Siedmiu wspaniałych ojcówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

POZA ŚMIERCIĄ I UMIERANIEM

POD KONIEC LAT SZEŚĆDZIESIĄTYCH „LIFE” należał do najbardziej popularnych i wpływowych pism na świecie. W znanym z doskonałej jakości zdjęć magazynie królowały tematy ogólne, dotyczące wszystkich aspektów życia w Ameryce. Tak też było w przypadku numeru z 21 listopada 1969 roku. Można w nim było znaleźć informacje na temat spodziewanego ostatniego albumu Beatlesów, artykuł o Woodym Hayesie, trenerze drużyny futbolowej z Ohio State University, a także reklamę książki, upamiętniającej lądowanie na księżycu z lata tego roku. Opublikowano tam także artykuł o mało znanej doktor psychiatrii z Ohio State University, Elisabeth Kübler-Ross, i jej przełomowych pracach ze śmiertelnie chorymi pacjentami.

W czasach, kiedy w ogóle nie mówiło się o śmierci i umieraniu, a lekarze wierzyli, że pacjentowi lepiej zrobi, jeśli nie będzie znał swojej diagnozy, Kübler-Ross zachęcała do otwartej i szczerej dyskusji z tymi, którzy mieli umrzeć. To nowe podejście i odwaga, by zakwestionować status quo, przyciągnęły uwagę redaktora naczelnego magazynu, Loudona Wainwrighta. Jego niezwykła opowieść o Kübler-Ross i jej nowej książce Rozmowy o śmierci i umieraniu na zawsze zmieniła narodową debatę na temat końca życia i okresu żałoby.

Wainwright opisał w swoim artykule zajęcia Kübler-Ross z pracownikami szpitala, dotyczące śmiertelnie chorych pacjentów. Lekarze, pielęgniarki, duchowni i studenci stażyści patrzyli przez weneckie lustro, kiedy rozmawiała z dwudziestodwuletnią kobietą, u której dwa tygodnie wcześniej zdiagnozowano niemal nieuleczalną w tamtych czasach białaczkę. Duże, czarno-białe zdjęcia pokazywały pełną życia, szeroko uśmiechniętą, piękną dziewczynę z długimi włosami. Wcale nie wyglądała na kogoś, kto ma umrzeć, co w pewnym sensie stanowiło sedno sprawy. Mówiła o diagnozie i o tym, że niemal na pewno umrze z powodu białaczki. Jej chęć do otwartego mówienia o swojej śmierci była czymś niezwykłym dla obserwatorów.

Kübler-Ross wysunęła teorię, że osoby w obliczu własnej śmierci przechodzą przez pięć etapów. W pierwszym nie możemy lub nie chcemy pogodzić się z tym, że umieramy (WYPARCIE). Po tym, jak dotrą do nas fakty, odczuwamy olbrzymią frustrację (GNIEW). Następnie wchodzimy w etap negocjacji, z Bogiem lub lekarzem, by oddalić to, co nieuchronne (TARGOWANIE SIĘ/NEGOCJACJE). W czwartym etapie przeważa smutek i przerażenie w obliczu nieuniknionego losu (DEPRESJA). I w piątym, ostatnim, pojawia się refleksja, a może nawet oświecenie, które daje spokój (POGODZENIE). Kübler-Ross opisała poza tym sam fascynujący proces przechodzenia przez kolejne etapy.

Takie ujęcie żalu i linearnego procesu z wyraźnie określonymi etapami miało w sobie coś zniewalającego. Kübler-Ross zaproponowała jasne wyjaśnienie złożonego i przerażającego procesu w czasach, kiedy śmierć i umieranie stanowiły tabu. Te etapy pokrywały się z naszą intuicją i łatwo je było zrozumieć.

Dzięki artykułowi w „LIFE” wersja Kübler-Ross wryła się w naszą społeczną świadomość. Przez prawie pięćdziesiąt lat jej pięć etapów żałoby było podstawowym odniesieniem dla tych, którzy starali się zrozumieć proces umierania i żałoby. Chociaż badania Kübler-Ross dotyczyły osób, które spodziewają się własnej śmierci, wielu uznało, że mówi ona też o tych, którzy spodziewają się śmierci kogoś innego.

