Złe dzieciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

*


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Joanna Mika

Korekta

Ewa Grabowska

Jadwiga Piller

Copyright © by Dominik Rutkowski, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul.Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Laguna

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9593-9

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Lękam się snu jak dziecko wielkiej ciemnej dziury,

Pełnej grozy - wiodącej w świat nie wiedzieć który...

Charles Baudelaire, Kwiaty zła tłum. Antoni Lange

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

*

Krążę po miasteczku, szukając cmentarza. Kilkadziesiąt metrów w jedną stronę, potem zawracam, przesuwam się w przeciwną i po paru sekundach wyjeżdżam poza granicę miasta, najmniejszego w Norwegii – przynajmniej tak twierdzi ciotka Wiki, ta po angielsku, bo polska nie wspomina o tej zapadłej dziurze ani słowem. Widać iglasty las, obok pola, odrobinę dalej fiord. Zoom w górę i jeszcze raz. Dachy domów, sklepów, boisko, warsztat samochodowy… Budynki odcinają się od pokrywającej wszystko dookoła bieli. Na ekranie komputera ciężko rozpoznać przyprószone śniegiem obiekty. Który z nich to cmentarz? Może ten? Skupiam się na regularnym prostokącie z poustawianymi równo jeden obok drugiego ciemnymi klockami; czyżby to groby? Najeżdżam. Zdjęcie jest niewyraźne, na zbliżeniu rozmazane. Przyglądam się uważnie, mrużę oczy uzbrojone w okulary i rozpoznaję… parking, obok market. Znowu pudło! Sięgam po kubek, pociągam łyk słodkiej jak ulepek kawy, spoglądam w rozbuchany ogień w kominku i nagle – mam: skoro obok marketu jest parking, to co jest obok cmentarza? Kościół! Wstukuję z lewej strony niebieskiej lupki: Church, Kolvereid, Nærøy, Nord-Trøndelag, Norwegia. Wciskam enter. Wyskakuje Church Office in Nærøy, po sąsiedzku z boiskiem piłkarskim, biały budynek z czarnym dachem za cholerę nieprzypominający kościoła, nawet ewangelickiego. Zmieniam Church na Kirke. Efekt ten sam. Zrezygnowany wracam na chwilę do Wikipedii, sprawdzam, co warto zobaczyć w Kolvereid. Kościół oczywiście. Drewniany z tysiąc osiemset siedemdziesiątego czwartego, a obok fota; jest biała bryła, jest czarny stromy dach, ale na froncie strzelista wieżyczka z ośmiospadową iglicą, a na niej kula i stalowa flaga. To na pewno nie ten sam budynek, który przed chwilą wskazała mi google mapa. Ten właściwy musi gdzieś tam być, w innym miejscu!

Jeszcze raz uważnie przeczesuję satelitarne zdjęcie, centymetr po centymetrze. Kolvereid jest maleńkie, ledwie tysiąc siedmiuset dwudziestu trzech mieszkańców – znam znacznie większe wioski – to nie może zająć wiele czasu. Jadę na zachód, wzdłuż szosy Fv770, i wreszcie widzę: długi, czarny, strzelisty, zwężający się ku północy cień na śnieżnej apli. Przełączam na 3D, cień się wydłuża i widać wyraźnie zarysowującą się bryłę kościoła. Kilka nerwowych kliknięć na plusik w prawym dolnym rogu ekranu i nagle obraz faluje, by po sekundzie ustawić mnie na poziomie szosy. Zmieniła się perspektywa, zmieniła się i pora roku. Śnieg stopniał, na niebie od południa kotłują się ciężkie, ciemne chmury, chociaż kościół skąpany jest w słońcu. Drogą na północny zachód wyjeżdża z miasteczka beżowe volvo z czarnym bagażnikiem na dachu. Znak ograniczenia prędkości do sześćdziesięciu, więc pewnie jedzie sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, za chwilę zbliży się do skrzyżowania, może skręcić w prawo, za jadącą z przodu ciężarówką, ale ono pojedzie prosto, do Hofles na prom do Lund, i dalej do Trondheim. Przepuszczam auto i obracam się w stronę kościoła, powiększam obraz, patrzę na prawo od świątyni i za sztachetowym, drewnianym płotem, na niewielkim wzniesieniu widzę nieregularnie rozrzucone nagrobki. Wreszcie go mam. Wreszcie po pięciu latach poszukiwań będę mógł mu powiedzieć, że to wszystko jest nieprawdą, że się myli, że cała ta sprawa nie wygląda tak, jak to sobie wymyślił. Ale najpierw muszę tam wejść i wszystko sprawdzić.

