Upadła świątynia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Seria Fabryczna Zona

Upadła świątynia

Prolog

Rozdział 1. Robaki

Rozdział 2. W dół

Rozdział 3. Szaleńcy

Rozdział 4. Dzicy

Rozdział 5. Koniec

Rozdział 6. Syrena

Rozdział 7. Wyjście

Rozdział 8. Konstytucje

Rozdział 9. Bileciki do kontroli

Rozdział 10. Zdziwienia

Rozdział 11. Wielki Łowczy

Rozdział 12. Parszywości

Rozdział 13. Raj na ziemi

Rozdział 14. Nawigator na pokładzie

Rozdział 15. Nowa nadzieja

Rozdział 16. Niezły burdel

Rozdział 17. Przypadki chodzą po tunelach

Rozdział 18. Herbsta 4

Rozdział 19. Nienormalna normalność

Rozdział 20. Garść srebrników

Rozdział 21. Duch dołów

Rozdział 22. W błoto

Rozdział 23. Urszula

Rozdział 24. Upadek

Opowiadania

Potwory

Samotnicy

Karta redakcyjna

Okładka


Seria Fabryczna Zona:


Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy (w przygotowaniu)


Wiktor Noczkin – Wektor zagrożenia

Andriej Lewicki – Łowca z Lasu


Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215

Bartek Biedrzycki – Stacja Nowy Świat

Dominika Węcławek – Upadła świątynia


Paweł Kornew – Lodowa Cytadela

Prolog

To co? Ścigamy się? Bo ja też mam przesyłki do dostarczenia – zapytała, poprawiając kaptur i sprawdzając wiązanie do sanek.

– Bój się – roześmiał się serdecznie i poprawił prowokacyjnie worek na plecach.

Zarówno Patyczak, jak i Kurierka byli jednymi z ostatnich w swoim fachu. Mimo silnej radiacji, mimo ciężkiej, atomowej zimy, nieraz zsyłającej potężne nawałnice, wreszcie mimo zagrożeń ze strony ludzi i mutantów, oni brnęli dalej. Kursowali między tymi pojedynczymi ostojami usychającej cywilizacji i pielęgnowali jedną z – pozornie – najmniej istotnych potrzeb: potrzebę podtrzymywania więzi. Co mieli do stracenia, poza całym czasem Wszechświata? Żyli w mieście, które pewnego upalnego czerwcowego dnia przerwało swój szaleńczy pościg za dobrami, które przeminęły. Najpierw, brutalnie zatrzymane, padło, a potem zmieniło się w żywy cmentarz.

– Wciąż nie wierzę, że jeszcze się na tym nie zabiłeś – rzuciła przez ramię dziewczyna, łapiąc za uchwyty sań, do których przytroczony był tobół pełen tajemniczych przesyłek.

Patyczak spojrzał na nią, postawił kołnierz ciężkiego płaszcza i wsiadł na swój pojazd. Konstrukcja była przedziwna. Właściwie można by ją pomylić z rowerem, gdyby nie fakt, że nie miała kół. Lekki stelaż i dwie płozy. Szybkie, łatwe do przerzucania przez przeszkody, proste w utrzymaniu. Tylko ciężko z takim drewnianym cudem techniki złazić do tuneli, ale Patyczak wiedział, że kto żyje na górze, ten zdechnie na górze, więc co tu dużo mędrkować. Poczta jest do dostarczenia. Zagrożenia do uniknięcia. Zakład możliwy do wygrania, choć jak mówią, kto się ściga, ten się zrzyga. No trudno, jak się bawić, to tylko w Warszawie, co nie?

Odepchnął się i pomknął przez szarzejące zaspy. Jeszcze przez moment miał wrażenie, że Kurierka pokazała mu język, choć raczej nie mógł tego dostrzec. Maska chroniła jej twarz. Dziarska babka, nie ma co. On jeszcze dobrze się nie odepchnął od ziemi, kiedy ona rozpędzała już swoje sanie i odbijała w kotlinę na lewo, zatopioną między wielopiętrowymi betonowymi nagrobkami pulsującej radiacją nekropolii.

Wyścig rozpoczął się znów.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1
Robaki

Czerwiec roku Zagłady

Zatrzymała się na chwilę przy kuchennym blacie. Och, jak ona lubiła ten widok za oknem. Z dwunastego piętra ich bloku widać było wszystko: kipiące zielenią drzewa, złocące się w słońcu betonowe klocki osiedla, pojedyncze wypryski wysokich apartamentowców, w oddali zaś majaczyły wieżowce w centrum. Przez moment żałowała, że nie mają pieniędzy, by przerobić kuchnię na ich własną sypialnię. Gdyby tak budzić się co rano witanym przez ten widok...