Wielu profesjonalistów i zwykłych ludzi uznało najpierw, że ten model dotyczy wszelkiej związanej ze śmiercią żałoby, a następnie również każdej straty: partnera, poważnego wypadku czy choroby, czy nawet rzeczy tak banalnych, jak reakcja fanów na zakończenie lub przeniesienie do innego klubu ich idola. Pięć etapów żałoby stało się częścią naszej kultury. Być może dla ojców z naszej grupy wsparcia najważniejsze było to, że stanowiły one wzorzec tego, co powinni czuć po śmierci żon.


Karl był inżynierem i zawsze polegał na logice, kiedy miał do rozwiązania skomplikowane problemy. Jego osobowość predestynowała go do tego rodzaju pracy. Zawsze podchodził on do życia w taki metodyczny, nastawiony na efekty sposób, starając się odszukać wcześniej potencjalne problemy, rozważyć możliwe rozwiązania i wybrać najlepsze. Doskonale sobie radził w przyczynowo-skutkowym świecie. Jednak świat emocji to coś zupełnie innego.

Karl od miesięcy wiedział, że jego żona umrze, ale czuł się zupełnie nieprzygotowany do tego, co miało nastąpić. W czasie choroby Susan jego postępowanie wyznaczał grafik leczenia: wizyty u lekarza, sprawdzanie, czy w odpowiednim czasie wzięła odpowiednie leki, i siedzenie przy niej w nocy po kolejnych dawkach chemioterapii. I chociaż był to smutny czas, Karl przynajmniej wiedział, na czym polega jego rola – miał zajmować się żoną i pomagać jej w walce z rakiem.

Po śmierci żony zniknął wszelki sens, porządek i przewidywalność. Ten brak jasności bardzo go dezorientował. Miał wrażenie, że porusza się w gęstej mgle. Kiedy go pytano, co dał dzieciom na kolację poprzedniego wieczoru, odpowiadał, że nie pamięta. Po powrocie do pracy miał problemy z koncentracją i godzinami gapił się tępo w ekran komputera, pogrążony w myślach o Susan i o tym, jak wszystko zmieniło się po jej śmierci. Normalnie Karl był wydajnym pracownikiem, ale teraz się to zmieniło. Jeszcze jakoś sobie radził, gdy miał określone zadanie, ale z trudem przychodziło mu tworzenie i wdrażanie nowych projektów. Miał wrażenie, że funkcjonuje w jakimś innym świecie.

Już wcześniej zdarzały mu się trudne sytuacje, ale nic tak wielkiego jak strata Susan. Wiedział jednak o tym, że w takich sytuacjach przechodzi się przez pięć etapów żałoby. Chcąc więc przywrócić porządek swojemu światu, starał się przyporządkować to, co czuł, jednemu z nich. Kiedy miał problemy z dziećmi lub z jakichś powodów się na nie gniewał, uznawał, że znajduje się w fazie „gniewu”. Kiedy chwilami przestawał czuć żal i robiło mu się lepiej, uznawał to za „wyparcie”. W chwili strasznego smutku uznał, że dotarł do etapu „depresji”. Ale doświadczał o wiele więcej. Miał poczucie winy, czuł żal, ale też ulgę, że Susan nie musi już cierpieć. Wkrótce stało się jasne, że w jego żałobie nie ma nic linearnego czy przewidywalnego. Chociaż pociągał go model Kübler-Ross, to jednak nie pasował do tego, co przeżywał, ani tego nie wyjaśniał.


Utworzenie grupy wsparcia dla owdowiałych ojców było wyraźnym odejściem od naszej zwykłej pracy w szpitalu onkologicznym. Nasze obowiązki ograniczały się bowiem do psychologicznego i psychiatrycznego wspierania pacjentów, którzy przechodzili leczenie onkologiczne. Żaden z nas nie zajmował się w tym czasie problemami związanymi ze stratą bliskiej osoby. Dlatego też, gdy zaczęliśmy te spotkania, chcieliśmy się dowiedzieć jak najwięcej o tym, jak wygląda dochodzenie do siebie po takiej stracie. Byliśmy to winni członkom naszej grupy.

