Pralnia pierzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dorota Combrzyńska-Nogala

Pralnia pierza

Opowiadania o tym, co ważne

© by Dorota Combrzyńska-Nogala

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Grażyna Rigall

Korekta i skład:

Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

ebook przygotowany na podstawie wydania II

ISBN 978-83-7672-537-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink


Spis treści

Projekt

Bestia

Cyganicha

Pralnia pierza

Śmierdząca sprawa

Słowo

Bracia mniejsi

Podglądaczka

O Autorce

Przypisy


Projekt




W szkole pani Rosicka podzieliła ich na zespoły metodą losowania, której Jolka nie znosiła, ponieważ pozbawiała ją wpływu na rzeczywistość. Każda grupa miała przygotować projekt ilustracji do bajki, którą wymyślili uczniowie zaprzyjaźnionej szkoły w górach. Popatrzyła krytycznie na swoich partnerów. Największe obiboki w klasie, grupa szkolnych dziwolągów. Znowu wszystko spadnie na nią. Benio, Henek i Gośka też patrzyli na Jolkę z niedającą się ukryć niechęcią. Najbardziej przemądrzała dziewucha w klasie, zadzierająca nosa prymuska. To się nazywa pech. Wszyscy głośno wyrazili swoje niezadowolenie.

– Nie chcę z nimi pracować! – oświadczyła Jolka donośnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Palcem nie kiwną, a ja będę musiała wszystko zrobić sama lub świecić za nich oczami!

– My też nie chcemy! – powiedziała reszta chórem.

– Ona się rządzi. Wiecznie jest niezadowolona i zarozumiała. Wydaje jej się, że wszystko robi najlepiej – wywaliła jej prosto w twarz Gośka.

– Właśnie dlatego pracujemy w grupach, żeby nauczyć się współpracować z różnymi ludźmi – wyjaśniła wychowawczyni. – Pomyślcie o nagrodzie! – zachęciła wszystkich.

– Jasne! – mruknęła pod nosem Jolka. – Możemy zapomnieć.

– Ja tam mam ochotę pojechać na ten rajd – bąknął cicho Henek do Benia. – Nigdy nie byłem w górach.

Gośka popatrzyła na inne grupy. Jej koleżanka trafiła do fajnej czwórki, kumpel też. Tylko ona tak fatalnie wylosowała.

– To co robimy? – spytał Benio. – Trzeba się jakoś umówić. Spotkajmy się w świetlicy po lekcjach.

Niestety na ten pomysł wpadli wszyscy, więc kiedy oni z oporami w końcu się zebrali i, pokonując wzajemną niechęć, stanęli na progu, zobaczyli, że w środku jest czarno od ludzi. Wszystko pozajmowane.

– To może… może pogadamy w parku – zaproponował nieśmiało Henek.

– Pada! – warknęła Gośka.

– W parku jest duża altana – przypomniał im.

– Chodźmy! Nie ma na co czekać – zdecydował za nich Benio.

Pobiegli ile sił w nogach. W parku nie było żywego ducha, tylko deszcz przesączał się monotonnie przez świeże, wiosenne liście wielkich lip. Pachniało bzem i wilgocią. Po stawie pływały łabędzie. Było naprawdę pięknie, czego oni w ogóle nie zauważyli. Usiedli na ławkach w altanie, wpatrując się w siebie z nieufnością. Milczeli i tylko mżawka delikatnie szumiała.

Jolka przyglądała się im z coraz większym rozdrażnieniem. Henkowi guzik dyndał beztrosko przy koszulce i włosy sterczały na wszystkie strony. Ten z pewnością jest leniwy – pomyślała, wydymając pogardliwie usta. Nawet nie chce mu się przyszyć guzika, niechlujowi. Gośka obgryzała zapamiętale paznokcie i gapiła się bezmyślnie w dal. Ta z pewnością prochu nie wymyśli, jak mawiał tata Jolki. Benio sprawiał wrażenie, jakby mu w ogóle nie zależało… No tak, pewnie wolałby grać w piłkę nożną na osiedlowym orliku, ciągle go tam widziała. I jak tu z takimi cokolwiek zrobić?!

Wtedy Henek wyjął z torby teczkę, a z niej szkice.

– Co tam masz? – spytał go Benio, ziewając potężnie.

– Tak sobie mazałem, jak pani mówiła o tym projekcie – wyjaśnił, podając koledze notatki.

– No to projekt mamy z głowy – pochwalił go oszczędnie, ale pewnie Benio.

Gośka zerknęła mu przez ramię i też coś mruknęła z aprobatą.