– Mamo! Maaaamooooooo! Idziesz? Mamo, mamo, mamo! – starała się ignorować tę mantrę na dwa głosy.

– CHOLERA JASNA, WIDZICIE, ŻE COŚ ROBIĘ, TAK? ROBIĘ KANAPKI, TAK? ZARAZ ZEJDZIEMY NA DÓŁ. TAK? CZY. TO. JASNE?

Dzieci czmychnęły za róg, by po chwili wrócić do stania w drzwiach kuchni i klepania: „Mamo, mamo, no idziesz, mamo?”. Myślała już tylko o tym, żeby jak najszybciej wydostać się z tego ciasnego mieszkania, odprowadzić syna do szkoły, zabrać córkę do parku, napić się dobrej kawy. Królestwo za kawę. Kończyła smarować drugą bułkę...

– Maaaa-mooooo! Mamo no! Mamo, CASA!

– Jaka kasa, kasę spakowałam. – Nie mogła się skoncentrować na niczym w takim hałasie.

– CASA! Samolot! Zobacz! – pokrzykiwał chłopiec.

Kanapki kanapkami, ale wojskowy samolot poza rozkładem zawsze miło zobaczyć. Może to pasja, a może stare zboczenie zawodowe. Lata pracy w kontroli lotów zrobiły swoje.

– Koko...

– Grrrrrr, nie mów do mnie Koko.

– Kosie mój malutki, to nie jest CASA, to solidny hercules, widzieliśmy takie w filmie, pamiętasz?

Westchnęła. Brakowało jej pracy. Było, minęło. Najpierw choroba, potem przedłużający się urlop i leczenie, które właściwie dopiero niedawno się skończyło.

– MAMO!

Cholera jasna, jakby tak zaraz wzięła tych gówniarzy... Jak nie jedno, to drugie. Nadają i nadają. A Andrzej jak zwykle musi siedzieć gdzieś... No gdzie on jest? W toalecie? Siedzi i czyta książki. Cholerny literat. Jak nie pisze własnych, to czyta cudze. Czasem ją to wszystko niemożliwie irytowało. Sprawy doczesne nie interesowały jej małżonka jakoś szczególnie. Rodzina przydawała mu się w chwilach smutku i samotności.

 

Nagle nad domem przeleciały dwa wojskowe migi. Znów coś szykują na mieście? Nie mają co robić w życiu, cholerni wojskowi.

Spakowała kanapki do torby, poprzelewała sok do bidonów i sprawdziła, czy aby bateria w telefonie jest naładowana. Klucze? Są.

Kolejny przelot. Dziwne. Podniosła głowę i jeszcze raz spojrzała na miasto. W tym momencie z oddali dało się słyszeć pierwsze wybuchy. Potem kolejne. Miała dziwne wrażenie, że to nie są zwykłe przygotowania do święta.

Zawyły syreny. Ich długi, przejmujący dźwięk zdawał się wprawiać w drganie wszystkie ściany.

Serce miasta zatrzymuje się. To jedno z najgorszych uczuć. Strach, rozpacz, przerażenie, niepewność i wstyd, bo to przecież tylko dźwięk. Bać się dźwięku? Drżeć od niego? Wyobraźnia podsuwa najgorsze obrazy i skojarzenia. Te podłe syreny i huk silników potrafią jednak wyprowadzić człowieka z równowagi. Najpewniej jakieś ćwiczenia. Albo znów zapomniała, że to jakaś rocznica.

A jeśli nie?

W takich sytuacjach lepiej nie zastanawiać się zbyt długo. Zośka starała się opanować łzy i drżenie. Kątem oka zauważyła, że oddalone o kilkanaście kilometrów centrum miasta zaczyna spowijać sinoszary kłąb dymu.

– Dzieci, buty! Szybko! – ten ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. – Andrzej! Do cholery! Andrzej! Szybko, zgarniaj z szafy kurtki.

– Kurtki? W czerwcu?!