Stoję niezdecydowany i zastanawiam się, kogo powinienem wysłać na ten cmentarz. Jego, a może ją, albo Mietka? Które z nas powinno wejść za drewniane ogrodzenie i przekonać się, kto ma rację? Może Knut? Może on, tak, wysłać go i jednym ruchem pozbawić złudzeń. To byłoby proste. Być może za proste. Ale wtedy musiałbym zacząć inaczej, zaraz na początku podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. Potem też inaczej skończyć. A tego nie chcę, podoba mi się tak, jak zacząłem: krążę po miasteczku, szukając cmentarza. Zostawiam, tak jak jest. Więc może Judyta? Ona przyjęłaby wszystko spokojniej od niego, a potem znalazła sposób, jak mu to przekazać. Zawsze nieco w cieniu, zawsze wyważona, małomówna, nieufna, w swoim nieśmiertelnym prochowym płaszczu, z lewą ręką w kieszeni i prawą wsuniętą pod jego ramię. Tylko czy ona weszłaby tam sama? Nie, na pewno nie. Nigdy nie przestała bać się świata, nigdy nigdzie nie poszła sama, bez niego, samotnie potrafiła poruszać się tylko tam, na północy. Gdybym chciał na cmentarz wysłać Judytę, musiałaby pójść z nim, z Knutem, a to wymagałoby najpierw rozmowy jego ze mną. Koło się zamknęło. Zresztą nawet nie mam pewności, czy oni zechcieliby przyjechać do Kolvereid – ponad tysiąc kilometrów, sprawdziłem. Mógłbym im kazać, mam przecież taką moc, mogę to sprawić, mógłbym to napisać i nie przejmować się ich zdaniem, ale tego nie zrobię, bo jest jeszcze inne wyjście. To, o którym myślałem od samego początku i w zasadzie od samego początku wiedziałem, że je wybiorę, ale musiałem rozważyć też inne możliwości, bo taka jest moja rola: rozważyć wszystko i wybrać to, co najlepsze. Dla tej historii, dla książki, dla siebie i dla czytelnika. Jak mnie irytują te głosy, które czasami słyszę, jak wkurwia to ględzenie, że autor powinien to czy tamto, że ktoś napisałby to inaczej, czytaj: lepiej, że jest za długo, za krótko, że brakuje tego czy tamtego, że należałoby skrócić albo dopisać. Otóż niczego nigdy nie brakuje i nie da się zrobić lepiej, bo autor to wszystko właśnie już sprawdził, przeanalizował jak w szachach, rozważył każde posunięcie – czasem aż mózg się lasuje od rozpatrywania tych wszystkich możliwości, ale nie ma co narzekać, taka robota – i jeśli bohater skręcił w prawo, a nie w lewo, jeżeli poszedł dalej, zamiast się zatrzymać, albo nie zawrócił, to nie dlatego, że autor nie dostrzegł takiej możliwości, tylko dlatego że je wszystkie przeanalizował, tamte odrzucił a wybrał tę, najlepszą. Dla tej historii, dla książki, dla siebie i dla czytelnika. Więc wybrałem. Na cmentarz pójdzie Mietek. Tak, najlepiej będzie, kiedy pójdę tam sam.

*

Wyobrażam sobie…

Beżowe volvo znika za zakrętem. Czekam, aż nad pustymi polami wybrzmi ostatni akord oddalającego się, miarowo pracującego silnika, a nad okolicą zalegnie cisza. Wczesna wiosna czy późna jesień? Zastanawiam się jeszcze. Na pozór obie pory roku wyglądają podobnie: ogołocone z liści drzewa, gotowa do snu albo jeszcze nieobudzona przyroda, dzień równy nocy, słońce grzejące z tą samą nieśmiałością – ale jest coś, co zdecydowanie odróżnia obie te pory od siebie; to taka sama różnica jak pomiędzy powitaniem a pożegnaniem. Te same gesty, te same ruchy, ta sama otoczka, wyciągnięte, ściskające się dłonie, pocałunki w policzek, a jednak to coś absolutnie przeciwnego; podobne coś różni wczesną wiosnę i późną jesień, to coś, co wisi w powietrzu, coś, co można wyczuć tylko nozdrzami. Zaciągam się głęboko, aż płuca wypełniają się po brzegi. Pachnie – wyczuwam to – wiosną. Która może być godzina? Rano przyleciałem do Trondheim, potem droga samochodem, cztery godziny, jeszcze check in w hotelu… nie, hotel później, chcę być tam jak najszybciej, przekonać się, sprawdzić, a więc z drogi prosto pod kościół, cienie są długie, zatem dwunasta już minęła, mamy wczesne popołudnie. Dlaczego stoję akurat tutaj, skoro przyjechałem samochodem? Przecież parking jest usytuowany powyżej, z lewej strony, przed wejściem do kościoła, tam zostawiłem wypożyczonego na lotnisku golfa. Przeszedłem tutaj, bo… bo chciałem zacząć dokładnie z tego miejsca, które pokazywało street view oglądanej przeze mnie kilka miesięcy temu mapy, bliższych zdjęć nie było, jedynie te z szosy. Tak więc zaczynam dokładnie tu, gdzie rzeczywistość łączy się z wyobraźnią, i ruszając w stronę kościoła, przecinam jezdnię.

