Sklep z babciami

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Sklep z babciami

– No i po co mi te wakacje? – burknął Wojtek, wychodząc z pokoju, w którym tata bębnił z prędkością światła po komputerowej klawiaturze.


– Synek, przestań no w końcu marudzić! – Mama wyjrzała z kuchni, otrzepując ręce z mąki. – No leć, leć, muszę pozamiatać. Za rok na pewno gdzieś pojedziemy.

– Tak, jasne! – chłopiec zdenerwował się na dobre. – Zawsze tak mówicie! A potem tata ma te swoje pilne projekty, nawet w weekend, a ty też jesteś ciągle w pracy!

– Przecież jestem w domu, piekę ciasteczka. – Mama zrobiła zabawną minę i zamachała rękami. Na podłogę posypało się jeszcze więcej mąki. – Oj. Porozmawiamy później, dobrze?

– Wszystko jedno! – Wojtek wzruszył ramionami i znikł za drzwiami swojego pokoju.


Wakacje po trzeciej klasie. Miały być ekstra – po cichu planował, że może w końcu pojadą na obóz rowerowy, który tata od dawna obiecywał. A może na żaglówki, jak chciała mama? Ale by było! Stawiałby żagle jak prawdziwy marynarz i miałby co opowiadać kumplom po powrocie. Ostatnie wakacje dzieciństwa. No tak, bo czwarta klasa to już nie przelewki, dojdą nowe przedmioty, nowi nauczyciele, obowiązki. To prawie tak, jakby się już było dorosłym. A tymczasem było jak zwykle. Mama nie mogła się wyrwać z pracy w szpitalu. Tata, grafik komputerowy, pracował najczęściej w domu, ale co z tego, skoro i tak był wtedy nieobecny duchem.

– To już wolę szkołę! – Wojtek rzucił w ścianę Bolkiem, pluszowym jamnikiem, najstarszym przyjacielem z dzieciństwa.

Coś cicho trzasnęło. Zaniepokojony chłopiec podniósł psiaka i zdrętwiał. Piękny, guzikowy nos pękł. Jedna połówka dyndała smutno na nitce. Co za okropny widok!


Wojtek w głębi duszy podejrzewał, że jest już za duży na spanie z pluszakiem i wstydził się pokazywać go kolegom. Ach, gdyby tylko wiedział, że jego najlepsi kumple równie skrzętnie ukrywają wyłysiałego misia Franka i Pana Żabę.

No ale wstyd to nie powód, żeby nie pomóc staremu przyjacielowi, prawda?

– Mamooo! – Wojtek z rykiem wypadł z pokoju. – Rozwaliłem Bolka, nos mu odpadł, ja nie chciałeeem! Zrób coś!

– Bez paniki – mama obejrzała resztki nosa. – Trzeba doszyć nowy i już. Hm… nie mam w domu takich guzików. W poniedziałek pójdziesz do tej pasmanterii za rogiem, tata da ci pięć złotych i kupisz taki nos, jaki będzie ci się podobał. A skoro mowa o nosie, to wytrzyj swój i chodź mi pomóc, będziesz wałkował ciasto.


W poniedziałek Wojtek, uzbrojony w torbę z Bolkiem w środku i z pięciozłotówką w kieszeni, ruszył na zakupy. Żadna nowość, nieraz musiał wychodzić po bułki albo po jakiś komiks. Gdyby czekał, aż tata oderwie się od komputera, to prędzej umarłby albo z głodu, albo z nudów. Na szczęście z ich mieszkania było wszędzie blisko. Czasami przechodził koło pasmanterii, ale jeszcze nigdy w niej nie był. Uważał, że to takie tam, babskie sprawy, nic dla prawdziwego faceta.

Przystanął na chwilę przed wejściem. Wypłowiały szyld nad drzwiami przedstawiał włóczkę wijącą się jak makaron. Z jej pętelek powstało słowo… O, pętelka właśnie! Cała wystawa była pełna włóczek, sznurków, drutów i innych drobiazgów, w dodatku wymieszanych ze sobą jak groch z kapustą. No nic, trzeba się w końcu zdecydować i wejść.


Drzwi zaskrzypiały, kiedy Wojtek przekroczył próg, rozglądając się nieśmiało.

