Cela numer 17

Tekst
Z serii: Richard Krauz #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Motto

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Tytuł oryginału CeLA ČÍSLO 17

Copyright © Dominik Dán, 2007

Published by arrangement with Slovart Publishing Ltd., Bratislava, Slovakia

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o., 2018

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcie na okładce

iStock.com / Jill Fromer

Skład i łamanie

Scriptor s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-538-1

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Miasto, wydarzenia i wszystkie osoby w tej książce są wymyślone, jakiekolwiek podobieństwo do autentycznych historii to czysty przypadek, nawet jeśli komuś mogłyby się wydać znajome...

Vitia erunt, donec homines.

Dopóki ludzie istnieć będą, będą i błędy.

Tacyt

Poświęcam bratanicy Monice i siostrzeńcowi Lukášowi.

Panu Teodorowi Matúsowi,

zawodowemu znawcy stosunków więziennych,

dziękuję za fachowe rady i nieocenioną pomoc.

Dr med. Ivecie Čiernej, mgr Martinie Móricovej

i doc. dr. Dušanowi Rapošowi dziękuję za konsultacje.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

WRZESIEŃ 1994

NIE BYŁO TO ŁATWE, jednak zrobił ten krok. Pierwszy krok w nieznane. Bolało... Ale nie miał innego wyjścia. Psycholog go uprzedził, że będzie musiał się do tego przyzwyczaić. Do utraty możliwości. Po prostu już ich nie będzie. Od tej chwili będą mu dyktować przyszłość. Rozkazywać. Zezwalać. Komenderować.

Będzie to dziwne i niezrozumiałe, szczególnie dla niego, ale innej możliwości mieć nie będzie. Będzie musiał słuchać. No cóż.

I tak zawsze to robił...

Słuchał jej.

Przekroczył próg. Masywne stalowe drzwi przecięły pępowinę z dotychczasowym życiem. Wstrętne, chyba lepkie. Pomalowane już dawno, ale wciąż wyglądały na lepkie. Zatrzasnęły się i przecięły. Jak w filmie Otchłań.

Przepaść.

Ale wszedł i znalazł się wśród nich. Wśród mężczyzn. Zrobił jeszcze krok i podświadomie trochę się przygiął, żeby farba nie pomazała mu grzbietu. W zamku zachrobotał klucz, oddalające się kroki powoli cichły. Był w tym zanurzony, zupełnie sam...

Zostałem sam. Masywne stalowe drzwi zatrzasnęły się za mną.

Ktoś je pomalował na szaro. Kolorów jest wiele, tylko tęcza zna ich zaledwie siedem. Podobno można je mieszać, ale chyba nie było nikogo, kto by się tym trudził. Tutaj wystarczyła szarość. Wstrętna olejna szarość, połyskliwa i obrzydliwie śliska. Po chwili zebrałem się na odwagę, obejrzałem i spróbowałem. Nie były śliskie, tylko tak głupio błyszczały. W dotyku chłodne. Później... zebrałem się na odwagę... także na inne rzeczy, te również były śliskie i obrzydliwe i... musiałem... ale dopiero potem...

Najpierw tylko się gapiłem. Nie miałem śmiałości nawet głośno pierdnąć. Bałem się rozluźnić tyłek. Na wolności, gdyśmy siedzieli z chłopakami na piwie i czasem rozmowa zeszła na kogoś w pudle, słyszałem rozmaite gadki... bajki... Podobno tam się dupczą i żrą sałatę razem z gąsienicami, żeby mieć proteiny, i siedzą całymi dniami w ciemnościach za karę, jeśli się pobiją, a klawisze ich dręczą i leją na każdym kroku, i... Tak pokazywali w amerykańskich filmach, więc to chyba będzie prawda? A może u nas jest zupełnie inaczej? Czy będzie zupełnie inaczej?

Zwyczajne stalowe drzwi, ale... gdy się zamkną...

Byłeś na zewnątrz, teraz jesteś wewnątrz.

Kiedyś byłem na zewnątrz. Fajnie było. Było to normalne, bo każdy przynajmniej raz jest na zewnątrz. Żyłem jak każdy normalny człowiek i nawet nie wiedziałem... nie przeczuwałem, że to normalne. Że mam używanie i tak mam to traktować. Że to jest całkiem normalne! Że mam to doceniać. Aż moje normalne życie się skończyło.

Kiedy to się zmieniło? Kiedy to kurewskie życie wymknęło mi się z rąk? Było to w Boże Narodzenie 1993 roku. Przyszli po mnie...

– Witaj, inteligent! – huknął i powoli wstał z dolnej pryczy.