Zabezpieczona drewnianą barierką ścieżka wiedzie łagodnie pod górę, mija niewielką zakrystię usadowioną na tyłach kościoła i kończy się tam, gdzie stoi pierwszy grób. Nie jest to taki nagrobek, jakie znam z Polski, jakie utrwaliły się w naszej kulturze – to raczej coś w rodzaju obelisku z wypisanym imieniem i nazwiskiem: Ingara Bergitte Hagen; poniżej dwie daty: 1874 i 1930, Fødsel i Død, narodziny i śmierć. A dookoła, wśród pozbawionych liści brzóz stoją rozrzucone w nieładzie stele, kamienie nagrobne, pionowo wkopane w ziemię tablice i obeliski. Żadnych ułożonych na ziemi płyt, żadnych usypanych mogił. Gdy idę w głąb cmentarza, przypomina mi się, jak przed niemal czterdziestu laty, przyzwyczajony do widoku naszych polskich cmentarzy, na których epatujące przepychem płyty nagrobne walczą o atencję przechodnia niczym wystawy sklepowe – cmentarzy, gdzie nierzadko większą czcią otacza się sam grób niż pamięć zmarłego, tak jakby nic więcej nie mogąc zrobić dla osoby, która odeszła, funduje jej się tę wypasioną pośmiertną rezydencję, by bogactwem nagrobka rodzina mogła nadrobić to, czego zmarłemu nie dała za życia – trafiłem na maleńki przykościelny cmentarzyk w angielskiej wiosce. Skromne, podobne do siebie, porosłe mchem, zwieńczone łukami kamienne płyty wkopane w ziemię pełniły wyłącznie funkcję informacyjną, oznajmiając, kto pod nimi leży. Tu praca kamieniarza ograniczała się jedynie do wykucia w miękkim kamiennym bloku kilkunastu liter i cyfr, z rzadka przyozdobionych kwiatowym motywem czy rozetą. Był skromnym rzemieślnikiem, a nie pseudoartystą żerującym na bólu i wyrzutach sumienia rodziny, kasującym za swoje pozbawione gustu bizantyjskie grobowce ciężkie tysiące. Krążąc po tej maleńkiej wiosce umarłych, nie mogłem się nadziwić chaosowi rozsypanych niczym klocki nagrobków i porównywałem go z naszymi wytyczonymi prosto alejkami cmentarnymi, przy których mogiły prężyły się w równych szeregach niczym wojsko. I zastanawiała mnie, nastolatka, kiedy czytałem na tych angielskich grobach wyryte daty, sięgające niemal średniowiecza, nietrwałość naszych potężnych grobowców, które w pogoni za zmieniającą się modą wymieniane są co kilkanaście lat – z piaskowca na lastriko, potem granit, marmur, ze zdjęciem, bez zdjęcia…

 

Później, po kilku latach, gdy już oprowadzałem, gdy poznałem najstarszy z warszawskich cmentarzy, kamionkowski, zacząłem zgłębiać ten temat, szukać informacji, od kiedy w naszej kulturze grób zaczął być czymś więcej niż oznaczeniem miejsca pochówku tego, co nazywamy doczesnymi szczątkami, od kiedy zaczął być otaczany tą szczególną czcią, myty, sprzątany, przyozdabiany. I, co ciekawe, to właśnie podczas dzielenia się z Judytą i Knutem moimi spostrzeżeniami na ten temat, w trakcie ich pierwszej wizyty, Knut po raz pierwszy czymś szczerze się zainteresował. Po raz pierwszy zadał mi jakiekolwiek pytanie.

*

Wspominam…

– To gdzie on teraz jest? – przerwał moje wywody, poprawiając kołnierz kurtki. Zaskoczony nagłym pytaniem, stałem przez chwilę z otwartymi ustami.

– Ale kto? – odpowiedziałem wreszcie, nie bardzo rozumiejąc, kogo ma na myśli.