– A pójdziesz mi stąd, łobuzie jeden! – z głębi sklepu dobiegł piskliwy okrzyk.

– Właśnie, zmykaj, skaranie z tobą, już my ci pokażemy! – wtórował mu drugi głos, dla odmiany tubalny. Taki głos miała ukochana Wojtkowa babcia Grażynka, ale ona nigdy w życiu nie krzyczała.

Wojtek struchlał i zaczął powoli wycofywać się w stronę drzwi, po omacku próbując znaleźć klamkę za swoimi plecami. Co to w ogóle za miejsce? Po co on tu przychodził? Co go podkusiło, żeby rzucać Bolkiem?!

– Ja… Przepraszam, nie wiedziałem, ja już… – Chłopiec, bliski płaczu, zaplątał się w długie pasmo wełny rozciągnięte na podłodze.

– Cicho tam, straszycie dziecko! – zachrypiał nagle ktoś obok.

Wojtek wzdrygnął się i spojrzał w bok. W bujanym fotelu, ledwo widocznym zza stojaka z tasiemkami, siedziała starsza pani, wyglądająca na jakieś sto dwadzieścia lat. No, może dziewięćdziesiąt. Albo pięćdziesiąt? Strasznie staro w każdym razie. Robiła na drutach coś, co przypominało skrzyżowanie szalika z… z czymś bardzo dziwnym. Miało pełno otworów w nieoczekiwanych miejscach i Wojtek nie miał pojęcia, do czego może służyć.

– Nie bój się, mały, one wrzeszczą na Bolka, nie na ciebie.

– Jak to na Bolka? – Teraz chłopiec przeraził się na dobre i mocniej przycisnął do siebie torbę z maskotką.

– No tak to, przecież to istne utrapienie z tym psem, popatrz, co tu nawyczyniał, wszystko powywracane, wystawa wygląda, jakby przez nią tabun koni przebiegł! Wszystko poplątane, wiesz, ile czasu nam zejdzie, zanim to poukładamy?

– Ale Bolek nic nie zrobił! Ja go cały czas trzymałem, on tylko nie ma nosa, ale on przecież nawet by nie mógł…

– Jak to nie ma nosa, co ty opowiadasz, dziecko? – Brwi starszej pani podskoczyły ze zdziwienia prawie na środek czoła.

– No nie ma, ja chciałem mu przyszyć i dlatego go przyniosłem, ale on naprawdę cały czas siedział w torbie! – Wojtek, zrozpaczony, wyszarpnął pluszaka z ukrycia.

– A to historia! – zachichotał ktoś w głębi sklepu i do drzwi zbliżyły się kolejne dwie staruszki. Jedna była bardzo wysoka i chuda jak szczypiorek, druga wręcz przeciwnie – pulchniutka jak pączek. Razem z tą trzecią, pomarszczoną jak rodzynka i bardzo malutką, stanowiły dość dziwaczną grupkę.

– To ty, chłopczyku, sądziłeś, że my myślimy, że to twój psiak nam tu narobił takiego ambarasu? – tubalnym głosem zapytała ta najchudsza.


– Pęknę zaraz, daję słowo, nie wytrzymam! – okrąglutka pani chichotała piskliwie, ocierając łzy z oczu. – Patrz, TO jest Bolek!

I wtedy dopiero Wojtek zobaczył małego, bardzo kudłatego kundelka, który wyczołgał się spod regału i nieśmiało merdał ogonem. Chyba przeczuwał, że tym razem mu się upiekło.

– I co było potem? – mama aż ocierała łzy ze śmiechu, kiedy Wojtek wieczorem opowiadał rodzicom o swojej wizycie w sklepie.

– Kupiłeś ten guzik? – tata na chwilę oderwał się od komputera.

– A, guzik! – Wojtek wytrzeszczył oczy. – Zapomniałem! Bo jak ten ich Bolek wyszedł spod półki, to okazało się, że jest cały w jakimś brudzącym proszku. Te panie mówiły, że to farba do tkanin, i że widocznie jak tak biegał, to rozerwał opakowanie. No i trzeba go było umyć, bo wszędzie zostawiał ślady. Ale wiecie, co jest najlepsze? – chłopiec zaczął śmiać się tak, że ledwo wykrztusił resztę. – Ta farba jest chyba bardzo mocna, bo on się zrobił w połowie niebieski!

