Siedmiu wspaniałych ojcówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ I. NIEWYOBRAŻALNA STRATA

1. Dylemat Neilla

2. Pierwsze spotkanie

3. Poza śmiercią i umieraniem

4. Samotność

5. Zmarło nie to z rodziców

6. Jasne, że jestem przygnębiony, ale czy to depresja?

7. Grupa braci

CZĘŚĆ II. ADAPTACJA

8. Wystarczająco dobry ojciec

9. Dziecięcy żal

10. Obrączka

11. Ostatni w kolejce

12. Randki 2.0

CZĘŚĆ III. ŻYCIE NA NOWO

13. Przyszłe plany

14. Znaczenie życia

15. Rozwój pourazowy

16. Niespodziewane partnerstwo

17. Z trudem zdobyta mądrość

18. Końcówka

Epilog

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Tytuł oryginału

THE GROUP: SEVEN WIDOWED FATHERS REIMAGINE LIFE

Copyright © 2017 by Oxford University Press

The Group: Seven Widowed Fathers Reimagine Life was originally published in English in 2017. This translation is published by arrangement with Oxford University Press. Media Rodzina is solely responsible for this translation from the original work and Oxford University Press shall have no liability for any errors, omissions or inaccuracies or ambiguities in such translation or for any losses caused by reliance thereon.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki

Terri Sirma

Zdjęcie na okładce

© Marianna Rudakova / Shutterstock.com

Opracowanie polskiej wersji okładki

Radosław Stępniak

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-798-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dedykujemy tę książkę pamięci:

Deanny

Joy

Sarah

Kelley

Susan

Catie

Lisy

.


Ponowne spotkanie w 2017 roku. Stoją (od lewej): Bruce, Steve, Karl, Dan, Russ. Siedzą (od lewej): Joe i Neill

CZĘŚĆ I

NIEWYOBRAŻALNA STRATA

1

DYLEMAT NEILLA

– CHYBA ŻARTUJESZ, TATO?!

Julie zadała proste, w swoim mniemaniu, pytanie: „Czy w piątek wieczorem może się wybrać z przyjaciółmi na mecz hokejowy?”. Dla Neilla, jej ojca, sprawa była bardzo poważna. W piątek przypadała pierwsza rocznica śmierci Deanny, jego byłej żony i matki Julie. Neill tygodniami myślał o tym, jak ją uczcić, aż w końcu uznał, że zabierze czwórkę dzieci na cmentarz, pozwoli im puścić w powietrze balony, a potem wszyscy zjedzą kolację w ulubionej restauracji Deanny. Najważniejsze było to, że spędziliby ten dzień rodzinnie, co z pewnością spodobałoby się Deannie. I teraz, tydzień przed rocznicą, piętnastoletnia córka Neilla chciała mieć wolny wieczór.

– Naprawdę nie chcesz mi pozwolić? – spytała Julie.

– Właśnie – odparł szorstko Neill. – Wiesz przecież, dlaczego ten piątek jest dla nas tak ważny?

Kiedy spytał, czy woli hokeja od uczczenia pamięci matki, Julie się oburzyła. Powiedziała, że to, iż chce spędzić ten wieczór z przyjaciółmi, nie znaczy, że zapomniała o matce. Kłótnia szybko nabrała rumieńców. Neill był niewzruszony: czy jej się to podoba, czy nie, córka będzie musiała spędzić piątkowy wieczór z rodziną. Julie wybiegła z pokoju i trzasnęła drzwiami.

Przez następnych kilka dni prawie się do siebie nie odzywali. Neill nie mógł uwierzyć w to, jak córka traktuje pierwszą rocznicę śmierci matki. Mimo to niechętnie myślał o kłótni. Wiedział, że Julie myśli o Deannie i nie po raz pierwszy od śmierci żony zaczął się obawiać, że zareagował nazbyt ostro. Neill czuł się zagubiony i osamotniony. Położył się więc w łóżku i patrząc w sufit, zaczął mówić do Deanny, jak mu się to czasami zdarzało. Ale taka jednostronna rozmowa niewiele mu mogła pomóc.

