Zapisane na skórze

Tekst
Z serii: Richard Krauz #15
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Motto

Dedykacja

Podziękowania

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

Tytuł oryginału

KOŽENE SRDCE

Copyright © Dominik Dán, 2012

Published by arrangement with Slovart Publishing Ltd., Bratislava, Slovakia

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2015

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcie na okładce

© Peter Chadwick/Trevillion Images

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-140-6

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Miasto, wydarzenia i wszystkie osoby w tej książce są wymyślone, jakiekolwiek podobieństwo do autentycznych historii to czysty przypadek, choć komuś mogłyby się wydać znajome…

Ut valeas, multa dolenda feres. Lecz cierpieć trzeba, by odzyskać zdrowie.

O W I D I U S Z, Lekarstwa na miłość

(tłum. Aleksander Wojciech Mikołajczak)

Tę książkę poświęcam Ojcu.

Nigdy nie będzie jej kartkował i nie przeczyta z niej

ani jednej litery, ale mimo to jest cała dla Niego.

Za fachowe rady i nieocenioną pomoc dziękuję dr Ivecie Čiernej, mgr Zlatce Pijákovej, mgr Martinie Urbanovej, Zuzanie Hanzlovičovej, dr Denisowi Valencie, dr Jaromírowi Chorváthowi, dr Jurajowi Paliatce i doc. dr Dušanowi Rapošowi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1
Kwiecień 2003

NIE TYLKO POLICJANCI, niebo też płakało. Chmury dotykały ziemi, chwilami nie było widać ani trumny, ani księdza z ministrantami. Chłopcy w komżach z czarnymi pelerynkami starali się jak mogli, ale jednemu zgasło kadzidło, drugi zaś mocował się z wysokim krzyżem, szamotanym przez wiatr. Bał się, że wpadnie do grobu.

Żałobnicy stanęli półkolem, skuleni. Parasole były na nic. Te słabsze wiatr połamał już w drodze z kaplicy, a z tych solidniejszych deszcz, zacinający niemal poziomo, jakby drwił. Na przekór żywiołom stali jak wmurowani i tępo patrzyli przed siebie, na stertę świeżo wykopanej gliny.

Krauzowi pociekło za kołnierz, na karku czuł nieprzyjemny chłód. Chosé, stojący obok niego, kichnął. Ich parasol należał do tych słabszych. Plątaninę pokrzywionych drutów na rączce z tworzywa Chosé wyrzucił zaraz za kaplicą do kontenera na zwiędłe kwiaty.

Krauz też kichnął i chyba po raz dziesiąty wymamrotał: „No to pięknie ci dziękuję, ty debilu…”, a Chosé chyba dziesiąty raz cicho odpowiedział: „Nie masz za co, na drugi raz zabierz swój…”, i schylił głowę, walcząc z nowym naporem wiatru.

Ksiądz proboszcz nawet nie próbował otwierać modlitewnika, improwizował i chwiał się na wietrze jak męczennik i masochista w jednej osobie. Wolną ręką przytrzymywał biret. Coś mówił, ale nikt go nie słyszał i nawet nie było takiej potrzeby, na pogrzebie każdy kiedyś już był, a tego najważniejszego oczekiwali dopiero od mężczyzn ze sznurami.

Dyrektor policji kryminalnej i szef wydziału zabójstw kurczyli się pod czarnym zagranicznym parasolem, osłaniając się nim zręcznie od wiatru. Wiało raz z prawa, raz z lewa, a ponieważ ci dwaj umieli instynktownie wyczuć, skąd wieje, trzymali się swoich stołków już od ładnych paru lat. Teraz ta umiejętność była funta kłaków warta, bo stali przed pryzmą świeżo wykopanej gliny, a strumyczki rzadkiej mazi zalewały im półbuty. Odeszli na bok i spojrzeli zawistnie na Krauza stojącego wyżej, nad grobem. Krauz udawał, że się modli, i miał ich gdzieś.