Był wielki i... był u siebie w domu. Dlatego przywitał go pierwszy. Miał podkoszulek kiedyś biały, a niebieski dres dla fasonu obszarpał prawie do kolan. Ręce wepchnął do kieszeni.

– Śpisz tu na górze. – I skinął krótko ostrzyżoną głową. Wszyscy takie mieli.

– Dzień dobry... Nazywam się Kamil Puskailer... – spróbował grzecznie przybyły.

Wybuchnęli śmiechem.

Mężczyzna w podkoszulku podszedł, jak gdyby chciał mu pomóc z plecakiem, ale po niego nie sięgnął. Nie wyciągnął rąk z kieszeni. Zatrzymał się pół metra od niego i pokiwał głową.

– Kamil, powiadasz... Puska... Puska... Pysio... no... zobaczymy...

– Puskailer – poprawił, ale im było wszystko jedno. Rechotali dalej, jakby właśnie powiedział najlepszy dowcip, jaki słyszeli przez ostatnich pięć, a może dziesięć lat.

Tamten poruszył ramieniem, jedna ręka mu podskoczyła.

– No to witaj... inteligent... – zawołał.

Nowicjusz błyskawicznie zgiął się w pasie, bo ręka komitetu powitalnego niebezpiecznie wyrwała się w stronę żołądka. Ale była to jedynie finta. Na razie nie groziło uderzenie, więc podał swoją, bo był dobrze wychowany i wiedział, co wypada. Mężczyzna w podkoszulku ją uścisnął, nowy chciał umknąć i zająć się plecakiem leżącym u nóg, ale mężczyzna nie puścił. Odwrotnie, docisnął. Uścisk wzmocnił pochyleniem, zaczęło boleć. Musiał i on się przed nim ukłonić, inaczej złamałby mu nadgarstek. Wszyscy się zaśmiewali. Bawili się. Mężczyzna w podkoszulku spojrzał mu twardo w oczy. Kamil wiedział od adwokata, że oddać spojrzenie oznacza wyzwanie, więc wolał spuścić wzrok. Zadowolony mężczyzna w podkoszulku puścił rozdygotaną rękę. Potwierdził dominację i nadrzędność nad nowym samcem w stadzie. Wszyscy to widzieli i dokładnie o to szło. Dla wszystkich musi być jasne, kto jest zwycięzcą. Więcej nie było trzeba. Na razie...

Goryle we mgle.

– Możesz mi mówić Gusto. Później, gdy będziesz grzecznym chłopczykiem... Gogo... ale to później. Na razie, jak dla ciebie, Gusto!

– Puskai... znaczy Kamil – wymamrotał i obolałą dłoń zacisnął w pięść, ale tylko po to, aby rozruszać palce. Nie miał nic złego na myśli. Nawet nie mógł.

Nie myślał. Ostatnich dziewięć miesięcy to było więcej niż dość. Dość dla wołu, nie dla zwykłego człowieka. Już nie myślał, nie był w stanie. Dał się unosić wypadkom, nie buntował się.

Na początku bronił się i wierzył, że sprawiedliwości stanie się zadość, że zostanie oczyszczony i wolny! Wynajął adwokata, jednego z najlepszych, zapłacił mu połowę swego majątku, drugą też gotów był dać, ale... Podczas procesu zaczęło się to jakoś komplikować, a ta ślepa krowa ostatecznie wskazała mieczem na niego i szalki się poruszyły...

Schylił się po plecak i zesztywniał, jakby bał się wejść w uliczkę między łóżkami. Menel z dolnej pryczy to zauważył. Poderwał się na równe nogi. Cwaniura, jeździec znikąd, ryżawe ściernisko zamiast włosów i długie odstające uszy. Oczy jasnoniebieskie, błyszczące. Stal. Kamil wyobraził sobie na jego wielkiej okrągłej głowie szpiczastą czapkę jak z kreskówki Disneya. To by pasowało.

 

On też wsadził ręce do kieszeni, zresztą on też miał dres poszarpany aż do kolan. I on podszedł do niego na pół metra, i on także powiedział do niego...

– Śpisz tu na górze. – Skinął głową. – Możesz mi mówić Jožo. Później, gdy będziesz grzecznym chłopczykiem, Scink. Ale to potem. Na razie dla ciebie Jožo!

Podał mu rękę i Kamil ją przyjął. Jožo nie ścisnął, może nawet chciał albo myślał, że już to zrobił, ale po poprzedniej kuracji Kamilowi wydało się to niczym.

