Pies w czasach zarazyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Miejscówka

Tylna ściana naszej kamienicy graniczy z dużym parkiem miejskim. Do tej pory dla wszystkich mieszkańców było to czymś zwyczajnym, chociaż miłym. Kiedy jednak koronawirus, czyli pandemia na całym świecie, zmieniła wszystkim życie, miejscówka okazała się megaważna.

To może ja się przedstawię. Jestem Wiktor i mam dwanaście lat, mieszkam w oficynie na trzecim, ostatnim piętrze. Wyżej jest tylko strych.

Pierwszego dnia, kiedy okazało się, że zamknięto szkoły, dzieci ogarnęła euforia. Super, to coś wspaniałego! Podejrzewam, że nasi nauczyciele też na chwilę odetchnęli z ulgą. Nie do uwierzenia, że mogliśmy się wtedy cieszyć. Teraz tęsknimy za szkołą.

Po kilku dniach zaczęły się lekcje przez internet. Ciągle rozmawialiśmy z kumplami przez FB, Instagram albo inne media. No ale potem nagle przestało być fajnie. Szczególnie kiedy wprowadzono zakaz wychodzenia z domu. Można było iść tylko do sklepu spożywczego, do apteki lub do pracy. A na spacer najwyżej z psem. Wszystko, żeby ograniczyć kontakty z potencjalnymi zarażonymi. Testy niestety nie były powszechne.

Po jakimś czasie ludzie mieli dosyć, szczególnie kiedy zrobiła się słoneczna, wiosenna pogoda. Z żalem patrzyliśmy na nasz park przez okno. Był dosłownie na wyciągnięcie ręki, a jednak niedostępny.

Wtedy stary pan Kopeć z parteru nagle zaczął wychodzić ze swoim psem na długie spacery po parku. Do tej pory wcale tego nie robił, bo mu się nie chciało. Wypuszczał swojego Asa na podwórko i zawsze były o to awantury, bo po nim nie sprzątał. Pies godzinami wystawał przy furtce i tęsknym wzrokiem wpatrywał się w niedostępny zielony raj po drugiej stronie parkanu. I nagle cud! Stary Kopeć ostentacyjnie paradował aleją na tyłach naszej kamienicy i rozkoszował się wiosną. Uwięzionym mieszkańcom kamienicy złość zalewała mózgi.

Widziałem go doskonale z balkonu naszej oficyny. Naprzeciwko taki sam ma moja koleżanka Ninka, więc razem z nudów obserwowaliśmy i komentowaliśmy, co się dzieje. Podwórko jest w kształcie prostokąta. Od strony parku odgradza je parkan z furtką. Mieliśmy blisko. Kiedy wprowadzono kwarantannę, wszystkie alejki opustoszały i tylko pan Kopeć oraz kilku innych właścicieli psów z okolicy spacerowało w bezpiecznej od siebie odległości. Generalnie było pusto i głucho.

Po kilku dniach sytuacja uległa pewnej zmianie. Zaczęliśmy widywać znanego wszystkim psa pana Kopcia, ale każdy spacer odbywał on z innym sąsiadem z naszej kamienicy.

– Popatrz, Ninka, As rano był na spacerze z Trojanowską, a teraz znowu biega z tym perkusistą Markiem – zauważyłem.

– Ciągle łazi, furtka nieustannie skrzypi – potwierdziła moje spostrzeżenia.

Okazało się, że Kopeć wypożyczał swojego psa na spacer za obiad zamówiony z restauracji. Niektórzy byli oburzeni, bo zawsze wybierał najbardziej wykwintne dania, rzadko chińskie potrawy czy pizzę. Chętnych jednak nie brakowało, chociaż za jego plecami narzekali, iż jest tak chciwy, że w głowie się to nie mieści. Pan Kopeć znowu przestał wychodzić z domu, tylko podawał smycz Asa z psem na końcu i kartkę z wybranym daniem.

My z Ninką nie oburzaliśmy się na niego. Wiedzieliśmy, że jest biednym emerytem. Nie miał nikogo, kto mógłby o niego zadbać, bo jest dość wredny. Radził sobie, jak mógł. A jego As był jedyną istotą, której epidemia zmieniła życie na lepsze.