Następnego wieczoru Neill poszedł na spotkanie grupy wsparcia dla owdowiałych ojców. Nasza dwójka: psychiatra (Don) i psycholog kliniczny (Justin) utworzyła ją niedawno i to było nasze drugie spotkanie. Neill jako człowiek trzymający się z boku niezbyt chętnie do niej dołączył. Nie wyobrażał sobie rozmawiania o tak osobistych sprawach z zupełnie obcymi ludźmi. Ale mając przed sobą rocznicę i bunt Julie, potrzebował wsparcia. Opisał więc sytuację i spojrzał na nas – „ekspertów” – oczekując rady. Ale w tym momencie brakowało badań i teorii, które pozwoliłyby na rozwiązanie podobnego problemu, więc zapytaliśmy członków grupy, co ich zdaniem powinien zrobić.

Mężczyźni natychmiast postawili się w jego sytuacji i docenili to, że był gotów bronić swojego stanowiska w tak ważnej dla niego sprawie. Jednak myśl o tym, że miałby ciągnąć zbuntowaną nastolatkę na cmentarz i do restauracji wydawała się mało pociągająca. Ojcowie uradzili jednomyślnie, że powinien pozwolić córce iść na mecz hokeja. Miała przecież piętnaście lat, wciąż szukała własnego sposobu, żeby pogodzić się z tym, co się stało, i być może potrzebowała w tym dniu jakiejś rozrywki. Piątkowy wieczór z przyjaciółmi to coś normalnego, a Julie być może z całych sił właśnie tego pragnęła. Poza tym jeden z ojców zauważył, że niechęć do spędzenia popołudnia w podyktowany przez ojca sposób nie jest jednoznaczna z brakiem szacunku wobec zmarłej matki.

Gdyby powiedział to ktoś z rodziny lub przyjaciół, Neill mógłby to zbyć, twierdząc, że nie rozumie problemu. Ale w tym przypadku sytuacja była zupełnie inna. Wszyscy ci mężczyźni przechodzili przez to, co on sam. Zaproponowali też kompromis: powinien pozwolić Julie wybrać się na mecz, ale po wspólnym, rodzinnym odwiedzeniu grobu matki. Ta propozycja wydała się Neillowi rozsądna, poza tym odzyskał pewność siebie i postanowił raz jeszcze porozmawiać z Julie.

Dyskusja w grupie pomogła mu też w inny sposób. Bliskość rocznicy sprawiła, że zaczął myśleć o śmierci żony, o medycznych decyzjach, jakie musiał podjąć, i o tym, czy mógł coś zrobić inaczej. Neill miał więc okazję podzielić się z innymi swymi myślami i uczuciami po długim okresie osamotnienia. I poczuł, że ciężar, który go przygniatał, nie jest już tak wielki.

Następnego popołudnia odbył rozmowę z Julie. Powiedział, że szanuje jej prawo do własnych decyzji związanych z rocznicą. Wyjaśnił też, dlaczego zależy mu na tym, by uczcili ją całą rodziną, i zaproponował kompromis. Julie wysłuchała go spokojnie i nie protestowała. Parę dni później Neill wybrał się wraz z czwórką dzieci na cmentarz, by uczcić pierwszą rocznicę śmierci Deanny. Wieczorem Julie dołączyła do grupy przyjaciół. Rocznica nie wyglądała tak, jak Neill sobie wyobrażał, ale był to ważny dzień dla wszystkich członków rodziny i udało się zażegnać kryzys z Julie.

Neill opowiedział o tym innym członkom grupy w czasie kolejnego spotkania i podziękował za wsparcie. Przyznał też, że proszenie o radę było dla niego czymś trudnym. Tutaj włączył się Bruce, kolejny ojciec z nastoletnią córką, który powiedział, że Neill nie jest jedynym rodzicem w grupie, który czuje się niekompetentny.

 

– Ale cieszę się, że byłeś pierwszy! – dodał i tak żartem uświadomił wszystkim, że muszą mierzyć się z problemami, które ich przerastają.

Następnie zaczęliśmy rozmawiać o świętach, które większość członków grupy miała po raz pierwszy spędzać bez żon.

– Przede wszystkim boję się Bożego Narodzenia – włączył się Bruce. – Najmłodsza córka powiedziała mi, że chce powiesić skarpetę na prezenty dla mamy. Szczerze mówiąc, nawet o czymś takim nie pomyślałem. I co wy na to?


