Czerwony kapitan

Tekst
Z serii: Richard Krauz #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwony kapitan
Czerwony kapitan
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68  54,40 
Czerwony kapitan
Czerwony kapitan
Audiobook
34 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

Tytuł oryginału ČERVENÝ KAPITÁN

Copyright © Dominik Dán, 2007

Published by arrangement with Slovart Publishing Ltd., Bratislava, Slovakia

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2014

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt graficzny okładki

Andrzej Komendziński

Na okładce wykorzystano zdjęcie z shutterstock.com

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7278-966-2

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Miasto, wydarzenia i wszystkie osoby w tej książce są wymyślone, jakiekolwiek podobieństwo do autentycznych historii to czysty przypadek, choć komuś mogłyby się wydać znajome…

Qui metuens vivet, liber mihi non erit unquam.

„Nie będzie dla mnie wolnym ten, który żyje w strachu”.

HORACY

Dedykuję Zuzanie i Emilowi Kňazovickim.

Dziękuję Państwu za przyjacielskie rady i nieocenioną pomoc…

W powieści zostały wykorzystane zapiski pracownika byłej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie ViktorCe, awansowanego w 1988 roku za wybitne zasługi w obronie społeczeństwa socjalistycznego do stopnia podpułkownika in memoriam.

Ze wszystkich materiałów korzystałem za łaskawym zezwoleniem jego małżonki. Nie uzyskałem zgody na podanie jej nazwiska. Chce jeszcze cieszyć się wnuczętami…

1

Czerwiec 1992

Mężczyźni pocili się, choć byli rozebrani do połowy. Kopali już od świtu. Wstali wcześniej, by zdążyć przed nieznośnym upałem, zapowiedzianym przez meteorologów nie tylko na dziś, ale na cały tydzień. Niewiele im to dało. Już o siódmej byli spoceni, a teraz, przed obiadem, spływali potem niczym w saunie. Mordęga.

— Podaj łopatę!

Wyższy z mężczyzn, usadowiony na czubku pryzmy, leniwie sięgnął i dał koledze łopatę. Rozsiadł się z rozkoszą, bo świeżo wykopana ziemia przyjemnie chłodziła mu tyłek. Drugiemu wystawały z jamy tylko ramiona i głowa. Odrzucił kilof i wyciągnął rękę po łopatę.

— O rany, ale głęboko.

— Dobra robota, zgodnie z normą… metr osiemdziesiąt, bydlaki — mruknął i się napił.

— Dawaj i mnie — mruknął mężczyzna z wykopu.

Siedzący na pryzmie znów leniwie się schylił i podał koledze plastikową butelkę z wodą.

— Brr! — prychnął tamten radośnie. Resztę wylał na twarz i włosy, ostrzyżone na jeża.

— Ruszaj się! Za godzinę zacznie tu prażyć i fajrant z tym leżakiem…

— Piękny leżak. Chodź, przekonaj się.

Mężczyzna na pryzmie niespiesznie spojrzał na zegarek.

— Jeszcze siedem minut, potem się zmienimy. No ruszaj się i ciesz, że mamy tu cień!

Na żwirowanej ścieżce zaszurgotały koła półciężarówki. Szofer wyczyniał harce, wziął zakręt tak ostro, że z otwartego okna wyrzuciło mu ramię i głowę. Gdyby nie trzymał kierownicy, wyleciałby w pędzie. Dwaj młodzieńcy na pace pokrzykiwali z uciechy.

— Gazu, baranie, sto dziesięć na prostej! — zagrzewali kierowcę, ale on tylko się uśmiechał i cieszył na koniec tej jazdy.

 

Wdepnął hamulec tuż przy kopidołach. Chłopcy na pace nakryli się nogami.

— Debil — mamrotali, zeskakując na ziemię.

— Kazaliście mi dodać gazu, no nie? — rechotał kierowca.

— Dodać! Nie hamować! — Mieli ochotę wywlec go z szoferki i przemodelować mu facjatę.

Mężczyzna na pryzmie pokręcił głową.

— Jak małe dzieci… I przestańcie się wydzierać! Ludzie patrzą, znowu ktoś się poskarży i majster da nam popalić.

Ucichli, uspokoili się. Kierowca wyszedł dopiero teraz, ale i tak oberwał na wszelki wypadek profilaktycznego kuksańca pod żebro.

— No już, przestańcie.

Obstąpili wykop i gapili się z politowaniem na wyrobnika w dole.