– No, ten cmentarz. – Potoczył ręką dookoła.

Staliśmy na Kanonii, trójkątnym placyku na tyłach warszawskiej archikatedry. Wcześniej przez ponad godzinę nie udało mi się wzbudzić ich zainteresowania. Chodziliśmy w sypiącym mokrym śniegu ulicami najstarszej części miasta, a ja starałem się ich wyczuć. Czym mogą się interesować? Co ich zaciekawi? Przecież od tego, czy będą zadowoleni, uzależniony był napiwek, czyli więcej niż połowa mojego zarobku. Ale nic, o czym mówiłem, nie wydawało im się interesujące – ani poważne bogoojczyźniane opowieści o bohaterskim ludzie polskiej stolicy walczącym na barykadach z germańskim najeźdźcą; ani lekkie historyjki, jak ta o czerwonej baszcie na placu zwanym Piekiełko i mieszkającym w niej kacie ledwo wiążącym koniec z końcem, który musiał dorabiać prowadzeniem wewnątrz burdelu, ponieważ pracował, biedaczyna, na akord, a w stolicy tak niewiele się działo, że z pieniędzy za odrąbywane głowy i torturowane ciała nie był w stanie wyżywić rodziny; ani informacja, że te starocie, które widzą dookoła, choć wyglądają, jakby tu stały od ponad trzech wieków, tak naprawdę wcale stare nie są, bo mają ledwie trzydzieści lat, ponieważ po wojnie nie pozostał tu kamień na kamieniu, a teraz jest to coś w rodzaju makiety jeden do jednego i dlatego warszawska Starówka wpisana została na listę UNESCO nie jako zabytek, ale przykład perfekcyjnej rekonstrukcji; ani wreszcie widok odbudowanego Zamku Królewskiego, który, jak się chełpiłem, jest najmłodszą rezydencją królewską na świecie, bo ma być otwarty dla publiczności (o ile wszystko dobrze pójdzie, co u nas nie jest takie oczywiste) dopiero w tym roku, a do tego – zażartowałem – zamek wprawdzie wybudowaliśmy, tylko króla nam brak, bo jesteśmy republiką, i to ludową. Żart pozostał bez odzewu z ich strony. Choć dwoiłem się i troiłem, żaden mięsień na ich twarzach nie drgnął, żaden nie zdradził najmniejszego nawet zainteresowania. Podobnie jak oczy – rozglądające się na boki, jakby czegoś szukały. Zacząłem nawet podejrzewać, że mój norweski nie jest wystarczająco dobry, że może po prostu nie rozumieją, co do nich mówię, ale zapytani o to, jedynie pokręcili przecząco głowami, dając mi do zrozumienia, że z moim językiem jest wszystko w porządku.

A może odrobina horroru? Może poruszy w nich jakąś nutę mrożąca krew w żyłach opowieść o szalonym szlachcicu Piekarskim, który spadł z konia i na skutek uszkodzenia płatów czołowych mózgu popadł w obłęd – podobny temu, który pod koniec życia trapił Henryka VIII – a potem w swoim szaleństwie przygotował zamach na króla? I rzeczywiście, kiedy zabrałem ich na tyły archikatedry, kiedy pokazałem biegnącą od zamku do dawnej kolegiaty galeryjkę wybudowaną dla króla po nieudanym zamachu, kiedy roztoczyłem przed nimi wizję przygotowań, które poczynił Piekarski, następnie przedstawiłem przebieg zamachu i zbierałem się do opowiedzenia w trzech słowach o kaźni, jakiej poddany został nieszczęsny szlachcic (nie z woli króla, co podkreśliłem, bo Zygmunt III miał gołębie serce i chciał biedaczynie darować życie, ale na nieszczęście Piekarskiego nie był osobą prywatną i zamach na niego oznaczał podniesienie ręki nie tylko na majestat królewski, ale również na majestat Rzeczypospolitej, a tego nawet król, choćby chciał, nie mógł mu darować), po raz pierwszy w ich oczach spostrzegłem wyraz zaciekawienia. Rozochocony tym drobnym sukcesem zacząłem w szczegółach przedstawiać, jakim wymyślnym torturom poddano szalonego zamachowca. Opowiadałem o ugotowanej w oleju ręce, która targnęła się na monarsze życie, o darciu ciała rozpalonymi szczypcami, o obcinaniu członków i rozerwaniu końmi, i widziałem, jak z każdym drastycznym szczegółem tej nieludzkiej kaźni, szokującej nawet w owych brutalnych zamierzchłych czasach, cień zainteresowania na twarzach moich turystów gaśnie.