Dłonie odlepiły się tak szybko, jak się zetknęły, bez wrażenia. Jožo zwalił się z powrotem na pryczę, ręce splótł nad głową i czekał, co nastąpi.

Kamil stał pod drzwiami, w ręce ściskał plecak z rzeczami, które przed chwilą pobrał w magazynie, i czekał z zakłopotaniem.

– Ty nic, Puky? – spytał Gogo i powoli usiadł na taborecie przy jedynym stole pod oknem.

– Mam go w dupie. Powiedzcie mu to.

Mężczyzna na górnym łóżku odwrócił się do wszystkich plecami, umościł się i głośno pierdnął. Znów się pokręcił i natężył. Znów się udało. Kamila owionął smród produktów metabolizmu. Zmarszczył brew.

– Laluś? – spytał zaskoczony Gogo i się roześmiał. – Puky, nie świruj, jemu to przeszkadza.

– Mam go w dupie, już mówiłem... I dajcie mi spokój – wymamrotał Puky i próbował się zdrzemnąć. Ręki mu nie podał. Wielki modry tyłek musiał Kamilowi na razie wystarczyć.

Gogo założył nogę na nogę i wskazał zielone szafki pod ścianą naprzeciwko.

– Tam masz szafkę, ta na górze jest twoja. Wypakuj się!

Kamil wreszcie ruszył. Wydawało mu się, że przeżywa déjà vu...

Pewnego razu, jako mały chłopiec, miał być na obozie pionierskim. Brał antybiotyki przez jakiś głupi kaszel i spóźnił się na wyjazd. Ojciec go zawiózł autem dwa dni później. Wszyscy już tam byli. Dziwne uczucie przyjść, gdy wszyscy są już na miejscu.

Chłopaki już znali swoje imiona, a w ciągu dwóch dni narodziły się pierwsze przyjaźnie na całe życie.

– A coś ty za jeden? – powitał go wielki, gruby chłopak z chlebem w ręce. Tak było aż do zakończenia obozu. Nikt go nie zapamiętał inaczej, tylko jako żarłocznego Petię z kromką posmarowanego chleba w dłoni.

– Kamil Puskailer. Cześć, chłopaki.

– Puska... puska... będziesz Pysio, dobrze? – zaproponował drągal z chlebem.

– Ja jestem Kamil.

– No to cześć, Pysiu. – I dostał pierwszy prawdziwy cios w życiu. Nie bolało. Tylko napędziło stracha. Ramię zniesie wiele. Rąk sobie wtedy nie podawali.

– Tam masz szafkę, ta na górze jest twoja. Wypakuj się tam. Na górze jest twoje łóżko. Na mnie mówią Pet’o, a chłopaków za chwilę poznasz. Grają w piłkę, turniej. Ja nie gram, nie chce mi się. – I ugryzł spory kęs, bo już zbyt długo żuł na pusto.

Kamil stał ze ściśniętym gardłem. Zbierało mu się na płacz, ale się zaciął i wytrzymał. Nie chciał jechać, ale ojciec truł, że przedsiębiorstwo – Zakłady Mięsne – daje to prawie za darmo, opłaci się, za trzy stówki z wyżywieniem! Nauczyciel matematyki organizował w tym czasie przez okręgową organizację pionierską letnie zajęcia z matematyki i fizyki... za darmo, bo każdy spał w domu i schodzili się zawsze o ósmej rano w świetlicy szkolnej. Jedli chleb z masłem i kiełbasą, kto by im gotował w ciągu wakacji?! Trzynastoletniemu gałganowi starczało to aż do wieczora.

W zeszłe wakacje nauczyciel wyłożył im sposób rozwiązywania układów równań liniowych metodą wyznaczników i pokazał, jak zastosować pochodne w geometrii praktycznej, a w tym roku na pewno będą przerabiać całki...

Nie było ich wielu. Z całej dzielnicy chodziło zaledwie piętnastu, ale wiedzieli po co. Ciekawiło ich to. Szczególna paczka. W ciągu wakacji, gdy każdy normalny grał w piłkę albo wylegiwał się nad wodą, oni rozwiązywali zadania i mieli bardzo zadowolone miny. Bo byli zadowoleni. Ale w tym roku ojciec postanowił, że Kamil pojedzie na obóz pionierski, i w ten sposób zamiast całek poznał grubego żarłoka Petię i chłopaków, którzy tylko umieli się bić, palić za domkami i okłamywać drużynowych.

Była tam też Julka.

