Niedokończona opowieść PepeTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Patronat honorowy:


Polecają:





Niedokończona opowieść Pepe


Na Wołyniu druga wojna światowa dała o sobie znać wcale nie hukiem strzałów i bombardowaniem, ale tym, że nagle cała droga zaroiła się od uchodźców – obywateli polskich uciekających przed Niemcami na wschód. Nawet na jarmarku nie było takiego tłoku. Uciekinierzy mieli ze sobą walizki, tobołki, zawiniątka i wyglądali jak siedem nieszczęść. Opowiadali straszne rzeczy.

Na dziewięcioletniej Eulalii Żochowskiej, zwanej Lalą, największe wrażenie robiły rodziny z małymi, zmęczonymi, ciągniętymi za rączkę dziećmi, wózki z niemowlętami i te wyładowane dobytkiem, które przypominały małe pagórki. Mama udzielała im na noc schronienia.

– A dokąd wy tak idziecie? – pytała, częstując ich świeżym mlekiem.

– Uciekamy do Związku Radzieckiego przed Niemcami – wyjaśniali.

– I wszystko zostawiliście? Domy, mieszkania, pracę? – nie mogła się nadziwić pani Agnieszka Żochowska, mama Lali. Sama nigdy by się nie zdobyła na opuszczenie swojego nowego domu.

Pewnego dnia pojawiła się u nich rodzina z córką – rówieśnicą Lali. Kobieta cały czas płakała i lamentowała, wybiegała na drogę, chciała gdzieś pędzić, czegoś szukać, albo milkła i zamieniała się w żywy posąg, zupełnie jak jedna ze świętych figur w kościele. Okazało się, że w czasie podróży zaginął jej młodszy synek. Lala obserwowała ze współczuciem nieszczęśliwą rodzinę, która zgubiła dziecko, ale najsmutniejsza wydawała jej się ich córka Ola, starannie omijana wzrokiem przez matkę i nieustannie pocieszana przez tatę.

Raz, kiedy Lala zrywała w ogrodzie pomidory, usłyszała pełen żałości szloch. Rozejrzała się zaskoczona, odstawiła koszyk, rozchyliła gałęzie porzeczek i zobaczyła skuloną pod krzakiem Olę.

– Nie płacz. – Lala podsunęła jej pod nos piękny, dojrzały pomidor. – Powąchaj!

Ola spojrzała na nią przez łzy i wciągnęła zapach.

– Pachnie słońcem.

– Aha. Jedz – wcisnęła jej pomidor w rękę.

– Nie mogę.

– Musisz, żeby mieć siłę przed podróżą. Nie chcesz? Lubisz kapuśniak? Bo dzisiaj mama zrobiła na obiad. – Lala próbowała jakoś wciągnąć dziewczynkę w rozmowę, ale ta milczała, pogrążona w rozpaczy. – Jedz, Ola, albo mi coś opowiedz – zachęcała koleżankę, ale bez rezultatu. – To ja ci opowiem bajkę stąd, ukraińską. Mój przyjaciel Jegor mi opowiedział.

Na wysokiej górze mieszkał w zamku czarodziej Denis z kotem Petro. Codziennie podlewał magiczny groch, który rósł w ogrodzie, i czekał, aż czarodziejskie strączki dojrzeją. Leniwy kot jadł i wylegiwał się na słońcu. Wokół był okropny bałagan, aż czarodziej się zdenerwował, że Petro w ogóle mu nie pomaga. Chciał go wyrzucić z domu, ale kot poradził mu, żeby sprowadził do zamku kogoś do pomocy. Niedaleko w chatce mieszkała mała, wesoła Ołenka z rodzicami. Denis i Petro porwali ją, kazali jej sprzątać i podlewać magiczny groszek. Dziewczynka ciężko pracowała, aż pewnego dnia wielki strąk groszku pękł i ziarenka potoczyły się w świat. Jeden z nich wpadł przez komin do domu Ołenki i jej mama go połknęła. Zakrztusiła się strasznie. Kasłała, kasłała, aż tata Ołenki walnął ją w plecy i wtedy – Lala otworzyła szeroko oczy – kobieta wykrztusiła dziecko, które na oczach zdumionej pary zaczęło rosnąć, aż wyrosło na wielkiego, silnego chłopca… Syn uściskał swoich rodziców i spytał, czemu mama taka smutna. Wtedy dowiedział się, że jego siostrę porwał zły czarodziej. Zdenerwował się i pobiegł na wysoką górę, do zamku. Pokonał Denisa i sprowadził Ołenkę do domu.