Zośka nie miała czasu na wyjaśnienia, pobiegła do pokoju córki i z górnej szafki wyjęła pakiet paszportów. Zrzuciła na ziemię worek. Upchnięty wewnątrz zestaw ucieczkowy załomotał głucho, uderzając o podłogę. Drżącymi rękoma dopychała bluzy i szaliki.

– Co ty wyrabiasz?

– Nie pytaj, działaj. Andrzej, musisz mi zaufać, ubierz się ciepło i weź z kuchni co się da do jedzenia. Szybko!

W tym momencie kolejne wybuchy zaczęły wstrząsać miastem. Wybiegli na korytarz. Wydawało się jej, że to wszystko trwa całą wieczność, ale minęło ledwie kilka chwil. Klucze! Te drugie! Szybciej. Na dół.

– Mamo, winda!

– Zostaw windę, dziś idziemy schodami.

– Dwanaście pięter? Mamo?!

– Ja nieeeeee ceeeeeee.

– Bez pytań, na dół!

Powoli traciła nerwy, miała ochotę szarpnąć dziewczynką i ustawić ją do pionu. Zamiast tego zacisnęła szczęki, zarzuciła mniejsze dziecko na ramię, a za rękaw szarpnęła to starsze. Chłopak tylko coś mruknął pod nosem. Potem już wszyscy zbiegali schodami w dół, nie zatrzymując się.

Był środek czerwca. Większość sąsiadów znajdowała się w pracy albo na działce. Blok wydawał się opustoszały, gdzieniegdzie słychać było wycie zamkniętych w mieszkaniach psów, które zlewało się w harmonijny chór z dźwiękiem syren.

Gdy dobiegali do parteru, ziemią wstrząsnęło raz jeszcze. Tym razem bliżej. Coś huczało i warczało. Nad blokiem przeleciały kolejne ciężkie maszyny. Cholerne klucze. Drżącymi palcami wyłuskała z pęku ten, który otwierał ciężkie blaszane drzwi do piwnicy. Dzieci na szczęście były zbyt zmęczone zbieganiem w dół, by pytać, o co chodzi.

Przeszli, szczelnie domykając ciężkie drzwi. W głębi piwnicznego korytarza były jeszcze jedne, a za nimi schody w dół. Ich rodzina wymieniła się z sąsiadem – oni oddawali swoją komórkę na piętrze, on dał im tę piwnicę. Była najniżej położona i najmniej wygodna, zwłaszcza jeśli chodziło o rowery i ich wyciąganie na górę, za to idealnie nadawała się na gromadzenie słoików z powidłami i kapustą. Kiedy już tam weszli, zamknęli drzwi i nasłuchiwali.

Andrzej wymacał na ścianie obrotowy włącznik światła. Stara żarówka tliła się blado, ledwie rozjaśniając mroki. Po chwili usłyszeli tąpnięcie, które zdawało się trząść całym miastem. Powietrze zrobiło się gorące.


– Zaciągać grodzie! – huknęło przez megafony w podziemiach. Ekipy mundurowych w pośpiechu wyjmowały kolejne granitowe płyty blokujące kanały. Stara maszyneria nie chciała zadziałać. Dowódca się pieklił, ludzie zaczynali przychodzić i zadawać pytania. Syreny wyły. Żółty telefon alarmowy świergotał i mrugał szaleńczo. Pociągi powoli wjeżdżały na stację i zatrzymywały się. A grodzie tkwiły schowane.

– Pieprzony złom niekonserwowany! Jak my mamy to wszystko chronić?!

Stęknęło, zgrzytnęło, stalowe wrota powoli zaczęły się zasuwać.

– Gdyby to był prawdziwy atak z użyciem broni termojądrowej, wszyscy byśmy już nie żyli! To byłby grób pełen konających na chorobę popromienną ludzkich robali!

– Co się w takim razie dzieje, panie kapitanie?

– Chuj wie. Zabawa jakaś. Głupia w dodatku.

Grodzie uderzyły głucho. Zejście na stację metra Natolin zostało w końcu odcięte ze wszystkich czterech stron. Kapitanowi Nowosielskiemu – choć właściwie był zwykłym komendantem Służby Ochrony Metra, którego nagle wszyscy, jakby na złość, zaczęli tytułować właśnie tak – pozostawało wierzyć, że jego towarzyszom z innych stacji też udało się tego dokonać. Podszedł do telefonu. Po drodze zauważył jeszcze pędzącego w jego stronę sprzątacza w czerwonym uniformie. Wszyscy go znali. Wszyscy ze stacji metra Natolin. To miejscowy świr. Dobroduszny, ale upierdliwy. Komendant zwany kapitanem nie miał teraz ochoty słuchać jego gadania.