— Co z wami? My jesteśmy gotowi — oznajmił kierowca i wyjął papierosy.

— Zaraz będzie, gdzieś tu już musi być — dobiegł z dołu ochrypły głos i kolejna porcja świeżej ziemi sięgnęła pryzmy. Kilka grudek stoczyło się z powrotem.

— Rzucaj obok, wszystko ci spada z powrotem! — poradził kierowca i zapalił.

— Mądrala. — I kolejna bryła wylądowała w tym samym miejscu. Grudki znów się potoczyły.

— Jeszcze przedpołudnie, a gorąco do zdechu. Jak się nie pospieszycie, to za chwilę macie tu słońce, a potem… — mędrkował dalej kierowca i palił.

Z wykopu dało się słyszeć chrobotanie metalu o drewno.

— Wreszcie! — rozpromienił się kopacz. To mu dodało energii. Pracował krótkimi, szarpanymi ruchami. Ziemia fruwała, jakby borsuk kopał norę.

— Kilof! — zakomenderował i wyrzucił z dołu łopatę.

Kolega na pryzmie też ożył, wstał i żwawo podał narzędzie. Cieszył się, że zdążyli przed obiadem. Wczoraj nie mieli tyle szczęścia, słońce już wyszło zza wysokościowca, mało nie zdechli. Jedyne dobre, że już o drugiej siedzieli przy piwie, inaczej człowiek musiałby dzisiaj iść na chorobowe!

— Łopatę! — dobiegło z jamy.

Kopacz odsłonił wieko i okopywał boki.

— Łom i uchwyty! I złaź, potrzebuję pomocy!

Odsunęli ziemię z boków i przeciągnęli taśmę. Chłopcy pomogli im wygramolić się na górę.

— Na trzy! Raz… dwa… trzy…

Ciągnęli wszyscy czterej, kierowca palił. Nie płacili mu za brudną robotę, jego utrzymywało prawo jazdy kategorii C. Najwyraźniej był z tego dumny.

— Heeej, siup! Jeszcze raz. Jano! Jesteś wyżej, nie tak szybko, zwolnij, heeej siup!

Gdy tylko wyciągnęli trumnę, padli na trawę i głośno sapali.

— Bydlę! Waży chyba z tonę.

— Zamiast schudnąć, chyba tam jeszcze przytył.

— Drugi raz go wnerwiamy, niech sobie sam wyłazi.

Chichotali i przypalali jeden od drugiego wymiętoszone papierosy. Kierowca krążył dokoła drewnianego grzmota i odlepiał grudy gliny z wilgotnego lakieru.

— Znowu mi zaświni całą pakę — złościł się. — Kto to ma wiecznie myć?

Mężczyźni uśmiechali się półgębkiem. Skończyli palić, otrzepali tyłki.

— No, ruszać się. Wrzucamy ją na wóz i na dzisiaj fajrant.

Każdy z nich schylił się nad jednym rogiem. Nagle, jak na komendę, wyprostowali się. Młodzi byli w gorszej sytuacji, musieli iść tyłem. Jeden koniec oparli o pakę i żwawo wskoczyli. Chwycili trumnę, ale popełnili błąd. Dźwignęli za szybko. Nagle cały ciężar zwalił się na tych dwóch niżej, śliska trumna wysunęła się im z rąk. Ledwie odskoczyli. Ci wyżej nawet nie próbowali zapobiec nieszczęściu, tylko się gapili. Trumna wyrżnęła całym ciężarem w marmurowy krawężnik i wieko otwarło się z chrzęstem.

Najpierw wypadła ręka.

Trochę zaschniętych mięśni i kawałek skóry jeszcze zostały na nadgarstku. Palce, nagie do kości, rozsypały się po trawie. Potem wyleciały obie nogi, omotane resztkami spodni. Same kości. Klatka piersiowa w zetlałej marynarce zaklinowała się w szparze.

— O rany! — jęknął kierowca, rozglądając się przerażony.

Mieli szczęście. Babcia z sąsiedniego grobu poszła po wodę, wymachując w rytm kroków blaszaną konewką. Dwie inne były niedaleko, ale półciężarówka zasłaniała im widok.

— Skurwiele, to wasza wina.

— Nasza? To wyście na dole jej nie utrzymali!

— My?!

Jedynie kierowca zachował spokój. Nie na darmo miał prawo jazdy kategorii C.