W Jolkę jakby piorun strzelił:

– Jak to z głowy?! – podniosła głos. – A czy my w ogóle coś zdążyliśmy ustalić? Przyjęliśmy jakieś wspólne założenia?

Benio spojrzał na nią i powiedział z doprowadzającym ją do furii spokojem i pewnością siebie:

– Najpierw sama zobacz! – wcisnął jej kartkę do ręki. – A potem krytykuj!

Spojrzała ze zdumieniem. Szkic był naprawdę świetnie wykonany i pomysłowy. W jednej chwili uświadomiła sobie, że sama nie zrobiłaby lepszego. Gorzej rysowała i nie wpadłaby na taki pomysł. Henek postawił wszystko na głowie i powstało coś zupełnie rewolucyjnego, ale przecież nic nie ustalali… ona niczego nie ustaliła… Nie ona…

– Nie jest zły, ale musimy razem wszystko przedyskutować i podjąć decyzję – oświadczyła twardo.

– Dobrze! – zgodziła się nagle Gośka. – Zaczynaj.

– Co?

– Dyskutować! Zaczynaj!

– Co chcielibyśmy zrobić? – zagaiła Jolka po chwili milczenia, błyskawicznie zdając sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało.

– Ja chciałabym zrobić projekt Henka – odpowiedziała Gośka. – Gdyż jest bardzo dobry. I od razu wiadomo, o co chodzi – pozginała kartkę wzdłuż nacięć i powstała kompozycja 3D.

– Ja też chciałbym zrobić projekt Henka – powiedział Benek, kiwając głową z uznaniem. – Jest idealny. Henek jest bystrzacha, jeszcze tego nie zajarzyłaś, mądralo?

– Nie spełnia warunków! – wrzasnęła biała z wściekłości Jolka. – Jest trójwymiarowy!

– W regulaminie nie ma mowy, że ma być płaski – zauważył Henek, wyjmując kartkę z wydrukowanym przez panią Rosicką regulaminem konkursu.

– Bo to jest oczywiste! Nie zgadzam się. Odpadniemy już w pierwszym etapie!

– Dlaczego mamy nie spróbować? Dlaczego mamy nie myśleć kreatywnie, przełamując schemat? – spytała ją Gośka.

– Bo tak! – krzyknęła sfrustrowana Jolka, wydzierając jej kartkę. To ona powinna wygłaszać takie kwestie, a nie ta Gośka z obrzydliwym aparatem na zębach. – Jeszcze w życiu nie przegrałam i teraz przez was odpadnę.

– Jeśli już, to odpadniemy – zauważył Benio.

– Jesteś zazdrosna, że nie ty na to wpadłaś! – olśniło nagle Gośkę. – Dlatego nie chcesz spróbować!

– Nieprawda! – krzyknęła Jolka odrobinę piskliwie. – Wcale nie jestem zazdrosna o ten beznadziejny pomysł! – złapała szkic, podarła go i wyrzuciła do kosza.

– Jesteś! – wrzasnęła Gośka. – Z tego strachu, że możesz być od kogoś gorsza, dostajesz plam na skórze, wredna zazdrośnico!

Henek patrzył na Jolkę szeroko otwartymi oczami. Miała ochotę trzasnąć go w ten zdziwiony ryj.

Uciekła od ich szyderczego, głośnego śmiechu, rozchlapując kałuże. Pewnie, niech się śmieją, w końcu co osiągnęła swoim idiotycznym zachowaniem? Papier co prawda zniszczyła, ale idea pozostała. Bardzo dobra koncepcja, którą można zrealizować. Nie jej, a przecież była najlepsza!


Łzy płynęły strumieniami i mieszały się z padającym coraz intensywniej deszczem. Dlaczego to zrobiłam? – zastanawiała się. – Dlaczego? Mogłam to załatwić inaczej, a tak – po prostu pękłam, obnażając jawnie swoją prymitywną zazdrość. A ta głupia Gośka, niby taka gapowata… Od razu mnie przejrzała. Ciekawe, skąd ona taka cwana?

 

Jolka biegła, ledwie łapiąc oddech. Nie przeżyje tego, nie przeżyje, od razu zapyta mamę, czy może zmienić szkołę… Ona na pewno złapie się za głowę, przecież dopiero co zmieniła. Nawet mama ma już tego dosyć, chociaż zawsze bardzo ją wspiera, a ojciec… Dziewczyna zaniosła się rozpaczliwym szlochem.

Potem było już tylko gorzej. Po dwóch dniach podeszła do niej na przerwie Gośka i powiedziała, że albo się do nich przyłączy, albo nie zaliczą projektu.