Júlia Baková. Już ósma klasa. Wielka pannica. Jej ojciec również był rzeźnikiem. Kolega ojca. Júlia jasnowłosa. Jedyny jasny punkt zmarnowanych trzech tygodni. Bardzo jasny punkt. Jej włosy świeciły nawet w ciemnościach. Oczy miała niebieskie. Prowokacyjnie rozpiętą bluzkę wypychały wielkie czternastoletnie zderzaki, a Kamil dopiero teraz pojął, że oprócz pochodnych i całek – z rówieśnikami... czy też z rówieśniczkami da się debatować także o czymś innym.

Za domkami płynął potok. Za nim łąka i las. Chodzić za potok nie było wolno, to im powiedzieli instruktorzy zaraz podczas pierwszego apelu. Tyle że wieczorem instruktorzy zaszyli się w jednej z chatek i schlali się w trupa. A poza tym Kamil nie był na otwarciu obozu i nie wiedział o zakazie, więc co?

Julka go odkryła ze dwa dni po spóźnionym przyjeździe. Grali w piłkę, a jemu dobrze szło. Kamil był chłopakiem jak należy. Kombinacją całek i innych spraw matematycznych z bezkompromisowymi strzałami do bramki. To właśnie był Kamil. Wbił dwa gole i stał się bohaterem spotkania. Wygrali. Wieczorem z Julką przeszli potok, potknęli się o dwie małoletnie parki, przeprosili i znaleźli swoją jamkę. Rozpięła mu zamek od dżinsów i spytała, czy coś ma.

– Co?

– A tyś skąd się urwał?! Gumę!

– Gu... mę?

– No to palcami! Pokaż!

Położyła się, rozpięła spodnie i spuściła je aż do kostek. Palce wepchnęła do majtek, one też powędrowały w dół. Łapczywie chwyciła go za rękę i powiedziała delikatnie:

– Tylko dwa... ty... Kamilku... Kamileczku... Zwycięski bombardierze, zarozumiały...

Ich spojrzenia się spotkały i zauważyła to mimo ciemności.

– Tyś jeszcze nie był?

– Gdzie? Nie, chyba nie, nie wiem – bełkotał. Wyschło mu w gardle.

– Z babą?

– Nie! – Sapał, musiał odkaszlnąć.

– Więc dajże te palce! Potem ja. Nie bój się. Pozostaw to mnie, ja cię tego nauczę... No nie bój się. Mówię wyraźnie... Dawaj te palce!

Kamil Puskailer otworzył blaszaną szafkę i palcem przejechał po półce. Wtedy, na obozie pionierskim, też tak zrobił, a gdy zobaczył, w jakim jest stanie, powycieral kurz kawałkiem papieru toaletowego. Gruby Pet’o prychnął i z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Na głowę upadłeś? Wycierać półki... państwowe?!

Kamil nie znosił kurzu. Od dziecka. Ani mama, ani ojciec nie mieli nigdy powodu, by upominać go za nieporządek w pokoju. Nie znosił bałaganu i kurzu.

Ta półka jednak nie miała kiedy okryć się kurzem. Rzeczy na niej zmieniały się wraz z długością odsiadywanych lat i nigdy nie ziała pustką zbyt długo. Lokatorów było zawsze dość. A kolejni czekali na sali sądowej i w areszcie.

Kamil wyłożył ręcznik, koszulę, szczoteczkę do zębów. Gogo obserwował i każdy ruch potwierdzał nieznacznym skinieniem głowy. Scink rozwalony na łóżku tylko czekał na okazję. Puky miał ich gdzieś i udało mu się dwa razy z rzędu metalicznie zachrapać.

Kamil poskładał płócienny worek dokładnie w kwadrat i położył na starannie złożoną kupkę. Zamknął blaszane drzwiczki i podświadomie szukał oczek na kłódkę. Jedno było wykrzywione, chwilę się z nim mordował, ale na szczęście adwokat kupił mu kłódkę z wielkim pałąkiem. Kłódka, najważniejsza rzecz na świecie. W świecie, w którym poruszał się już od roku. Na wolności to może śmieszny kawałek metalu, ale tu... najważniejsza rzecz na świecie. Symbol prywatności i nietykalności. Poza tym prywatność więźniów ogranicza się jedynie do ich głów. Tam mogą mieć własne myśli, własne plany na przyszłość... Ale cała reszta jest publiczna. Res publica. Wzruszył ramionami z zakłopotaniem i jeszcze raz docisnął blaszane drzwiczki. Wreszcie zaskoczyły. Teraz i on miał kawałek swojego świata.

Gogo uśmiechnął się ze zrozumieniem. Potem spoważniał.

– A szlugi?

– Słucham?

– Papierosy... gdzie masz?

– Ja nie palę.