– Drzwi będą już zamknięte. Już się nie otworzą drzwi. Niedobrze. Bardzo. Przyjdą ludzie, dobrzy. Przyniosą dobre nowiny. Nie wejdą. Wszystko upadnie.

Komendant podniósł słuchawkę, zdążył jeszcze powiedzieć „wykonano”, po czym zbladł. Po wszystkim pozwolił słuchawce smętnie zawisnąć tuż nad ziemią. Ta mała, czarna pijawka już się na nic nie zda. Szalony znów plótł trzy po trzy. Komendant spojrzał na niego i powiedział stanowczo:

– Nic nie upadnie, bo nie ma już nic... Przynajmniej na górze.

Wrzesień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

Siedział na wyszczerbionym ogryzku parapetu. Starał się pożreć wzrokiem cały horyzont tak łapczywie, jakby to był najsmaczniejszy gulasz z gołębi, jaki kiedykolwiek ugotowano w tunelach. Zawsze się tak zachowywał, gdy tu przychodził. Tak jakby widział to miasto po raz pierwszy, a jednocześnie ostatni.

Wiatr nerwowo szarpał resztki odłażącej tapety, hulając po sali za plecami Konstantego. Lokal na jednym z ostatnich pięter budynku PAST-y był jego azylem. Chmuroczes... Ojciec często powtarzał to słowo, gdy spacerowali dołem. Wtedy. Jeszcze przed końcem świata. Siedział więc Kostia w trzewiach chmuroczesa i błądził wzrokiem między wypalonymi dziurami okien oraz czarnymi studniami podwórek. Sycił się tym poszarpanym rytmem ścian.

Dawniej pewnie układały się w spójną, klockowatą całość, dziś zaś bliżej im było do haftów pijanej koronczarki z Placu Konstytucji. Miasto było piękne w swym kalectwie i w uporze, by – mimo zniszczenia, śmierci, skażenia i huraganów ognia, wreszcie wszystkich tych dziwactw wypełzających z jego najmniejszych nawet wnętrzności – trwać. Za każdym razem, gdy się tu zasiedział, Kostia myślał o tym, że choć stary porządek runął, rzeki krwi spłynęły, ogień, gorąco i wstrząsy oszpeciły okolicę, to miasto wciąż się trzyma. Widać wyraźnie, gdzie tyczono dawniej szlaki, gdzie bezczelnie próbowano sięgać nieba, a gdzie zostawiono spłachetki przyrodzie.

Przetrwali ludzie, którzy zawsze stanowili esencję tego miasta. Trwają już dwudziesty pierwszy rok... Jak robaki w trumnach.

Rozdział 2
W dół

Wrzesień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

Zgrzała się okrutnie, ale była szczęśliwa. Niczym dziecko z udanej psoty. Tylko jej udawało się niepostrzeżenie zakradać do kolegi i tylko jej uchodziło to płazem. Czasem myślała, że Kostia robi to celowo, ale wolała nie drążyć tematu. Przy Kostii wiele pytań grzęzło w gardle, taki już był. Czarne oczy, siwe włosy, cięty język i ten sposób patrzenia na rzeczywistość. Lidce zdawało się, że jej kolega jak nikt inny w ich tunelach potrafi kochać ten świat i go nienawidzić. Dla niej było to jednocześnie przerażające i fascynujące.

– Kostia, dlaczego akurat tu? Szturmowcy przecież nie wybili całej rodziny!

– Może i dobrze. Takie wspaniałe zwierzęta nie zasłużyły na koniec z rąk takich paskudnych ludzi.

– Kostia!

– No co? Może uważasz, że to był świetny pomysł?! Utłuc Zegarowego, wszcząć kolejną wojnę, zabić skrzydlatego strażnika z wieży, poleźć gdzieś w las, znaleźć pusty bunkier, stracić najlepszych ludzi, a potem iść na pewną śmierć w ogniu walki z ekstremistami? Świetna sprawa, doprawdy. Wszystkich naszych najlepszych ludzi z tuneli powinniśmy tak powybijać.

