Noc ciemnych kłamstw

Tekst
Z serii: Richard Krauz #9
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

Epilog

Tytuł oryginału

NOC TEMNÝCH KLAMSTIEV

Copyright © Dominik Dán, 2009

Published by arrangement with Slovart Publishing Ltd., Bratislava, Slovakia

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2014

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt graficzny okładki i zdjęcie na okładce

Andrzej Komendziński

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7278-996-9

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Miasto, wydarzenia i wszystkie osoby w tej książce są wymyślone, jakiekolwiek podobieństwo do autentycznych historii to czysty przypadek, choć komuś mogłyby się wydać znajome…

Cui vis est, ius non metuit.

„Kto ma władzę, nie boi się prawa”.

STARE PRZYSŁOWIE RZYMSKIE

Dedykuję Jozefowi Ochránkowi i jego Kamilkom.

Za fachowe rady i nieocenioną pomoc dziękuję dr Ivecie Čiernej, mgr Martinie Móricovej, Zuzanie Hanzlovičovej, dr Denisowi Valencie i doc. dr Dušanowi Rapošowi.

1

Marzec 2009

Piątek, godz. 12.38

KOBIETA WISIAŁA, TRZYMAJĄC SIĘ kurczowo piorunochronu, i bezładnie machała nogami. Od czasu do czasu próbowała oprzeć czubek buta o płytę, ale nie znajdowała punktu oparcia. Jedynie ocierała lakier o szorstki mur. Wisiała tak niewiarygodnie i tak bezsilnie, że przechodnie stawali w niemym osłupieniu i z zadartymi głowami obserwowali to niezwykłe widowisko.

To nie było widowisko. Kobieta walczyła o życie.

Górna szczelina między płytami była za wysoko, by mogła włożyć tam rękę, a dolna zbyt nisko, by oprzeć nogę. Spróbowała jeszcze raz, ale spiczaste czółenko na wysokim obcasie zsunęło się i spadło w dół, na trawę.

Spadało długo. Z trzeciego piętra trwało to nieskończenie długo.

Ręce jej się ześliznęły, zjechała pół metra. Wreszcie znalazła się na poziomie parapetu, ale nogę musiała wysunąć tak daleko, że cały ciężar ciała spoczywał na rękach. Piorunochron był cienki, zimny i śliski. Nie mógł jej długo utrzymać.

Znów rozstawiła nogi.

Kilku facetów przystanęło. Zafrapowani gapili się w górę. Była w spódniczce mini, a gdy rozchylała nogi, widać było czerwone majtki.

Bosa stopa zsunęła się z parapetu, kobieta się przekręciła i wywinęła niczym na drążku w cyrku. Gdy wracała, boleśnie uderzyła o mur.

Próbowała opuszczać się w dół na rękach i utrzymywać równowagę szeroko rozłożonymi nogami. Jedna ręka jej się obsunęła, z ramienia spadła torebka. Padła w mokrą trawę tuż obok bucika. Nikt z gapiów nawet się nie poruszył. Nikt niczego nie podnosił. Spadające przedmioty nie były ciekawe. Czekali, kiedy ona spadnie.

Spojrzała w dół, potem przez chwilę próbowała spojrzeć w górę, jakby właśnie stamtąd oczekiwała pomocy. Pomoc nie nadchodziła, a sił ubywało. Chciała jeszcze raz popatrzeć w dół, ale już nie była w stanie. Wcisnęła głowę w ramiona, ręce zwolniły chwyt.

Zaczęła spadać z odchyloną głową i szeroko rozrzuconymi rękami i nogami.

Jakaś kobieta na chodniku krzyknęła.

I jakiś mężczyzna w kombinezonie.

Kobieta upadła na plecy z rękami i nogami rozpostartymi jak latająca wiewiórka po nieudanym skoku. Nie miała błon między kończynami, spadała znacznie szybciej niż polatucha. Wylądowała w błocie, a woda z nasiąkniętego trawnika chlupnęła na chodnik. Matce z wózkiem obryzgała kołderkę, a mężczyznę w kombinezonie ochlapała od stóp do głów.

Widzowie na chodniku czekali na ten moment, a gdy nadszedł, zdrętwieli.

Rzeczywiście spadła.