— Przestańcie! Odbiło wam? Róbcie jeszcze większy harmider! Cieszcie się, że nie ma tu majstra. Raz dwa wyzbierajcie go i załadujcie. Jano! W rogu na pace są dwie pary rękawic, dawaj je tu!

Odłożyli wieko i wepchnęli korpus do środka. Jeden podał nogi, ledwo się trzymały, ale ręka całkiem się rozleciała.

— Dawaj ten palec, tam leży koło twojego buta, a obok drugi.

Wrzucili z powrotem, co pozbierali, i chcieli zamknąć trumnę.

— Mam gwoździe, potem zabijemy. Szybko ładujmy i spływamy — rzucił kierowca i sam chwycił za jeden róg.

Mężczyźni chętnie pomogli. Ale kierowca stropił się, gdy zasuwali wieko.

— Moment! Coś mi tu nie pasuje… — I wbił wzrok w trumnę. — Rany boskie! A gdzie głowa?!

Wszyscy rozglądali się bezradnie.

— A nie mógł rzucić się bez głowy w objęcia śmierci? — spróbował któryś.

— Ale dowcip! — zezłościł się kierowca, trąc policzek. — Jak wyleciała, to musiała się potoczyć… Tam, w te krzaki! Młokosy, szukać tam!

Padli na kolana i przeczesywali gęste listowie.

— Jest! — zawołał triumfalnie młody.

— Nie drzyj się! O rany, co za baran! Dawaj ją tu, póki nikogo nie ma!

Chłopak wstał i uniósł ręce.

— Fuj!

Niósł ją jak najdalej od siebie niczym tort urodzinowy. Położył ostrożnie obok zbutwiałego kołnierza, ale przekręciła się i odsłoniła gołe ciemię.

— Ma jakiś pieprzyk czy co to jest? Tu, na górze. Widzicie? — dziwił się znalazca.

— Pieprzyki są na skórze, a to jest goła czaszka. Na kości pieprzyków nie znajdziesz! — oponował drugi pomocnik.

— Mądry! Pan doktor! Ile semestrów medycyny zaliczyłeś?

Stali nad półotwartą trumną i medytowali. Przytyk do wyższego wykształcenia ożywił również kierowcę. Czuł się w obowiązku przyjść z pomocą.

— Poczekajcie! Nie zamykajcie jeszcze, niech popatrzę. — Kucnął i fachowym okiem oglądał ciemię czaszki.

— Jano, podaj rękawice.

Ostrożnie wetknął palce w otwory po oczach i podniósł. Rozejrzał się wystraszony, ale kiedy stwierdził, że cmentarne babcie nadal nie zwracają na nich uwagi, przyjrzał się pieprzykowi.

— To… nie pieprzyk, to jest…

Ostrożnie obrócił czaszkę, zamknął jedno oko i przez otwór po pierwszym kręgu szyjnym badał wnętrze.

— Rany boskie święte, ożeż kurwa, chłopy.

— No? — niecierpliwił się młody.

— To jest… gwóźdź!

— Coś takiego! Pokaż!

Czaszka przechodziła z rąk do rąk, szybko brali jeden od drugiego rękawice. Każdy chciał na własne oczy obejrzeć niezwykłe znalezisko.

— Rany boskie, główka gwoździa, a… cały gwóźdź w głowie. Co robimy? — rzeczowo zapytał młody.

— Noo… — Kierowca nie wiedział, ale czuł podświadomie, że coś powinni zdecydować.

Spocony kopacz nie miał wątpliwości. Wytarł się brudnym podkoszulkiem, przez ramię przerzucił drelichową bluzę. Zmęczony pochylił się i zbierał narzędzia z ziemi.

— Nic! Przynajmniej ja nic! Wrzućcie ją z powrotem i szybko wywieźcie. Jutro ich wszystkich przysypiemy i wreszcie będziemy mieć to z głowy!

— Ale ten gwóźdź? — wahał się kierowca. — Może to trzeba zgłosić?

— Komu?! I co?! Że gwóźdź znalazłeś? Kupię ci drugi, tylko się nie grzeb i wrzuć go z powrotem do trumny!

— Ale to może być coś poważnego! Trzeba by kogoś zawiadomić.

— Kogo? Majstra? Żeby nas obsobaczył, że trumna spadła? Jeszcze nam poleci po premii!

— Nie, majstra nie, ale… to naprawdę może być coś poważnego!

— Co takiego?!

— A choćby… morderstwo!

Jeden z młodych jęknął.

— No! Stare morderstwo! Całkiem normalnie to może być stare morderstwo, mówię wam! — nie ustępował kierowca.