O ile wiemy, nikt wcześniej nie organizował grup wsparcia dla owdowiałych ojców. My sami zainteresowaliśmy się nimi ze względu na nasze doświadczenia kliniczne, kiedy to zajmowaliśmy się naszymi pacjentami i ich rodzinami w Centrum Onkologicznym im. Linebergerów na University of North Carolina. Nasza praca polega między innymi na kontaktach ze śmiertelnie chorymi pacjentami. W ciągu paru miesięcy zajmowaliśmy się kilkoma kobietami, które miały małe dzieci. Ich smutek był ogromny i z trudem znosiły to, że je osierocą. Poza tym olbrzymim stresem było dla nich to, jak ich mężowie poradzą sobie z wychowaniem dzieci.

Po śmierci tych kobiet wciąż myśleliśmy o ich rodzinach. W czasie leczenia spotykaliśmy ich mężów i mogliśmy sobie tylko wyobrażać, co dla nich znaczy przejęcie wszystkich obowiązków rodzicielskich, a także wspieranie dzieci w żalu, gdy sami przechodzili żałobę. Pozostali jedynymi opiekunami dzieci i bardzo się starali, by ich nie zawieść. Pomyśleliśmy więc, że dobrze im zrobi, jeśli będą mogli się spotkać z innymi owdowiałymi ojcami, i chcieliśmy ich skierować do odpowiednich grup wsparcia. O dziwo, nie udało nam się żadnej znaleźć zarówno w okolicy, jak i w całym kraju. Wkrótce dotarło do nas, że lekarze kliniczni i badacze prawie zupełnie zlekceważyli potrzeby owdowiałych ojców.

Opracowaliśmy więc program wsparcia dla ojców, którzy stracili żony z powodu raka, by wypełnić tę lukę. Pięciu z nich: Karl, Bruce, Dan, Joe i Neill, pojawiło się już na pierwszym spotkaniu, dwóch pozostałych: Russ i Steve, dołączyło do nas później. Początkowo planowaliśmy sześć spotkań. Okazało się, że grupa spotykała się regularnie przez niemal kolejne cztery lata. W tym czasie każdy z członków grupy przeszedł przez najgorsze dni i zaczął sobie na nowo wyobrażać przyszłość swoją i swoich dzieci. Ojcowie stali się naszymi wspaniałymi współpracownikami przy projektach edukacyjnych i badawczych, a przy okazji wzbudzili zainteresowanie wyzwaniami, które stoją przed mężczyznami w ich położeniu. Wszyscy zachęcali nas do napisania tej książki, która stała się owocem naszej współpracy.


Większość z nas ma ogólne oczekiwania, dotyczące rozwoju naszego życia. Mogą one dotyczyć kogoś, kogo pokochamy i z kim przeżyjemy życie, ważnej i dającej satysfakcję pracy, wychowania zdrowych, dobrze przystosowanych do życia dzieci czy też zadomowienie się w jakimś miejscu. Ale plany się zmieniają albo zdarzają się tragedie, które całkowicie zmieniają trajektorię naszego życia.

Z problemami związanymi z uczczeniem rocznicy śmierci żony i zapanowania nad żałobą swoją i swoich dzieci zmagają się owdowiali ojcowie. Jednak na głębszym, podstawowym poziomie jest to problem, z którym wszyscy musimy się zmierzyć w życiu – jak pogodzić się z tym, że kogoś tracimy. Chociaż śmierć jest stratą największą, występuje ona jednak w różnych formach. Może to być poważna choroba. Koniec związku. Wypadek, który zupełnie zmienia nasze życie. Informacja, że nasze dziecko jest opóźnione w rozwoju. Utrata domu. Zwolnienie z pracy. To, w jaki sposób Neill i inni ojcowie poradzili sobie w sytuacji straty, jest ważne dla tych wszystkich, którzy stoją w obliczu strat.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie są bardziej wytrzymali, niż można by to sobie wyobrazić. Jednak nie do końca dobrze rozumiemy, jak to się dzieje, że ktoś potrafi sobie poradzić z wielką stratą. W tej książce zebraliśmy doświadczenia siedmiu owdowiałych ojców, a także najnowsze wyniki badań, tak by móc odnaleźć nową, współczesną perspektywę, dotyczącą tego problemu.