Pierwszy ocknął się szczupły chłopak ze słuchawkami na szyi. Chciał powiedzieć: niech ktoś wezwie karetkę, ale powiedział tylko: niech…

Kobieta na trawniku położyła ręce na brzuchu, wahała się przez moment, a potem wsparła na łokciach. Usiadła, rozejrzała się i wstała.

Wcale nie z trudem. Raczej ostrożnie. Kilka razy łapała równowagę jak na rauszu, włożyła czółenko, które ją wyprzedziło, torebkę znów przerzuciła przez ramię, poprawiła nienaturalną blond perukę, która zsunęła się jej na ramiona, przeszła na przełaj przez rozmoknięty trawnik i zniknęła za rogiem.

Tylko stojący najbliżej zauważyli, że z jej nosa płynie krew, oczy ma podpuchnięte i podbite, górną wargę rozciętą, a obydwa nadgarstki omotane poszarpaną taśmą klejącą.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

 

This ebook was bought on LitRes

2

14.31

— SZANOWNA PANI, SZANOWNI PANOWIE, mam to głęboko…!

Gruby Váňa zatrzasnął sztywne okładki, wstał z trudem i zamknął akta w metalowej szafie. Rozwalił się w krześle i otworzył puszkę z dorszem. Żaden z detektywów wydziału zabójstw nie słuchał go, więc kontynuował:

— Kończę dzień pracy, a ponieważ mamy piątek, godzina wpół do trzeciej, kończę również tydzień pracy. Zjem jakieś małe co nieco, godzinę podrzemię za stołem i zasuwam na zasłużony weekendowy odpoczynek! Nie wiem jak wy, ale ja mam jutro w planie miły Panu Bogu szlachetny uczynek, konkretnie wizytę u szwagra, i zrujnuję mu spiżarnię i piwnicę. Mianowicie ma imieniny i… dwa gąsiory świetnego czerwonego wina. O pieczonej kaczce chyba nawet nie muszę wspominać, zakładam, że po tylu latach już mnie znacie i wiecie, że z podobnym problemem potrafię się uporać i nie zawiodę zaufania, którym mnie obdarzyliście tym waszym odrażającym milczeniem.

Nie wzruszyła ich nawet uwaga o wyśmienitym winie i pieczonej kaczce.

Wszyscy mieli rozmarzone oczy. Cieszyli się na weekend. Każdy po swojemu.

Drobny Kuky karmił papużkę, sypał do karmnika zapas prosa na dwa dni. Klatkę postawił na stole, nie było go spoza niej widać. Nie dlatego, że była tak wielka, to raczej on był mniejszy, ale im był mniejszy, tym miał większe serce. A im miał większe serce, tym głębiej miał w nosie ględzącego Vánię. Rozzłościł go, a chociaż byli najlepszymi kumplami pod słońcem, nie odzywali się do siebie. Po prostu Váňa go rozzłościł, bo nie chciał mu przytrzymać skrzydła.

Kuky już od paru lat miał manię hodowania i pielęgnowania. Czegokolwiek i w jakiejkolwiek ilości, hodować czy pielęgnować, ale w biurze. Zaczęło się od kaktusa. Kuky zbyt obficie go podlewał i mimo dobrych rad Krauza musiał go wreszcie wyrzucić. Potem przyszła kolej na orchidee. Te co prawda dobrze znosiły wodę, ale kiedy im się przelewała przez krawędzie wysokich ozdobnych doniczek, i one zgniły. Krauz mu poradził ryż, ale Kuky nie mógł zdobyć sadzonek. Potem była róża chińska. Ze strachu przed wielką konwią zrzuciła wszystkie liście, ale Kuky cierpliwie tłumaczył kolegom szczerzącym zęby, że to jedynie dlatego, że nadeszła jesień, więc dalej twardo podlewał to biedactwo przez całą zimę. Kiedy jednak patyki nie zazieleniły się nawet wiosną, uznał swoją porażkę i suche badyle też umieścił w koszu, oświadczając, że kończy zabawę w Miczurina. Wszyscy odetchnęli, ale źle ocenili samozaparcie Kukiego. Nadeszła kolej na chomika. Jego wprawdzie nie podlewał, ale zmuszał do jedzenia miętowych pastylek, żeby jego kupy nie śmierdziały. Chomik zdechł, ale za to mu pięknie wionęło z pyszczka.