— Aleś ty mądry! Wykapany Szanio Holmes.

— Szerlok! Ale naprawdę powinniśmy kogoś wezwać, tak myślę. Chyba… policję…

— Ty debilu! Psów, no pewnie! Do dziś tam leżał, nikomu nie przeszkadzał, a my od razu będziemy wołać psów! A zresztą oni automatycznie podejrzewają każdego, a najprędzej tych, którzy coś zgłaszają! Mnie w to nie wrabiajcie, swoje przeszedłem, zupełnie mi wystarczyło ostatnie osiemnaście miesięcy! Spadam!

— Poczekaj! Ale co z tym?

Nikt się nie ruszył. Nie mieli pojęcia.

— A co jak powiedzą, że to myśmy go zabili? — nieśmiało spytał młody.

— Psy nie tacy pieprznięci jak ty! — kierowca nie dawał za wygraną. Złościło go, że dokonał nadzwyczajnego odkrycia, a ci zawistnicy chcą mu wszystko zepsuć. — Gwóźdź jest zardzewiały, nawet debil pojmie, że od dawna tam siedzi.

— Psy też? — nie ustępował kopacz.

— No… — kierowca się zawahał. Nie miał aż takich doświadczeń jak tamten.

— A widzisz! Ostatnio mi jeden wmawiał, że ukradłem rower za osiem koła i że go bezprawnie używałem. Kosztowało mnie to półtora roku! Mogłem zeznawać do protokołu, co chciałem, a ten cięgiem swoje! Nie zdążyłem pierdnąć, a już tam byłem! Za niewinność!

— Znaczy się… nawet nie siedziałeś na tym rowerze, a oni cię zwinęli?

— Pewnie, że nie siedziałem! — odpowiedział, widząc ich zaskoczone miny. — Podgrandziłem go… — wymamrotał pod nosem i zbierał się do odejścia.

Ledwie zrobił trzy kroki, gdy zza półciężarówki wychynął majster. Byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli, kiedy nadszedł.

— No i jak, jajcarze, długo na was będę czekać? Święty Piotr ich zagrzebie czy sami się zakopią?! O Jezu Chryste! — Osłupiał, widząc, co kierowca trzyma w rękach. — Wyście ją otworzyli? A po co?

— Szczękał zębami. Jano chciał mu dać koc — mamrotał kopacz i już wiedział, że będzie źle.

— To jest czyn karalny! To zabronione! A widział was kto? — Majster rozglądał się wystraszony.

— Nie.

— A czemuście ją…

— Wypadła nam i sama się otworzyła.

— Aha! Zręczność małpy, siła słonia, co?! No to fru ją na wóz i przewieźć! Mam tam jeszcze jakieś gwoździe, zabijemy ją i zakopiemy.

— Panie majster! Ale… tu jest gwóźdź…

— To dobrze! Ja tam mam ze cztery albo pięć, wystarczy.

— Ale ten siedzi w głowie!

— Czyjej?

— W tej! — Kierowca wyciągnął do niego rękę z czaszką.

— Dlaczego?

Zamurował ich tak podstępnym pytaniem. Jedyny, który był zdolny jako tako sprostać majstrowi, był kierowca.

— No aż tak daleko w śledztwie tośmy się nie posunęli — dukał, a reszta tylko wybałuszała oczy. Bali się o premie i robili w portki ze strachu, że jeśli jeszcze bardziej spieprzą sytuację, dostaną po uszach.

— Pokaż.

Majster nie włożył rękawic, tylko złapał kierowcę za nadgarstek i obracał nim na wszystkie strony.

— O rany! Fakt! Gwóźdź!

— Co robimy?

Teraz dla odmiany kierowca przegadał majstra. Ten zbierał myśli, drapiąc się po głowie.

— No, chłopaki, nie wiem, nie wiem. Ja na wszelki wypadek zadzwonię do kryminalnej.

Kopacz odszedł szybkim krokiem.

2

GORĄCO BYŁO NIEZNOŚNE. W wydziale zabójstw warczały wszystkie wentylatory — tylko one miały ochotę cokolwiek robić. Ani jeden z detektywów nie był w stanie pójść w ich ślady. Zwyczajnie nie dało się pracować.

— To już mamy to globalne ocieplenie? — zapytał gruby Váňa. Wytarł czoło, ale stwierdził, że chusteczka jest całkiem mokra, więc powiesił ją na oparciu i osuszył się papierową, perfumowaną.