Gruby Váňa i karateka Kuky rozwiązali problem po swojemu, trzymając nad głowami worek foliowy. Czasem pomagało, czasem wiatr chlustał na nich strumieniami deszczówki.

Stary Burger nie przyszedł. Nie wypuścili go ze szpitala. Krauz wybierał się do ordynatora, aby wreszcie uciąć plotki na temat stanu zdrowia kolegi. Najpierw to było zapalenie płuc, potem obrzęk płuc, potem jakiś cień na zdjęciu rentgenowskim, potem… Po prostu irytowały go zakulisowe rozmowy, a najbardziej drażniły szepty niektórych kolegów, domorosłych medyków, postanowił więc zasięgnąć informacji bezpośrednio u źródła i wyjaśnić, jaki jest stan zdrowia Burgera, u samego ordynatora. Wybierał się do niego już od tygodnia, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Na przykład teraz. Kto mógł przypuszczać, że żona Hanzla nie pogodzi się z nowym sercem?

Oto Hanzel stał tuż nad grobem, a Petra Pergnerová usiłowała trzymać parasol tak, żeby go przynajmniej trochę osłaniać, ale on równocześnie płakał, pochylał się, wyciągał ręce do trumny, to znów w stronę grobu i był już cały mokry. Pewnie nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

Zamiast Petry powinien tam stać jedyny syn Hanzla, ale nie zdołali go odszukać. Przed pięcioma laty wyjechał pracować do Irlandii, potem, mniej więcej po dwóch latach, odezwał się z Melbourne — jakkolwiek na to spojrzeć — parę ładnych kroków od Irlandii, ale od tego czasu słuch o nim zaginął. Do ojca napisał tylko jeden list, w którym w ogóle nie wyjaśnił, skąd się wziął na drugim końcu świata i co tam właściwie robi. Napisał jedynie, że wszystko jest OK, money ma jak lodu, już płynnie spikuje i później się odezwie. Nie odezwał się. Przepadł. Chłopaki szukali go przez ambasadę, przez Interpol i przez prywatne kontakty w Sydney, ale wynik był zerowy.

 

Detektyw Oto Hanzel stał nad grobem swojej żony sam i nawet tłum kolegów oraz towarzyszących mu funkcjonariuszy policji nie mógł złagodzić poczucia opuszczenia. To, że syn nie przyjechał na pogrzeb matki, i oczywiście to, że żona umarła, załamało go całkowicie. Petra i Filip, którzy w porozumieniu ze starszymi kolegami troszczyli się o niego, mieli co robić, żeby nie zasłabł.

Żona Hanzla w zeszłym roku przechodziła grypę, a gdy kierowniczka wreszcie zwolniła ją do domu, było już za późno. Jedna połowa jej serca się rozchorowała, a druga nie mogła wszystkiego udźwignąć. Oto wiecznie w robocie, syn wyjechał w świat, nie ma o nim żadnych wieści, praca, dom… po prostu wszystko się w tej zdrowej połowie nie zmieściło. Trochę nadziei przyniosła transplantacja, ale choć operacja się udała, a zespół chirurgów promieniał z dumy, spotkali się dziś na cmentarzu, aby pochować siedemdziesiąt kilogramów żony Hanzla i trzydzieści pięć dekagramów ofiarnego dawcy, jeżdżącego na hondzie siedemset pięćdziesiąt po Pezinskiej Babie według dewizy: „dwieście w mieście, a trzysta, gdy szosa czysta”.

Ksiądz proboszcz przeżegnał trumnę, potem grób i cofnął się przed nową falą błota. Czterej mężczyźni w czarnych uniformach wsunęli liny pod trumnę i wyciągnęli spod niej drewniane mary, na których spoczywała.