– Mój brat też się znajdzie? – smutno spytała Ola, zakładając kosmyk jasnych włosów za ucho.

– Pewnie tak, jak to wszystko się skończy.

– Muszę ci coś powiedzieć. Ja, ja… zrobiłam coś strasznego! – Ola popatrzyła na Lalę z napięciem.

– Co?

– Uciekaliśmy. Znaleźliśmy się z rodzicami w dużej grupie ludzi. Mama kazała mi złapać za rękę braciszka i pilnować. Myślałam tylko o tym, żeby nie zgubić Krzysia. Byłam bardzo uważna. Nagle zaczął się nalot, straszny zamęt, krzyki, wszyscy nas pchali, tratowali się nawzajem… Nie wiem, jak to się stało, ale rączka braciszka milimetr po milimetrze zaczęła się w tym tłoku wysuwać z mojej spoconej dłoni, a za chwilę nie było jej już wcale. Krzyczałam, płakałam, wołałam mamę i tatę, ale oni pilnowali naszych waliz i znaleźli się gdzieś dalej. Jak się trochę uspokoiło, zaczęłam go szukać, ale zniknął, po prostu zniknął…

Ola chlipnęła i z tej przeżywanej na nowo rozpaczy wgryzła się w czerwony pomidor.

– Mama patrzyła na mnie tak… tak strasznie, jakby mnie już nie kochała, i powiedziała, że to było moje jedyne zadanie, a ja… – Łzy popłynęły na nowo i mieszały się z jedzonym warzywem. – Zgubiłam brata.

– No coś ty! To nie twoja wina. Gdyby ci się nie chciało go pilnować, to co innego, ale przecież pilnowałaś.

– Z całych sił! – Ola walnęła się drobną piąstką w pierś.

– No widzisz. Mogli was pilnować, a nie waliz. Pomóż mi zrywać pomidory.

Lala pocieszała koleżankę, ale rozumiała jej rozpacz. Gdyby miała małego brata, który zaginął, też by pewnie nie mogła przestać myśleć, co się z nim dzieje, czy nie jest głodny, chory, czy w ogóle żyje. Tyle rzeczy mogło się wydarzyć… Lala też miała brata, ale dużo starszego, w dodatku mieszkał w mieście, więc tak naprawdę czuła się jedynaczką. Czasami było jej smutno samej, dlatego tak bardzo ciągnęło ją do innych dzieci.


Kiedy uchodźcy opuścili ich dom, z Rożyszcz wrócił brat Tadzio i namawiał, żeby mama i siostra wyjechały. Słyszał, że Niemcy najpierw rozprawią się z młodymi mężczyznami, więc on z kolegami zamierzają uciec na wschód, zaciągnąć się do wojska i walczyć z faszystami1.

– Co ty, synku, mówisz? – nie chciała mu wierzyć mama. – Ludność cywilną z pewnością zostawią w spokoju.

Tadzio przekonywał, ale mama nie mogła się zdecydować na podróż w nieznane, nie chciała narażać córki na niebezpieczeństwo i głód. We własnym gospodarstwie będzie im lepiej. Pani Agnieszka pożegnała syna ze łzami w oczach. Brat przytulił do siebie młodszą siostrzyczkę i wyruszył do Rosji.

– Trzymaj się, Lala! – pomachał do niej, kiedy stała na ganku zapłakana.

Nagle zawrócił w kilku susach i wyjął z kieszeni gliniany gwizdek na wodę w kształcie kurki.

– Całkiem zapomniałem z tego wszystkiego. Tylko o mnie pamiętaj!

– Zawsze! – obiecała solennie.

Szedł zdecydowanym krokiem, długo jeszcze słysząc za plecami melodyjny gwizd świstawki.

I tak na pięć lat wszelki słuch po nim zaginął.