Zniechęcony już chciałem odpuścić. Najmniejszym nakładem sił odbębnić do końca to, co miałem do pokazania i opowiedzenia, potem zabrać gości na kolację i jakoś przemęczyć się przez kolejne dni aż do ich wyjazdu, już bez nadziei na jakiś ekstra zarobek. Siłą inercji postanowiłem jeszcze, skoro już tu byliśmy, opowiedzieć o cmentarzu, który przed wiekami znajdował się na Kanonii, ale dalej, mijając komisariat na Jezuickiej, nie zamierzałem mówić już nic o śmiertelnym pobiciu Grzegorza Przemyka, które tu się zdarzyło – co wcześniej z bijącym sercem pragnąłem zrobić, bo przecież wierzyłem, że cały świat żyje tym brutalnym mordem dokonanym osiem miesięcy wcześniej przez komunistyczną milicję. Zmieniłem też dalsze plany i zdecydowałem się ominąć Górę Gnojną, przejść przez Rynek do Barbakanu i dalej przez plac Krasińskich w stronę Pałacu Kultury. I szlus, mieć to z głowy, do wieczora.

Stałem przed nimi i mówiłem o deficycie miejsc do pochówku w średniowiecznej Warszawie, o tym, że ten i trzy inne jeszcze niewielkie placyki, gdzie wytyczono przyparafialne cmentarze, obsługiwały prawie pięćdziesięciotysięczne miasto, w którym śmiertelność była znacznie wyższa niż dziś, i że z tego powodu ciała grzebano płytko, byle jak, jedno na drugim, zupełnie nie łącząc tego braku higieny pochówków z corocznymi zarazami pustoszącymi miasto, bo przecież toksyny z rozkładających się ciał przedostawały się do wód gruntowych, a na terenie Warszawy znajdowały się dziesiątki źródeł, z których pobierano wodę do picia, tej z kolei nie było w zwyczaju przegotowywać.

Rozpalałem się w opowiadaniu. Przestawało być dla mnie ważne, czy mnie słuchają, czy nie – upajałem się własnym głosem, własną, jak mi się wydawało, elokwencją, znajomością norweskiego i swobodą wypowiadania się w tym języku. Jeszcze ten raz, ten jeden raz podczas ich wizyty chciałem zabłysnąć. Nie przed nimi – nie miałem już złudzeń – parą dwadzieścia lat ode mnie starszych państwa z dalekiej północy, ale przed samym sobą. Udowodnić, że potrafię, że ten kompletny brak zainteresowania, ten mur, na jaki tego dnia natrafiłem, to tylko nic nieznaczący wypadek przy pracy.

– Tworzyło się błędne koło, przynajmniej przy ówczesnym stanie wiedzy – perorowałem. – Skażenie wody pitnej oznaczało każdego lata zarazę, a zaraza to więcej ciał do pogrzebania. Więcej ciał to więcej toksyn, i tak bez końca. Oczywiście zasięg pomoru zależał od wielu czynników, między innymi temperatury, ale bywały zarazy, które pochłaniały nawet jedną trzecią ludności miasta. Co ciekawe, byli tacy, których pomór omijał. Mówiono wówczas: kto pije piwo, ten nie choruje. A dlaczego? To proste, ponieważ…

I wtedy mi przerwał tym swoim pytaniem od rzeczy.

– Cmentarz? – powtórzyłem. – Jaki cmentarz?

– Warszawski. Gdzie teraz chowa się ludzi, bo przecież nie tu? – Jeszcze raz wskazał na plac.

– Oczywiście, że nie. Ten cmentarz zamknięto pod koniec osiemnastego wieku. Nie bez oporów. Ludzie nie widzieli powodu, dla którego zwłoki należałoby wywozić poza mury miasta. To było uciążliwe i kosztowne.

– Czyli cmentarz przeniesiono poza miasto?

– Tak. W zasadzie to wytyczono nowy. Nazywał się Świętokrzyski. Tylko że nikt…

– Sweto… – próbował wymówić, ale splątał mu się język. – Trudne słowo… Wciąż jest czynny?

– A skąd. Przeludnił się bardzo szybko, już po czterdziestu latach.

– Bo mnie interesuje, gdzie teraz grzebie się ludzi – dociekał mój Norweg. Nie wiedziałem, do czego zmierza. Jego żona stała milcząca, w przemoczonym płaszczu, ściskając go za łokieć. Nic nie mówiła, ale wydawała się zaciekawiona toczonym przez nas dialogiem.

– Na Bródnie, na Wólce, Powązkach, Wawrzyszewie… – wymieniałem jednym tchem, aż mi przerwał.