– Tak uważasz... a może masz nadzieję – zarechotał złośliwie i spojrzał na Scinka. Ten zrozumiał, że ma się śmiać, i też się wykrzywił.

– On tak uważa – przytaknął szefowi.

– Pysiu, zapamiętaj – ciągnął Gogo poważnym tonem belfra – tutaj papierosy mają inne znaczenie niż na wolności. Tu są środkiem płatniczym. Kupisz sobie za nie, co tylko chcesz albo to, czego właśnie potrzebujesz, na przykład koleżeństwo towarzyszy spod celi... – Znów spojrzał na Scinka, a ten z zapałem skinął głową, jakby rozumiał. – ...albo spokojną pierwszą noc... i drugą, jak będzie trzeba... albo dobrą radę na przyszłość... – Gogo gmerał długim paznokciem między zębami i teatralnie cmoknął. – No więc jesteś mi dłużny pierwszą piątkę za pierwszą lekcję.

Scink zazdrośnie wytrzeszczył oczy. Kamil zrozumiał, że cena była znacznie wygórowana, i popełnił pierwszy błąd.

– Dwie...

Gogo wstał i walnął go w splot słoneczny. Kamil złamał się w pasie, poleciał na ścianę i tyłkiem wbił się w nią z taką siłą, że go wyprostowało. Powoli osunął się na ziemię. Łapczywie chwycił oddech, pokonał mdłości i przełknął potok śliny. Siłą woli opanował wymioty.

– Pięć – powiedział spokojnie Gogo i usiadł. Pogmerał w kieszeni i wyciągnął paczkę. Niedbale rzucił ją na stół. Palcem przeliczył kilka wystających filtrów.

– Prawie całe... dla ciebie za pięćdziesiąt. Ja wiem, na wolności chodzą po dwadzieścia, ale... dla ciebie za pięćdziesiąt. Pieniądze masz, nie?

Kamil ciężko wstał i zataczając się, podszedł do szafki. Sięgnął do kieszeni porozpychanego państwowego dresu i wyjął pęk kluczy. Z kieszeni wzorowo ułożonej koszuli wyciągnął banknot. Podał go Gogowi. Ten go wziął, powąchał, uśmiechnął się i podsunął papierosy. Kamil pomacał paczkę i stwierdził, że jest tam zaledwie połowa. Ostrożnie schował je do kieszeni obok kluczy.

– Pięć! – Gogo stuknął palcem w stół i spojrzał dumnie.

Kamil nieporadnie wyłowił paczkę i odliczył pięć. Gogo ułożył znużonym gestem zdobycz na stole. Kamil stał i ściskał paczkę papierosów w obolałej ręce.

– Daj.

Gogo wyciągnął rękę. Kamil podał mu resztę papierosów.

– Dwa, cztery, sześć, siedem! A za to dzisiaj możesz spokojnie lulać. Pierwsza noc pod celą. To jak noc poślubna, no nie?! – I pochylił się, żeby zobaczyć Scinka wyciągniętego na dolnym łóżku.

– Jasna sprawa, no nie? – przytakiwał radośnie Scink i wykrzywił się od ucha do ucha, bo to był dobry dowcip.

– Do północy... lulasz... – dodał Gogo i przestał zwracać na niego uwagę. Liczył papierosy i układał je na stertę.

Okno znajdowało się kawałek od stołu, w rogu celi. Kamil podszedł do niego z obawą. Masował brzuch, a ponieważ wciąż zbierało mu się na mdłości, oparł czoło o metalową kratę. Przyjemnie chłodziła. Przez nacinane zbrojone szkło poukładane jak żaluzje widział chodnik wysypany białym żwirem i dwie ławki. Przynajmniej one są pomalowane na żółto. Przyjemna zmiana. Podwórze więzienne. Mniej więcej tak wyglądało w filmach kryminalnych i mniej więcej tak teraz widział je w naturze. Patrzeć w górę się nie dało, żaluzje ze zbrojonego szkła nie pozwalały. Ogromnie zapragnął spojrzeć w górę, zobaczyć kawałek niebieskiego... błękitnoniebieskiego... Mógłby być także biały strzęp, porzucony w którymś rogu okna... ale w górę po prostu nie dało się patrzeć.

Kamil oparł się wygodnie o chłodną kratę i gapił na żółtą ławkę.

Kiedy to się zmieniło? Kiedy to spierdolone życie wymknęło mi się z rąk? Było to na Boże Narodzenie 1993 roku. Przyszli po mnie...