– Nic mnie to nie obchodzi! – powiedziała twardo. – Sama go zrobię.

– Jak zrobisz sama, to też nie zaliczysz. Na tym to polega. Na wspólnej pracy.

– Zaliczę!

– Ciekawe jak?

– Niech cię już o to głowa nie boli – powiedziała z wyższością, bo wiedziała, że mama zadzwoniła już do pani Rosickiej, żeby się z nią umówić na rozmowę.

Gośka spojrzała na nią spod przydługiej grzywki.

– Słuchaj, czy ty czasem nie chodziłaś do sto trzydziestej piątej, zanim trafiłaś do nas? – spytała nieoczekiwanie.

– Bo co? – podejrzliwie odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Nico, socjopatko! – wrzasnęła Gośka. – Słyszałam o tobie. Kuzynka mi opowiadała. Nie myśl, że tu uda się twojej matce wtrącać w… w… proces dydaktyczny – zakończyła chyba w jakimś olśnieniu.

Niestety wredna Gośka miała rację. Mimo że mama stanęła na głowie, była u dyrektora i straszyła kuratorium, pani Rosicka nie zmieniła kryteriów konkursu i Jolka nie mogła robić projektu sama.

Przyjechała ciotka Basia. Przysłuchiwała się wyrzekającej na szkołę siostrze:

– To skandal, żeby Jolcia musiała pracować z takimi wykolejeńcami. Ten Henek jest chyba Cyganem, a wiadomo – wymownie przewróciła oczami – co to znaczy. Żebyś widziała jego włosy! I co? Mają realizować jego pomysł, a nie Jolci? Dzieci wyzywają ją od socjopatek! Złożę skargę!

– A ja bym się na waszym miejscu zastanowiła, skoro to kolejny raz – powiedziała cicho ciotka.

– No wiesz?! – oburzyła się mama.

Na dodatek tata, który poczuł, że ma wsparcie w szwagierce, powiedział, że jego zdaniem powinna przyłączyć się do projektu.

– Nie! I co mi zrobisz? – krzyknęła córka, wściekła na niego i na ciotkę.

– Nie pojedziesz na obóz językowy na Litwę. Zresztą i tak jestem bankrutem, więc nie licz, że coś się zmieni.

– Ależ Jarku, tak nie można z dzieckiem! – łagodziła mama.

– Tak trzeba, moja droga. Za długo to trwa!

– Mama zapłaci! – oświadczyła triumfująco Jolka, wiedząc, że mama zawsze staje po jej stronie.

– Nie. Dosyć tego! – zdecydował ojciec.

Jolka dostała swojego zwyczajowego napadu furii, ale wyjątkowo nic to nie dało. Gorzko płakała cały wieczór, rozpaczając i użalając się nad sobą.

– Nie płacz, Jolu! – pocieszała ją mama. – I tak jesteś najmądrzejsza ze wszystkich dzieci na świecie. Inni ci zazdroszczą i dlatego tak cię nie lubią – wyjaśniła.

W szkole nie odzywała się do nikogo. Tak na wszelki wypadek. Zresztą Gośka zdążyła już wszystkim powiedzieć, jaką jest zazdrosną i złośliwą wariatką, znaną w niejednej szkole, więc lepiej było trzymać się od niej z daleka.

– Jolu! Namawiam cię do zrewidowania swojego stosunku wobec kolegów, bo czas mija i zbliża się termin składania prac – przypomniała pani Rosicka, ale Jola tylko wzruszyła na to ramionami.

Z braku towarzystwa chodziła sama na długie spacery. Zauważyła, że po godzinie szybkiego marszu obsesyjne myśli atakujące ją ze wszystkich stron i złość na cały świat wyciszały się. Zdarzało się nawet, że potrafiła skupić się tylko na drodze, mijanych drzewach i krajobrazie. Dla tych drogocennych chwil warto było sponiewierać się w kilometrowych wędrówkach.

Pewnego dnia, kiedy już wracała zmęczona do domu i sprawdzała w telefonie godzinę, podeszło do niej kilku chłopaków.

– Hej! To ta wariatka! Siostra mi mówiła. Wyskakuj z komóry! – powiedział do niej najwyższy, pryszczaty wyrostek.

– Sam wyskakuj! – wrzasnęła z furią, ostentacyjnie chowając telefon do kieszeni.

– Proszę, proszę! Sama się prosi o guza! – powiedział drugi złowieszczym tonem, zbliżając się do niej z wyciągniętą łapą.