Najpierw przyjrzeliśmy się podstawom teorii pięciu etapów żałoby Kübler-Ross. Jej bardzo dokładne wywiady ze śmiertelnie chorymi pacjentami z pewnością prowadziły do ciekawych wniosków, ale z drugiej strony rozmawiała ona jedynie z grupą stu pięćdziesięciu takich osób. Co więcej, doświadczenie oczekiwania na własną śmierć to coś innego niż żałoba po śmierci kogoś bliskiego. Kübler-Ross początkowo nie zamierzała zajmować się tematem żałoby. Dopiero po tym, jak jej książka Rozmowy o śmierci i umieraniu zyskała taką popularność, ona sama i inni badacze zdecydowali się na szersze zastosowanie tego modelu. Co więcej, przeprowadzono bardzo mało badań, które wskazywałyby, że teoria pięciu etapów dotyczy również żałoby po bliskiej osobie. Stało się więc dla nas jasne, że najbardziej znany model rozpatrywania wszelkiej straty i żałoby opiera się tylko na pojedynczym badaniu śmiertelnie chorych pacjentów. Kiedy się o tym pomyśli, przestaje dziwić, że doświadczenia Karla nie chciały się dopasować do modelu Kübler-Ross.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci poprawiły się znacznie zarówno zakres, jak i jakość badań dotyczących żalu po stracie. Kolejne, przeprowadzone bardziej metodycznie badania pokazały, że zwykle mamy tu do czynienia z zupełnie innymi rodzajami reakcji, które podważają uniwersalność modelu Kübler-Ross. W rezultacie najwybitniejsi naukowcy uważają obecnie, że żal po stracie bliskiej osoby jest niezwykle dynamiczny i zróżnicowany. Nic dziwnego, że trudno też przewidzieć, jak długo może trwać i jak się objawiać w przypadku jakiejś konkretnej osoby. Ostatecznie brak jednego, pasującego do wszystkich modelu wpłynął zapewne na to, że wyniki najnowszych badań nie dotarły do szerszych kręgów, tak jak to było w przypadku pięciu etapów Kübler-Ross.

Terminy takie, jak ŻAL, ŻAŁOBA i UTRATA BLISKIEJ OSOBY odwołują się do bardzo blisko ze sobą związanych pojęć. Ogólnie żal stanowi odpowiedź na utratę kogoś (lub czegoś), z kim byliśmy związani. Składają się nań uczucia (smutek, szok, poczucie winy), jak i zachowania (płacz, wycofanie się z kontaktów z rodziną lub bliskimi), myślenie (niepewność, dezorientacja, rozmyślanie) oraz reakcja organizmu (zmęczenie, bezsenność, zmiany apetytu).

Żałoba jest zewnętrznym wyrazem żalu, z uwzględnieniem oczekiwań kulturowych, religijnych i społecznych. Na przykład kondukty żałobne w Nowym Orleanie słyną z tego, że towarzyszy im muzyka jazzowa. W tradycji żydowskiej oficjalny okres żałoby po śmierci rodzica trwa dwanaście miesięcy po pogrzebie.

Chociaż żal i żałoba mogą dotyczyć utraty tego, co dla nas ważne, to zwrotu „utrata bliskiej osoby” używamy przede wszystkim w kontekście śmierci. Intensywność i długość żałoby związanej z tym doświadczeniem zależy od niezliczonych zmiennych: natury naszych relacji, wcześniejszych podobnych doświadczeń, wcześniejszej kondycji psychicznej, cech osobowych, okoliczności śmierci, poziomu wsparcia i stresów, na które jesteśmy w tym czasie narażeni.

 

W ciągu ostatnich dziesięcioleci uczeni opracowali kilka teorii na temat tego, jak ludzie radzą sobie z utratą bliskiej osoby. Naszym zdaniem najciekawszy i najbardziej praktyczny, jeśli chcemy zrozumieć dynamiczną i indywidualną naturę żalu, jest MODEL PODWÓJNEGO PROCESU RADZENIA SOBIE Z ŻAŁOBĄ Margaret Stroebe i Henka Schuta, dwojga psychologów z Utrecht University w Niderlandach. Ten model oddaje istotę utraty i dostosowania się do niej w prosty i zgrabny sposób.