Kolejna wojna pojawiła się z mgły – przejęta Lala opowiadała mamie, co widziała wczesnym rankiem 17 września 1939 roku, kiedy poszła na grzyby do lasu.

– Mamuś! Ucieszyłam się, bo wielkie, zdrowe prawdziwki znalazłam, ale usłyszałam hałas… Taki nieleśny. Nagle patrzę, a mgła jakaś taka gęsta i dziwnie się rusza. Trochę się przestraszyłam i schowałam w zaroślach. Patrzę, a to całe kolumny żołnierzy przez nasz las idą, w ciszy, zupełnie jak duchy przenikają przez opary. Nie weszli do wsi, tylko maszerowali polami na zachód.

– Armia Czerwona! Sowieci! Rosjanie! – pokiwała głową mama Lali i obronnym gestem przytuliła córeczkę.

Dziewczynka zmarkotniała. Już jedna wojna z Niemcami to bardzo poważna sprawa, a dwie wojny to zupełna katastrofa! I co teraz z nimi będzie?… E, jakoś chyba dadzą sobie radę. Mamusia jest bardzo dzielna i wszystko potrafi, chociaż jest sama jak palec.


Lala nigdy nie poznała swojego ojca. Nie wiedziała dokładnie, co się z nim stało, ale mama wystarczała jej w zupełności, bo była dla niej dobra i czuła, i bardzo energiczna, mądra i pracowita. Nie musiała się o wszystko pytać męża albo ojca, jak inne kobiety we wsi, i to się córce bardzo podobało. Sama wybudowała im śliczny, biały domek, z dwoma pokojami, kuchnią, stodołą i oborą. No… może niezupełnie sama, bo to niemożliwe, ale kierowała pracami, a pomagali bezinteresownie sąsiedzi – Polacy i Ukraińcy. Lala nauczyła się od niej, że człowiek, który żyje z innymi w przyjaźni, szybciej dociera do celu i częściej się śmieje. Pamiętała, że często w soboty po ciężkiej pracy wszyscy spotykali się i śpiewali.

 

A przecież mama pochodziła z zupełnie innego, odległego miejsca w środkowej Polsce. Dziadkowie Kowalczykowie mieszkali we wsi Szkarada niedaleko Łowicza. Mieli duże gospodarstwo rolne i sześcioro dzieci. Dwie córki, Agnieszkę i Józię, wykształcili w Warszawie na nauczycielki. Mama Lali, Agnieszka, wyszła szybko za mąż i odtąd nazywała się Żochowska. Dalej uczyła, nawet kiedy urodził się Tadzio. Małżeństwo nie trwało długo, rozpadło się.

W 1928 roku mama z Tadziem, siostrą Józią i dwoma braćmi, Stanisławem i Józefem, wyjechali do Rożyszcz na Wołyniu w poszukiwaniu lepszego życia.

Mieszkali tam już inni osadnicy – żołnierze, którzy brali udział w wojnie polsko-sowieckiej, dostawali ziemię za darmo od państwa. Inni Polacy mogli ją bardzo tanio kupić. Agnieszka najpierw trafiła do Rożyszcz, gdzie początkowo prowadziła restaurację. Potem pracowała jako nauczycielka. W końcu spełniła swoje wielkie marzenie i kupiła ziemię w pobliskiej wsi Elżbietyn w powiecie łuckim, w województwie wołyńskim. Zakochała się w przystojnym mężczyźnie zza Buga i w 1930 roku urodziła się Lala. Jej brat Tadzio został w oddzielonych rzeką Styr Rożyszczach, u wuja Stasia i cioci Józi, ponieważ uczył się w tamtejszym gimnazjum. Rodzinie dobrze się żyło. Wujek, który ożenił się z Ukrainką o pięknym imieniu Nadzieja, założył przedsiębiorstwo przewozowe i woził ludzi autobusami. Ich siostra Józia była kierowniczką szkoły w Wełniance.

Drugi brat Agnieszki, wujek Józef, kupił duże gospodarstwo w Lubczach i gospodarował z żoną i czwórką dzieci. Lala była szczęśliwa, ponieważ miała kuzynów i kuzynki. Cała rodzina prowadziła liczne interesy i przyjaźniła się z okolicznymi mieszkańcami wszystkich narodowości. U nich, w powiecie łuckim, najwięcej mieszkało Ukraińców, potem Polaków, trochę mniej Żydów i Niemców.