Nikt nie zareagował. Nie chciało się im. Richard Krauz, rozwalony w rogu na krześle, wachlował się gazetą, którą podwędził Burgerowi. Detektyw Eduard Burger, najstarszy z nich, prawie leżał na stole i usiłował nakierować na siebie wentylator. Oto Hanzel, najlepszy strzelec w województwie i fachowiec od materiałów wybuchowych, krążył po kancelarii, bo miał już tak przepocony tyłek, że wszystko go swędziało. Teraz i on nie miał ochoty do żartów. Konusowaty Kuky i Ivan Canis byli na urlopach, więc osłabili zbolałą ekipę, ale zbolała ekipa nie miała nic przeciwko temu, bo inaczej tłoczyłoby się ich jeszcze więcej w tej przegrzanej kancelarii.

Gruby Váňa przed chwilą wrócił z bufetu. Jeszcze dojadał salceson.

— Váňa, rany boskie! Jak możesz się obżerać w taki upał?! — przeraził się Burger.

— Normalnie. — Váňa nie dał sobie zepsuć apetytu i tylko wzruszył ramionami. Ale tego było za wiele. Zaraz pożałował, bo natychmiast spłynął strugami potu.

 

— Dopiero skończyłeś wałówę z domu.

— To było śniadanie!

— Jest wpół do dwunastej… czyli to, co teraz przeżuwasz, to co jest?!

— Drugie śniadanie.

— Ale przecież za pół godziny obiad!

— Wreszcie, i daj mi spokój! Zazdrościsz?!

— Nie! Nie żałuj sobie, ale i tak cię podziwiam! W taką pogodę tyle kalorii, a do tego jesteś wypasiony że hej!

— Ja niejedno przetrzymam! Jestem gruby, bo się nie lenię żreć jak wy! I nie zerkaj mi tu na stół! Lepiej ruszcie tyłki, macie z Rišą polecieć na stację benzynową i sprawdzić telefony od szantażysty, o ile dobrze pamiętam! Meldowaliście to rano na naradzie, tak?! No to co się tu opieprzacie?!

Detektyw Richard Krauz spiorunował go wzrokiem i czekał, co na to starszy kolega. Burger ani drgnął, a Krauz z zadowoleniem poprawił się na krześle.

— Pieprzona stacja — mruknął Burger. Wiedział, że ich to dzisiaj nie minie.

— Miejmy ją w nosie. Kto by się teraz szwendał po mieście? — poparł go Krauz.

— Nawet psa w taką pogodę… — dorzucił Hanzel, ale urwał.

Zadzwonił telefon.

Krauz przestał się wachlować. Hanzel zastygł na środku kancelarii. Váňa udawał głuchego, świetnie mu to poszło. Najbliżej był najstarszy z nich, Burger. Ostrożnie, jakby była rozżarzona, podniósł słuchawkę i westchnął.

— Wydział zabójstw, Burger.

— Operacyjny, cześć! — wesoło odezwał się oficer operacyjny.

— Tobie to dobrze, masz tam klimę. My tu na górze mało nie zdechniemy.

— A będzie jeszcze gorzej, chłopaki od zabójstw! Dzwonili do nas z cmentarza Ondrejskiego. Kopali, kopali i wykopali trupa.

— To chyba w porządku, nie? Czego się spodziewali? Delegacji górników australijskich?

— Nie wiem, czego się spodziewali, delegacji chyba nie, według mnie nie ryli aż tak głęboko. Najważniejsze, że wykopali trupa… A w głowie ma gwóźdź.

— No i co?

— Co no i co?!

— No i co z tego?! Gdyby miał w głowie pręt zbrojeniowy, to by ci się wydawało normalniejsze? I też byś zawracał gitarę?!

— Nie wiem! Zajrzałbym do instrukcji postępowania w sytuacjach kryzysowych i bym się zastosował!

— A co mówi instrukcja kryzysowa o gwoździu w głowie?

— Że macie tam iść to zobaczyć, a po drodze możecie mnie… — I szybko odłożył słuchawkę, żeby Burger nie zdążył posłać go do tych najcieplejszych otchłani.

Burger też odłożył i zdruzgotany rozwalił się na stole. Dwa razy wyrżnął czołem w blat i ze smutkiem zerknął na kolegę w kącie.

— Richard, los nam nie sprzyja, chyba się od tego nie wykręcimy. Musimy jechać na miasto.

Váňa boleśnie zmarszczył czoło.