Zawiał wiatr i kilka ostatnich kropel spadło na żałobników. Ktoś w górze zapalił światło, chmury się rozstąpiły. Wiatr ustał, a czarne figurki na cmentarzu przestały się pochylać i kurczyć. Spojrzały w górę ze zdziwieniem.

Nastała grobowa cisza i uwaga Kukiego, że do dupy z taką kwietniową pogodą, zabrzmiała raczej niestosownie, bo siłę głosu dopasował do poprzedniego wiatru.

— Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie. — To było wszystko, za co zapłacili proboszczowi.

Potem już poszło raz dwa.

Z łopatki, którą grabarz podawał z rąk do rąk, kapała brązowa kasza, a wielu poprzestało na rzuceniu kwiatów. Tłum się rozchodził. Grabarze czekali, czy Hanzel też pójdzie, a ponieważ się na to nie zanosiło, zaczęli energicznie zasypywać rozmoknięty dół i było po nich widać, że na tym oślizłym błocie chętnie by też poklęli, ale nie odważyli się przy Hanzlu. Najpierw więc taktownie czekali, bo dobrze wiedzieli, że w całym pogrzebie najbardziej deprymujące są odgłosy ziemi padającej na wieko trumny, a najbliżsi zaczynają wariować właśnie wtedy.

Hanzel nie wariował. Stał przemoczony jak ostatni nędzarz na rogu ulicy i przy każdym uderzeniu gliny o wieko trumny drgały mu powieki. Detektyw wydziału zabójstw, pierwszorzędny strzelec i spec od pirotechniki stał jak nędzarz… Był gotów nawet klęknąć i złożyć ręce w błagalnej prośbie, gdyby tylko mógł wyprosić jeszcze kilka dni dla swojej ukochanej żony, ale gdyby nawet klękał, gdyby tarzał się w błocie, niczego by nie wskórał. Było za późno. Oni już o tym wiedzieli, on jeszcze miał nadzieję.

Petra złożyła parasol, spojrzała pytająco na Krauza, ten pomógł jej niepewnym wzruszeniem ramion, więc pochyliła się do Oty i coś mu szeptała na ucho. Pokręcił głową i stał dalej.

Tym stojącym poniżej trudno było rzucić kwiaty na grób, bo się ślizgali, a tym w górze też było trudno rzucić kwiaty na grób… bo się ślizgali. Łagodna pochyłość cmentarza w taką pogodę zmieniła się w zjeżdżalnię.

Gruby Váňa i Kuky przestali się sprzeczać o worek, złożyli go, okrążyli grób i dołączyli do swoich. Chosé ich pochwalił.

— Z czyjej dupy wyciągnęliście tę folię? My tu mokniemy jak głupi…

— Jesteś głupi w każdą pogodę.

— Mądry… gruby…

— Przestańcie! Przynajmniej teraz… — fuknął Krauz.

Obserwował kolegów i funkcjonariuszy. Wszyscy się otrzepywali z wody i spiesznie szli do wyjścia.

— Co z nim? — spytał Kuky, wskazując brodą Otę.

— Chciałem ciebie o to spytać — odparł Krauz.

— Ten w tym granatowym to jego brat. — Chosé wskazał brodą.

Mężczyzna w granatowym, idący pod rękę z grubą panią, nawet nie podał dłoni Hanzlowi i dreptał, wciąż jeszcze trzymając nad głową ogromny czarny parasol.

— Nie rozmawiają już przynajmniej od dziesięciu lat, nie dogadali się po sprzedaży domu rodziców. — Krauz kichnął, wytarł nos w kciuk i palec wskazujący, a potem strzepnął smark w trawę.

— Więc co z nim? — nie ustępował Kuky.

— Zostaniemy i weźmiemy go do nas… albo gdzie zechce… — wyjąkał Krauz.

Naprawdę nie wiedział, dokąd się chodzi z ludźmi, którzy właśnie pochowali najdroższą osobę na świecie i zostali zupełnie sami.