Jolka przestraszyła się teraz nie na żarty. Nie wiedziała, czy krzyczeć, czy oddać im ten głupi telefon, ale język nagle zwinął jej się w kłębek i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Napastnicy otaczali ją coraz ciaśniejszym kręgiem.

No to po mnie – zdążyła pomyśleć, kiedy ktoś zawołał:

– Cześć, Jolka! Nie wiedziałem, że znasz Pawła i jego kumpli! – To Henek nagle zmaterializował się dosłownie o krok od nich, wsadził dwa palce w usta i rozległ się przeraźliwy gwizd, na który przybiegły dwa wielkie jak cielaki psy.

Drągale poruszyli się niespokojnie i krąg wokół Jolki się rozluźnił, a potem napastnicy dosłownie rozpłynęli się w wiosennej szarówce.

– Cześć! – wydukał chłopak niepewny tego, czy odpowie.

– Cześć – odpowiedziała niemal odruchowo.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie, nie wiedząc, co począć w tej zaskakującej sytuacji, a psy kręciły się dookoła.

– Nie spodziewałem się… – zaczął i utknął.

– Że spotkasz wariatkę? – dopowiedziała gorzko.

– Nie, że ciebie tu spotkam. Nie myślę tak… o tobie… Często tu przychodzę… Czasem cię widzę, jak przemykasz na spacer… Długo spacerujesz… Chyba lubisz?

– Lubię. Nie wiedziałam, że masz takie wielkie psy!

Jeden z olbrzymów, jakby wiedząc, że o nim mowa, podbiegł do nich i polizał ją w rękę. Z trudem opanowała obrzydzenie, ale potem poczuła dziwną przyjemność z tego bezinteresownego psiego odruchu sympatii, jakiego nigdy nie zaznała od rówieśników.

– Możesz go pogłaskać – powiedział Henek.

Pogłaskała więc jedwabiste uszy i szorstki kark. Pies o mało nie posikał się z radości i z wyraźną lubością nadstawiał łeb i boki do pieszczot.

– Polubił cię – powiedział ze zdziwieniem chłopak.

Jolka zaczerwieniła się. Drugi pies był zdecydowanie ostrożniejszy i bardziej skupiony na zapachach, ale przylazł, zwabiony popiskiwaniem kumpla.

– Jak się wabią?

– Ten pieszczoch to Cejlon. Ten ciekawski – Zuber. Oba są… były bezdomnymi znajdami. Łaziły po okolicy chude i smutne. Też lubię się wałęsać. Tak jakoś się do mnie przyplątały. Myślę, że ktoś je musiał wyrzucić, jak przestały być małymi, słodkimi szczeniaczkami.

– Rodzice się zgodzili? – spytała zdziwiona.

– Mama – poprawił ją. – Początkowo trochę się martwiła, jak je wykarmimy, ale w końcu dała się przekonać.

Rozmawiając, dotarli pod blok Jolki i jakoś tak naturalnie pożegnali się, jakby robili to codziennie. Zamykała już za sobą drzwi klatki, kiedy zawołał:

– Jolka! Czy… czy…? – dukał.

– Czy co? – ponagliła go.

– Czy przyłączysz się czasem do naszego spaceru? No… sama widzisz, polubiły cię… – umilkł speszony.

– Tak! – wyrwało jej się, zanim pomyślała, a Cejlon zaszczekał z aprobatą. Przez chwilę poczuła się trochę mniej parszywie.

W domu pracowała nad własnym projektem, który jednak pełnymi garściami czerpał z doskonałej koncepcji Henka. Tak dla własnej satysfakcji. Wyobrażała sobie, że sama to wszystko wymyśliła i sprawiało jej to wielką przyjemność.

Czas mijał i zupełnie zapomniała, że to dzień składania projektów, dlatego zdziwiła się, kiedy pani Rosicka kazała jej usiąść z grupą. Z jaką grupą? Przecież ona nie jest w żadnej grupie! Ale usiadła, bo i tak nigdzie indziej nie było miejsca. Jednak chyba dopuszczą ich do konkursu… bez niej. A skoro ich, to pewnie i swój projekt mogłaby przynieść… Nie. Za bardzo trąci plagiatem. Nie zdołała wymyślić nic lepszego. Miała nadzieję, że realizacja będzie gorsza od projektu. Niestety, nie była.

Potem pani powiedziała, że jest zadowolona z dołączenia Jolki do grupy. Już chciała zaprotestować, kiedy stało się nieszczęście. Prace wszystkich innych grup wisiały na ścianach, tylko ich stała na stoliku, przykryta białą płachtą. Chłopak, który ją zdejmował, zahaczył o chwiejącą się nogę stolika i całość runęła na podłogę, przygnieciona na koniec ciężkim blatem. W sali zapadła grobowa cisza. Gośka, Benio i Henek z ponurymi minami podeszli do swojego zniszczonego dzieła.