Potem w słoiku po ogórkach przyniósł białą myszkę. Pierwszy zobaczył ją Chosé — przyznał się bez bicia, że wczoraj był co prawda schlany, ale takiego delirium tremens chyba jeszcze nie osiągnął! Gdy go zapewnili, że mysz jest prawdziwa i nie ma nic wspólnego z jego ostatnią wizytą u Jumby, wszystko odwołał i miał wyraz twarzy z cyklu: ja tu tylko sprzątam. Po paru dniach myszka wybrała wolność. Wszyscy robili dziwne miny, kiedy sekretarka z sąsiedniej kancelarii skarżyła się szefowi, że ktoś jej nocą pogryzł twarde okładki na tajne akta. Pogryźć twarde okładki na tajne akta to nie było byle co, ale gdy wykluczyli sprawstwo obcego wywiadu, a po paru telefonach również sprawstwo własnych tajnych służb, olali to i nie próbowali nawet ustalać sprawcy. Kukiego i jego wychowanka na gigancie nikt nie podejrzewał ani przez moment. Potem przywlókł węża, podobno tresowanego, łagodnego zaskrońca. Wyrzucili go zaraz, ledwo tylko stanął w drzwiach, nie musiał nawet załatwiać terrarium. Teraz miał papużkę. Biedactwo.

Kuky gdzieś wyczytał, że papużkę można wytresować, może biegać swobodnie po kancelarii, ale trzeba jej podciąć skrzydła. Namówił Vánię, żeby mu ją przytrzymał. Pierwsze cięcie nożyczkami biurowymi chciał poprowadzić centymetr od tułowia nieszczęsnego ptaka, ale Váni to się nie podobało i zaproponował skrócenie skrzydła dokładnie w połowie. Na szczęście wszedł Krauz, miłośnik przyrody i obrońca dręczonych zwierząt, i nawymyślał im, ile wlezie. Jeden kolega z sąsiedniego biura poradził, żeby papużce obcięli także nóżki, wtedy się obejdzie bez grzędy, ale Krauz tego już nie zdzierżył, wsadził papużkę z powrotem do klatki z ostrzeżeniem, że dotykanie jej grozi śmiercią. W wydziale zabójstw jest to słaba groźba, na Kukim zupełnie nie zrobiła wrażenia. Uparty Kuky zaproponował Váni, że ją ostrzygą, gdy Krauz pójdzie na urlop, ale Váňa odmówił, żeby nie narazić się na konflikt z Krauzem. Za to był w stanie wojny z Kukym, już od dwóch dni nie rozmawiali. Ale papużka żyła. Na razie.

Stary Burger palił i przeglądał gazetę, którą od rana przeczytał co najmniej trzy razy, ale przeglądał, bo do fajrantu została jeszcze godzina. Walczył z nudą, miał gdzieś rozgadanego Vánię.

Oto Hanzel czyścił rewolwer, choć nie przypuszczał, aby miał go użyć podczas weekendu. Czyścił go, bo robił to w każdy piątek tuż przed końcem pracy. Czyścił i miał gdzieś rozgadanego Vánię.

Richard Krauz i Jozef Fischer zwany Chosé zasłaniali dłońmi kratkowany papier i czasem na siebie warknęli a siedem albo f trzy i ogromnie się cieszyli, gdy udało się trafić krążownik albo łódź podwodną rywala. Grali w okręty i mieli gdzieś rozgadanego Vánię.

Petra Pergnerová malowała się, chyba na randkę, może kolację i randkę albo kolację, randkę i… no, szykowała się i już, w skupieniu poprawiała sobie urodę. Ona też miała gdzieś rozgadanego Vánię.

W innych biurach wydziału zabójstw wyglądało tak samo. We wszystkich policyjnych biurach świata w piątek na godzinę przed fajrantem wygląda tak samo.

— A więc postanowiliście, że mnie będziecie ole… ignorować, czy tak? — nie dał się Váňa.

— Nie, po prostu nie zwracamy na ciebie uwagi — wymamrotał Kuky i dalej sypał proso.

— Edo, przynajmniej ty mi powiedz, jak się skończyło z tym twoim podaniem? — zawracał głowę Váňa, nie zwracając uwagi na przytyki niewysokiego kolegi.

Stary Burger powoli złożył gazetę, przesunął okulary na czubek nosa i sponad nich spojrzał wilkiem na natręta.

— Váňa, czy ty się uparłeś, żeby mnie w ten sposób wnerwiać w piątek na godzinę przed fajrantem, czy też naprawdę cię to obchodzi?