Że była najdroższa na świecie, wiedział również Krauz i wszyscy inni. Mało który z policjantów miał taką dobrą żonę jak Hanzel. Wytrzymali ze sobą ponad dwadzieścia pięć lat, a cokolwiek się działo w wydziale zabójstw, pani Hanzelová zawsze stała przy mężu, niczego mu nie wypominała, a on ją kochał jak w starym filmie. Co piątek kupował jej kwiaty na targu, a cały weekend całowali się jak smarkacze.

Petra się cofnęła, strzepnęła parasol, złożyła go i zostawiła Otę samego na skraju grobu. Panowie w czerni dołożyli starań i dół szybko się wypełniał.

Chosé splunął, wysmarkał się dyskretnie w chusteczkę, cicho powtórzył pogląd Kukiego na kwietniową pogodę i wyjął paczkę papierosów. Sprawdził filtry, wyrzucił dwa przemoczone i poczęstował wszystkich dokoła.

Wzięli, zapalili i czekali w milczeniu.

Cmentarny stok pustoszał. Tylko czterej grabarze z pochylonymi plecami tyrali zawzięcie.

Krauz odrzucił papierosa i podszedł do Oty.

— Chodźmy, stary… Jej już jest dobrze, a… my musimy iść…

— Idźcie, ja nie idę!

— Oto, przyszliśmy razem, razem pójdziemy i… pobędziemy razem. Tak uzgodniliśmy na początku i tak będzie.

— Idźcie, ja nie idę!

— Zostaniemy z tobą.

— Nie! Idźcie!

Krauz wrócił do kolegów.

— Co powiedział? — spytał Kuky.

— Żebyśmy szli, ale ja go tu nie zostawię.

— Zostańmy — jęknął Váňa i z kieszeni prochowca wydobył foliową torebkę z dwiema kanapkami oraz z czymś, co wyglądało na pół kilograma salcesonu.

— Váňa, dla jednego takiego jak ty to za mało, a dla reszty dość, więc dawaj to, nawet nie musimy się dzielić — zaproponował Chosé, ale Váňa pokazał mu rękojeść rewolweru w futerale za pazuchą i groźnie podniósł palec.

— Mógłbyś mieć serce przynajmniej w takiej poważnej chwili, ty psie — dokuczał mu Chosé.

— Miejcie serca w dupie. Dobrze, że was nie słyszy Oto, barany! — ofuknął ich znowu Krauz.

Ucichli. Łakomie patrzyli, jak Váňa się napycha. Kuky zrobił błagalną minę, a Váňa podał mu jedną bułkę. Kuky bez wahania rozłamał ją i przekazał połowę Chosému. Chosé nie zwlekając, rozłamał połówkę i ćwiartkę podał Krauzowi. Váňa westchnął głęboko, z drugiej kieszeni wyjął kilka kromek suchego chleba i podał także Petrze i Filipowi. Potem wszystkim rozdał plasterki salcesonu.

Od rana mieli bieganinę z powodu pogrzebu i nikt nie zdążył zjeść obiadu, więc teraz, po trzeciej, byli już naprawdę głodni.

— We mnie nawet nie musicie wszczepiać żadnego motocyklisty, ja sam zdechnę… z głodu… przy was — mamrotał cicho Váňa i starał się połknąć tę resztkę, która mu pozostała, nim go zwalą na ziemię i ogołocą do reszty. Postanowił na razie nie wyciągać dwóch wafelków i pomarańczy.

Hanzel zaczął się trząść. Pewnie także z zimna.

Váňa potarł dłonie, aby się pozbyć okruchów, zdjął prochowiec i ostrożnie, jakby chwytał motyle w siatkę, podkradł się do Oty. Narzucił mu delikatnie trencz na ramiona.

Trząsł się, ale nie z zimna. Oto szlochał. Strasznie.

Potem wzięli go między siebie i siłą odciągnęli od rosnącego pagórka.