— Mnie jest jakoś słabo…

— To zostań tu przy telefonie, jakbyśmy coś musieli sprawdzić. Oto?

— Idę z wami. O co chodzi? — westchnął.

— Na cmentarzu wykopali trupa z gwoździem w głowie.

— Co za bydlę go wykopało?

— Nie wiem, ale ja się nim zajmę, będzie miał za swoje. Idę zameldować szefowi, co jest grane, spotkamy się na podwórzu.

Wyszli. Nieznośny upał przestał być najważniejszy. Ktoś komuś wbił w głowę gwóźdź, a do nich należało wyjaśnienie, kto i po co…

Wielka kuta brama była otwarta na oścież. Krauz wjechał, a gdy zobaczył, że wszystkie miejsca do parkowania są zajęte, wycofał i stanął pod ogrodzeniem. Mężczyzna w kombinezonie zauważył ich i wyszedł naprzeciw.

— Panowie…

— Policja. — Hanzel z ociąganiem wyjął blachę i pokazał. — Detektyw Hanzel, wydział zabójstw.

Mężczyzna nawet nie spojrzał. Któż inny jak nie policjanci pracowałby w taką pogodę?! Podał im rękę.

— Malík, Peter Malík, majster. Malík. Witam was. Malík. Wejdźcie do środka. Wszystko wam wyjaśnię.

Do środka, znaczyło do brudnej budowlanej kanciapy na kółkach. Gdy tylko przekroczyli próg, zwalił się na nich upał piętnaście stopni wyższy niż na zewnątrz. W kanciapie bez izolacji cieplnej pod dachem prażyło jak w terrarium.

— O rany, lepiej wyjdźmy stąd — zaproponował Burger, nie zamierzając nawet skorzystać z zaproponowanego krzesła.

Siedli na ławce, a ogromne kasztany rzucały na nich litościwy cień. Krauz, najmłodszy z trójki, wyjął mały notes i pióro. Burger zaczął.

— Nazwisko i pełne dane personalne proszę.

Malík cierpliwie dyktował, a Krauz niecierpliwie bazgrał.

— Panie Malík, proszę po kolei. Co pan tu robi i jak go pan znalazł?

— My jesteśmy firma budowlana. A dokładniej mówiąc, jeszcze stale podlegamy pod przedsiębiorstwo budownictwa ogólnego, ale już się usamodzielniamy. To sprawa kilku formalności i naszego prawnika i…

— To wasza sprawa.

— Zapewne, zapewne. Jak chyba zauważyliście, na rogu ulic Mosadznej i Potockiego trwa wielka budowa, stanie tam wysokościowiec, realizuje go nasze przedsiębiorstwo.

— A więc to wam możemy podziękować za te bezsensowne jednokierunkowe ulice i zakazy wjazdu wokół cmentarza?!

— Możecie… choć nie ma za co. A podczas prac podziemnych zostały uszkodzone prawie wszystkie sieci przechodzące pod fragmentem cmentarza. Nie wiedzieliśmy, że tam są, na planach były narysowane zupełnie gdzie indziej! Administracja cmentarzy skorzystała na tej awarii, a ponieważ od dłuższego czasu starała się przenieść pięć ostatnich grobów z tego kąta, zlecili nam tę robotę w ramach jakiegoś odszkodowania… że nie będą nas skarżyć, jeśli im w tym pomożemy. Więc w tym tygodniu zabraliśmy się do… jak na to mówią… ekskomu…

— Ekshumacji…

— Tak! Właśnie tak!

— Ale do tego potrzeba tysiąca pięciuset zezwoleń i podpisów.

— Mają wszystko! Z sanepidu, z magistratu, z ochrony zabytków… Mają! Te huncwoty już ponad rok szykowały się do tych przenosin grobów, a nasza awaria spadła im jak manna z nieba. Za darmo zrobimy za nich brudną robotę, a jeszcze będą stroić miny! Powiem panu jedno — w życiu nie miałem do czynienia z takimi popaprańcami.

— A dzisiaj?

— Dzisiaj też! Wyście w porównaniu z nimi…

— No, chwileczkę! Pytałem, co się stało dzisiaj.

— Aha! Przepraszam! No kopaliśmy ostatni grób, jedna brygada. To znaczy dwójka wykopuje stare groby, a druga dwójka kopie nowe w przeciwległym rogu cmentarza, gdzie nam wskazali. Mam tu jeszcze jedną półciężarówkę, która wozi płyty nagrobne i wszystko, co potrzeba.

— No i?