Zaspacerowany

Muszę przyznać, że oprócz Asa, epidemia również mnie w jakiś sposób ułatwiła życie. Nie wiadomo, czy gdyby było normalnie, miałbym tyle odwagi, żeby zagadać do Ninki. Miała jasne włosy związane w śmieszny kucyk na czubku głowy. Od razu wpadła mi w oko. Wprowadziła się do naszej kamienicy tydzień po feriach zimowych. Zauważyłem to, bo przecież okna nowych sąsiadów były naprzeciwko naszych. Obserwowałem, jak ustawiają meble, wieszają obrazki, stawiają na parapetach doniczki ze storczykami. Widocznie któraś z nich była wielbicielką tych kwiatów. Pewnie mama tej nowej. Miały też wielkiego, pręgowanego kota, który natychmiast uwalił się między kwiatami i z uwagą oglądał każde wychodzące na podwórko okno.

Mijaliśmy się czasem z Ninką w bramie, ale trochę się wstydziłem zagadać. Dopiero kiedy zamknęli szkoły, zacząłem częściej wychodzić na balkon. I Ninka tak samo. Tak to się zaczęło.

Dzisiaj padł mi internet. Nie mogłem odrobić lekcji. Może i dobrze, bo tyle tego było, że miałem już dosyć.

Postałem na balkonie, pogapiłem się na park, a kiedy pokazała się Ninka, razem ponarzekaliśmy sobie na nasz domowy areszt.

– Ninka, pożyczmy Asa i przejdźmy się kawałek – zaproponowałem. – Zaraz zwariuję!

Wtedy jeszcze dzieci mogły wychodzić z domu z psem na spacer i do sklepu.

– Dobrze. Mam jakieś drobniaki. Może pan Kopeć nie zażyczy sobie nie wiadomo czego. Wszyscy mówią, że jest wyjątkowo nieużyty.

Poszliśmy. Do jego mieszkania na parterze wchodziło się bezpośrednio z podwórka. Otworzył ze zbolałą miną i oparł się ciężko o framugę. Pasek jadowicie zielonego szlafroka zwisał mu aż do bamboszy z wywiniętymi figlarnie czubami.

– Dzień dobry. Czy możemy iść na spacer z Asem?

– Nie – odpowiedział kategorycznie. – Zjadłem dzisiaj już trzy obiady i mam niestrawność. A on! Spójrzcie na to biedne zwierzę – wskazał psa teatralnym gestem, kiedy przybiegł z głębi ciemnego korytarza. – Zaspacerowany. Na amen zaspacerowany.

Rzeczywiście, As nie wyglądał już jak spasiony serdel. Pękate boki zapadły się i prezentował się naprawdę doskonale. Za to jego właściciel miał zadyszkę, a brzuch mu wyraźnie urósł, rozpychając się między połami szlafroka.

– Prosimy! Panie Kopeć! Nie możemy już! – błagałem. – Zapłacimy.

– Nie… – mruknął bez przekonania. – To byłoby nieetyczne… Brać od dzieci pieniądze w czasach zarazy. Nie, nie, nie – przekonywał sam siebie, żeby czasem nie zmienić zdania. – Nie! Po prostu nie! Koniec, kropka!

– To możemy w ramach sąsiedzkiej pomocy coś załatwić.

– Ale co? – łypnął na nas podejrzliwie, a w jego oczach już było widać, że chce na tym dobrze wyjść.

– No… – zaczęła Ninka. – Moja mama namaluje pana portret, albo portret Asa. Albo podwójny – podniosła palec do góry, co wyglądało bardzo, bardzo poważnie.

– Co ty powiesz? – O dziwo się zainteresował. – A twoja mama potrafi?

– Jest wielką malarką! – Ninka zadarła dumnie głowę i zaczęła wychwalać zalety mamy.

– Dobrze, dobrze – zgodził się po chwili. – Podwójny. Mój i Asa.

– To chyba za kilka spacerów? – wtrąciłem oburzony na takie zdzierstwo.

– A może być za kilka! – Kopeć oddał nam smycz.

Wybiegliśmy uszczęśliwieni na ulicę.

– Twoja mama naprawdę namaluje ten obraz? – spytałem.