Ale to było już dawno. Dziewięć miesięcy. Tylko dziewięć? A tak dawno... Przeżyłem tu w pudle już jedno całe życie, a to tylko dziewięć miesięcy! Einstein miał rację, czas może być niekiedy bardzo względny. Dam sobie radę z każdą całką, rachunkiem macierzy, równaniami różniczkowymi, szeregami Fouriera, potrafię obliczyć wszystko na świecie, ale względności czasu nigdy nie byłem w stanie pojąć. Stale brakowało kroku, tego małego, ostatniego, który zamyka poznawanie i otwiera poznanie. Myślę, że w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy zrobiłem ten magiczny krok. Już nie muszę poznawać, już wiem...

Więc kiedy to się zmieniło? Kiedy to moje wygodne, bezproblemowe życie wymknęło mi się z rąk? Czy to było na Boże Narodzenie 1993 roku? Nie... o wiele wcześniej. Wtedy, gdy ją poznałem.

 

Byliśmy razem na obozie pionierskim. Nie chciałem tam jechać, ale ojciec powiedział, że za tych kilka stówek to się opłaci i przynajmniej trzy tygodnie będą mieć mnie z głowy. Chciałem znów iść na kółko matematyczno-fizyczne, ale w tym roku ojciec zdecydował inaczej. Ja chciałem iść... i nawet mu to powiedziałem. Zgodziłem się z nim, gdy przestało mi się kręcić w głowie i znikły gwiazdki. Mama... tylko ze smutkiem mnie pogładziła i dała znak oczami, żebym nie marudził i nie złościł ojca, bo gdy naprawdę się rozzłości...

Ojciec był masarzem. Bardzo silnym mężczyzną. Więc... oboje z mamą staraliśmy się go nie złościć. Czasami nawet nam się to udawało.

Pojechałem na obóz pionierski. Dobrowolnie. Nie jechałem autokarem z innymi skazańcami, bo pani doktor przepisała mi na kaszel antybiotyk. Skończyłem go zażywać na trzeci dzień po rozpoczęciu turnusu, więc ojciec zawiózł mnie autem. Bardzo chciał, żebym się wyniósł z domu, więc wolał mnie odwieźć. Przez całą drogę słuchałem pogadanki o bezsensownie wyrzuconych pieniądzach na benzynę, a co, litr to trzy korony psu w dupę. Dałbym mu je z moich oszczędności, gdyby zawrócił do domu, ale nie miałem odwagi go wkurzać.

No więc zajechaliśmy. Wyładował mi walizkę, z komendantem obozu podali sobie ręce i uśmiechali się jak starzy znajomi. Chyba się znali, bo byli na ty, ale w kombinacie mięsnym wszyscy się znali, więc nawet się temu nie dziwiłem. Nie zbiegły się tłumy, by podziwiać ojcowską nową simcę 1300, jak to było na uroczystościach rodzinnych albo gdziekolwiek żeśmy się pojawili. Ojcowska bordowa simca 1300 nęciła tłumy ludzi, by mogli zobaczyć coś, co mogli zobaczyć tylko... prawdę powiedziawszy, czego w ogóle nie mogli widzieć. Nie każdy miał wstęp do sklepu dolarowego. Masarskie dzieci nie zbiegły się i nie dziwiły, co to za bryka, na ogół mieli takie w domu, a czasem i lepsze. Więc nie zbiegły się i nie podziwiały. Ojciec był nieco rozczarowany... Pocałował mnie w policzek... wcale nie bolało. Ruszył do domu.

W pokoju przywitał mnie... pamiętam... taki grubas, nazywał się chyba Pet’o... tak, Pet’o... Właściwie teraz sobie przypominam, to był na pewno Pet’o, bo do końca turnusu inaczej na niego nie mówiliśmy, tylko gruby Pet’o. W ręce miał zawsze chleb albo rogalik i żuł... żuł.

Gruby Pet’o. Trochę śmierdział. Był tam też Igor, jego nie można było zapomnieć. W tylnej kieszeni dżinsów tkwił mu grzebień. I co dziesięć minut go wyjmował i przeczesywał sobie włosy. Blond. Niefarbowane, żółte jak... jak... żyto, ale prawdziwe, w samym środku lata. Na spodniach na tyłku miał wyszytą łapę rozwścieczonego kota i każdemu chętnie wyjaśniał, że jego portki nazywają się Wildcat i że mu je tato kupił w Popradzie, w sklepie dewizowym, bo tam stryjek Stano, brat ojca, robi za kierownika, a tylko tam mają te oryginalne, prawdziwe. Te, co wozili do Naszego Miasta, to były podróbki, a kupowały je tylko kmioty z Naszego Miasta. Tak mówił stryj Stano, a on musiał się na tym znać, bo w tym robił, a tylko on i tato mieli w Popradzie niebieskie fordy cortina, więc pewnie było tak, jak mówił!