Książka pokazuje też, jak wielką moc naprawczą może mieć to, że podzielimy się swoim żalem. Być może silniej przemawiają nie indywidualne historie, ale ta jedna, o siedmiu ojcach, których zetknął los i którzy starali się wspierać w swój niepowtarzalny sposób. W ciągu kolejnych lat pomagali sobie w bolesnych sytuacjach i cieszyli się z coraz większych sukcesów ich samych i ich dzieci. Koniec końców wszyscy wiele zyskali, dzieląc się tym, co mieli.

Jako moderatorzy mieliśmy okazję być uczestnikami i świadkami ich zmagań i dobroci, jaką dla siebie mieli. Nie tylko ich bardzo polubiliśmy, ale nauczyliśmy się darzyć szacunkiem. Liczymy, że ta książka przyniesie pociechę tym wszystkim, którzy próbują poradzić sobie ze stratą, która wydaje im się wprost niewiarygodna. Gotowość członków grupy, by podzielić się własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami, wiele nam dała i była dla nas prawdziwą inspiracją.

2

PIERWSZE SPOTKANIE

DAN, OD KIEDY PAMIĘTAŁ, BAŁ SIĘ publicznych wystąpień. W dzieciństwie unikał kontaktu wzrokowego z nauczycielami, bo obawiał się, że go o coś spytają, a także przyjmował tylko takie role w przedstawieniach, w których nie musiał nic mówić. W szkole średniej udawał bóle brzucha, żeby unikać prezentacji, i nigdy nie odważył się startować w wyborach do samorządu. Ten strach ukształtował wraz z upływem czasu jego osobowość. Dan był nieśmiały, wycofany i unikał sytuacji, w których ktoś mógłby zwrócić na niego uwagę.

Oczywiście, kiedy dowiedział się o naszej grupie, od razu pomyślał, że to nie dla niego. Mówienie o chorobie i śmierci żony w obecności tylu obcych wydawało mu się prawdziwym koszmarem. Właśnie tego unikał przez całe swoje życie.

Mimo to Dan wiedział, że potrzebuje pomocy. Po śmierci żony nie czuł się najlepiej. Był osamotniony w swoim smutku i przytłoczony perspektywą wychowywania dwójki dzieci. Zdaniem Dana jego dzieci nie tylko straciły matkę, ale zostały z ojcem, którego brak kompetencji tylko pogarszał sprawę, czyli trafiły z deszczu pod rynnę. Mimo obaw zdecydował się jednak dołączyć do grupy, bo uznał, że jest to winny swoim dzieciom.

W czasie pierwszego spotkania postanowił siedzieć cicho, słuchać innych ojców i nie przyciągać uwagi. Gdyby ktoś go spytał o motywację, gotów był podać jedynie podstawowe fakty. A gdyby zapytał o zdanie, gotów był ograniczyć swoją wypowiedź do minimum.

Kiedy skręcił na parking, poczuł znajomą falę niepokoju. Żołądek mu się ścisnął, a serce zaczęło walić jak młotem. Miał ochotę zawrócić. Mimo to zaparkował, zamknął oczy i próbował się uspokoić. Po dziesięciu minutach wziął głęboki oddech i wysiadł z wozu.


Dan był jednym z sześciu ojców, którzy przyszli na pierwsze spotkanie grupy wsparcia. Mężczyźni, którzy siedzieli przy owalnym stole w niczym nie wyróżniającej się sali konferencyjnej kliniki, wiedzieli o sobie tylko tyle, że wszyscy niedawno stracili żony i że zajmują się dziećmi. Niektórzy wymienili parę słów jeszcze przed spotkaniem. Dan siedział jak na szpilkach i patrzył w swój telefon, licząc na to, że będzie obserwatorem, a nie aktywnym uczestnikiem sesji.

Kiedy wszyscy zebrali się już w sali, przedstawiliśmy się jako opiekunowie grupy i wyjaśniliśmy, że decyzja o poprowadzeniu grupy wynika z powodu naszych doświadczeń klinicznych i braku materiałów, które mogłyby pomóc owdowiałym ojcom. Podaliśmy też ramowy plan pracy: sześć comiesięcznych sesji, z których każda koncentrowałaby się na innym aspekcie ich sytuacji. Spotkania miały się zaczynać od trwających 30-45 minut wykładów (na przykład na temat tego, jak odróżnić zwykły żal od depresji u dziecka), po których przewidziano dyskusję. Żeby ułatwić ojcom uczestnictwo w zajęciach, zorganizowaliśmy też opiekę nad dziećmi.