Model podwójnego procesu zakłada, że to, jak ktoś radzi sobie z utratą ukochanej osoby, zależy od tego, jak on lub ona radzi sobie z dwoma oddzielnymi rodzajami związanych z żalem stresorów. Stresory związane ze stratą łączą się z samą śmiercią i składają się na nie myśli i uczucia zwykle utożsamiane właśnie z żalem. W ich skład wchodzi ciągłe wspominanie zmarłej osoby, tęsknota za jej obecnością, ciągłe przywoływanie okoliczności jej śmierci i pragnienie przyszłości, która jest niemożliwa. Stresory związane z odbudową pojawiają się po i wynikają bezpośrednio ze śmierci, a wiążą się z odtwarzaniem życia bez zmarłej osoby. Może to być na przykład przystosowanie się do nowych warunków w mieszkaniu i kwestii finansowych, negocjowanie zmian w naszych relacjach z innymi i przystosowanie się do poważnych zmian w obowiązkach oraz rolach, jakie pełnimy.

Trzecim kluczowym składnikiem tego modelu jest oscylacja, która polega na przechodzeniu między radzeniem sobie ze stratą i radzeniem sobie z odbudową. Ponieważ nikt nie może jednocześnie radzić sobie z dwoma typami stresorów, musimy więc „oscylować” pomiędzy nimi. Pominięcie któregoś typu nie pozwala na zdrowe przystosowanie się do nowej sytuacji. Zaburzenie oscylacji może prowadzić do zajęcia się tylko jednym typem stresorów: albo intensywnego przeżywania żałoby bez myślenia o przyszłości, albo skupienia się na przyszłości, bez należytego przeżycia utraty ukochanej osoby. Model podwójnego procesu zakłada też, że chwile, kiedy odmawiamy radzenia sobie z oboma stresorami i „bierzemy wolne”, są nie tylko nieuniknione, ale też bardzo pożyteczne. Dlatego choćby obejrzenie głupiego programu w telewizji może nam dostarczyć potrzebnej rozrywki.

Wagę oscylacji doskonale ilustruje frustrująca rozmowa Karla z przyjacielem, którą odbył po śmierci żony. W jej trakcie przyjaciel zaczął mu tłumaczyć, jak ma potraktować żałobę i swoje dzieci: „Pamiętaj, co mówi stewardesa przed lotem: «W razie wypadku należy najpierw samemu założyć maskę dostarczającą tlen, a dopiero potem pomagać innym»”. Sugestia była jasna – Karl powinien skupić się na sobie, a dopiero potem zajmować się dziećmi. W języku modelu podwójnego procesu przyjaciel Karla mówił mu, że ma się skupić na swoim głównym, związanym ze stratą stresorze (tęsknotą za Susan) i przynajmniej chwilowo nie przejmować się najbardziej naglącym stresorem związanym z odbudową (opieką nad dziećmi).

Karl od razu zrozumiał, że ta rada jest niepraktyczna, mało pomocna i nie można jej zastosować. Założenie maski doprowadzającej tlen zajmuje chwilę. A ile czasu trzeba, by „przeboleć” stratę Susan? Karl nie był pewny, czy coś takiego w ogóle nastąpi i czy powinno nastąpić. W rzeczywistości przytłaczały go jednocześnie stresory związane ze stratą, jak i odbudową. Musiał więc poświęcać uwagę i jednym, i drugim.


Parę tygodni po śmierci Susan, Karl stale o niej myślał: w aucie, kiedy siedział za biurkiem w pracy, kiedy leżał w nocy w łóżku. Wspominał to, jak się poznali. Byli do siebie bardzo podobni. Oboje mieli naukowe podejście do wielu spraw, byli uparci i wiele oczekiwali od siebie i innych. Po dziesięciu latach związku pobrali się, ale uznali, że nie chcą mieć dzieci. Oboje czuli się szczęśliwi w małżeństwie i skupiali się na swojej karierze zawodowej.

To się zmieniło w 1996 roku. Po odwiezieniu Susan na lotnisko, Karl miał poważny wypadek. Na szczęście doznał tylko niegroźnych obrażeń, ale zginął kierowca drugiego samochodu, który zasnął za kierownicą. To na tyle wstrząsnęło Karlem, że spojrzał inaczej na życie i obiecał sobie, że skupi sie przede wszystkim na relacjach z innymi ludźmi. Zdecydowali się z Susan na dziecko. Parę miesięcy później okazało się, że Susan jest w ciąży z ich pierwszym dzieckiem, córką. Ich drugie dziecko, syn, urodziło się trzy lata później.