– Coś ty! Nie ma czasu. Ja go namaluję. Najwyżej mi trochę pomoże.

Spacer był naprawdę wspaniały. Do tej pory nie zwracaliśmy uwagi na to, że ulice miasta są takie piękne. Wszędzie duuużo miejsca i świetny park. Chodziliśmy i chodziliśmy zadowoleni, że tak nam się z Asem udało. Nie mieliśmy pojęcia, że to nasz ostatni spacer. Wkrótce wprowadzono nowe zakazy.

Wyprawa do sklepu

Dzisiaj, zanim usiadłem do zdalnych lekcji, chciałem sobie popatrzeć na niedostępny już dla wszystkich park. Wyszedłem na balkon i pomachałem do Ninki. Pojawiła się zapłakana.

– Co się stało? – spytałem zaniepokojony.

– Mama złamała nogę. To koniec. Nawet zakupów nie będziemy mogły zrobić. A muszę iść do apteki po lekarstwa!!! – ryczała.

– Nie macie rodziny? – Wiedziałem już, że wychowuje ją sama mama, ale żeby tak nie mieć kompletnie nikogo?

– W Łodzi nie. Przeprowadziłyśmy się z mamą z Gdyni. Idę. Najwyżej mnie złapią i zapłacimy karę… Buuu, tylko za co? Za co? – wyrzuciła ręce do nieba jak postać z jakiegoś filmu. – Przeprowadzka kosztowała mnóstwo pieniędzy.

– Pójdę z moim tatą, jak wróci z pracy – obiecałem.

– Mama nie może czekać. Skończyły nam się nawet środki przeciwbólowe.

Zaproponowałem, że z nią pójdę. Będę wypatrywał policjantów i strażników miejskich. To może być nawet ciekawe.

Właśnie szliśmy przez podwórko, kiedy okno pana Kopcia otworzyło się gwałtownie, a on sam zawołał konspiracyjnym tonem:

– Dzieciaki, kupcie mi, proszę, flaszkę czerwonego wina i aspirynę. A za resztę lody, czy co tam… – machał zwitkiem banknotów.

– Dzień dobry. To pan nie wie, że dzieciom teraz nie wolno wychodzić bez opieki na ulicę ani do parku, ani do lasu? Grożą za to straszne kary. A wina to już przed pandemią dzieci nie mogły kupować – pouczyłem pana Kopcia.

– Co ty powiesz? – zdumiał się. – Nawet w parku pograć w piłę nie możecie?

– Nie możemy. Nawet iść z psem na spacer.

– A na cmentarz? – spytał, bo raz do roku, zawsze wiosną, spotykał się z kumplami nad grobem przyjaciela, a to wypadało jakoś niedługo.

– Na cmentarz można.

– Na cmentarz można, a do lasu nie. To bardzo zastanawiające. Czuję, że moje prawa są bardzo ograniczane – zirytował się i natychmiast nabrał ochoty na przechadzkę. – To mam areszt?

– Może pan wyjść do sklepu, apteki, pracy, w ważnych życiowych sprawach, z psem lub dziećmi na spacer – wymieniliśmy z Ninką jedno przez drugie nowe rozporządzenia. – Tak więc, sam pan musi sobie kupić to wino. Możemy iść z panem, bo ja muszę do apteki. Oczywiście w odległości dwóch metrów.

– Co? – wytrzeszczył swoje trochę wyłupiaste oczy i odgarnął białe jak mleko włosy z twarzy, co mu je wiatr zmierzwił.

 

– Dwa metry. Nawet domownicy – wyjaśniła Ninka. – To co? Idzie pan, bo mi się spieszy? Mamy zapasową maseczkę, pożyczymy panu. A rękawiczki będą w sklepie.

Powiedział, żebyśmy mu dali pięć minut. Czekaliśmy z niecierpliwością. W końcu wyszedł ubrany w długi płaszcz, zawinięty wielokrotnie wokół szyi szal i czapkę uszatkę. A pod pachą trzymał dwa bambusowe kijki.

– Dwa metry – sprawdziłem! Pożyczyłem sobie od kwiatków – oznajmił.