— Naprawdę, przecież jesteśmy kumplami, nie?

Inni też skupili uwagę.

Eduard Burger jako najstarszy w wydziale zabójstw dawno już osiągnął wiek emerytalny, ale poprosił dyrektora o przedłużenie służby, bo przepisy na to zezwalały. Przepisy także dawały dyrektorowi możliwość podpisania takiej prośby albo nie, zależało to wyłącznie od jego decyzji.

— No… podpisał, ale tylko do końca roku, więc w tym roku kończę, tak czy owak… kurwa… — wymamrotał Burger.

— Nie przejmuj się, i tak każdego ranka będziesz tu przychodził, tylko tak, żeby nas skontrolować, jak cię znam — pocieszał go Krauz. I aby podtrzymać rozmowę, zawołał: — Be pięć!

— Trafiony — przyznał smutno Chosé. On też, nie chcąc przerywać konwersacji, dodał: — I nam będzie miło cię widzieć, nie martw się, Edo! A zresztą… do końca roku daleko, Bóg wie, co tam na górze jeszcze wymyślą i co się wydarzy.

Burgera to drażniło. Innych też. Stary Burger należał do wydziału zabójstw jak… jak… no po prostu był tu od niepamiętnych czasów i jakiekolwiek wyobrażenie, że ten stan mógłby się zmienić, było dla jego kolegów nie do przyjęcia. Oczywiście dla niego też.

Już od trzech lat spełniał wszelkie warunki do odejścia na emeryturę, nawet się szykował, a potem przyszły kłopoty zdrowotne i wylądował w szpitalu. Jak co roku w ciągu ostatnich pięciu czy sześciu lat. Płuca albo coś innego. Zawodziły go regularnie raz do roku, ale w roku, gdy policjant wybiera się na zasłużony odpoczynek, nie może chorować, bo mu to obniża podstawę do emerytury, więc jego odejście stale się oddalało. Po prostu co roku chorował. Teraz był w służbie nieprzerwanie od sylwestra i podanie mu przyjęli. Ale tylko do końca roku, więcej ani dnia. Choroby, nie choroby, tylko do końca roku. Płuca na razie funkcjonowały.

Burger nie był nawet w stanie sobie wyobrazić, że miałby rano nie wstawać do pracy i nie gnieść się w przepełnionym autobusie. Nikt nie umiał sobie wyobrazić, że go zabraknie. Ale czas biegł, a Burger się starzał.

Nie tylko on, ale on najbardziej. Papierosy go wysuszyły, schudł, zmarniał, skóra na twarzy się pomarszczyła, a resztka włosów zbielała. Robota go zniszczyła. Stres, nocne dyżury, nieregularne odżywianie, alkohol, papierosy… zwykła policyjna robota. Miał już swoje lata, ale starał się jakoś trzymać. Jednak i tak już wyglądał jak siedemdziesięciolatek, choć w oczy nikt by mu tego nie powiedział.

— To debile, ci nasi przełożeni, ignoranci, nic innego! Ja bym cię zostawił na służbie jeszcze z dziesięć lat! Przecież wyglądasz wciąż całkiem niczego sobie, siedemdziesiątki nikt by ci nie dał…

— Váňa, ty jesteś chuj!

Wszystko jedno, który to powiedział, wszyscy tak myśleli. Burger miał potężnego psychicznego doła, nie należało mu jeszcze dokopywać. Na szczęście ich poczucie humoru dopuszczało również takie okrutne dowcipkowanie. Dopóki nie lała się krew, nie było sprawy. Edo tylko wzruszył wychudłymi ramionami i z niesmakiem przerzucał wymiętoszoną gazetę.

Otwarły się drzwi. Ukazała się w nich głowa Billego Gatesa. Nie amerykańskiego, lecz policyjnego Billego. Był to jedyny z ich paki, który potrafił wyczyniać cuda z komputerami, i nawet Pentagon nie mógł czuć się bezpiecznie przy jego hakerskich talentach. Wyszczerzył zęby i warknął:

— Słyszeliście już o tej latającej kobiecie?

Nikt mu nie odpowiedział, więc ciągnął:

— Podobno jakaś baba koło obiadu wlazła po piorunochronie na trzecie piętro na ulicy Bílekovej i stamtąd skoczyła. Spadła na plecy, otrzepała się i pomaszerowała do najbliższego baru. Albo po nową działkę. Co ten koks może! Taką gadaninę o lataniu po podwójnej dawce do dzisiaj uważałem za chrzanienie!