Relacje między Kostią i Borką były dziwne. Dziewczyna, choć znała swojego białowłosego kolegę niemal od zawsze, nie potrafiła dociec, o co tu chodzi. Obaj grali w jakąś dziwną grę. Spotykali się rzadko. Borka należał do najlepszych oddziałów Kryształowego Pałacu, a Kostia gardził już samymi propozycjami, by służyć pod czyimikolwiek rozkazami. Pozornie walczyli po tej samej stronie barykady, ale Borka właściwie bił się dla tych, co płacą, a Kostia? No właśnie...

– Kostia, słyszałam przedwczoraj na Politce, że cię szukają. Podobno góra chce z tobą pogadać.

– Niech góra wejdzie na górę.

– Nie wydurniaj się, wiesz przecież, że oni nigdy nie wylezą do twojego gniazdka. Jesteś chyba jedyną osobą na tym świecie, która może tutaj bez obaw przesiadywać godzinami. Ty nawet nie zakładasz, że Zegarowa może cię zaatakować, nie?

– A nawet jeśli mnie zaatakuje, to co?

To był kolejny problem z Kostią. Jego podejście do śmierci. W tunelach każdy wiedział, jaka jest najwyższa wartość. Wartością jest przeżycie. Lidka w przypływie odwagi wygarnęła białowłosemu, co myśli. On miał oczywiście na to swoją odpowiedź.

– Przeżycie? Jasne, najczęściej chodzi o przeżycie tych, którzy wszystkim rządzą. Może jeszcze ich najbliższych. – To kończyło temat.

– Ej, a ty? Jaki masz cel? Chcesz siedzieć tu i czekać, aż Zegarowa nakarmi tobą swoje potomstwo? Po to tu przyłazisz? – krzyczała mu szeptem w ucho, aż żałowała, że zdjęła maskę, bo gdyby wciąż ją miała na nosie, to nie chciałoby się jej tyle gadać.

– Słuchaj – powiedział i podniósł się. Spojrzał na południe, które niknęło w chmurach pyłu. – Mam swoje cele. Najważniejsze, że nie obarczam nimi innych.

– Ale jakie one są, te twoje cele?

– A twoje? Jakie są twoje cele, Lidio Apolonio?

Wzdrygnęła się, wycofała i spuściła głowę. Cała śmiałość uleciała, gogle zaczynały parować.

– Może jesteś jak tamte smętne baby, które całe życie nie robią nic innego, tylko żyją ze szmat i ochłapów? Ochłapy jedzą, szmaty zszywają. Wczoraj to robiły, będą to robić jutro i dopóki starczy nam tlenu na tej planecie. A może przypominasz raczej te ckliwe dziewczynki z północnych krańców? Te, co przyszły do nas z grupą uchodźców? Marzysz o lepszym świecie, o tym, że kiedyś zima minie, wyrośnie kilka drzew, założysz rodzinę. Lidka, spójrz. Rodzina to jest rzecz na czasy pokoju, ci, którzy mają władzę, odebrali nam to. Jesteśmy dziećmi wojny, naszym obowiązkiem jest raczej niesprowadzanie kolejnych istnień na ten świat. Rozejrzyj się. Popatrz. Na górze atomowa zima i jej krwiożercze dzieci, a w podziemiach ludzkie robactwo. To chcesz pokazać swoim dzieciom? Ruiny, zgliszcza, obdartusów żyjących w kanałach jak zwierzęta? Zwierzęta zachowujące się jak potwory, skażone powietrze i zatrute rośliny?! I władza! Och! Nasza wspaniała, niezmienna władza. Niezawodna. Ona niczego nam nie zapewni!

– Kostia!

– Co?

– Nie nakręcaj się. Przecież wiem...

– Że co?

Lidka przysunęła się.

– Że nic, głuptasie, że tak nie myślisz! A przynajmniej nie do końca. – Wybuchła śmiechem i w tym momencie drzwi wyjściowe na dach otworzyły się z hukiem.


– Karwa fa! Czy to jakiś zlot trupów?

– Jakbyś zgadł. Właściwie to obchodzimy dwudziestą pierwszą rocznicę, przyniosłeś nam czarną flagę?

Zasapany i spocony, przyodziany w pełny rynsztunek strażnika ruszającego w akcję bojową Stach nie miał już chyba energii na to, by zrozumieć żart.

– Kostia, draniu, Generał czeka, ma dla ciebie zlecenie.

– Zlecenia są dla stalkerów.

 

– Straszny z ciebie formalista, słówek się będzie czepiał. Komendant sprawę ma.

– Przyszedłeś z tym specjalnie do mnie? Aż ze Służewa?