Następnie poprosiliśmy ojców, by po kolei się przedstawili i powiedzieli coś o sobie. Tego właśnie najbardziej obawiał się Dan. Okazało się zresztą, że wszyscy mieli problem z szybkim opowiedzeniem o diagnozie i śmierci żony oraz o tym, jak sobie teraz radzą.

Karl, informatyk i ojciec dwojga dzieci, zgłosił się pierwszy. Jego żona zmarła na początku tego roku na raka płuc, który dał przerzuty do mózgu. W czasie leczenia koncentrowała się na znalezieniu lekarstwa, a kiedy standardowe leki zawiodły, była za zastosowaniem eksperymentalnej chemioterapii. W czasie ostatnich tygodni życia na tyle utraciła kontakt z rzeczywistością, że nie zdołała się pożegnać z Karlem i dziećmi. Karl głęboko żałował tego, że nie dostrzegł nadchodzącego końca.

– Chociaż wiedziałem, że choroba jest śmiertelna, to wszystko poszło tak szybko... Było za późno na pożegnanie, zanim zrozumiałem, że tak jest.

Następnie przedstawił się Joe i zaczął mówić cicho i z namysłem. Otwarcie i szczerze opowiedział o pięcioletniej walce żony z rakiem piersi. Dla niego największe ojcowskie wyzwanie stanowiło to, że musiał wychowywać dzieci, znajdujące się na różnych stopniach rozwoju. Różnice mentalne najbardziej uwidoczniały się, kiedy rozmawiał z nimi o śmierci matki. Rozmowy ze starszymi córkami ze szkoły średniej były bezpośrednie i praktyczne. Jednak w przypadku córki z zespołem Downa, która zaczęła chodzić do przedszkola, Joe musiał używać znacznie prostszego języka. A w przypadku jedenastoletniego syna znów musiał zmienić język i podejście.

Bruce zachowywał się najswobodniej ze wszystkich i jeszcze przed spotkaniem rozmawiał z paroma osobami. Ale nawet to nie ułatwiło mu opowieści o żonie, która zmarła na raka jelita grubego. Potrząsał tylko głową, wycierał łzy i mówił, że ta śmierć nawet po pół roku wydaje mu się nierzeczywista. Został teraz czterdziestoparoletnim wdowcem, choć nie tak wyobrażał sobie swoje życie. Jego żona powiedziała mu tuż przed śmiercią, że ma gorzej niż ona. Musiał teraz samotnie zajmować się ich trzema córkami. Bruce widział, jak wyczerpujące było samo leczenie, więc uznał te słowa za absurdalne. Ale teraz dzieci, praca i zajmowanie się domem dawało mu nieźle w kość i zaczął się zastanawiać, czy żona przypadkiem nie miała racji.

Neill miał niedługo obchodzić pierwszą rocznicę śmierci Deanny, ale powiedział o tym dopiero na kolejnym spotkaniu, kiedy też wspomniał o sporze z córką. Zeszłej jesieni Deanna zaczęła mieć problemy z oddychaniem, które początkowo źle zdiagnozowano. Bez odpowiedniego leczenia jej stan zaczął się gwałtownie pogarszać i dosłownie po paru tygodniach od pojawienia się pozornie niewinnych symptomów, Neill został wdowcem. W tym właśnie różnił się od innych ojców, ominęło go długie leczenie żony i nie widział, jak jej stan stopniowo się pogarsza. Ale podobnie jak inni bardzo przeżył jej śmierć i miał problemy z wychowywaniem dzieci.

Następnie przedstawił się młody człowiek, który stacjonował w pobliskich koszarach, z daleka od swojej dalszej rodziny. Jego żona zmarła dosłownie parę tygodni wcześniej i zostawiła go z trojgiem bardzo małych dzieci. Opowiedział o tym, jak zajmował się dziećmi, kiedy żona była w szpitalu, i pochlipując, opisał jej śmierć. Pojawił się jeszcze na następnym spotkaniu, ale później go już nie widzieliśmy. Przypuszczamy, że albo było dla niego za wcześnie na tego rodzaju terapię, albo nie czul się dobrze akurat w tej grupie.