Już się nie bronił.

— No to jedźmy do Jumby — z rezygnacją zaproponował Chosé.

Auto prowadził Krauz.

— A potem? — spytał Krauz i przyhamował, bo jakiś debil przed nim nie pofatygował się, by włączyć kierunkowskaz, tylko ot tak, zwolnił i gwałtownie skręcił.

Z tyłu siedziała Petra Pergnerová, najładniejsza policjantka w Naszym Mieście, i Filip Kiss. Nie taki znów piękny.

— Musi istnieć jakaś pomoc dla samotnych… — zaczęła Petra z wahaniem.

Próbowali rozwiązać problem, co zrobić z Hanzlem po pogrzebie. Schlać go u Jumby, w knajpie zarezerwowanej dla policjantów i prowadzonej przez największego człowieka na świecie, nie byłoby trudne, ale rzeczywiście… co potem?

— Chyba powinna być jakaś pomoc dla owdowiałych — zgodził się Filip z tylnego siedzenia. Zawsze zgadzał się z Petrą.

W samochodzie za nimi siedział nieszczęsny Hanzel, Kuky, gruby Váňa i przemądrzały Billi Gates. Naprawdę nazywał się Václav Voska, ale nikt nie mówił na niego inaczej jak Billi. Nie ze względu na kasę, tylko komputery. Potrafił z nimi uczynić wszystko, a gdyby mu dali lutownicę, trochę cyny i pół godzinki, nauczyłby też komputer parzyć kawę i obierać ziemniaki.

Drugi wóz prowadził Kuky, wlókł się za Krauzem.

— Mówiłem wam, że zawiniemy do Jumby. — Kuky wzruszył ramionami, gdy zobaczył, dokąd Krauz się kieruje. Za wozem Kukiego jechał jeszcze jeden wóz służbowy z młodszymi kolegami. Razem było ich jak mrówków.

Kiedy weszli, mężczyźni przy stołach wstali, jeden za drugim podchodzili do Hanzla i ściskali jego rękę. Nim dotarł do saloniku z tyłu sali, reszta ludzi z wydziału zabójstw już siedziała. Lecz i tak nie wszystko do niego docierało. Przysiadł się po prostu, miał twarz zupełnie bez wyrazu.

Jumbo objął Hanzla. W ogóle nie poczuł. Przynajmniej nie dał tego po sobie poznać. Czułości Jumby, podobne czułościom niedźwiedzia grizli, zawsze się czuło. Także delikatne poklepanie po plecach. Nawet gdy po zawale schudł do stu siedemdziesięciu kilogramów, i tak była to góra mięsa.

— Czy mam opróżnić lokal? — spytał Jumbo z żałobnym wyrazem twarzy.

Chosé pokręcił głową.

— Nie wygłupiaj się, tylu nas nie będzie.

— Nie o to chodzi, tylko żebyście mieli spokój.

— Dzięki, nie trzeba, wytrzymamy — powiedział Krauz.

— Co przynieść, chłopaki?

— Dwie… trzy… cztery… wódki i piwo. Podnieście ręce, kto chce piwo… jeden… trzy… pięć… — Filip starał się podliczyć zamówienie.

Zza bufetu wyszła Alenka w spódniczce mini. Stanęła nad nimi, ująwszy się pod boki, i pokiwała głową.

— Nie licz, młody! Przyniosę wam po prostu butelkę wódki, butelkę koniaku, dwie butelki czerwonego wina, tacę piw, a podliczymy to jutro… Przepraszam, Oto, jesteś tu. — Objęła go. — Bardzo, bardzo mi przykro… — I łzy jej popłynęły.

Oto Hanzel pokiwał głową i kurczowo zacisnął powieki.

Chwilę tulili się z Alenką i kiwali z boku na bok. Znowu usiadł, odruchowo sięgnął do kieszeni i wyjął legitymację służbową. Wyłowił tauzena i położył na stole. Krauz wziął, wygrzebał z jego kieszeni legitymację i wetknął banknot z powrotem.