Igora złościło, że na obozie pionierskim, pełnym dzieci masarskich, jego dżinsy nie wzbudzały odpowiedniego zainteresowania, jak u niego w szkole, gdzie mogła się z nim równać tylko Iveta, bo jej tato miał stację benzynową. Mieli takie same dżinsy, więc zaczęli ze sobą chodzić. Ale Igor wszystkim babom na obozie powiedział, że ta krowa jest teraz daleko i że jest w zasadzie wolny, a ona nie musi wiedzieć o wszystkim, co się szepce na obozie pionierskim. Po dwóch dniach skończył za potokiem na wznak, a markowe dżinsy miał koło kostek. Ta krowa z Popradu nie musiała wiedzieć o wszystkim, o czym się plotkowało na obozie pionierskim, a plotkowało się nieźle, więc Igor był zadowolony.

Ja zagrałem w piłkę nożną. Źle mi się oddychało, bo zaledwie dwa dni przed turniejem brałem antybiotyk, ale i tak wbiłem dwa gole i wygraliśmy.

Nasz matematyk był także wuefistą i wyjaśnił nam, że w futbol gra się przede wszystkim głową. Nogi używa się jak kija hokejowego, ale najważniejsze są oczy i chłodny umysł. Gdy zobaczył, jak podaję prostopadle napastnikom, spytał, czy nie chciałbym grać w klubie Slovan, gdzie trenował starszych uczniów. Zgodziłem się. Byłem u lekarza sportowego na wstępnych badaniach, dali mi kartę. Rok później byłem już kapitanem drużyny i przeszliśmy do wyższej grupy. Na koniec roku prezes klubu wręczył mi dyplom i powiedział, że przejście do wyższej grupy to wielki sukces klubu. Nas, uczniów i młodzików, posłali potem do domów, a starsi juniorzy i seniorzy zostali do rana i podobno schlali się w trupa i pobili. Myśmy na drugi dzień nie trenowali, tylko musieliśmy sprzątać salkę konferencyjną i szatnie. Z kafelków na prysznicach zmywaliśmy krew, więc naprawdę było tam wesoło.

Wszystko, czego nauczyłem się na treningach, wykorzystałem w turnieju. Wygraliśmy. Komendant obozu wręczył dyplom mnie, bo kapitana naszej drużyny przed końcem spotkania kopnięto, dostał wylewu i musieli go wynieść do ambulatorium. Dostaliśmy po wafelku. Za pierwsze miejsce. Po turnieju komenda zaszyła się w domku, wieczorem dochodziły stamtąd wrzaski i dźwięki gitary. Oni też się pobili... nad ranem.

Ja nie piłem, mnie to wtedy jeszcze nie smakowało, ale niektóre chłopaki z naszej sali mieli pochowane butelki z winem, a potem się zataczali jak dorośli i podobnie machali rękami.

Papierosy też mi nie smakowały. Nie tylko wtedy, nigdy, jakoś nie wyszło.

Wieczorem obóz opustoszał, chłopaki w pokoju wrzeszczeli. Poszedłem się nałykać świeżego powietrza, bo niektórzy kopcili nawet w pokoju. Siedziałem na schodach, a ona wybiegła z bloku dziewczęcego. Gadaliśmy chwilę, ja jej powiedziałem, że się nazywam Kamil Puskailer, a ona mnie, że się nazywa Júlia Baková i wszyscy mówią na nią Julka. Przysiadła się, naparła na mnie i mówi, że mam super strzały na bramkę, że ona lubi bohaterów, a piłkarskich to już najbardziej... i trochę chichotała. Nieco jechało od niej winem. Była prześliczna. Takich niebieskich oczu nie widziałem nigdy w życiu, zwłaszcza gdy trochę błyszczały, a włosy... piękne włosy blond...

Potem powiedziała, że nie wolno chodzić za potok za ostatnimi domkami, że komendant obozu zakazał tego od razu pierwszego dnia, więc wzięła mnie za rękę i poszliśmy za potok.

Tak poznałem swoją żonę Julię Bakovą, którą trzydzieści lat później zamordowałem.

Kamil oparł się wygodnie o chłodną kratę i gapił na żółtą ławkę.

