nie patrząc. W tym czasie ćwiczę pranajamę, a po każdej sesji wracam do domu w południe, turlam się po podłodze, żeby rozluźnić kręgosłup albo robię sobie zdrowe okłady z psa. Niektóre miłe panie podchodzą do mnie po zajęciach i chcą podarować mi swoje rysunki. Mówią, że jeśli mi się podobają, to mogę je zabrać do domu, powiesić w pokoju, a kiedy przyjdą do mnie goście, będę mogła im pokazywać taki rysunek, mówiąc: „O! To ja!”. Wzruszają mnie takie momenty. Zastanawiam się, czy widać po mnie, że chętnie dałabym swojej martwej podobiźnie w formacie A3 zastąpić się przed ludźmi. Czy da się zauważyć, jak staram się nie wypełniać swojego ciała zbyt szczelnie sobą i skompresować się tak, żeby być jak najdalej od prawdziwego życia, w którym ludzie mają obowiązki, plany, zamiary, ambicje, założenia. Ja trwam bez ruchu przez cztery godziny dziennie lub dłużej; w przerwach jem ciastka, a moje życie jest cudownie bezużyteczne. Nie ma prawie żadnego sensu. Dbam o to, żeby nic się nie działo, i nie wykonuję zbędnych czynności. Wszystkim polecam ten styl życia: bezrobocie jest piękne. Lepiej nie mieć niż mieć. Lepiej nic niż coś.

Czasami jakieś student trzeciego wieku daje mi na zgodę czekoladowe jajko albo cukierki i prosi o wybaczenie, że narysował mnie niebyt udaną. Później ja chodzę po Zamku Królewskim w Warszawie i chowam czekoladowe jajka za kaloryfery, zostawiam na parapecie albo odkładam na talerzyki w szufladach z serwisem kawowym. Na większości rysunków wyglądam jak przestraszony facet. Mam włosy zrobione z sąsiadujących ze sobą kresek ostro zaznaczonych ołówkiem HB. Zbyt duże piersi i placki na polikach rozcierane palcem. Podbródek poprawiany podwójną linią, bardzo niezdecydowany. Antyczne proporcje 1:7 dzielone od linijki. Linie pomocnicze w pionach i trójkąt łączący punkty: ucho, usta, nos. Prawie uniwersalne ciało, które może należeć do kogokolwiek i którego obecność stanowi byle jaki pretekst do tego, żeby ktoś inny mógł zabrać swoje ciało i wyprowadzić je z domu. Moje ciało jest na niby. W czwartki przypominam sobie, że je mam. Potem wpadam do środka, w głąb. Po południu ubieram je i zaprowadzam na tramwaj numer 6. Zabieram je do domu i zasypiam, znowu zapominając o wszystkim. A potem muszę zastanowić się dłuższą chwilę za każdym razem, kiedy ktoś mnie dotknie, i przypomnieć sobie, co się właściwie dzieje.

Codziennie staram się zrobić tylko jedną rzecz, która nada mojemu życiu minimum sensu, ilość niezbędną do przetrwania. Sens jest w cenie; wszyscy go pragną. A ja odkryłam sposób na to, żeby zapewniać go sobie w trybie 24/7 i na poziomie dziesięciu punktów w skali Apgar; nigdy nie jestem na głodzie, bo ta metoda naprawdę działa, ma sens oraz daje go, czyli jest wydajna w dwustu procentach. W skrócie: wszystko polega na tym, żeby nie przesadzać. Kiedy nie robi się już nic imponującego, kiedy zrezygnuje się z fascynującej pracy, ratowania świata, wychowywania dzieci, pisania doktoratu, segregowania śmieci, spełniania marzeń i podejmowania decyzji w związku ze swoją karierą, wystarczy robić absolutne minimum. Postawić sobie cel – wyjść po chleb – a później cały dzień odpoczywać. Albo wstawić pranie w południe, najlepiej na długim programie, czekać przez kilka godzin, aż będzie gotowe, a potem je rozwiesić. Ta czynność to nawet dwie rzeczy, więc sensu, który się w nich kryje, przeważnie wystarcza na dwa dni albo na dwa i pół, jeśli się nim oszczędnie gospodaruje. W takim rytmie dobrze jest zrezygnować z rozczarowujących rzeczy i ograniczyć to, co się robi, do czynności najbardziej niezbędnych. Być może z czasem da się osiągnąć poziom, na którym sens pojawi się sam – za darmo – i nie trzeba będzie się za nim w ogóle rozglądać. Ale ta hipoteza nie została jeszcze potwierdzona naukowo.

Najgorsze, co można zrobić, kiedy szuka się sensu w życiu, to znaleźć Normalną Pracę. Wiem to z doświadczenia. Unikam pracy, dopóki stać mnie na jedzenie dla mojego psa. Kiedy nie mam już na nie pieniędzy, staram się znaleźć taką pracę, która nie wymaga wychodzenia z domu, przygotowywania jedzenia na lunch, oglądania kogokolwiek, wykonywania niepotrzebnych ruchów, używania głosu do mówienia, ubierania się w coś innego niż piżama, wstawania, zastanawiania się, bycia uprzejmym, słuchania niepotrzebnych dźwięków, zostawiania psa samego ani nawiązywania kontaktu z rzeczywistością. Taka praca to na przykład wygrywanie konkursów literackich z nagrodami finansowymi. Nie zapewnia ona, niestety, ubezpieczenia ani składek emerytalnych czy choćby karty multisport. Nie mam też pewności, czy powinna znaleźć się w CV w części o przebiegu kariery. Kiedy formuła konkursu wymaga osobistego pojawienia się na gali finałowej, można spróbować wynająć sobowtóra, który wygłosi zastępczo przemówienie o tym, skąd ma tyle wyobraźni. Albo znaleźć kogoś, kto odbierze dyplom i powie, że córka jest chora i bardzo żałuje, że nie mogła przyjechać. A samemu można przyjść i za darmo jeść makowiec albo winogrona z plastikowego talerza na tyłach auli w miejskim domu kultury i sportu. To masy niechcianego jedzenia, które należy przyjąć razem z prestiżem.