— A nam co do tego? — spytał Váňa.

— Nic, ja tylko pytam, czyście o tym słyszeli. Dzwonił operacyjny, że podobno była wymłócona jak żyto i krwawiła. I coś miała omotane wokół nadgarstków…

— Była żywa czy nie?

— Kiedy?

— Kiedy odchodziła.

— Skąd mam wiedzieć? Tego nie było w meldunku. Pewnie żywa.

— To zamknij drzwi z tamtej strony! Pewnie znowu kręcili reklamę Red Bulla. Jak ją spotkasz, to jej powiedz, że wydział zabójstw się nią zainteresuje, dopiero gdy będzie zimna. I do tego jeszcze będzie krwawić. Z żywymi nie chcemy mieć nic wspólnego! No nie? — Váňa zwrócił się do obecnych.

Cała kancelaria zbiorowo przytaknęła.

— Żywe nas nie obchodzą…

— W piątek nawet półżywe — mruknął Kuky, aby udobruchać kumpla.

— Tylko zmarłe, a i to musiałby przyklepać Lengyel. Symulantek nie bierzemy — potwierdził Hanzel.

— Ja nic, ja tylko tak, żebyście wiedzieli… — I Billi skwapliwie zamknął drzwi, żeby mu któraś nie uciekła.

— Co to było w nocy, Váňa? — spytał szybko Krauz, aby zagadać nietakt z Burgerem, ale nie zapomniał strzelić. — Ce dwa!

— Pudło — powiedział Chosé.

— Pudło — powiedział Váňa.

— Przepraszam, Chosé, właściwie to twoja kolej. Więc po co cię wyciągali z łóżka, Váňa?

Váňa spojrzał na zegarek, ziewnął i stwierdził, że do fajrantu zostało jeszcze dość czasu, żeby wyjaśnić Krauzowi powód nocnej wycieczki.

— Nic, tylko jakiś debil rzucił granat pod auto…

Krauz natężył słuch, podrapał się ołówkiem za uchem, ale wolną ręką nieustannie zasłaniał pole walki, bo Chosé szykował się do ataku.

— Granat?!

— Dokładnie! A czemu cię to rajcuje dopiero teraz, na fajrant, Riško?

— Bo znów cały dzień wysiadywałeś w bufecie, a człowiek pracy nie ma nawet kiedy spytać, ty…

— Trujesz…

— Nie truję, cały dzień…

— Trzy razy byłem w kiblu, więc nie zarzucajcie mi, że przesiedziałem cały…

— Więc wybacz — przepraszał Krauz z pewną emfazą — nie cały dzień. Miałeś poważne przerwy! Skończysz nam z tym granatem czy to jest tajne?!

— Tajne, ale skończę. Jakiś debil cisnął…

— Kiedy?

— O drugiej w nocy. Szanowni, dawno już nie posmakowałem takiej przejażdżki! O dziesiątej operacyjny pognał mnie do Vrakuni, znaleźli tam nieżywego mężczyznę, ale odwołałem alarm, jak tylko go obejrzałem. Bezdomny w kanale. Biegły sądowy nie stwierdził śladów przemocy, więc przekazaliśmy to na powiat, niech się bawią. Gdy tylko się położyłem, zawracali mi tyłek tym wybuchem. Jak mówię, około drugiej ktoś rzucił granat pod małe kombi i je skasował.

 

— Jaki granat, wiesz? Był tam pirotechnik?

— Był, podobno to dziwne, bo użył amerykańskiego te trzydzieści dwa albo em trzydzieści trzy. Stwierdzi dokładnie, dopiero jak przebada całą blachę, którą znalazł wbitą w oponę.

— De sześć! — wystrzelił Chosé, ale nie trafił. Krauz pokazał mu język.

— Te trzydzieści dwa? — spytał zamyślony Krauz.

— Nie mam tylu pól! — zdenerwował się Chosé.

— Pytam Vánię!

— Tak, amerykańskie jajeczko — odparł grubas.

— Kto jeszcze u nas używa jajeczek? Wszyscy mają er gie czwórki albo ef jedynki. Kto tu wtrynił Amerykę? — mamrotał pod nosem Krauz i zastanawiał się, jak namierzyć okręty Choségo. — A gdzie to było?