Patrzyliśmy na niego, nie wiedząc, o co mu chodzi. Okazało się, że zamierza ściśle przestrzegać tych dwóch metrów, więc wyglądało to tak: najpierw szedł pan Kopeć z powiewającymi energicznie klapami czapki, w jednej ręce trzymał torbę na zakupy, a w drugiej kijek z Ninką, która ściskała drugi kijek ze mną na końcu. Ja z kolei ciągnąłem za sobą Asa na smyczy. Jak w tym wierszu o rzepce. Szliśmy szybko, ze wstydliwie opuszczonymi głowami, budząc ciekawość nielicznych przechodniów i dużą wesołość jednego takiego łobuza Adriana z kamienicy obok, którego wszyscy się bali.

– Cudoki! Patrzcie, ludzie! Cudoki! – zaśmiał się.

– Spadaj i weź ze sobą kawałek chleba, bo jak cię kopnę, to będziesz leciał tak długo, że zgłodniejesz! I maskę załóż na ryj! – ryknął lekko stłumionym spod maseczki głosem pan Kopeć, a Adrianowi szczęka opadła, bo jeszcze nikt nigdy tak mu nie dogadał.

A my podnieśliśmy dumnie głowy, że nasz sąsiad ma taką gadkę, aż w pięty idzie.

Zakupy załatwiliśmy szybko i sprawnie, a panu Kopciowi tak bardzo spodobała się nasza wyprawa, że obiecał nas jeszcze kiedyś zabrać ze sobą.

Ucieczka Bazyla

Zrobiło się ciepło, więc jeszcze częściej siedzieliśmy z Ninką na naszych balkonach. Przerzuciliśmy linkę i powiesiliśmy na niej koszyk, który sunął nad podwórkiem wypełniony książkami, smakołykami, czy co tam potrzebowaliśmy sobie przesłać. Trochę się namęczyliśmy, żeby ją zainstalować, ale mój tata nam pomógł, bo kiedyś grał w kosza i od pierwszego razu udało mu się wcelować ringo z przywiązaną liną wprost w ręce Ninki. Poczuliśmy się zupełnie jak Kaj i Gerda, a w roli złej królowej obsadziliśmy oczywiście epidemię. Nawet nazwę miała królewską – epidemia koronawirusa.

Mama mojej nowej koleżanki biła tacie brawo, wyglądając przez okno. Ucieszyłem się, że ją rozbawiliśmy, ponieważ od czasu, gdy złamała nogę, miała okropny humor. Mój tata pomachał do niej i powiedział, że pożyczy jej fajną książkę science fiction, żeby się nie nudziła, i płytę z muzą. To była pierwsza przesyłka naszej superszybkiej balkonowej poczty. Pani Kamila, mama Ninki, ucieszyła się bardzo… Fajnie mieć mamę.

Kot naszych nowych sąsiadek – Bazyl – chętnie nam towarzyszył podczas spotkań na balkonie, obserwując z uwagą ptaki, dzikie koty i inne zwierzęta przemykające przez pusty park. Różowy jęzor zwisał mu na kilka centymetrów, kiedy tak się ślinił na widok szpaków i kosów, szperających w zeszłorocznych liściach. Wzdłuż pręgowanego ciała aż przebiegało nerwowe drżenie, tak bardzo chciało mu się polować.

– Bazyl, uspokój się – napominała go Ninka. – Wczoraj zeżarł mamie rybkę, którą dostała dwa lata temu na imieniny w pięknym, stylowym wazonie.

– Oryginalny prezent – zauważyłem.

– No. Przyjaciółka złożyła jej życzenia i wręczyła pękaty wazon z pływającą rybką w środku. To był welon. „Masz – powiedziała – zabytkowe szkło sygnowane. Rybka pewnie ci zaraz zdechnie, to będziesz miała na kwiaty”. Przy pierwszej zmianie wody zbiłyśmy wazon i trzeba było kupić nowy. Już trzy razy się zbijał, a rybka, zwana Wandą, ciągle żyje. To znaczy do wczoraj – Ninka wytarła łzę, pociągając nosem. – Przyzwyczaiłyśmy się do niej, chociaż początkowo mama była wściekła. A teraz obraziła się na Bazyla, któremu też chyba jest głupio, bo wpatruje się w pusty wazon ze zdziwioną miną. Że niby sam nie wie, co się stało z Wandą.