– No i po marzeniach o rajdzie! – szepnął Henek.

Jolka w pierwszej chwili poczuła złośliwą, wredną, ale naprawdę upajającą w swej słodyczy satysfakcję. Rozkoszowała się nią przez kilka chwil, za wszystkie swoje prawdziwe i wymyślone upokorzenia, a potem otrząsnęła się z nich jak pies z wody i powiedziała jak gdyby nigdy nic:

– Nie szkodzi. Dajcie nam chwilę. Mamy jeszcze próbną makietę projektu z czasów burzy mózgów.

Pani się zgodziła, więc przynieśli to, co sama zrobiła. Gośka, Benio i Henek całą drogę milczeli, tylko patrzyli na nią wyczekująco, niepewni, co zrobi, jak się zachowa, czy powie, że to tylko jej zasługa…

Czas przeznaczony na ich prezentację już prawie minął, a oni nawet nie zdążyli ustalić, kto ma zacząć. W końcu Jolka postanowiła im to ułatwić:

– Podeszliśmy do tematu inaczej niż reszta uczestników, chociaż spełniamy warunki, ponieważ nigdzie nie ma punktu, że praca musi być w dwóch wymiarach. Ale ponieważ na tę nowatorską i przełamującą schematy koncepcję wpadł nasz kolega Henek, to jemu oddaję głos.

Henek popatrzył na nią oczami wielkimi jak spodki, podobnie jak Gośka i Benio, i zaczął dukać, ale kiedy ostrożnie podniósł chustkę i oczom wszystkich ukazał się trójwymiarowy świat książki, wszyscy westchnęli z podziwem. Każde z nich coś od siebie dodało, a kiedy jury udało się na obrady, nie wiedzieli, jak się do siebie odezwać.

– Zaskoczyłaś nas, tak że… nie wiem – powiedział w końcu Henek. – Szkoda, że wyniki dopiero jutro.

– No, dałaś czadu – zgodziła się z nim Gośka. – I w ogóle, wiesz… sorry… za wszystko.

– Ja też… tego… sorry. A właściwie – spytała Jolka – to skąd ten Henek, skoro masz na imię Heniek?

– Nie wymawiałem „ń”, a potem tak już zostało.

I tak zaczęli normalnie gadać. A kiedy po lekcjach Jolka powiedziała, że musi iść, Gośka spytała, czy mogą jej towarzyszyć. Było to bardzo, ale to bardzo, cholernie wręcz miłe, ale kiedy następnego dnia ogłoszono wyniki konkursu i okazało się, że wraz z innymi laureatami pojadą na górski rajd, przeraziła się. Spacer jest krótki w przeciwieństwie do kilkudniowego wyjazdu, gdzie będą razem jedli, spali i wykonywali wspólnie jakieś zadania. Jolka zastanawiała się, czy da radę… A jeśli okaże się, że nie jest tak wspaniała, jak mówi mama, i za jaką ona sama się uważa. Nie, lepiej nie jechać. Coś się wymyśli. Zachoruje nagle… albo… albo…

Z drugiej strony taki wspólny wyjazd… fajna rzecz…


Bestia




– Wynoś się z naszej grupy! Nie chcemy cię tu! – syknął wielki jak góra Jarek do małej, czarnoskórej dziewczynki o kręconych włosach, a potem brutalnie ją popchnął.

Upadając, odruchowo złapała się stołu, na którym leżał malowany przez dzieci plakat. Naczynie z wodą i pędzlami przewróciło się, zalewając pracę.

– Proszę pani! – wrzasnął Jarek. – Aleks zniszczyła naszą pracę!

– Ty kłamco! – z drugiego końca pracowni od swojej grupy oderwał się energiczny i szybki chłopak.

– Specjalnie to zrobiła! Sabotażystka! Sami widzieliście! – Jarek popatrzył groźnie na swoich kolegów. – Proszę ich spytać!

– Jak to się stało? – zdziwiła się pani. – Aleks z pewnością nie zrobiła tego specjalnie.

Aleks stała jak wryta ze łzami w oczach.

– No! Mówić, jak było! – ponaglił dzieci Jarek.

– Faktycznie – bąknął piegowaty. – Przewróciła i się zalało.

 

– Ty tchórzu! Przewróciła, bo ją popchnął, proszę pani! – tłumaczył siny z oburzenia Szymon.

– Czy to prawda? – pani spojrzała na dziewczynkę.