Teraz już nawet tata śmiał się na całe gardło. Wojtek nie pamiętał, kiedy ostatnio tak sobie siedzieli w trójkę i było im równie wesoło, co tego wieczoru.

– Ciekawe, co wydarzy się jutro – zastanowił się.


– Jutro?

– A co jest jutro? – zapytali rodzice jednocześnie.

– No jak to co? Przecież muszę w końcu kupić ten guzik!


We wtorek mama wyszła z domu wcześnie rano. Tata oczywiście siedział przy komputerze i wyglądał, jakby wcale nie kładł się spać. Wojtek zrobił sobie na szybko kanapkę z serem, popił zimnym mlekiem i, chwytając w biegu torbę ze swoim jamnikiem, zawołał na pożegnanie:

– To idę po guzik!

– Mhm – odmruknął tata, nie odrywając wzroku od monitora.

Wojtek przewrócił oczami.

Jakbym nic nie mówił, to i tak by nie zauważył, że sobie poszedłem – pomyślał i zatrzasnął za sobą porządnie drzwi. No bo jak tata jest w tym swoim świecie plików, to każdy złodziej mógłby go wynieść razem z komputerem i srebrnymi łyżeczkami po babci. I szkoda by przecież było, w końcu tata to jednak tata, nawet kiedy bardziej go nie ma, niż jest.

Droga przy takich rozważaniach minęła bardzo szybko i Wojtek już stał przed znajomą wystawą, dziś dla odmiany pięknie uporządkowaną. Tym razem już się nie bał i śmiało przekroczył próg.

– O, jest i nasz kawaler – ucieszyła się pulchniutka pani. – W samą porę, właśnie skończyłyśmy układać nowy towar i mamy przerwę na drugie śniadanie.

– To już twoje trzecie drugie śniadanie, Różo kochana – zauważyła z przekąsem ta chudziutka.

 

– A ty, Malwino kochana, pilnuj swojego nosa, bo ci go ktoś kiedyś drzwiami przytrzaśnie – zdenerwowała się pani Róża.

– Widzisz, chłopczyku, co ja tu z nimi mam? – Najstarsza z pań zrobiła zabawną, niby groźną minę. – Od dzieciństwa takie są. Kłócą się codziennie, chociaż to bliźniaczki, uwierzyłbyś? A nie wyglądają, co? Obie mają imiona pochodzące od nazw kwiatów, bo nasza mama wymyśliła sobie, że to będą takie miłe, łagodne dziewczynki, ale coś, jak widać, nie wyszło – uśmiechnęła się z przekąsem. – Ja jestem od nich trochę starsza i mnie dali na imię zwyczajnie, Maria. Ale może to i dobrze, bo takie trzy kwiatki w jednym sklepie to mogłaby być katastrofa, prawda?

– Oj, Mania! – wykrzyknęły chórem dziwaczne bliźniaczki-staruszki.

– No dobrze, dobrze, cicho mi tam – pani Maria pokiwała dłonią uspokajająco. – A ty, chłopczyku, jak masz na imię, bo wczoraj przy tej całej gonitwie za Bolkiem całkiem nam wyleciało z głowy, żeby spytać.

– Wojtek – odpowiedział, uśmiechając się szeroko, bo właśnie kątem oka zauważył znajomą kudłatą mordkę.

– No to, Wojtku, bardzo ci dziękujemy za pomoc przy kąpieli tego urwipołcia. A teraz przypomnij, po co wczoraj przyszedłeś.

– Będzie czas i na to – pani Róża zakrzątnęła się energicznie wokół małego stolika w kącie. – Herbata stygnie, są ciasteczka, nie będziemy rozmawiać głodni.

– Tak, tak, głodni – chudziutka pani Malwina westchnęła teatralnie, ale i ona w końcu usiadła ze wszystkimi przy stoliku.

– Tu zawsze tak jest? – chciał wiedzieć Wojtek.

– Ale jak? – zainteresowały się siostry.

– No… tak bez ludzi, tak cicho, to znaczy nie cicho, bo wczoraj to raczej było dość głośno, ale tak bez nikogo, w sensie nie bez nikogo, bo dużo osób, ale no…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?