– Może zapomniał, że ją już zjadł?

Tak sobie pogadywaliśmy, aż trzeba było wracać do lekcji. Po godzinie rozległ się alarmujący głos Ninki:

– Wiktor, Wiktor!

– Co się stało? – wyjrzałem na balkon.

– Bazyl zniknął!

– Jakim cudem?

– Nie wiem, chyba przeszedł po gzymsie… – rozpaczała. – Może skoczył?

Zbiegliśmy na dół, żeby się rozejrzeć. Nie mógł skoczyć. Za wysoko. Wyjrzeliśmy przez parkan do parku i wydawało nam się, że gdzieś między bezlistnymi jeszcze krzewami mignęła nam jego charakterystyczna, czerwona obróżka. Podbiegliśmy do bramy, żeby lecieć do parku, prosto pod nogi policjanta.

– A dokąd to się wybieramy? – spytał z groźną miną.

– Do parku – powiedzieliśmy zgodnie z prawdą. – Kot nam uciekł. Musimy go znaleźć.

– Park zamknięty. A wam nie wolno wychodzić bez dorosłego.

Nie było dyskusji, więc dosłownie rzuciliśmy się do drzwi pana Kopcia. Otworzył okno i wyjrzał. Okulary chwiały mu się na samym czubku nosa.

– Czego? – spytał przyjaźnie.

– Potrzebujemy pomocy. Bazyl dał nogę do parku. A my sami nie możemy. Pan przecież wie. Proszę iść z nami – nadawaliśmy jedno przez drugie.

– Nie mogę. Maseczki szyję – pokazał nam właśnie szytą maseczkę. – Nieźle można zarobić. Jeszcze je ozdabiam we wzorki kwiatowe, trupie czachy, takie, wiecie, bardziej meksykańskie, ale także wedle życzenia…

– Ale my musimy. Zginął nam Bazyl. Mama nie przeżyje, jak coś mu się stanie – emocjonowała się Ninka.

– Weźcie Asa. Co prawda jadłem już obiad, ale znajcie moje dobre serce. A on zawsze ma ochotę na spacer. W dodatku – podniósł do góry rękę z igłą – doskonale tropi. Odnajdzie kota. Macie to jak w banku.

– Ale policja łazi po ulicy!

– Wyjdźcie przez furtkę – pojawił się w drzwiach i wręczył nam smycz z psem i kluczem. – Powodzenia.

Stanęliśmy przed zamkniętą na głucho furtką, czując się jak Mary, która właśnie odkryła tajemniczy ogród. Przeszły mnie dreszcze ekscytacji, ciekawości i niepokoju. Ninkę pewnie też, bo patrzyła w parkową przestrzeń, nawet nie mrugając.

– Wiesz, że to będzie zupełnie inne miejsce niż przed… – urwała.

– Przed pandemią?

– Tak. Nie ma ludzi, za to jest więcej zwierząt. I to innych niż zazwyczaj. Zupełnie innych.

– Pewnie tak. Chodźmy.

As stał przy naszych nogach i w skupieniu wąchał ulubioną zabawkę Bazyla – pajacyka z czerwoną czapką w grochy.

Cypek Skrzypek

Zardzewiałe zawiasy przeraźliwie skrzypnęły, kiedy otworzyłem furtkę, i po raz drugi, kiedy ją zamykałem za nami. Zupełnie jakby się odzwyczaiła. Ściany zwielokrotniły dźwięki, na które normalnie nie zwrócilibyśmy specjalnej uwagi. No ale nic nie było już normalne. Wchodząc do parku, wkraczaliśmy w zakazaną przestrzeń. As zesztywniał i zaczął węszyć. Przez chwilę tkwiliśmy bez ruchu. Mimo śpiewu ptaków, panował spokój. Nieobecność człowieka w zazwyczaj zaludnionym miejscu napełniła nas niepokojem, ale pies nagle złapał trop i ruszył przed siebie na łeb, na szyję. Ciągnął nas po zaroślach, przecinał alejki i wspinał się na skarpy. Na szczęście smycz była długa.