Długo. W zamku zachrzęścił klucz i dyżurni przynieśli kolację. Sos fasolowy i kawałek mielonego. Nawet Puky wylazł z nory i najadł się. Chłopaki pod celą sarkali. Fasola. Puky będzie nie do opanowania. Z powrotem wdrapał się na wyro, a na nowego nawet nie spojrzał. Nie powiedział ani słowa. Przewracając się na drugi bok, głośno sobie ulżył. Gogo z niesmakiem pokręcił głową i wszystkich całkowicie zbytecznie ostrzegł przed katastrofą, która ich czeka.

– Kurwa... ale znowu będzie noc...

Puky umościł się i pierdnął. Już się zaczynało. Gogo miał rację, jak zawsze.

– No, zielony... wskakuj na wyro... – Gogo wskazał pryczę nad sobą. – Żebyś na mnie nie nakurzył.

Kamil wciągnął państwową piżamę, tylko gacie, koszulę zostawił, a do kieszonki przełożył zwitek banknotów. Gogo go obserwował i się uśmiechał. Kamil wyciągnął się na górnej pryczy.

Pierwsza noc w więzieniu. W areszcie przespał ich ponad dwieście pięćdziesiąt, ale w więzieniu to coś innego. Zdecydowanie. Nie mógł usnąć. Naprawdę jak poślubna. Pełna emocji. Trochę inna niż poślubna, ale pełna... po chwili wszędzie było czuć metan i siarkowodór.

Obudziło go silne uderzenie w ramię.

– Jest północ! – wrzasnął Gogo, a Scink chwycił go za nogę. Szarpnął gwałtownie, a Kamil spadł na ziemię. Jeszcze nie całkiem się ocknął, uderzył się w plecy i w głowę. Wylądował tyłkiem na pryczę Goga pod sobą.

– Tego nie próbuj, koleś. – Szarpnął go za kołnierz i postawił przemocą. – Na moją nie siadaj nawet przypadkiem, bo... I jest północ! Już nie masz zapłacone!

Kamil sięgnął do kieszonki.

– Ile?

– Pięćdzie...

Kamil podał mu banknot.

– I mnie! – dodał Scynk.

Kamil się zawahał.

– Gówno!

– Gogo, powiedz mu! – zaszlochał Scink i chwycił Kamila za rękaw. Kamil szarpnął ręką i odepchnął go.

– Miej go w dupie – powiedział zadowolony Gogo i zrolował banknot. Wetknął go do kieszeni spodni i wrócił na pryczę. Wygodnie umościł poduszkę, a ręce splótł za głowę. Szykowało się widowisko.

– Wasza rzecz...

Scink zawahał się i znowu chwycił Kamila za rękaw.

– Piątala!

– Spróbuj tylko... – powiedział spokojnie Kamil i uwolnił rękaw z uchwytu. Twardo spojrzał mu w oczy. Konus warknął niezadowolony, uznał jednak porażkę i też się położył.

– Ty gnoju... masz to u mnie – wymamrotał i odwrócił się plecami.

Kamil wdrapał się na łóżko, Gogo się uśmiechał, Scink warczał, a Puki też wmieszał się do rozmowy przeciągłym, dudniącym pierdnięciem.

Pierwsza noc w więzieniu. Rok ma ich trzysta sześćdziesiąt pięć. A trzynaście lat ile?

Tak poznałem swoją żonę Julię Bakovą, którą trzydzieści lat później zamordowałem.

Obóz się skończył, a mnie się nie chciało wracać do domu. Strasznie się nie chciało. Każdego wieczoru chodziłem z Julką za potok. Jeszcze pamiętam...

Pod koniec pierwszego tygodnia byliśmy na wycieczce – jakieś ruiny i do muzeum. Był to zwykły wiejski dom, przerobiony na muzeum. Urodził się tam bardzo znany pisarz, nawet uczyliśmy się o nim w szkole, ale nazwisko zapomniałem. W drodze powrotnej zawieźli nas do miasteczka powiatowego. Na rynku komenda dała czas wolny. Wyjazd za dwie godziny, a niech nikomu nie przyjdzie do głowy iść do karczmy! Rozleźliśmy się po rynku, a komenda poszła do karczmy.

Na rogu była drogeria.

Z koszykiem w ręce kilka razy przeszedłem uliczką między regałami. Kierowniczce wydało się to podejrzane i ze splecionymi rękami stanęła w drzwiach na zaplecze. Pani w kasie też mierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem i czasami wymieniały z kierowniczką wymowne spojrzenia. Takiego nieporadnego złodzieja chyba tam jeszcze nie miały. Włożyłem do koszyka pastę do zębów, chociaż w szafce miałem trzy. Mamusia była bardzo troskliwa. Pastę wymieniłem na leukoplast, był tańszy.