Został więc tylko Dan, który nie miał już wyjścia. Znowu poczuł niepokój i zaczął mówić o tym, jak poznali się z żoną dwadzieścia lat wcześniej. Przeprowadził się wtedy do Karoliny Północnej i poszedł na małe przyjęcie z okazji wyborów, gdzie jeden ze znajomych przedstawił go Sarah. Chociaż na początku był bardzo zdenerwowany, to jednak z czasem nabierał pewności. Oboje mieli podobne poglądy polityczne, a wkrótce okazało się, że podobny gust jeśli idzie o literaturę, muzykę, filmy, a także spędzanie czasu.

Dan i Sarah chodzili ze sobą dwa lata, zanim założyli rodzinę. Dan specjalizował się w pomocy w czytaniu uczniom z miejscowej szkoły, dzięki czemu mógł pracować z nimi indywidualnie i nie musiał występować publicznie. Sarah założyła firmę, która miała tłumaczyć skomplikowane instrukcje techniczne na różne języki. Dan zaszczepił też w synu i córce miłość do muzyki i nauczył ich, jak znajdować spokój i ukojenie w naturze. Oboje z Sarah byli kochającymi, czułymi rodzicami i przede wszystkim cenili czas spędzony z rodziną.

 

W lecie cała czwórka jak zwykle odwiedzała rodzinę Dana w stanie Nowy Jork. Dla Sarah była to okazja, żeby odetchnąć od wilgotnego klimatu południa Stanów i oderwać się od pracy. Dlatego nie mogła pozwolić, by dokuczliwe problemy żołądkowe jej to zepsuły. Większą część tygodnia spędziła w łóżku, ale powtarzała, że to nic wielkiego. Bardzo źle zniosła drogę powrotną do Karoliny Północnej. Czuła ostry, nieustępliwy ból żołądka. Kiedy zatrzymali się na postój w Wirginii, zauważyła krew w swoim moczu. Dan chciał ją zawieźć do najbliższego szpitala, ale ona nalegała, by jechać do domu. Następnego dnia zamierzała iść do pracy. Poddała się dopiero kolejnego dnia po południu, kiedy ból nie ustępował. Dan zawiózł ją do szpitala, gdzie przeszła szereg badań. Diagnoza brzmiała jak wyrok – miała zaawansowanego raka jelita grubego, który już dał przerzuty na inne organy.

Natychmiast zaczęto ciężkie, intensywne leczenie. Sarah trafiała na dłuższe okresy do szpitala, gdzie poddawano ją chemioterapii. Czasami była tak wyczerpana, że nie mogła wstać z łóżka. Po pięciu miesiącach okazało się, że rak nie tylko nie ustępuje, ale według słów jej onkologa: „rozprzestrzenia się jak ogień”. Jej lekarze zasugerowali przeniesienie do hospicjum, ale oboje z mężem nie byli na to gotowi. Sarah bardzo chciała żyć najdłużej jak się da – jej dzieci potrzebowały matki. Ale wciąż słabła i stawała się mniej przytomna. Kiedy któregoś wieczoru Dan pomagał jej przejść do łazienki, ugięły się pod nią nogi i upadła. Na ten odgłos pojawiła się ich córka i bardzo się zaniepokoiła, widząc matkę na terakocie. Następnego ranka Dan zadzwonił, żeby umówić się na domową opiekę hospicyjną.

Kolejny tydzień zlał się w jeden ciąg. Dan gościł rodzinę i przyjaciół, którzy chcieli się pożegnać z Sarah. Starał się dzielić obowiązkami z pielęgniarkami i spał, gdy znalazł wolną chwilę. Kiedy powiedział dzieciom, że ich mama umiera, nie były tym tak zaskoczone, jak się spodziewał. Nigdy nie rozmawiał na ten temat z Sarah.