— Na Karadžicza, na granicy pierwszego i drugiego obwodu.

— A właściciel auta?

— Biznesmen. Granulaty. Handluje suchą karmą dla królików, drobiu i takie tam.

— Aha! Więc jakieś niezapłacone faktury, co?

— Nawet nie. Właściciel auta twierdził, że nie ma żadnych wrogów, wszystko ma popłacone, w rodzinie też się nie kłócą…

— Váňa, tak wszyscy twierdzą! Jeszcze nie spotkałem szantażowanego przedsiębiorcy, który miałby problemy. Zawsze szantażują akurat tylko tych bezproblemowych… Gie trzy! — mamrotał Krauz i wreszcie zaatakował.

Chosé pokazał mu figę z makiem i zachichotał.

Zadzwonił telefon.

— Dzwoni telefon — powiedział Burger zza gazety.

— Ktoś powinien odebrać — powiedział Hanzel.

— Dzwoni i dzwonić będzie — powiedział Kuky.

— Chyba ktoś potrzebuje pomocy — powiedział Váňa.

— Sram na niego… …w piątek — powiedział Krauz.

— Ce siedem — powiedział Chosé.

— Aaaa… ja się dzisiaj śpieszę, mam randkę — powiedziała Petra.

Telefon dzwonił.

Filip Kiss wpadł do kancelarii z gazetą pod pachą i z rękami wysuniętymi przed siebie jak chirurg przed operacją. Kapała z nich woda. Rozporek miał niedopięty, koszulę rozchełstaną.

— Głusi jesteście?! Telefon dzwoni! Słychać go aż w kiblu!

Odrzucił gazetę, ręce niedbale wytarł w służbowy ręcznik, który rzuciła mu Petra, i podniósł słuchawkę. Wstrzymali oddechy. Telefon do wydziału zabójstw w piątek na godzinę przed fajrantem nigdy nie zwiastował niczego dobrego.

— Słucham, Kiss! Tak… są… tak… obaj… tak, poślę… tak… zaraz!

Odłożył.

— Zabiję cię — wymamrotał Váňa, a łyżeczkę ścisnął tak mocno, jakby to był sztylet. I jak sztylet wymierzył ją w Filipa.

— Richard, Chosé… macie iść do szefa… — wyszeptał Filip zmęczonym głosem.

— Uff… — Váni ulżyło, ale i pozostałym też.

— De trzy — wymamrotał Krauz.

— Trafiony, zatopiłeś mi trójkę krążownik, ty draniu…

— Chłopaki, to dzwonił sam szef policji kryminalnej, nie Šaňo — wyjęczał Filip.

— Ef osiem — odpowiedział Filipowi Chosé.

— Pudło… — odetchnął Krauz i warknął: — Filip! Tyś to odebrał, twoja sprawa. Grzecznie zadzwoń do niego, że Krauz za dwie godziny wyjeżdża relaksować się z całą rodziną, a Chosé wybiera się do Andrejki Procházkovej, najpiękniejszej osobistej asystentki dyrektora firmy Inter Auto, i to nie tylko na dwie godziny, ale na cały weekend! Innymi słowy, jest piątek, mamy swoje plany, a ich mamy w nosie! Hop, siup, dzwoń!

Filipowi oczy niemal wyszły z orbit i naprawdę sięgnął po słuchawkę. Petra przywołała go do porządku swoim na pół wymalowanym spojrzeniem. Dopiero wówczas zrozumiał, że to zgrywa.

— Ty sobie jaja robisz, Richard, no nie? — wyjęczał Filip z nadzieją, że Krauz naprawdę tylko żartuje.

— Be dwa — brzmiała odpowiedź.

Chosé nie odpowiedział na ten bezlitosny atak. Be dwa Krauza przestało go interesować. Mazał ołówkiem po stole, zabazgrał kratkowany papier, daremnie pragnąc odwrócić nadciągającą klęskę. Z odrazą rzucił się na oparcie.

— Kur… dop…! Ja ją oblatuję jak pszczółka Gucio margerytkę, namawiam ją już od trzech miesięcy, żebyśmy poszli gdzieś posiedzieć, a wreszcie, gdy dzisiaj się zgodziła i idziemy na kolację, to musi się spieprzyć! Ostatni raz przeleciałem babę, gdy kometa Halleya osmaliła ogony dinozaurom, to czemu mnie wnerwiają! Nigdzie nie idę! Ja chcę Andrejkę! Ten cały dyrektor może mnie…

Krauz cmoknął przez zęby, sprawdził stan gry na kratkowanym papierze i też go odsunął. Nie pobazgrał, tylko odsunął, gdyby rywal się stawiał i trzeba było udowodnić zwycięstwo.