W okresie po wypadku Karl starał się też brać udział w rodzinnych spotkaniach. Któregoś lata planowali z Susan i dziećmi, które miały wówczas siedem i dziesięć lat, wizytę u rodziny w Kalifornii. Dzień przed wylotem Susan wybrała się rano do doktora, bo dokuczał jej kaszel, który uznała za wiosenną alergię. Myślała, że dostanie jakieś lekarstwo i to wszystko. Ale lekarz skierował ją na prześwietlenie płuc. A kiedy dostrzegł coś niepokojącego na zdjęciu, od razu wysłał ją do szpitala na dalsze badania. Rezonans magnetyczny pokazał, że Susan, która w życiu nie wypaliła ani jednego papierosa, ma raka płuc. Oboje odwołali lot i następnego dnia pojechali do onkologa. Pod koniec tygodnia kolejne badania ujawniły przerzuty do kości i mózgu.

Niezwłocznie zaczęto naświetlania, a potem chemioterapię, która trwała parę miesięcy. Do Święta Dziękczynienia z guza w płucach prawie nic nie pozostało. Susan uczciła to wraz z bliskimi. Karl odetchnął, ale nie do końca. Wyczytał, że w przypadku raka płuc z przerzutami nawet mimo początkowych sukcesów rokowania są bardzo poważne. I chociaż Karl zarabiał, rozwiązując skomplikowane problemy, z tym jednym niemal od początku nie mógł sobie poradzić. Pewnego dnia zaczął wypytywać Susan, czy rozumie, jak poważna jest jej choroba. Ona jednak powstrzymała go, zanim dokończył myśl, i wyjaśniła, że nie ma zamiaru tego roztrząsać. Jej główne zadanie polegało na tym, by skoncentrować się na procesie zdrowienia. On sam mógł się przejmować wszystkim innym.

Parę miesięcy po obiecujących wynikach badań nastąpiła wznowa, tak jak się tego obawiał Karl. Susan zaczęła nową, jeszcze bardziej wyczerpującą chemioterapię, która dała jej trochę czasu, ale też wiązała się z kosztami. Susan była coraz bardziej wyczerpana, a rosnący w jej mózgu guz znacznie wpływał na jasność myślenia. Znikała niezależna kobieta sukcesu, w której Karl zakochał się ponad dwadzieścia lat wcześniej. Susan chciała napisać dla swoich dzieci listy, które te miały otworzyć w dniu ślubu. Wiedziała, że nie będzie jej z nimi, ale chciała, żeby poczuły jej obecność. Jednak w obecnej sytuacji nie było o tym mowy.

Po jej śmierci Karl musiał radzić sobie w nieznanym świecie. Próbował też zrozumieć, dlaczego jego doświadczenia nie zgadzają się z tym, co wiedział o żałobie. Podobnie jak inni ojcowie w grupie poddał się stresom związanym z modelem podwójnego procesu. Ale wszyscy oni musieli jakoś dojść do siebie. Mieli przecież dzieci, które trzeba było dowieźć do szkoły, domy, które wymagały sprzątania, i pracę, którą chcieli utrzymać.

4

SAMOTNOŚĆ

W CZASIE IGRZYSK OLIMPIJSKICH Z 2012 ROKU narodowa drużyna Jamajki pobiła rekord światowy w męskiej sztafecie 4 × 100 metrów i uzyskała łączny wynik 36,84 sekundy. W czasie wyścigu indywidualnego na 400 metrów parę dni później zwyciężył reprezentant Grenady, Kirani James, który uzyskał wynik 43,94 sekundy. Za każdym razem zawodnicy pokonywali tę samą odległość i biegli po tym samym torze, ale oba zwycięskie czasy oddzielały aż dwie sekundy. Powód wydaje się oczywisty. Uczestnicy sztafety są nastawieni na jak najszybszy bieg i po otrzymaniu pałeczki nie muszą myśleć o oszczędzaniu sił. Łatwiej osiągnąć jakiś cel, jeśli współdziała przy tym kilka osób. Mimo to sukces zależy od gładkości przejść między zawodnikami. W zespole poświęca się dużo czasu nie tylko samemu biegowi, ale też przejmowaniu pałeczki. W końcu zawodnicy wypracowują odpowiedni rytm i przekazują pałeczkę bez najmniejszych strat czasowych.