W ciągu kolejnych tygodni po jej śmierci zalała go fala pomocy. Sąsiedzi zorganizowali się tak, by dostarczać mu posiłki, przyjaciele wozili dzieci na zajęcia i wszyscy sprawdzali, co u niego słychać. Napływ gości i to skupienie na nim samym zupełnie przytłoczyły Dana. Mimo to potrzebował pomocy. A potem... wszystko się skończyło. Nie dostawał już posiłków, nikt też nie proponował, że zawiezie gdzieś dzieci. Wkrótce opustoszała zamrażarka pełna niegdyś domowych produktów. Nagle został sam z dziećmi.

– Czułem się tak, jakbym się obudził ze snu i wszystko zniknęło – powiedział na koniec Dan. – Wygląda na to, że wszyscy wrócili do normalnego życia. I że zostałem ze wszystkim sam.

Dan w końców mówił dłużej i bardziej otwarcie, niż sam się spodziewał. Mimo to poczuł ulgę, kiedy jego czas dobiegł końca.

Później wszyscy siedzieliśmy przez parę minut w ciszy. Z powodu pracy i doświadczeń ze szpitali onkologicznych byliśmy przyzwyczajeni do opowieści o takich strasznych, trudnych do przejścia doświadczeniach. Jednak to, co przeszli ci mężczyźni, i to, co ich jeszcze czekało, było oszałamiające. Czy to pierwsze spotkanie nie było zbyt intensywne? Wszyscy oni zmagali się z własną żałobą, być może nie należało zwalać na nich jeszcze doświadczeń innych? Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy pierwsze spotkanie samotnych ojców, którzy stracili żony nie będzie jednocześnie ostatnim.

Jeden z nas (Don) przerwał ciszę i powiedział, że te opowieści były trudne i ciężkie i że druga część spotkania oraz następne będą już lżejsze. Po tych słowach ojcowie w dalszym ciągu mówili o bolesnych szczegółach związanych ze śmiercią swoich żon. Ci mężczyźni musieli sobie bardzo głęboko zaufać, żeby ta grupa przetrwała.

Zapytaliśmy ich, dlaczego przyszli na dzisiejsze spotkanie. Niektórzy powiedzieli, że z powodu nagabywań rodziny i znajomych. Kilku, w tym Dona, przyciągnął program związany z opieką nad dziećmi. Gdybyśmy napisali, że jest to grupa dla mężczyzn, a nie ojców, z pewnością by nie przyszli. Nastawiali się więc na pomoc dzieciom, a nie na siebie i własne potrzeby. I to właśnie było ich priorytetem.

Joe, który jak zwykle nie owijał niczego bawełnę, powiedział:

– Będę szczery. Niemal zrezygnowałem z dzisiejszego spotkania, bo nie przepadam za grupami wsparcia.

Wszyscy wokół pokiwali głowami. Ta deklaracja sprawiła, że opadło napięcie. Żaden z tych mężczyzn nie wyobrażał sobie siebie w grupie wsparcia. Oczywiście żaden też nawet sobie nie wyobrażał, że zostanie w tym wieku wdowcem i będzie się musiał zajmować dziećmi oraz domem.

Nikogo nie zdziwiło to, że Bruce – najbardziej otwarty z uczestników spotkania – był kiedyś członkiem grupy wsparcia. Parę miesięcy wcześniej wybrał się na spotkanie zorganizowane przez hospicjum, które zajmowało się jego żoną. W trakcie okazało się, że jest kilkadziesiąt lat młodszy od wszystkich uczestników. Chociaż pewne kwestie związane z żałobą są uniwersalne, to jednak czterdziestoczterolatek, który w dodatku został sam z małymi dziećmi, przeżywa ją inaczej. Tak więc doświadczenia Bruce’a były różne od doświadczeń niedawno owdowiałej sześćdziesięciosiedmioletniej kobiety. Inni czuli żal po śmierci wieloletnich małżonków. A on żałował przyszłości, którą mu wydarto, a jednocześnie zastanawiał się, jak poradzić sobie z wychowaniem trzech córek. Zamiast znaleźć pociechę, Bruce czuł się w tej grupie inny i samotny. Zdecydował więc, że nie będzie brał udziału w jej spotkaniach.