Lala była bardzo rezolutna i cieszyła się z tego różnorodnego towarzystwa. Jako małe dziecko często przebywała w szkole, w której uczyła mama, a to bardzo ułatwiało zawieranie znajomości. Później, kiedy podrosła, razem z innymi dzieciakami pasła krowy na łąkach, gdzie wszyscy się razem bawili. Najbardziej lubiła dwa patyki, ponieważ można było w to grać wszędzie. Dwie osoby brały dwa długie kijki i kucały. Trzymając je nad ziemią, poruszały nimi i recytowały wierszyk, a trzecia wskakiwała między patyki i wyskakiwała.

– Hej, hej, dwa patyki,

hej, hej, dwa dębowe,

hej, hej, dwa patyki,

Do zabawy już gotowe.

hej, hej, dwa patyki…

Wierszyk recytowano na okrągło, coraz szybciej. Kto skusił, odpadał i musiał oddać swoje miejsce następnemu graczowi.

Lala lubiła też wspinać się po najcieńszych drzewach na sam czubek. Delikatnie je przyginała i zjeżdżała na dół z głośnymi okrzykami i śmiechem. Ręce i nogi były co prawda całe pokaleczone, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Często też grali w klasy.

Początkowo wojna nie przerwała tych zabaw. Chociaż weszli Rosjanie, w życiu wsi nic się specjalnie nie zmieniło. Lala ciągle miała mnóstwo koleżanek polskich, trochę ukraińskich i jedną żydowską Leę. Wszyscy byli równi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pochodzenie będzie decydowało o życiu i śmierci, ale w 1941 roku żołnierze radzieccy zaczęli się wycofywać z tych terenów. W nocy Lala słyszała z oddali strzały, jadące samochody i dudniące ponuro gąsienice czołgów. Rano okazało się, że nastąpiła zmiana i teraz znajdują się pod okupacją niemiecką.


Niemcy zaczęli mówić o ludziach lepszych i gorszych, że niby oni – Aryjczycy2, są tymi najlepszymi, Polacy i Ukraińcy gorszymi, a Żydzi najgorszymi. Mama mówiła, że to się nazywa nacjonalizm3 i pewnie był już wcześniej, ale Lala o nim nie słyszała. Dziwiła się, bo w czym Lea Perec jest najgorsza, skoro najlepiej skacze w dwa patyki i pisze najlepsze wypracowania z polskiego? I dlaczego gruby jak beczka i kłótliwy Niemiec Schmidt jest lepszy od jej pięknej i dobrej mamy? Takie na przykład koty – rozmyślała dziewczynka – są przecież bardzo różne. Jej Psotka miała pręgi na szarym futrze, Gawsza Lei czarne paski na brązowym, a inne były w łaty, gładkie, rude, białe, czarne, graniate4. I żaden nie był lepszy ani gorszy, a przecież ludzie są tak samo jak koty – różni.

Nacjonaliści ukraińscy, zwani również banderowcami, też zaczynali przebąkiwać, że te ziemie, które uprawiają Polacy i gdzie Żydzi prowadzą interesy, są w gruncie rzeczy ich własnością i ludzie innych narodowości powinni się z nich całkiem wynieść, a jak się nie wyniosą, to oni ich załatwią.


Lala słuchała uważnie, co mówią między sobą dorośli. Wcześniej wydawało jej się, że żyją spokojnie i w zgodzie, a to okazało się nieprawdą. Polacy, którzy od 1921 roku uprawiali tutejszą ziemię, nie byli mile widziani przez Ukraińców, którzy mieli tej ziemi mało. Ich wieś z przewagą ludności polskiej, z dobrymi sąsiedzkimi relacjami, była względnie bezpieczna, ale i tak obawiano się ukraińskich band z daleka. Tam, gdzie przeważali Ukraińcy podburzani przez nacjonalistów, działy się straszne rzeczy.

Hitlerowcy zaczęli zabijać polskich Żydów. Lea musiała nosić na ramieniu białą opaskę z niebieską gwiazdą Dawida5 na ramieniu. Jednego dnia grała z nimi w patyki i w klasy, a następnego trafiła do getta6. Potem już jej nie było, tak jak całej, dużej rodziny Pereców.