Podobna zależność w zakresie wychowywania dzieci istniała kiedyś między ojcami z naszych grup i ich żonami. Kiedy dzielili się obowiązkami, udawało im się osiągać większe sukcesy. Małżeństwo pozwoliło im udoskonalić swoje role, jeśli idzie o wychowywanie dzieci i zajmowanie się domem.

W czasie jednego z pierwszych spotkań grupy wsparcia Bruce opowiedział o tym, jak wraz z Lisą wypracowali sobie w ciągu czternastu lat małżeństwa doskonały podział pracy. A potem wszystko się zawaliło. Lisa przechodziła radioterapię, chemioterapię, kolejne hospitalizacje, a potem operację usunięcia części jelita grubego, co sprawiło, że wciąż prześladowały ją ból i zmęczenie. Przez niemal cały dzień po prostu musiała leżeć i rzadko miała tyle siły, by cieszyć się dziećmi. Bardzo chciała poczuć się lepiej i oboje z Bruce’em zdecydowali się na wizytę u jeszcze jednego onkologa.

Ten drugi onkolog sprawdził historię choroby Lisy, najnowsze badania, a także długą listę jej leków. Powiedział jednak, że niestety nie ma lepszych wieści. Lisa i Bruce poczuli się rozczarowani, ale postanowili poddać się planowi leczenia. Podziękowali lekarzowi i już chcieli wyjść, ale ten, zapewne widząc ich rozczarowanie, poprosił jeszcze, żeby usiedli. Przez chwilę się zastanawiał, a potem zwrócił się bezpośrednio do Lisy: „Wydaje mi się, że to ważne, żeby pani wiedziała, że nawet przy leczeniu ma pani przed sobą parę tygodni życia. A najwyżej miesięcy... Bardzo mi przykro”.

Lisa i Bruce byli porażeni. W ciągu ostatnich miesięcy odwiedzali przeróżnych lekarzy, ale pierwszy raz dowiedzieli się, że Lisa musi umrzeć. A ich celem i nadzieją było to, że przetrwa tego raka! Zdecydowali się na dodatkowe konsultacje, licząc na łagodniejsze leczenie. A okazało się, że Lisę czeka szybki koniec.

Lisa natychmiast zaczęła przygotowywać rodzinę do tego, by mogła żyć bez niej. Przekazała Bruce’owi hasła do kont bankowych, pokazała, jak wypełnić wakacyjny grafik dzieci, i napisała listy do swoich trzech córek. Stworzyła dla nich cztery „rodzinne reguły”:

Bądźcie sobie tak bliskie, jak to możliwe.

Pomagajcie sobie, zwłaszcza we wszystkich „dziewczyńskich” sprawach.

Starajcie się działać razem w ważnych kwestiach, np. gdy chodzi o nowe pantofle na bal maturalny. Przecież doskonale wiecie, jak tata potrafi być skąpy.

Wspierajcie tatę, kiedy będzie gotowy na randki. Na pewno będzie tego potrzebował.

Lisa zapewne napisałaby więcej punktów, ale była zmęczona i wciąż słabła. Po dwóch tygodniach od tej dodatkowej wizyty trafiła do szpitala, gdzie popadła w śpiączkę, a następnie zmarła.

Po tej opowieści jeden z nas (Justin) spytał, czy te dwa tygodnie pozwoliły na to, by „przekazać pałeczkę”, ale Bruce aż zjeżył się na sugestię, że to przejście mogłoby się odbyć tak gładko.

– Przekazać pałeczkę? To jakiś żart? Raczej stanąłem twarzą w twarz z czymś, na co w ogóle nie byłem przygotowany. I ciągle próbuję podnieść tę „pałeczkę” z ziemi...

Bruce jest naprawdę czarujący, ma miły uśmiech i dużą inteligencję. Spotkanym osobom patrzy prosto w oczy i nie unika fizycznego kontaktu. Wystarczy parę chwil, by dzięki swej szczerości i humorowi przekonał do siebie wszystkich obecnych. Ma też wielu znajomych dzięki ważnej roli w swoim kościele i YMCA i wciąż napotyka znajomych. Ma też skłonność do głębokiej introspekcji i wątpienia we własne racje i nie bardzo stara się ukryć swój brak pewności. Tak naprawdę jego autentyczność i nieostentacyjny humor tworzą to, co w Brusie czarujące.