Zarówno badania, jak i nasze doświadczenia kliniczne wskazują, że mężczyźni mniej chętnie szukają i przyjmują wsparcie. Obecnie oczekiwania społeczne, dotyczące ich samowystarczalności i stoicyzmu, nie są już takie same jak kiedyś, ale pewne różnice między płciami wciąż są żywe. Nic więc dziwnego, że to kobiety stanowią większość w grupach wsparcia po wszelkiego rodzaju katastrofach. Nawet sam zwrot „grupa wsparcia” wskazuje na jakąś słabość, do której nie chcą się przyznawać niektórzy mężczyźni. I to właśnie było tłem naszego wyjątkowego eksperymentu.

Ojcowie zaczęli rozmawiać o tym, co sprawiło, że znaleźli się w tak trudnej sytuacji. I uznali, że jest coś wspólnego w tym, co wydawało się oddzielać ich od innych. W towarzystwie znajomych małżeństw czuli się jak piąte koło u wozu i nie rozumieli rodzicielskich dylematów swoich rozwiedzionych przyjaciół. Oni wcale nie chcieli zostać sami. Co więcej, nie mogli liczyć na weekendy bez dzieci czy podział obowiązków. Najlepiej wyraził to Karl, który powiedział, że czuje się samotnym rodzicem w pełnym znaczeniu tego słowa.

W pierwszych miesiącach po śmierci żon ci mężczyźni otrzymywali wyrazy współczucia (i posiłki) od wielu osób. To wsparcie było bardzo ważne. Jednak w czasie naszego spotkania mogli wysłuchać i podzielić się swoimi doświadczeniami z tymi, którzy naprawdę ich rozumieli. Łączyło ich naprawdę dużo. (Wielu mówiło: „Doskonale wiem, o czym mówisz”). Dzięki temu grupa stawała się powoli miejscem, gdzie mogli się przyznać do wątpliwości i braku poczucia bezpieczeństwa oraz liczyć na zrozumienie i praktyczne rady.

Członkowie grupy rozmawiali prawie dwie godziny. Mówili szczerze i wprost. Ponieważ wyczuliśmy, że ich związki są ważniejsze niż zaplanowany wykład, spytaliśmy, czy zgodzą się poświęcić całe spotkanie na rozmowę. Odpowiedź była na tyle jasna, że zrezygnowaliśmy z wykładów, które miały otwierać nasze sesje.

Następnie Karl spytał, dlaczego chcemy ograniczyć cały program do sześciu spotkań. „Dlaczego tylko tyle?” – spytał. Kilku ojców to podchwyciło i zdecydowali, że będą spotykali się co miesiąc bezterminowo. Inaczej mówiąc, zmieniliśmy tematy, układ i terminy naszych przyszłych spotkań. Była to odpowiedź na wyraźne potrzeby członków grupy. Z naszych spotkań miały zniknąć planowane przez nas elementy edukacyjne i terapeutyczne. Zaczęliśmy się więc uczyć od tych cierpiących, mądrych mężczyzn.

Po ich wyjeździe usiedliśmy obaj i zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, co się wydarzyło. Nie byliśmy do końca pewni, co zaczęliśmy, ale wydawało nam się, że będzie to ważne zarówno dla ojców, jak i dla nas. Wierzyliśmy, że grupa wsparcia pomoże ojcom, choć nie wiedzieliśmy dokładnie, w jaki sposób. Uznaliśmy za dobry znak to, że ojcowie pod koniec przejęli odpowiedzialność za grupę i jej dalsze działania. I nauczyliśmy się czegoś, co potwierdziły dalsze spotkania – że najważniejsza w działaniu grupy będzie nasza współpraca z ojcami.

Nasze wątpliwości związane z tym, czy pierwsza sesja nie była zbyt ciężka, rozwiało kolejne spotkanie, na które stawili się wszyscy ojcowie, łącznie z Danem. I choć on nadal nie czuł się zbyt pewnie w grupie, to jednak nie doświadczał takich ataków niepokoju. Spotkanie zaczął Neill, który opowiedział o problemach z córką i rocznicą śmierci żony.

W grupie było już pięciu mężczyzn, którzy stanowili jej trzon, a w ciągu kolejnych miesięcy dołączyli do nas jeszcze dwaj ojcowie. Wszyscy zaczęli tworzyć związek partnerski, który miał bardzo pomóc w dochodzeniu do siebie. Ten proces miał jednak zająć sporo czasu. Najpierw wszyscy musieli przejść przyspieszony kurs w trudnym do opisania, skomplikowanym świecie żałoby.