– Nie, przechodziłem, z tragarzami...

– To idź i powiedz tragarzom, że jestem teraz zajęty podziwianiem Kossaka i Buddy. Won! Nie mam ochoty na spotkania z ludźmi.

Wzrok Stacha padł w tym momencie na drugą z postaci, wyraźnie przypominającą kobietę, choć w tych starych kombinezonach trudno ocenić. Nie miał czasu do namysłu, czy to, co widział tam, to fałdy od ubrania, czy może...

– Won, powiedziałem! – Kostia wyciągnął swój nóż. Wyglądał tak, że równie dobrze mógłby Stacha bez ostrzeżenia rozkroić i zrzucić na dół, ku uciesze Zegarowej.

– Wilanów! – wrzasnął strażnik i schował się za ciężkim skrzydłem drzwi.

Kostia drgnął.

– Lidio? Idziemy – rzekł teatralnie i dodał pod nosem: – Zanosi się na burzę.

Czerwiec roku Zagłady

Na dole było strasznie cicho. Tak przynajmniej zdawało się dzieciom. Właściwie nie wiedziały już, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy może za chwilę znów obudzą się w swoich pokojach. Było ciemno i duszno. Rodzice zachowywali się jakoś dziwnie. Mama stała blada, a ojciec cały rozedrgany. Nie krzyczała już swojego „cholera!”, tylko wyjęła z górnej półki piwnicznego składziku syrop i nalała każdemu z dzieci.

Pij, mama prosi, no już, dobre, słodkie, pomoże. Pij, Iskierko. Jak wypijesz, to cię przytulę. Przekonywanie trwało minutami. Dziewczynka nie zamierzała się łatwo poddać. Nigdy. Chłopak nie dyskutował. Szybko przełknął gorzkawy koncentrat. Nawet nie skrzywił się, choć matka trochę jednak przesadziła, okłamując ich z tą słodyczą. Właściwie to nieważne. Powieki były ciężkie. Myśli powolne. Kilka chwil później starszak spał z głową wciśniętą w bok pochrapującej młodszej siostry.

– Waleriana? – szepnął Andrzej.

– Tak jakby. Syrop na uspokojenie. Tak jest lepiej...

– Czy ty naprawdę to wszystko tutaj trzymałaś?

– Co masz na myśli?

– No wiesz, Zośka... Te syropy i to... wszystko? – Mężczyzna niepewnie rozejrzał się po piwnicy.

– Po prostu lubię być przygotowana na różne okoliczności, Andrzej. Zrozum. Zresztą przydało się, nie? To kto miał rację? – Spojrzała triumfalnie i zaraz się zmieszała. To nie był dobry czas na przekomarzanki. – A teraz, skoro dzieci śpią, to jeszcze na szybko sprawdzimy, co mamy, dobra? Zapasy wody na dwa tygodnie stoją tam. – Wskazała ręką na lewy róg pomieszczenia. – Tutaj są konserwy, fasolka, jakaś szynka świąteczna... Patrz... pamiętasz, jak takie znosili nam kiedyś rodzice na Wigilię? – Podniosła puszkę o przedziwnym kształcie z kluczykiem przylutowanym do denka.

– Zośka...

– O... a tu przetwory. Nie trzeba gotować. W torbie mam apteczkę i kilka innych rzeczy, patrz, śrubokręcik nawet mam, śmieszne, nie?

– Zośka!

– No. Tak. Dobrze. Nie wiemy, co się właściwie stało na górze...

– No właśnie, nie wiemy. Po co tu siedzimy? – niecierpliwił się Andrzej.

– Na wszelki wypadek.

– Zosieńko, czy ty wiesz, co sobie o nas pomyślą sąsiedzi albo mój szef, jak powiem, że przesiedzieliśmy pół dnia z zaćpanymi syropem dziećmi w piwnicy naszego bloku „na wszelki wypadek”, bo nie wiedzieliśmy, co się dzieje?

Kobieta uśmiechała się przez chwilę.

– Masz rację, nie wiemy, co się stało, ale mam podejrzenia...

– Zoś...

– Cicho! Mam podejrzenia, że świat, jaki zostawiliśmy za plecami, przestał istnieć...

– Zoś! Uspokój się. Co to za patetyczny ton? – zapytał. Spojrzała na niego chmurnie. – No dobrze. Co zamierzasz, Amazonko?