Po studiach licencjackich Bruce zaczął pracować w YMCA, gdzie poznał Lisę, która tego lata pracowała tam jako opiekunka wolontariuszka. Ta ognista dziewczyna zaczęła go bardzo pociągać. Spodobało mu się to, że niczego nie owija w bawełnę. Tego lata bardzo starał się przekonać ją, żeby została jego dziewczyną. Kiedy chodzili na pierwsze randki, Bruce był jeszcze jej zwierzchnikiem. Potem żartował, że to był ostatni raz, kiedy miał jakąś przewagę w tym związku.

Po paru latach uznał, że najwyższy czas się oświadczyć. Zarezerwował więc stolik w eleganckiej restauracji, potem mieli się przejść przez centrum Raleigh, aż w końcu Bruce zamierzał się oświadczyć na schodach State Capitol. Trochę się denerwował, ale wszystko szło dobrze. Pod koniec kolacji Lisa zaczęła się inaczej zachowywać. Kiedy wyszli, powiedziała: „Zimno tu jakoś, wróćmy do środka”. Bruce przekonał ją do spaceru, ale nie chciała go wziąć za rękę. I chociaż miała na sobie kurtkę, wciąż narzekała na zimno. „Do licha, przecież nie jest wcale tak zimno” – pomyślał Brude. „Co w nią wstąpiło?”.

 

Jak tylko dotarli do Capitolu, Lisa powiedziała: „No dobra, dotarliśmy do celu. Możemy wracać?”. Wydawała się wyjątkowo rozdrażniona. Bruce przestraszył się, że traci wspaniałą sposobność do oświadczyn i szybko klęknął na jedno kolano. Z ulgą zauważył, że na twarzy Lisy pojawił się uśmiech, a potem powiedziała: „Tak”.

Dopiero po latach Lisa wyznała, że cały czas bawiła się z nim w kotka i w myszkę. Już wcześniej przeczuła, co się święci, i kiedy w czasie kolacji poszedł do toalety, przeszukała kieszenie jego marynarki. Znalazła pudełeczko z pierścionkiem i postanowiła się zabawić kosztem przyszłego narzeczonego. Zrobiło to na nim duże wrażenie, bo Lisa nie po raz pierwszy odgadła, o co mu chodzi.

Po ślubie urodziły im się trzy córki. W domu panowała miła, wesoła atmosfera. Bruce doskonale spełniał się w roli ojca, z którym można się kumplować i bawić. Nie lubił karać swoich dzieci. Dlatego to Lisa zajmowała się dyscypliną, jak i wieloma innymi mniej przyjemnymi obowiązkami. Była jak maszyna, która działa dwadzieścia pięć godzin na dobę i sprawuje opiekę nad całą rodziną. Zajmowała się wszelkiego rodzaju wydarzeniami i angażowała się we wszystkie aspekty życia córek. W końcu udało jej się nawet dostać pracę w ich szkole, częściowo po to, by „być w kursie”.

Bruce miał rodzinę, którą uwielbiał, dobrą pracę i nigdy nie był tak szczęśliwy. Pod koniec wakacji, kiedy to córki miały pójść kolejno do pierwszej, czwartej i siódmej klasy, cała rodzina wyjechała na wakacje do Wirginii Zachodniej. Lisie już wcześniej dokuczał żołądek, ale ból jeszcze się nasilił w czasie pobytu w górach. Bruce’owi nie przyszło do głowy, że może to być coś poważniejszego, i nawet pokpiwał trochę z Lisy, że spędza tyle czasu w łazience. Ale jej siostra, która była lekarzem i wybrała się z nimi na wakacje, wyraźnie się zaniepokoiła i przekonała Lisę, żeby po powrocie poszła do specjalisty.

W następnym tygodniu Bruce wracał ze spotkania poza miastem i zadzwonił do Lisy, żeby spytać, co powiedział jej lekarz. Odparła, że woli porozmawiać z nim osobiście, i poprosiła, żeby szybko wracał. Bruce zauważył, że wcześniej płakała. Wpadł w panikę. Przez pozostałą część drogi wyobrażał sobie najgorsze i jednocześnie starał się siebie przekonać, że przesadza. Kiedy wszedł do środka, Lisa z pudełkiem chusteczek siedziała na kanapie i trzymała matkę za rękę. Kolonoskopia wykazała guz tak duży, że lekarze musieli wykorzystać dziecięcy aparat, żeby móc go obejrzeć.