Pokiwała głową.

– Dlaczego popchnąłeś koleżankę?

– Bo jej nie chcemy! – wrzasnął z nienawiścią Jarek. – Niech wraca do Afryki, skąd się przywlokła!

Dziewczynka bezgłośnie płakała. Szymon zacisnął pięści z wściekłości i rzucił się na Jarka. Zakotłowało się na podłodze. Pani krzyczała, a reszta klasy kibicowała swoim faworytom.

Potem było jak zwykle. Wezwano rodziców, rozmowy dyscyplinujące, roztrząsanie sumienia i takie tam. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszyscy największą wagę przykładali do bójki, którą zaczął Szymek, a nie do faktu, dlaczego w ogóle do niej doszło. Tego Szymon nie mógł przeboleć najbardziej.

Kiedy wieczorem rozmawiał z mamą, musiał przyznać jej rację.

– To wspaniale, że ująłeś się za koleżanką – powiedziała, przykładając mu lód do paskudnie podbitego oka. – Masz odwagę cywilną i jesteś śmiały, jednak ten Jarek jest od ciebie trzy razy większy, mógł cię zabić! Są inne sposoby na rozwiązywanie takich sytuacji. A teraz to ciebie napiętnują. Jego ojciec domaga się usunięcia cię ze szkoły.

– Słyszałem to już dzisiaj ze sto razy – mruknął z niechęcią.

– Nieźle cię załatwił. Dobrze, że to koniec roku. A na jaki konkurs malowaliście te plakaty? – spytała z ciekawości, wychodząc z pokoju.

– O tolerancji!… Nie gaś!

Owszem, był odważny, ale miał swoją piętę achillesową. A nawet pięty. Bał się ciemności i burzy. No i nie lubił psów. Nie lubił, bo się ich obawiał. Drżał na myśl, że ktoś mógłby przejrzeć jego tajemnicę i potem się z niego wyśmiewać. To dlatego nadrabiał agresją – żeby nikt się nie domyślił. Jakie to szczęście, że jutro jedzie do ciotki i wujka na wieś. Jego wakacje zaczęły się w tym roku kilka dni wcześniej. Tak zarządził dyrektor, żeby, jak to się wyraził, „Szymon ochłonął i przemyślał swoje zachowanie”. Tam co prawda jest pies, nawet wielki, bo to owczarek niemiecki, ale wyjątkowo łagodny. Taka ogromna gapa. Jego Szymon również obchodził szerokim łukiem, ale nie bał się go tak bardzo jak innych psów.

Następnego dnia pojechał z mamą na wieś. Niestety zabrali ze sobą bratanka mamy, smarkatego Jaśka. Jego rodzice musieli coś pilnie załatwić, więc mama z tatą zgodzili się nim zaopiekować. Jasiek zadawał tysiące denerwujących pytań. Na przykład teraz. Stali na przejeździe kolejowym, a mały z uwagą obserwował chłopca na rowerku, który jeździł w kółko po parkingu przed sklepem spożywczym.

– Jak ten chłop ma na imię? – spytał Jasiek.

– To nie jest chłop, to chłopczyk – odpowiedziała mama Szymona.

– Po co? – kontynuował smarkacz, a Szymon westchnął, doskonale wiedząc, że mały dopiero się rozkręca.

– No bo on nie jest chłopem, tylko chłopczykiem.

– Ale ja lubię, żeby on był chłop – oznajmił kategorycznie Jasiek.

– Ale nie jest, to chłopczyk – upierała się mama.

– A chłop?

– Chłop pracuje na wsi.

– A gdzie?

– Na polu.

– Po co?

– Na przykład kopie ziemniaki – cierpliwość mamy zdawała się nie mieć końca.

– Po co?

– Do jedzenia.

– A czym kopie?

– Motyką – odpowiedziała mama i natychmiast chciała sprostować, że teraz to chyba jakimiś maszynami, ale ugryzła się w język, nie chcąc sprowokować Jaśka do kolejnej lawiny pytań.

– A co to jest?

– Takie narzędzie do kopania ziemniaków.

– Po co?

Mamie zaczynała już lekko drgać powieka.

– Bo one są w ziemi.

– A jak się to narzędzie nazywa? – pytał smarkaty prokurator z fotelika z tyłu.

– Motyka.

– A jak ona ma na imię?

– Narzędzia nie mają imion.

– A ten chłop jak ma na imię?

Wtedy zeszło z mamy całe powietrze. Westchnęła ciężko, przewracając oczami. Na szczęście szlaban się podniósł i Jasiek momentalnie zasnął, nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Ja nie wiem, jak moja siostra to wytrzymuje – westchnęła mama.