– Powązkach? – Sprawiał wrażenie, jakby ta nazwa coś mu mówiła, jakby słyszał ją już gdzieś wcześniej.

– Tak, to najstarszy czynny warszawski cmentarz.

– Jedźmy tam – rzucił krótko.


Wyobrażam sobie…

Nagrobków jest nie tak dużo, dwieście, może trzysta. Chwilę mi zajmie, zanim każdy sprawdzę. Chyba że będę miał szczęście i natrafię na właściwy grób szybciej. Albo przeciwnie, jeśli nie mam racji, to odczytam wszystkie napisy na kamiennych tablicach, a właściwego grobu nie będzie. I czy będzie to jeden, czy dwa groby? Czy leżą razem, matka i syn? Ona zmarła dwadzieścia pięć lat temu, on piętnaście, więc teoretycznie mógłbym pominąć w poszukiwaniach wiekowe obeliski. Ale co, jeśli położono ich z rodziną, w jakiejś starszej, stojącej tu od lat mogile? Albo jedno z nich. Należy rozglądać się starannie, grób po grobie. W tym rozsypanym chaosie nie jest to proste. Niby mógłbym pójść do księdza – a raczej pastora – i podpytać, ale nie chcę jeszcze się zdradzać, z czym przyjechałem. Za wcześnie. Ruszam. Pierwszy grób, zaraz na końcu ścieżki, przy samym wejściu, już ogarnąłem, teraz kolejny. Czytam inskrypcję: Gerd Holst Klingen, F. 20. august 1900, D. 31. desember 1979, a pod spodem: Per Johannes Riebe Klingen, F. 19. august 1900, D. 7. desember 1987. Mąż i żona? Urodzili się dzień po dniu, jakby dla siebie stworzeni. I dla obojga grudzień okazał się „zabójczy”. Lektura nawet oszczędnych napisów nagrobnych skłania do refleksji albo puszczenia wodzy fantazji. Kim był ten ktoś, co wynika z dat, nazwisk czy skąpych inskrypcji?

Szybko strząsam z siebie te myśli. Jeśli będę tak przystawał i dumał przy każdym grobie, nie wyjdę stąd do jutra. Te dwa stoją obok siebie, do kolejnego mam już kilka kroków. W którą stronę się skierować? Postanawiam iść wzdłuż płotu. To rozproszenie grobów sprawia, że poszukiwania są mniej monotonne, trochę jak polowanie. U nas, gdy stoją karnie jeden obok drugiego, rząd za rzędem, kwatera za kwaterą – jak widownia w teatrze – próba odnalezienia tego właściwego nawet na niewielkich wiejskich cmentarzach jest znacznie bardziej nużąca. Przypomina mi się, jak przed kilku laty z parą Amerykanów szukaliśmy ich korzeni. A właściwie szukał on, żona, z pochodzenia Kubanka, jedynie mu towarzyszyła. Facet wywodził się z wojennej emigracji i była to dla niego pierwsza od wyjazdu wizyta w Polsce. Kręciliśmy się po Galicji, zwiedzając stary kraj, aż wreszcie trafiliśmy do jego rodzinnej wioski, która zdążyła rozrosnąć się w miasto – miejsce starych chałup zajęły bloki z wielkiej płyty, wytyczono nowe ulice, na obrzeżach stanęły fabryki zbrojeniowe. Nic nie dawało, w nawet najmniejszym stopniu, świadectwa przeszłości i w oczach mojego amerykańskiego Polaka dostrzegłem rozczarowanie. Oczywiście, jak to grzeczny Amerykanin, mówił, że rozumie znak czasu, że świat, a więc i jego Stary Kraj, rozwija się i zmienia, to cena postępu, ale ja widziałem swoje. Coś mnie wtedy olśniło, postanowiłem ratować sytuację i zabrać go na cmentarz, tam musiały zachować się jakieś relikty przeszłości. Może nawet groby jego przodków, bo gość nosił rzadkie nazwisko Bukłak, więc było duże prawdopodobieństwo, że jakiś odnaleziony grób z tym nazwiskiem mógłby należeć do jego rodziny. Wstukałem adres w nawigację i po chwili już krążyliśmy pomiędzy nagrobkami. Ku naszemu zaskoczeniu najstarsze pochodziły z lat sześćdziesiątych, z czasów, kiedy wioska przepoczwarzała się w miasto. Znów rozczarowanie.