Po prawie pięciu miesiącach leczenia guz skurczył się tak, że można go było usunąć. Ale nadzieje na przełom blakły wraz z tym, jak pogarszało się zdrowie Lisy. Kolejne badania pokazały, że rak dał liczne przerzuty. Bruce miał wrażenie, że operacja spowodowała rozsianie się raka po całym organizmie żony.

Parę godzin po jej śmierci Bruce jechał w ciemności do domu. Przywitał się z przyjaciółką rodziny, która zajmowała się dziećmi, i poszedł na górę do łazienki. Zaniósł dwie młodsze córki do pokoju najstarszej i tam powiedział im wszystkim, że mama nie żyje.

Z dnia na dzień został samotnym ojcem, chociaż był przyzwyczajony do czegoś innego. Pamiętał, jak parę lat wcześniej Lisa wyjechała na weekend z przyjaciółkami. Sam musiał się wtedy zajmować dziećmi. Gotował, woził gdzie trzeba, rozstrzygał spory, dbał o rozrywki z rówieśnikami, kąpał i kładł spać. Starał się to traktować lekko, ale kiedy Lisa wreszcie wróciła, był zupełnie wyczerpany. Ucałował ją na powitanie już w drzwiach i powiedział: „Witamy w domu, kochanie. Dzieci są twoje. Ja muszę się położyć”.

Teraz Bruce miał sam odpowiadać za dzieci i wiedział, że nie wyjdzie mu to tak dobrze jak z Lisą. Z jednej strony dusił go żal z powodu śmierci ukochanej kobiety, z drugiej coraz wyraźniej uświadamiał sobie jej rodzicielskie przewagi.

Po paru miesiącach najbliższa rodzina zebrała się na małej uroczystości. Byłyby to czterdzieste urodziny Lisy. Dziewczyny trochę popłakiwały, ale starały się trzymać, tak jak przez ostatnie dwa miesiące. Po powrocie do domu najstarsza Olivia pobiegła prosto na górę do swojego pokoju. Bruce założył, że chce trochę pobyć sama, więc jej nie niepokoił. Po jakimś czasie przyszła do niego jego matka, która przyjechała na uroczystość, i usiadła obok na sofie. „Nie przejmuj się, wszystko w porządku, tyle że Olivia miała pierwszy okres” – powiedziała. „Najpierw się przestraszyła, a teraz odpoczywa”.

Bruce’owi ścisnęło się serce, gdy stwierdził, że to się zdarzyło właśnie w tym dniu. Potem przyszło mu do głowy, że nigdy nie pomyślał, żeby porozmawiać z córką o pierwszym okresie. Prawdę mówiąc, nie wiedziałby nawet, co powiedzieć. Olivia powinna odbyć taką rozmowę z matką, ale Bruce nie miał pojęcia, czy rzeczywiście ją odbyła. Ich życie koncentrowało się wokół choroby Lisy i tyle im umknęło. Czy dotyczyło to również kwestii dojrzewania?

Bruce pozbierał się i poszedł na górę. Usiadł w nogach łóżka, na którym leżała z zamkniętymi oczami Olivia.

– Babcia powiedziała mi, co się stało. Wszystko w porządku?

Olivia skinęła głową, nie otwierając oczu. Bruce nie mógł mieć do niej pretensji o to, że nie chce rozmawiać. Nie potrafił jej przecież pocieszyć czy jakoś pomóc. Tym właśnie powinna się zająć Lisa... Zastanowił się, co myśli córka, ale nie wiedział, jak o to zapytać. Powiedział więc tylko, że ją kocha i że będzie na dole, gdyby go potrzebowała. Olivia ponownie skinęła głową.

Tej nocy Bruce myślał o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. Lisa umarła, a dzisiejszy dzień pokazał, jak mało jest przygotowany do tego, co go czeka. Miał przecież dwie młodsze córki, więc był to tylko początek. Tyle się musiał jeszcze nauczyć. O tylu rzeczach nie miał pojęcia: cykle miesiączkowe, biustonosze, moda, randki, rozmowy na temat seksu... Bruce nigdy nie sądził, że sam będzie musiał dźwigać tę „pałeczkę”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?