— Daj spokój, stary. — Poklepał Otę po ramieniu. — Alenkaaa… — zawołał w stronę bufetu. — Macie tu słoneczka?

— Elektryczne?

— No!

— Poślę kogoś do magazynu.

Krauz zdjął z Hanzla marynarkę i rozwiesił ją na oparciu krzesła. Tak samo uczynili pozostali.

Chłopiec przyniósł z magazynu dwa słoneczka i przedłużacze. Jedno skierował na mokre marynarki, drugie na mokrych policjantów.

Gruby Váňa kichnął.

— Najwyższy czas — stwierdził i wytarł nos w serwetkę.

Podeszła Alenka, rozstawiła butelki i kieliszki. Krytycznym spojrzeniem oceniła zapasy na stole i skomentowała je oschle.

— Pan Bóg z wami… towarzysze — powiedziała i odeszła w stronę bufetu.

Nawet nie wypięła pupy do Choségo jak zwykle. Była na niego zła, a Chosé był smutny. Kiedy indziej by ją poklepał, ale dzisiaj był naprawdę smutny.

Dołowała go śmierć żony przyjaciela.

Młodsi koledzy ponalewali, a gdy każdy miał już kieliszek przed sobą, ucichli. Wszyscy spojrzeli na Krauza, ten zrobił minę: dlaczego ja?! Ale wreszcie powoli wstał i skoro brakowało najstarszego z nich, Edy Burgera, zabrał głos.

— Koledzy…

— I ja…

— I koleżanki, przepraszam, Petro, ja nawet nie wiem jak… a właściwie… ehm… eee… my sami najlepiej wiemy, że śmierć jest częścią naszego życia, przywykliśmy do niej, bo taką mamy pracę, ale… gdy… gdy znajdzie się wśród nas i podejdzie tak blisko jak teraz, jesteśmy obolali i poobijani jak wszyscy zwykli śmiertelnicy. Ciężko się o tym mówi, humor tu nie na miejscu, płacz nie pomoże… Pozostaje nam tylko wspominanie. Oto, wszyscy wiemy, jakim byliście małżeństwem, i domyślamy się, jak to musi boleć. Nie będę ci składał wyrazów głębokiego współczucia, dość już ich było dzisiaj, ale chcę cię zapewnić, że wszyscy jesteśmy gotowi do pomocy w każdej chwili. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak frazes, bo tak czujemy. Kiedy tylko będziesz nas potrzebował, tak jak my ciebie potrzebujemy, nie zapominaj o nas i nie krępuj się dzwonić. Damo i panowie… za jej wieczną pamięć.

 

Krauz podniósł rękę. Oto powoli wstał i drżącą dłonią starał się utrzymać pełny kieliszek. Wszyscy wstali, kieliszki zawisły nad stołem.

A potem stało się coś niezwykłego. Inni policjanci u Jumby zobaczyli, jak zareagowali ci od zabójstw przy stole w kącie, wstali wszyscy, wrzawa ucichła. Alenka za bufetem odwróciła się i wyłączyła radio. W lokalu zrobiło się zupełnie cicho. Oto powiedział: „Niech tam na mnie czeka, serduszko moje… Za nią…” — i jednym haustem opróżnił kieliszek.

Wypili wszyscy i cicho usiedli. Kiedyś była taka atmosfera wśród policjantów.

Jumbo odwrócił się do mężczyzn na sali, wytarł oczy i zawołał drżącym głosem:

— Tego, coście wypili za pamięć o niej, nie płacicie! Jedna kolejka dla całego lokalu na moje konto…

Potem już nie wytrzymał i po twarzy potoczyły się półlitrowe łzy. Oto nie zdążył umknąć i wylądował w jego objęciach. I on się rozpłakał. To musiało boleć.