— Wygrałem, tu masz czarne na białym! Zatopiłem trzy z pięciu, ty tylko dwa. Stawiasz piwo, możesz sobie wybrać, gdzie… u Jumby, z tyłu albo przy barze.

I morderczym spojrzeniem przeszył Filipa.

— A ty co ciągle z tym dyrektorem?! Mam ci przyłożyć raz a dobrze?!

— Za drugim razem będę miał to gdzieś, niech sobie dzwoni — mamrotał Kiss.

— Richard, ja idę dzisiaj do kina! Nawet gdyby dzwonił prezydent republiki! Jeśli mi przeszkodzicie i w tej randce, to macie mnie na sumieniu! Podetnę sobie żyły! Ja przy was nigdy nie wyjdę za mąż, debile! — wściekała się Petra i ze złością wrzuciła do torebki szminkę oraz tusz do rzęs. Przeczucie zmarnowanego weekendu wyryło na jej czole głęboką zmarszczkę.

Filip usiadł obok i ciepło się do niej uśmiechnął. Byłby zachwycony, gdyby nigdy nie wyszła za mąż, ale nie zdobył się, żeby jej to powiedzieć.

Krauz wstał i podszedł do drzwi. Oczy kolegów, którzy go obserwowali, wyglądały jak oczy psów w schronisku. Brakowało jedynie krat.

— Chłopaki, ani kroku stąd, dopóki nie stwierdzimy, o co chodzi. Filip, obiegnij kancelarie i powiedz wszystkim, żeby nikt się nie ruszał… My dwaj się w to pakujemy! Jeśli to świeże morderstwo, najpierw spuścimy łomot Filipowi, a potem wio w teren! Zrozumieli?

— Dlaczego ja?! Dlaczego znowu ja?! Dlaczego właśnie ja mam obiegać? Kto inny też powinien usłyszeć, że jest chuj, bydlę, debil i… — wściekał się Filip, ale i tak niepewnie podążył do drzwi kancelarii obok.

Chosé poklepał go po plecach i współczująco pogładził po głowie. Dobrze wiedział, jaką wiązankę usłyszy w każdej kancelarii. Pozostali smutno opuścili ramiona. Pięknie się ten weekend zaczyna, nie ma co!

Szli obok siebie korytarzem i milczeli. Krauz po drodze otworzył kancelarię Alexandra Mayora, szefa wydziału zabójstw, i stwierdził, że nie ma go za stołem. Już sam ten fakt był podejrzany.

W piątek przed fajrantem zawsze tam był i przygotowywał się do kontroli opuszczania przez podwładnych stanowisk pracy. Połowy załogi i tak już nie było, bo co drugi musiał w piątek gdzieś wyjechać albo miał zamówionych fachowców na daczy, albo dzwoniła żona, że idą na zakupy, albo…

Mayor robił wrażenie, że wszystko w porządku, a dyrektorowi meldował, że załoga stuprocentowo w pogotowiu, bo i tak każdy z dezerterów miał przy sobie komórkę, a gdyby naprawdę się paliło, olaliby podróże, fachowców, zakupy z żoną i pogalopowali do roboty na pierwszy sygnał. Tak było w wydziale zabójstw. I w sobotę, i w niedzielę, a nawet na Boże Narodzenie czy w sylwestra. Dopóki mordercy nie będą przestrzegać godzin pracy, detektywi z wydziału zabójstw będą musieli okradać swoje rodziny z tego, co najcenniejsze — z wolnego czasu. I tyle!

— Nie ma go tam, co?

— Nie ma, Chosé.

— Pachnie to kłopotami.

— No.

— Co robimy, Riško?

— Chodźmy do dyrektora, okaże się w praniu!

— Jak powiedział klasyk.

— Nie wiem, czy klasyk, ale ja ci to mówię!

— Przecie klasyk…

Zatrzymali się przed drzwiami dyrektora policji kryminalnej.