 

Może gdzieś w pobliżu znajduje się jakiś inny, stary cmentarz?, zastanawiałem się. Z pomocą przyszli mi kopiący dół na końcu jednej z alejek grabarze. Panie, machnęli lekceważąco rękami, stary cmentarz jest, a owszem, pięć kilometry stąd, w Majdanie, ale tamój to już nikogo od dawna nie chowajo. W drodze, przez kilka minut potrzebnych do pokonania owych pięciu kilometrów, zastanawiałem się, czy jednak się nie wygłupiłem, bo znalezienie właściwego nagrobka, o ile w ogóle jakikolwiek się tam znajdował, zajmie nam kilka godzin. Czeka nas żmudne, monotonne człapanie po cmentarnych alejkach, od grobu do grobu, a na koniec być może rozczarowanie, trzecie już w krótkim czasie. Cmentarz był całkiem spory, co tylko potęgowało mój niepokój. A w środku okazało się, że co drugi nagrobek należał do kogoś o nazwisku Bukłak, że było to kiedyś, przed najazdem nowych osadników, najpopularniejsze nazwisko w całej okolicy. Mój Amerykanin był zachwycony. Pstrykał fotkę za fotką. Miał się czym pochwalić po powrocie.

Mijam kilka kolejnych grobów, pobieżnie tylko rzucając okiem na typowo norweskie nazwiska: Nygård, Skillingstad, Engesvik… teraz już się nie zatrzymuję, nie śledzę uważnie żadnych napisów, nie dopowiadam sobie historyjek. Omijam pochyloną brzozę, obracam się w lewo. Czuję na twarzy podmuch wilgotnego wiatru znad fiordu. Obchodzę kolejny nagrobek i… znajduję. Jest! Stoi tu! Oboje w jednym grobie: ona zmarła w 1994 roku i dalej… serce zaczyna mi mocniej walić. A więc nie miał racji. Mylił się.

*

Wspominam…

Staliśmy w samym środku kręgu, ja i Judyta. Knut kolejny raz obchodził ustawione dookoła kamienne tablice. Kroczył cierpliwie od jednej do drugiej. Czytał wszystkie nazwiska. Skrupulatnie. Nie pomijając żadnego. Sprawdził najpierw zewnętrzny krąg, a potem, jakby chciał odkręcić sprężynę, jakby od poruszania się w jednym kierunku dostawał zawrotów głowy, idąc w odwrotną stronę, badał krąg wewnętrzny. Byłem znużony i traciłem cierpliwość, ale starałem się trzymać nerwy na wodzy, nie wybuchnąć. Miałem za sobą godzinę stania w deszczu, kilka rund po tym surowym mauzoleum, wcześniej wizytę na innym cmentarzu, który Knutowi wydawał się tym właściwym, a jeszcze wcześniej ponadgodzinną jazdę samochodem z Warszawy tu, do Joachimowa-Mogił.

Zadzwonił z samego rana. Nie zdążyłem jeszcze zjeść śniadania, kiedy leżąca na kuchennym blacie komórka zawibrowała, a na ekranie wyświetlił się jego norweski numer. Spojrzałem na zegar, do spotkania pozostała godzina. Jakaś zmiana planów, główkowałem, przesuwając palcem w prawo zieloną ikonę.

– Mietek? – Był podekscytowany. – Musimy dzisiaj gdzieś pojechać. Niech pan weźmie samochód.

– Ale gdzie?

– Do takiej małej wioski. Dzoakimo… Mogino.

– Nie znam. – Ta nazwa nic mi nie mówiła.

– Oj, ciężko wymówić te wasze, pokażę panu, jak się zobaczymy.

– Daleko stąd?

– Nie, pięćdziesiąt kilometrów.

– Dobrze, będę samochodem, tylko wie pan, że nie mogę zaparkować pod hotelem.

– Tak, wiem, przejdziemy ten kawałek. – Już chciał się rozłączyć.

– Panie Knut, a co tam jest? – Zdążyłem jeszcze zapytać, nim przerwał połączenie.

– Cmentarz. Z pierwszej wojny światowej. Czekamy na pana.

Wyjrzałem za okno. Siąpił deszcz. Z jednej strony cmentarz wydawał mi się ciekawszą opcją niż zaplanowana na dziś wizyta w Polin – kilkugodzinne pląsanie po muzealnych salach, które pokonywałem już kilkadziesiąt razy, przystawanie przy widzianych już po wielekroć eksponatach, instalacjach, tablicach i makietach, gdzie po godzinie nogi zaczynają puchnąć i wchodzić w tyłek, było mało kuszącą perspektywą. Wielogodzinny marsz, nawet pod górę, uznałem za znacznie mniej męczący niż to muzealne człapanie od gabloty do gabloty, dlatego nagła odmiana planów cieszyła. Z drugiej strony pogoda na takie eskapady była fatalna – w tym roku koniec stycznia nas nie rozpieszczał – a jak znałem Judytę i Knuta, znów nie będą chcieli używać parasola. Przemokniemy i zmarzniemy, to było pewne.