— I trumna przy załadunku im się wyśliznęła i otworzyła. Ja wiem! To nie powinno się stać, ale… stało się! Oni chcieli wszystko posprzątać i trumnę zabić, ale spostrzegli, że w głowie… no… że jest wbity gwóźdź…

— Panie majster, jeśli to żart, a chłopy się tylko nudzili…

— Nie! Stuprocentowo nie! Takich żartów się u nas nie robi, a dokładniej mówiąc, robi, ale tylko w pewnych granicach. Nie odważylibyśmy się wzywać policji, jakby to był żart!

— Gdzie oni są?

— Wszyscy czekają przy wykopie. Niczego nie dotykaliśmy, ja o tym wiem! Bratanek jest u was, wyszkolił mnie przez te lata, wszystkie wasze praktyki znam, nie ma obawy! Nie zatarliśmy żadnych śladów.

— Gdzie?

— Tam w kącie.

— Gdzie robi bratanek?

— Pilnuje elektrowni.

— No to obejrzymy ten gwóźdź — westchnął Burger, klepnął się po kolanach i wstał z wysiłkiem. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Kolejny spec od kryminalistyki. Z portierni.

Krauzowi nie było do śmiechu. Było mu gorąco! Nie znosił upału. A w dodatku zaczęły mu się wrzynać w tyłek przepocone slipy. Szli główną alejką, drobny żwir wpadał im do sandałów. Krauz wlókł się brzegiem chodnika, aby schronić się choć trochę w cieniu potężnych kasztanów. Hanzel to zauważył, a gdy poszedł w jego ślady, narobił na niego gołąb. Cicho zaklął i liściem kasztana próbował zetrzeć szczęście z ramienia.

Już z daleka zobaczyli zieloną półciężarówkę, a gdy podeszli bliżej — także czterech zmordowanych mężczyzn, siedzących w jej cieniu. Południowe słońce prażyło całą siłą w wykop, a wilgotna ziemia na brzegach dawno już obeschła. Mężczyźni wstali jak na komendę i patrzeli z zakłopotaniem. Burger omiótł ich spojrzeniem i zwrócił się do majstra:

— Mówił pan, że dwaj kopią tu, dwaj tam, a jeden jeździ. A tu jest tylko czterech.

— Dežo… poszedł do brata na budowę. Jest za płotem, mam go zawołać?

— Na razie nie… Znajdziemy go, jak będzie trzeba.

Kierowca uśmiechnął się dyskretnie. Gdyby Dezider to słyszał!

— To są panowie z wydziału zabójstw — wyjaśnił majster.

Obeszło się bez podawania rąk.

Krauz zmrużył oczy i fotografował. Aparaty cyfrowe były jeszcze wówczas melodią przyszłości, ale jeden na świecie już był. Krauz miał taki wmontowany w głowę i zdążył przetestować. Przed trzema miesiącami złapali Ondreja — Bestię, który zabijał kobiety i bezcześcił ich zwłoki. Wizja zjawy w czerni prześladowała ich półtora roku i nie dawała spokoju. Krauz widział miejsca przestępstw, o jakich nie śniło się wielu policjantom, a co dopiero zwyczajnym ludziom, i poddał próbie aparat w głowie. Stwierdził, że działa i że można go wykorzystać w praktyce, osiągając świetne rezultaty. Wystarczyło zmrużyć oczy, dokładnie tak, jak uczył tego Burger. I wszystkie ślady z miejsca zbrodni miał uwiecznione.

Krauz mrużył oczy i robił zdjęcia. Półciężarówka, obok półotwarta trumna, czterej mężczyźni stojący na baczność, pięć dołów i pięć kopczyków. Za nimi wysokie murowane ogrodzenie z odpadającym tynkiem. Wokół zdeptana trawa i kwiaty na grobach.

Burger obserwował go. Uśmiechnął się. Richard był chłop jak się patrzy, pojętny. W ciągu czterech lat zrobił się z niego całkiem niezły fachman.

— Brakuje kamieni nagrobnych — powiedział Krauz, gdy skończył.

— Już je przewieźliśmy! — kierowca wetknął swoje trzy grosze w rozpoznanie sprawy. Cieszył się, że jego znalezisko przyszli przebadać prawdziwi fachowcy.

— Przewieźliście je tak, że wiecie na pewno, który czyj?

Ku radości Burgera i Hanzla inicjatywę przejął Krauz. Obejrzeli wykop, gdzie i tak nie mogli znaleźć niczego ciekawego, rzucili okiem na półotwartą trumnę i skryli się pod najbliższym kasztanem.