Krauz chrząknął, poprawił marynarkę, potem krawat, sprawdził rozporek, chuchnął w dłoń i powąchał… ale Chosé tego już nie ścierpiał i wepchnął go w drzwi. Wpadli wprost do sekretariatu dyrektora, a Vierka z telefonem w ręce huknęła na nich zza biurka:

— Gdzieście łazili?! Już trzeci raz wydzwaniam! Wszyscy są, tylko na was czekają, ruszcie się!!

— Wszyscy? Kto? My się dzisiaj nie spodziewamy żadnej wizyty — wykrzywił się Krauz.

— Vierka, wyjątkowo atrakcyjnie dziś wyglądasz, ten jeden guzik pod szyją bym jeszcze rozpiął i byłoby całkiem perfekt… Co robisz dziś wieczorem?

— Chosé, z pewnością coś innego, niż ty będziesz robił, bądź tego pewien… phi! Przejdzie wam ten dobry humor, gdy tylko wejdziecie, gwarantuję! Poczekajcie, zamelduję was…

Krauz chwycił za klamkę i bezczelnie się do niej uśmiechnął.

— Nie trzeba, Vierka, przecież to na nas niecierpliwie czekają! — I otworzył drzwi do gabinetu dyrektora.

Humor im minął jak pociąg pośpieszny. Stanęli jak wryci.

W kącie gabinetu, wokół konferencyjnego stolika, w potężnych skórzanych fotelach i na kanapie przystawionej do ściany siedzieli czterej mężczyźni. Krauz i Chosé zauważyli, że siedzieli o suchym pysku, bez kawy ani czegoś mocniejszego. Jakaś szybka odprawa.

Alexander Mayor niechętnie skinął ręką. Miało to znaczyć: wchodźcie, ale równie dobrze mogło znaczyć: przygotujcie się na najgorsze albo stulcie pyski i nie odzywajcie się bez potrzeby, albo tylko nie bądźcie zbyt dowcipni. Nie zrozumieli tego dokładnie, ale tak czy owak był nieco pobladły, a oczy miał lekko wytrzeszczone. Dyrektor kryminalnej siedział w drugim ogromnym fotelu i nie zdobył się nawet na tyle, co Mayor. Jedynie wbijał w nich wzrok.

W rogu kanapy siedzieli Erik Bergmann i Viktor Plha.

— W imię Ojca i Syna… — przywitał ich Krauz, a Mayor zwiądł w fotelu. Jego proszalno-ostrzegawcza gestykulacja najwyraźniej chybiła celu.

Dyrektor żachnął się, usiadł głębiej, palce wbił w oparcie, ale natychmiast uświadomił sobie, że i tak na nic nie ma wpływu, więc tylko westchnął bezsilnie. Pozostawił sprawy swojemu biegowi. Gdzie był Erik Bergmann, tam kończyły się jego kompetencje i zdawał się raczej na niego.

— Również miło mi cię widzieć… — odpowiedział Bergmann. — Viktora znasz… a właściwie znacie obaj, nie trzeba was przedstawiać.

Krauz i Chosé tylko skinęli głowami.

Bergmann posunął się na kanapie, aby zrobić im miejsce, i miło się uśmiechnął.

— Siadajcie, chłopaki.

Nawet by usiedli, ale tam, gdzie siedział Bergmann, trochę brzydko pachniało. Krauz swobodnie przeszedł do wielkiego stołu konferencyjnego i wziął dwa zwykłe krzesła. Oba przystawił do konferencyjnego stolika blisko fotela Mayora. Usiedli ostrożnie, ale Chosé nie darował sobie pantomimy i teatralnym gestem wskazał koledze pierwszeństwo. Dopiero potem usadowił się obok niego. Ręce złożyli na brzuchach, wbili w dyrektora pytające spojrzenia i głupkowato wyszczerzyli zęby.

Bergmann tylko uśmiechnął się z wyższością. Trochę z wyższością, a trochę ze zrozumieniem. Ci dwaj nie byli w stanie wyprowadzić go z równowagi. Próbowali już tego wiele razy, ale nie z nim takie numery. Nie rozzłościli go wtedy, a z pewnością nie dzisiaj. Był absolutnie pewien, że jemu to się udało wiele razy.

Bergmann przesunął się z powrotem na kanapie.

— W porządku, chłopaki — wycedził przez zęby.

— I ja tak myślę — przytaknął mu pogodnie Krauz. — No, słuchamy! Coście znowu spieprzyli, chłopaki tajniaki?