– A co ze mną? – spytał oskarżycielsko Szymon. – Ty zaraz wracasz.

– Jakoś dasz radę – pocieszyła go bez większego przekonania.

Gdy tylko dojechali do domu wujostwa w wielkim, zarośniętym drzewami ogrodzie, rozpadało się i mama po szybkim obiedzie postanowiła wracać, nie chcąc się spóźnić na jakieś ważne spotkanie.

Żeby tylko nie rozpętała się burza, żeby tylko nie rozpętała się burza – zaklinał w duchu rzeczywistość Szymon. Jasiek bawił się z Odysem, zadając mu pytania i sam sobie, w imieniu psa, odpowiadając. Potem Odys pobiegł do ogrodu, a Jasiek po dobranocce został umyty i jako małoletni położony spać.

Szymon siedział z ciotką i wujkiem w kuchni i grali sobie w makao, kiedy przez uchylone okno dobiegł ich przeraźliwy skowyt Odysa. Wszyscy bez słowa rzucili się do wyjścia. W mokrej trawie przed domem tarzały się dwa psy: ciemny Odys i biszkoptowy golden retriever Bari. Pies sąsiada atakował agresywnie, chociaż reprezentował łagodną, stosowaną w dogoterapii rasę. Owczarek niemiecki Odys nawet nie umiał się bronić. Wujek Tadeusz wrzasnął i złapał za wąż ogrodowy.

– O rety! – krzyknęła ciocia Irenka. – Znowu się do nas przekopał. Pewnie sąsiad gdzieś wyjechał! Jak wyjeżdża, ta zaraza natychmiast do nas przychodzi i jak tylko natknie się na Odysa, jest między nimi awantura. Nigdy jednak nie była tak ostra!

Wujkowi udało się przepędzić wodą psa sąsiada. Odys przykuśtykał do cioci, popiskując.

– Cały pogryziony! – załamała nad nim ręce.

Rzeczywiście, pies miał okropnie poszarpaną skórę i mięśnie na karku. Strasznie cierpiał i dygotał ze zdenerwowania. Cała scena rozgrywała się w ciemnościach, w strugach ulewnego deszczu i błyskach nadchodzącej burzy. Szymon stał jak sparaliżowany na ganku, wypatrując, czy czasem z krzaków wokół domu nie wyłoni się krwiożerczy pies sąsiadów, zupełnie jak ta bestia Beskerville’ów z filmu o Sherlocku Holmesie.

– Musimy jechać do weterynarza – zarządził wujek. – Ty zostaniesz i zaopiekujesz się Jaśkiem.

– Ja? – spytał z niedowierzaniem.

– A kto? – zdumiał się wujek.

– Ale błyska się! – bronił się Szymon.

– No i co z tego? – zdziwił się jeszcze bardziej wujek Tadeusz.

– Dasz sobie radę – przekonująco wtrąciła się ciocia Irenka.

Kobiety są jednak jakieś takie bardziej domyślne – pomyślał Szymon.

– Tak? – upewnił się.

– Nie wiadomo, czy Odys przeżyje… Zależy nam na czasie.

– To może ja wam pomogę? – złapał się ostatniej deski ratunku.

– Nie będziemy budzić Jaśka – oznajmił wujek i zabrał Odysa do samochodu.

Pojechali.

Szymon wrócił do domu, starannie zamykając za sobą drzwi. Burza zbliżała się i w ciągu pół godziny rozszalała się na dobre. Chłopiec dygotał ze strachu. Pokój, w którym spał, miał wielkie okno na całą ścianę. Zresztą w tej chwili wydawało mu się, że cały dom składa się z wielkich okien. W panice zgarnął pościel i pobiegł do piwnicy, gdzie w rogu, jak najdalej od małych okienek, rozbił namiot plażowy, który miał stanąć w ogrodzie. Przyciągnął stary materac i wymościł podłogę. Szczękając zębami, wcisnął się do środka. Opatulając się kołdrą, oddychał przez kilka minut z ulgą, kiedy pozapalane wszędzie światła zaczęły niebezpiecznie mrugać.

Zamarł. Nie mógł w to uwierzyć. Wyskoczył z namiotu, żeby, zanim światło całkiem zgaśnie, wziąć z kuchni latarkę i świeczki. Pędem pognał schodami na górę i błyskawicznie wrócił, porywając po drodze butelkę wody i blaszane pudło z kruchymi ciasteczkami cioci Irenki. Dosłownie wskoczył do namiotu, kiedy zapadły piekielne ciemności, upiornie rozświetlane przez pioruny. Zapalił latarkę i schował się pod kołdrą. Znowu się uspokoił, kiedy przypomniał sobie o śpiącym na górze Jaśku.