— Się wie! Pięciu grobów nie da się przenieść za jednym zamachem.

— Jasne. A ten jak się nazywa?

Majster poszperał w tylnej kieszeni i wyciągnął sfatygowany notes. Przekartkował, sprawdził pobieżnie położenie grobu i zamruczał sam do siebie:

— Rząd dwudziesty drugi, grób siedemnasty, Karol Klokner. Pasuje! To on! Karol Klokner! — I najwyraźniej był rad, że tak szybko do tego doszedł.

— Pochowany?

— Tak!

— Pytam, kiedy pochowany.

— O rany, kiedy?! Tego nie wiem, to będzie na płycie nagrobnej. Trzeba się przejść na drugi koniec cmentarza, tam to stwierdzimy.

— Nie stwierdzimy! Na płycie będzie data śmierci, nie pogrzebu.

— Aha! Prawda. No to tylko administracja cmentarza i jej księgi.

— W porządku. Wpadniemy tam później! — Krauz zanotował nazwisko i przykucnął. Ostrożnie poruszył wiekiem trumny.

— Ja panu pomogę — zaproponował kierowca. Nie bał się policjantów tak jak pozostali.

— Ostrożnie.

Odłożyli wieko. Krauz zobaczył, że kości są wymieszane i nie ma sensu wszczynać procedury jak przy morderstwie z ewentualnością zniszczenia czy zacierania śladów. I tak starał się trzymać ustalonego postępowania przy oględzinach miejsca przestępstwa, bo nic lepszego nie przychodziło mu do głowy, a coś musiał robić.

Czaszka leżała na marynarce.

— Kto? — spytał, wskazując czerep.

— Ja — przyznał się kierowca. — Gdzie miałem położyć?! I tak się prawie wszystko wysypało!

— Czaszka upadła na marmur czy na trawnik?

— Nie wiemy! Myśmy jej nawet nie zauważyli! Dopiero przy zamykaniu trumny. Brakowało jej, znaleźliśmy ją w krzakach. Tam! — I wskazał ręką. — Ale proszę spojrzeć, tu jest tylko trawa, żadnych kamieni. Nic nie mogło się jej stać, nie jest poobtłukiwana, przecież oglądaliśmy ją wszyscy, nie jest uszkodzona! No!

— No! Aha! — przytaknął Krauz. — Ale panowie, poważnie… To była pierwsza trumna, która się wam otworzyła, a może…

— Ale towarz… panie policjancie! Co pan o nas myśli?!

— Nic złego.

— Pierwsza i mam nadzieję, że ostatnia!

— Ja też! W tej następnej mógłby być Lenin i Boże uchowaj, co byście przy nim mogli znaleźć…

— Nie! No nie! Aż tam nie jeździmy na fuchy.

— Chodzi tylko o to, czy należy do tego ciała?

— Z pewnością! Dzisiaj nie wykopywaliśmy nikogo innego! — zapewnił majster, a kierowca był zawiedziony, że dał się ubiec.

— No to się jej przyjrzyjmy.

Krauz poszperał w reklamówce i wyjął rękawice chirurgiczne. Gdy je naciągał, głośno plasnęły. Kierowca tylko zazdrościł w milczeniu. Te jego były grube, skórzane, brudne i nie plaskały. Założył ręce do tyłu i pochylił się z nieukrywaną ciekawością. Musiał zobaczyć, jak to robią fachowcy.

Krauz wetknął dwa palce w otwory po oczach, drugą ręką podtrzymywał czaszkę. Podniósł ją ostrożnie. Burger i Hanzel niechętnie wyszli z cienia, a ledwo stanęli w ostrym słońcu, mocno zmrużyli oczy.

— Chodź raczej tutaj. — Burger wskazał miejsce pod kasztanem.

Przestali przymykać oczy i skupili się na podejrzanym znalezisku. Krauz podniósł czaszkę tak, aby ciemię znalazło się u dołu, i badali otwór po rdzeniu kręgowym. Nikt nic nie mówił.

Foramen magnum ossis occicipitale — wymamrotał Krauz.

— Hmm?

— Wielki otwór kości potylicznej, Edo.

— Jeszcze stale cię to bawi?

— Czasem, wieczorami coś sobie poczytam w atlasie… i w słowniku łacińskim.

Krauz odwrócił czaszkę. Przyjrzeli się dokładnie główce gwoździa.