– Sronko. Proszę, Andrzej, zaufaj mi. Przez dwanaście lat szkolili nas i douczali z zachowania na wypadek wojny, chyba tylko dlatego, że na lotnisku w jako jedynym miejscu w mieście ktokolwiek jeszcze dbał o przepisy bezpieczeństwa. Posłuchaj, niebawem trzeba będzie zrobić rozpoznanie, wyjść. Nie masz skafandra, ja też nie. Mamy jedną maskę. Starą.

– Ale ty poważnie mówisz?

– A nie? Dlaczego mam mówić niepoważnie, Andrzej, sam oceń. Alarm, samoloty, pociski spadające na miasto i ten wybuch, którego nie widzieliśmy, ale poczuliśmy. Nic ci to nie mówi? Lekcje PO? Nie? Wygląda na to, że nasze miasto zostało zaatakowane.

– W biały dzień, z zaskoczenia? To nie jest tak, że ktoś ci najpierw wojnę wypowiada?

– Czy Bin Laden wypowiedział wojnę? Czy separatyści z Donbasu wystosowali oficjalne pismo z informacją, że od teraz to oni już oficjalnie wypowiadają wojnę i walczą w barwach przyszłej republiki, wydartej siłą Ukrainie? Serio? Andrzej, w jakim ty świecie żyjesz? Ja wiem, w świecie bez „Wiadomości”... Gdybyś się czasem odkleił od pisania nie tylko po to, by się nażreć albo zrugać dzieci, to może byś się lepiej orientował. Panie „żyję bez telewizora”.

Na końcu języka miał już ciętą ripostę, ale zorientował się, że tym razem z żoną lepiej może nie zadzierać. Wydawało się, że ta powaga i opanowanie, chłodne kalkulacje, to pewna poza, za którą kryje się zmęczenie i strach.

– Zosieńko, spokojnie... – Spróbował ją objąć.

– NIE.

Odeszła w kąt. Panikowała. Przecież to się nie mogło stać, nikt nie atakuje stolicy europejskiego kraju bez ostrzeżenia, przynajmniej nie w XXI wieku. Sama nie chciała w to wierzyć. Niech już wszyscy sąsiedzi wezmą ich raczej za wariatów, jak odkryją, że przez kilka dni bunkrowali się w podziemiach bloku. Trochę taki Underground, nie? Mesecina, bleć zeczina...

– Dobrze, Andrzejku. Powinnam pójść sprawdzić, o co chodzi...

– Nigdzie nie pójdziesz, nie myśl o tym. Jutro sprawdzimy, co się dzieje.

Wrzesień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

O co może chodzić? Dlaczego Kostia tak nagle zmienił ton, a teraz zamilkł zupełnie? Odkąd zeszli z góry, wydawał się dwa razy bardziej czujny. Lidka widziała też, że wciąż jeszcze trawi to, o czym rozmawiali przed chwilą.

Kostia zawsze wolał działać sam. Nie tyle przyjmował zlecenia, co rozważał... no właśnie, co? Załatwienie pewnych spraw. Jedyne towarzystwo, jakie był w stanie zdzierżyć, to obecność Lidki, choć dziewczyna miała wrażenie, że cenił ją nie za talenty medyczne, co raczej za powściągliwość. Towarzystwo Stacha znosił chyba tylko dlatego, że ten potrafił się doskonale sprzeczać. Och, Stach może nie wyglądał godnie, raczej jak skrzyżowanie łachmyty z parchem, ale był wyjątkowy. Dwudziestoparoletni przedstawiciel oddziałów Twierdzy był nieprzyzwoicie zarośnięty i równie nieprzyzwoicie wesoły. Lidia przypomniała sobie, jak Stach ostatnim razem wyciął numer Pawluczukowi. Wkrótce pożałowała swego zamyślenia.

Łup.

Cholera.

Stare, kruszące się schody były zdradliwe. Przez swoje gapiostwo stanęła krzywo i zjechała kilka stopni w dół. Dziewczyno, ogarnij się. Kostia syknął. Nie myśleć, działać. Musieli przejść do Kryształowego Pałacu, tymczasem znajdowali się na terytorium, na którym niepodzielnie panował Święty Krzyż ze swoimi nawiedzonymi zasadami.

Na szczęście na dole budynku spotkali resztę oddziału Stacha. Konkretnie Konewę, który obstawiał wejścia.