Nie, nie dam rady – myślał. – Po prostu nie dam rady! Jaśkowi nic się nie stanie, przecież śpi… Ale jak się obudzi? Zobaczy, że jest sam w ciemnościach i może się przerazić, tak samo jak on przed laty. To wtedy nabawił się tej przeklętej fobii.

Zdenerwowany Szymon zaczął obgryzać paznokcie. Co robić? Musiałbym przejść w ciemnościach przez całą piwnicę, potem klatką schodową, dalej wzdłuż wielkiej oszklonej ściany z wyjściem na taras… Postanowił nie iść, ale zdenerwowanie narastało i sumienie nie pozwoliło mu na bierność. Nie mógł pozwolić na to, żeby Jasiek przeżył taki sam horror jak on dawno temu.

Ścisnął latarkę w spoconej dłoni i wyskoczył z namiotu. Biegł jak szalony przez pusty, ciemny dom. Dopadł drzwi sypialni. W niebieskim rozbłysku zobaczył swojego brata ciotecznego, jak stoi zapłakany w łóżeczku. Dopadł go i złapał razem z kocykiem.

– Już dobrze, stary! – przemawiał, podzwaniając zębami. – Ttto tylko bbburza!

– A po co? – chlipnął mały.

– Po kobyle caco! – warknął zirytowany i o dziwo podziałało, bo Jasiek poprzestał na tym jednym pytaniu.

Szymon zataszczył go do piwnicy i wsadził do namiotu. Otuleni kołdrą i poduszkami, pogryzali ciasteczka i poczuli się całkiem dobrze, mimo walących dookoła piorunów. Wtedy do piwnicznych drzwi prowadzących bezpośrednio do ogrodu ktoś zaczął się dobierać.

– Nie wierzę w to, co się tu dzieje – szepnął do siebie Szymon. – Nie wierzę!

– Dlaczego? – chciał wiedzieć Jasiek.

– Bo nie chcę w to wierzyć! Chcę, żeby to nie była prawda.

Cienkie i niezbyt solidne gospodarcze drzwi atakowane były coraz zajadlej. Chłopiec wyjrzał z namiotu. Mówiąc szczerze, to miał ochotę całkiem schować się pod kołdrą i nawet nosa nie wyściubić, ale było mu wstyd przed smarkatym, który powoli zaczynał się mazać. Zupełnie jakby strach Szymona przełaził na niego jak wszy albo pchły. Dlatego właśnie ze zgrozą wpatrywał się w okienko, za którym szalały targane porywistym wiatrem gałęzie i woda spływała z szyb strumieniami. Złoczyńcy musieli obserwować dom i zapewne kiedy wujek z ciocią odjechali, postanowili się włamać.


Oczywiście bał się ich, ale znacznie mniej niż burzy i zwariowanych, agresywnych psów, dlatego skoczył i złapał oparte o ścianę widły. Stanął w bojowej postawie między drzwiami i oknem, gotowy rzucić się na włamywaczy. Jednak prawda okazała się jeszcze gorsza, niż przypuszczał.

Oprócz towarzyszących nawałnicy dźwięków, Szymon nagle usłyszał mrożące krew w żyłach skowyczenie i drapanie. Żaden, ale to naprawdę żaden horror, które pasjami oglądał, nie był tak przerażający jak ta chwila. Szczególnie kiedy w kolejnym upiornym rozbłysku zobaczył za oknem bestię z sąsiedztwa. Żądny ich krwi krwiożerczy pies sąsiada chyba zwariował… a może się wściekł?

Rozszalała wyobraźnia chłopca rozkręcała się coraz bardziej, podsuwając mu coraz mroczniejsze scenariusze tego, co się może stać. Zazwyczaj przyjacielski pies sąsiada, jak utrzymywał wujek Tadeusz, najpierw pogryzł Odysa, a teraz koniecznie chce się do nich dostać. Jedynym wytłumaczeniem takiego zachowania jest wścieklizna.

A jeśli to nie wścieklizna, tylko jakiś obcy z kosmosu, który opanował najpierw Bariego, a teraz wejdzie w umysły jego i Jaśka, potem wujostwa, a następnie zawładnie resztą świata? I to będzie koniec ich cywilizacji?!!! Co robić, co robić? – myślał gorączkowo, ściskając trzonek wideł w spoconych dłoniach. Czy da radę, kiedy bestia wreszcie sforsuje drzwi?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?