Wujek Stasiek zaczął częściej bywać w domu siostry. Przyprowadzał ze sobą w wielkiej tajemnicy ludzi, których przechowywała przez dzień lub dwa, a potem rozpływali się w porannych mgłach albo przepadali między gęstymi drzewami nocą.


– Słuchaj, córciu – mama wzięła Lalę na kolana i przytuliła ją mocno. – Nie wolno nikomu mówić o tych gościach. Nawet najbliższym kolegom i koleżankom.

– Dlaczego? Oni nikomu nie powiedzą.

– To Żydzi – uciekinierzy z getta w Rożyszczach. Niemcy i Ukraińcy ich zabijają, ale wujek pomaga tym, którym udało się uciec. Dzieciom się czasem coś wymknie, a z tego możemy mieć straszne kłopoty. Wszyscy, i my, i oni. Rozumiesz?

– Tak, mamuś!

Pewnego dnia przed ich dom zajechał wujek Stasiek z jakimś człowiekiem. Wprowadzili wóz na podwórko. Obcy coś powiedział i spod słomy wygrzebała się mała, ciemnowłosa dziewczynka. Usiadła i rozejrzała się dookoła zalęknionym wzrokiem. W potarganych lokach miała mnóstwo słomianych źdźbeł, ale czarne, wielkie oczy błysnęły ciekawością, kiedy zauważyła rówieśnicę. Mężczyzna patrzył na dziecko z miłością i smutkiem jednocześnie. Na policzku miał świeżą ranę.

Ciekawska Psotka przybiegła z ogrodu obwąchać gości.

– Agnieszko, to Menem Naczyc z córką Pepe – przedstawił ich wuj Stasiek. – Musimy im pomóc, bo zginą – stwierdził.

– Dobrze – mama zgodziła się bez wahania, chociaż wymagało to odwagi.

Lala bardzo się ucieszyła, bo Pepe była tylko trochę od niej młodsza, a kotka natychmiast ją polubiła i pozwalała się głaskać. To był dobry znak.

Zaprowadzili uciekinierów z getta w Rożyszczach do stodoły. Wujek i pan Naczyc szybko wykopali kryjówkę, którą dobrze zamaskowali słomą.

Ta dwójka została dłużej niż inni. Lala codziennie nosiła im jedzenie, rozglądając się, czy ktoś jej czasem nie widzi, kiedy szła z naczyniami do stodoły.

– Dzisiaj przyniosłam wam pyszny krupnik z chlebem – chwaliła się. – O, tutaj pływają grzyby – pokazała palcem. – Sama zbierałam w lesie, a potem ususzyłam.

– Lubię grzyby – ożywiła się Pepe Naczyc. – Moja mameszi też lubi… lubiła… – poprawiła się i przejechała zamaszyście miejsce pod nosem niezbyt czystym palcem. – Lubiła też purimowe ciasteczka z makiem, ryby na słodko-kwaśno i szabasowy czulent7.

Tata pogłaskał ją po główce, a Lala patrzyła, jak nowa koleżanka po wyskrobaniu ostatnich ziarenek kaszy z miski zajęła się obserwowaniem pająka, który siedział w sieci uprzędzonej między belkami. Pepe uwielbiała pająki. Zbierała martwe muchy i dokarmiała je.

Lala wróciła do kuchni i zaczęła obierać zieloną fasolkę. Psotka zabrała jej jedną i bawiła się nią jak myszą. Uciekała, chowała się za stołową nogą i skradała się do niej, jakby fasolka miała zamiar jej uciec. Tym razem dziewczynka wcale nie zwracała uwagi na kota, tylko niecierpliwie zerkała w stronę pokoju, w którym wujek Stasiek zamknął się z mamą. Bardzo długo rozmawiali. O czym oni tak radzą? – Lala zmuszała się do pracy, walczyła ze sobą, żeby nie wybiec z domu, nie zaszyć się w zaroślach pod oknem i nie podsłuchiwać, co też mówią. W końcu wyszli.

– Od dzisiaj Pepe zamieszka z nami – oznajmiła mama. – Będziemy mówiły, że to daleka kuzynka ze Lwowa.