Dlaczego został bez wsparcia? Nie mieli już więcej ludzi? Później o tym pogadają. To, że on wolał działać sam i samemu ewentualnie dać się zeżreć, nie znaczy, że tak to powinno wyglądać. Konewa odwrócił się i poświecił w ich stronę latarką. Auć, kurwa. Wyłącz to. Nie po oczach. Dobra.

Widok Lidki, nawet opakowanej w skafander, ucieszył Konewę. Dziwnym nie jest. Była najlepsza. Po obu stronach tuneli. Nikt nie opatrywał ran, nie leczył odmrożeń i oparzeń, nikt nie zszywał skóry tak delikatnie i sprawnie jak ona. Miała fach w ręku, a starsi powiadali, że ma coś z szeptuchy. Lidce to tylko schlebiało. Nie dementowała pogłosek.

Stara prawda, którą usłyszała od Stryja Antoniego, brzmiała tak, że dobry lekarz nigdy nie mówi pacjentom, że coś nie zadziała. Za połowę działania leku odpowiada głowa pacjenta. W tunelach zaś ludzie byli niesamowicie zabobonni; tym łatwiej przychodziło jej wykonywanie swoich obowiązków.

Prędzej czy później spotykał ją każdy, kto musiał regularnie wypełzać na powierzchnię. Chyba że zmarł, zanim zdążyła do niego dotrzeć. Lidka nie działała pod niczyimi rozkazami, ale miała zasady i konsekwentnie się ich trzymała. Jakie to były zasady? Stach mawiał, że lepiej nie trzymać się zasad, tylko być dobrym człowiekiem. Lidka wiedziała, kto jest dobry. Wystarczyło jej jedno dotknięcie i wiedziała o kimś wszystko. Tak mówili w tunelach. Lidka nie dementowała.

– No a ten tu po chuj?

– Miarkuj się, Konewa! – zgasił go Stach.

Konewa był w gruncie rzeczy dobrym chłopakiem, ale to, co było jego zaletą, stanowiło niejednokrotnie przeszkodę. Miał wielką wyobraźnię. Stary mawiał, że w poprzednim świecie byłby pewnie pilotem samolotu, poławiaczem pereł i powieściopisarzem jednocześnie. Stach wolał nad tym nie dumać. Wiedział natomiast, że na Konewie można polegać w większości sytuacji z wyjątkiem tych, w których fantazja porywała żołnierza ku niedosięgłym przestworzom i pięknym kobietom. Dlatego nikt się nie dziwił, że Konewa dostawał pozwolenie na dzień urlopu na Wilanowskiej częściej niż inni nieżonaci.

Tym razem jednak Konewa wyraził na głos to, co chętnie zakrzyknęłaby reszta przedstawicieli Twierdzy. Na cholerę dowódca zgarniał tego siwowłosego chłopaka? Odpowiedzi nikt nie uzyskał. Ale dobry żołnierz nie pyta. Tak? Się wyjaśni to się wyjaśni. Tymczasem wyszli ostrożnie z budynku przez okno na pierwszym piętrze. PASTA. Co to za dziwna nazwa? Lidka niejednokrotnie się nad tym zastanawiała, ale zawsze były ważniejsze sprawy. Poza tym świat tuneli już taki był. Kipiał od niezadanych pytań i nieudzielonych odpowiedzi. Teraz zaś lepiej było się nie odzywać. Skoncentrować się, nie wywalić, nie dać się zeżreć. Spieszyć się powoli. Mać! Co to za syf? Czy Kostia na serio za każdym razem wpełzał tędy, czy może ukrywał przed nimi wygodne wejście po to, by nie nękali go bez potrzeby?

Wyjść na górę było znacznie łatwiej, niż zejść. Ośnieżona, wysoka na kilka metrów sterta gruzu skrywała najróżniejsze żelazne paskudztwa, zdolne rozciąć nawet najgrubszy skafander. No i wreszcie on. Nic tak nie chrupie pod nogami jak ten śnieg. Zabójczy i szalenie piękny w swej szarości. Chrrrrrrup, chrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrup, miarowo. Buty zostawiały głębokie ślady. Chrrrrrrrrrup, chrrrruuuup. To jakby ktoś drapał i głaskał jednocześnie. Czuły, ale pełen chłodu pocałunek, złożony przez matkę naturę na pokiereszowanym przez ludzką zarazę świecie.

Mać! Co to było? Ciężkie buty zaczepiały o to, co pod śniegiem. Byle do tuneli!