Kiedy ledwie już zipaliśmy, As zatrzymał się przed altaną, a potem wszedł do środka. Pod ławką na karimacie ktoś sobie smacznie spał w śpiworze. Ciepły kraciasty koc, którym pewnie wcześniej się przykrył, zsunął się na ziemię. Pies przyglądał się człowiekowi, przekrzywiając łebek, aż złapał zębami za róg pledu i delikatnie przykrył śpiącego. Zadowolony z siebie, spojrzał na nas i machnął ogonem. Pomyślałem, że to pewnie bezdomny, chociaż wszystko miał czyste. Nie wyczuwało się też charakterystycznego zapachu bezdomności. A może to była kobieta? Nic nie było widać. Postać leżała tyłem do nas z plecakiem pod głową.

– Mądry pies! – pochwaliła go szeptem Ninka. – Ale gdzie jest Bazyl?

As podszedł blisko i dotknął nosem kraciastej tkaniny.

Kucnąłem. Na czerwonym tle widać było czarną sierść.

– Był tu.

– Gdzie jest teraz? As, szukaj dalej! Szukaj!

Ninka podsunęła mu pajaca, ale rzucił jej wyniosłe spojrzenie i ruszył w kierunku stawu. Teraz na szczęście nie leciał, tylko podążał, jakby delektując się spacerem. Byliśmy sami, nie licząc dziwnego bezdomnego. As spokojnie przycupnął obok ławki i obserwował pływające po wodzie kaczki. My również przysiedliśmy. Z oddali dobiegał delikatny szum miasta na zwolnionych, epidemicznych obrotach. Wszystko stało: szkoły, uczelnie, część sklepów, siłownie, fabryki…

– Ciekawe, czemu się tu zatrzymał – zastanowiła się Ninka.

– Może chce sobie odpocząć przed dalszym tropieniem Bazyla? Chyba wie, co robić – wysnułem mało odkrywcze przypuszczenie. – Ten bezdomny z altany…

– Nie wyglądał na biedaka – weszła mi w słowo Ninka.

– Zauważyłaś?

– No. Firmowy śpiwór. Czysty.

– Właśnie.

Nagle As zastrzygł łaciatym uchem, szturchnął mnie łapą w kolano i wystawił nam Bazyla, który wylazł z krzaków i schyliwszy się nad wodą, obserwował rybki w stawie. Gapił się, gapił, aż nagle jego zakończona wyciągniętymi pazurami czarna łapa wystrzeliła do wody i wyciągnęła małą rybkę. As szturchnął Ninkę łbem w nogę, domagając się pieszczot za wykonaną robotę. Kot zjadł rybkę i jak gdyby nigdy nic podszedł do nas, patrząc wyczekująco, a jego morda, mógłbym przysiąc, mówiła nam: „To co, wracamy?”.

– Wracamy – westchnąłem. – Wcale nie jest tak ciepło.

Wstaliśmy. Na wyspie pośrodku stawu dostrzegliśmy jakiś ruch. Wpatrywaliśmy się, pies zesztywniał, ale nic tam już nie było. As szczeknął rozczarowany. Uciszaliśmy go i usłuchał, bo to był bardzo, bardzo mądry pies.

– Dzień dobry! – odezwał się ktoś, kiedy przechodziliśmy koło altany.

Bezdomny swobodnie opierał się o filar i wyjadał czereśnie z kompotu, zanurzając dłoń w słoiku. Miał długie, pomarańczowe dredy, z ramion jak królewski płaszcz spływał mu kraciasty koc. Odpowiedzieliśmy grzecznie na powitanie.

– Widzę, że macie mojego kota – zauważył.

– To mój kot! – oburzyła się Ninka. – Przyszliśmy po niego, bo dał nogę.

– Szkoda. Dobrze nam się razem spało. I ciepło.

Nie wiem, ile mógł mieć lat, ale miło się uśmiechał i widać było, że jest człowiekiem, który wszędzie czuje się jak u siebie. As przyjacielsko przysiadł mu na stopie, a on głaskał go sumiennie.

– Co tu robisz? – spytała Ninka. – Jestem Nina. A to Wiktor.

– Ukrywam się – rzekł konspiracyjnie. – Tylko cicho sza! Mówią na mnie Cypek Skrzypek.

Spółdzielnia Maseczka

Cypek Skrzypek bardzo nas zaintrygował.