– Naprawdę? – ucieszyła się córka. – Wspaniale, będę miała siostrę! A co z jej tatą?

– Tata pojedzie ze mną. Nie może z wami zostać, to zbyt niebezpieczne. Umieszczę go gdzieś w lesie – wyjaśnił wujek.

– Może u Barana? – podsunęła myśl mama.

Pan Baran mieszkał samotnie w głębi lasu pośród mokradeł i bagien. Bardzo trudno było się do niego dostać, a prawdę mówiąc, bez jego wskazówek wydostać się też nie było łatwo. Lala odwiedziła go kilka razy z wujostwem. Odosobnienie i dzikość tego miejsca wydawały jej się wtedy piękne, ale ponure. Samotność jednak gospodarzowi nie doskwierała, a teraz, w czasie strasznych wojennych wydarzeń, dom okazał się bezpieczniejszy niż inne.

Scena pożegnania ojca z córką była dla Lali wstrząsająca. Pan Menem trzymał małą w objęciach i nie mógł wypuścić.

– Musimy już iść. To niebezpieczne. Proszę – popędzał go wujek, więc ojciec odczepiał zaplecione na szyi rączki Pepe i stawiał ją na ziemi. Trwała tam kilka chwil, ale kiedy się odwracał, biegła za nim i sytuacja się powtarzała.

– Kiedy wrócisz, tateszi? – pytała, łykając łzy.

– Kiedy tylko będzie bezpiecznie – obiecywał.

W końcu Lala złapała za rękę i mocno przytuliła drżącą ze strachu dziewczynkę. Głaskała ją po potarganych lokach.

Wcześniej pan Menem poprosił panią Agnieszkę, żeby ochrzciła Pepe i nauczyła ją stosownych modlitw i zachowania w kościele.

– Błagam panią! Ona musi przeżyć! – zaklinał. – Tylko ona mi została. Nie mam już nikogo, a mieliśmy taką dużą rodzinę. Tylko ona… Pepe…

– Czy to nie grzech, ten chrzest? – dziewczynka miała wątpliwości. – Babcia mówiła…

– Babcia nie żyje, ty tak. Kiedy się chroni życie, nie ma grzechu. Ono jest najważniejsze. Poza tym Bóg jest jeden – tłumaczył spokojnie tata. – Żydzi i chrześcijanie mają przecież wspólną świętą księgę – Stary Testament.

Pepe miała bardzo religijnych dziadków, dla których wyrzeczenie się wyznania mojżeszowego było wielkim grzechem, trudno więc było ją przekonać.

– Zobaczysz, w kościele jest ładnie. To nic takiego. Wszyscy pięknie śpiewają – opowiadała Lala, która nie rozumiała rozterek nowej koleżanki.

– A gdybyś ty nagle miała zostać żydówką? – spytała ją zbuntowana Pepe i dopiero wtedy Lala zastanowiła się nad tym. Zawstydzona spuściła głowę.

– Pepe – pani Agnieszka wzięła ją za rączkę i popatrzyła w oczy. – Ratujesz swoje życie, musisz się nauczyć naszych zwyczajów religijnych, żeby się wtopić, być taka sama jak inni. Jakby cię ktoś złapał, natychmiast sprawdzi, czy umiesz się przeżegnać i czy znasz pacierz. Rozumiesz?

– Tak – pokiwała smutno głową dziewczynka i pociągnęła nosem, a jej ojciec odetchnął z ulgą.

W końcu poszli tylną furtką przez łąkę w stronę lasu. W sąsiedztwie mieszkała ukraińska rodzina, na której można było polegać. Mama nigdy nie zawiodła się na tych sąsiadach.

Tateszi – szlochała Pepe – tateszi, tylko wróć po mnie. Nie daj się zabić.

Lala nie wiedziała, jak pocieszyć nową domowniczkę, więc zabrała ją na śliwki. Sad i ogród były pasją pani Agnieszki. Postawiła w nich kilka uli, żeby oprócz miodu zapewnić sobie obfite zbiory.

– Jedz! – zachęcała, widząc, że dziewczynka jest ciągle głodna. – Są pyszne! Nazbieramy, a potem wypestkujemy i usmażymy powidła na zimę.

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?