Przeczucie mnie nie myliło. Po godzinie nasze ubrania nasiąknięte były wodą ciurkającą maleńkimi kropelkami z ciężkich chmur. Deszcz to wzmagał się, to przechodził w kapuśniaczek, ale nie ustawał nawet na chwilę.

Spojrzałem na Judytę, wciąż piękną mimo swoich siedemdziesięciu lat i siwych, teraz mokrych i posklejanych włosów. Nie wyglądała na Norweżkę, albo może należałoby powiedzieć: nie wpisywała się w moje stereotypowe wyobrażenie Skandynawki, powstałe podczas niemal półrocznego pobytu w Norwegii. Śniada cera upodabniała ją, tak jak i jej męża, ciemnego niczym Cygan, raczej do mieszkanki południa Europy lub Bliskiego Wschodu niż koła podbiegunowego, skąd, jak twierdził Knut, pochodziła, skąd pochodzili oboje. Kiedy ją poznałem, miała około czterdziestki i kruczoczarne włosy, gdzieniegdzie tylko poprzetykane nitkami siwizny, dziś była biała jak gołębica. Smukła, wręcz strzelista, wzrostem równa Knutowi, zawsze nosiła wysoko uniesioną głowę – powiedziałbym, że dumnie, gdyby nie pewien wyraz jej oczu, w którym czaiła się jakaś uległość, podobnie jak w postawie. Nigdy nic do mnie nie powiedziała. Ani jednego słowa. Zawsze była milcząca, pozwalając swojemu mężowi prowadzić rozmowę. Przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy nie jest niema, aż któregoś razu zauważyłem, jak szepcze coś Knutowi do ucha. Zawsze mimo lat, które upłynęły od ich pierwszej wizyty, widywałem ją w tym samym (lub takim samym) beżowym prochowcu, który z jednej strony dodawał jej pewnej szlachetności, z drugiej – podkreślał skromność postawy. Teraz kropla wody zawisła na czubku jej mięsistego, prostego nosa. Strąciła ją kciukiem.

– Może pani mi powie, czego tu szukamy? – zaryzykowałem pytanie.

Popatrzyła na mnie w sposób, który sprawił, że dreszcz przeszedł mi po plecach, ale zaraz potem uśmiechnęła się swoimi pięknymi ustami i przecząco pokręciła głową. Wiedziałem, że nic z niej nie wyciągnę. Spojrzałem ze złością na pochylonego nad jedną z tablic Knuta.


Lubię oprowadzać po cmentarzach. Od tego pierwszego razu przed trzydziestu laty, kiedy zaprowadziłem Knuta i Judytę na Powązki, zdarza mi się czasem realizować takie zlecenia. Szczególnie interesujące są wycieczki emerytów. Ich ciekawi dosłownie wszystko. Niemal każdy nagrobek, każda opowieść. Nieważne czyje; groby aktorów, dziennikarzy, naukowców, postaci historycznych, ich rodziców, pisarzy, sportowców, żołnierzy i muzyków – o każdego dopytują, wdają się w dyskusje, ale i mają żal, jeśli kogoś przez zapomnienie pominę. To sprawia wrażenie, jakby szykowali się do przenosin, jakby czuli, że niedługo zajmą tutaj swoje miejsce i wcześniej chcą poznać swoich sąsiadów, ich historię ze wzlotami i upadkami, poczuć atmosferę miejsca i się z nią oswoić.

Lubię też wycieczki szkolne, które oprowadzam po cmentarzu wojskowym. Tam w końcu mam ich uwagę, bo o dziwo właśnie w nekropoliach młodzież pokornieje. Nie wypada w takim miejscu wyciągać telefonów, grzebać w nich, głośno się śmiać. Życie dużego miasta nie rozprasza, nie kradną też show wiewiórki, pawie czy inne stwory, co często zdarza się na przykład w Łazienkach. Młodzi ludzie są skazani na mnie i na to, co mam im do przekazania. I ku mojemu zaskoczeniu, pozbawieni zewnętrznych rozpraszaczy, powoli dają się wciągnąć w przygotowaną opowieść, pozwalają uruchomić wyobraźnię pobudzoną również słowem, nie tylko obrazkiem. Przez półtorej godziny są w innym świecie, by po tym czasie wrócić do autokaru i ponownie zagłębić się w świat elektronicznych gadżetów.