– Co on robi sam w pustym parku? – zastanawialiśmy się, wracając do domu.

– Powiedział przecież, że się ukrywa. Tylko przed kim?

– Przed koronowirusem? – wysnuła przypuszczenie Ninka. – Nie. Siedziałby w domu. Chyba uciekł.

– No to wygląda. Miał czegoś dosyć i uciekł!

Pomyślałem, że to może być prawdopodobne. W naszej kamienicy niektóre rodziny kiepsko znosiły zamknięcie. Doszliśmy z Ninką do wniosku, że potrzebują innych do szczęśliwego życia. Może ten chłopak z parku był właśnie z takiej rodziny? Nie dziwiło nas to specjalnie – miło jest wyjść z domu.

As to bardzo grzeczny pies. Przy nim nawet Bazyl chodził przy nodze i nie musieliśmy dźwigać spasionego kocura, który nie wiedział, co to jest fit. Mówiąc prawdę, był spaślakiem.

Pan Kopeć otworzył nam w maseczce na brodzie z trupią czachą w wianku z kwiatów i papierosem w zębach. To znaczy czacha miała na głowie wianek, nie pan Kopeć. Wpatrywaliśmy się w niego z podziwem. A ja to już zupełnie go nie poznawałem. Do tej pory był odludkiem i nieużytym gburem, a teraz… W nowej sytuacji ludzie zazwyczaj zmieniają się na gorsze, a tu niespodzianka.

– Niezła co? Sam uszyłem!

– I narysowałem? – spytała podejrzliwie Ninka.

– No nie. Szczerze mówiąc, twoja mama mi pomogła.

– Mama? Serio? – zdziwiła się Ninka. – Ostatnio miała takiego doła… – pokręciła głową z niedowierzaniem, a pan Kopeć aż się skrzywił.

– Wiem. Odbierałem przesyłkę, kiedy przykuśtykała o kulach na balkon, żeby sobie popłakać. Spodobała mi się jej otwartość. Pogadaliśmy sobie od serca. Spuściła wasz koszyk. Od słowa do słowa stanęło, że będzie zdobiła moje maski. Mamy zatem taką małą spółdzielnię – pochwalił się. – Twoja mama jest naprawdę zdolna. Ale te w kwiatki to ja sam. Widzę, że zguba się znalazła – pogłaskał Bazyla.

– As jest genialny! – zachwyciłem się. – Chyba wyszkolony!

– Nawet nie wiesz jak – mruknął pan Kopeć. – Macie – podał nam dwie maseczki. – Są do wielokrotnego użycia. Prać w sześćdziesięciu stopniach i prasować gorącym żelazkiem. Idą jak woda.

 

W tym czasie nasze zwierzęta zaglądały w każdy kąt podwórka. Z drugiego piętra jak zwykle obserwował wszystko smarkacz. Przedszkolak, tak go nazywałem, bo nie wiedziałem, jak ma na imię.

– Ty! – krzyknęła do niego Ninka. – Nie widziałeś czasem, jak kot daje nogę do parku?

Długo milczał, aż w końcu kiwnął głową. I koniec. Nic więcej. Kompletne dziwadło.

– No i… – rozłożyłem ręce.

– Co?

– Którędy dał nogę?

– Biegł po gzymsie, dotarł do otwartego okna klatki, a potem poczekał, aż ktoś otworzył drzwi.

– Dzięki! – Ninka wyszczerzyła się do niego serdecznie.

Nie zareagował.

– Widziałem w parku łosia – wyrzucił z siebie niespodziewanie.

Łosia, wyobrażacie sobie? Wiem, że Przedszkolak tkwi na balkonie z lornetką cały dzień, bo nie lubi swojej rodziny, w ogóle nikogo nie lubi, więc gapi się w park i podgląda sąsiadów, ale żeby łoś?

– A może zebrę? – zaśmiałem się, aż mi łzy pociekły. – Albo panterę. Różową!

Mały popatrzył na mnie poważnie i tylko wzruszył ramionami. Nigdy się nie uśmiechał.

– Dlaczego nie zebrę? – powtórzył, głęboko się nad czymś zastanawiając. – Dziwne rzeczy się dzieją w parku o świcie – powiedział i poszedł sobie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?