Świadectwo kości

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Dolina Baztan #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Itxusuria

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

Słowniczek

Podziękowania

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału

Legado en los huesos

Redakcja

Grażyna Mastalerz

Projekt serii

Jordi Gonzáles Castelló

Adaptacja okładki

RMProjekt Rafał Łochina

Zdjęcie na okładce

© Stephen Carroll /Trevillion Images

Korekta

Maciej Korbasiński, Piotr Królak

Copyright © Dolores Redondo Meira, 2013

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wydanie II

ISBN 978-83-8143-851-3


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Eduarda, każde słowo

Czy ten człowiek nie zna natury swego rzemiosła? Śpiewa przy kopaniu grobu.

William Szekspir, Hamlet, akt V, przeł. Józef Paczkowski

Grób często kryje nieświadomie dwa serca w jednej trumnie.

Alphonse de Lamartine

Bo najgorszy jest ten ból, który zżera nas od środka. Nie pomogą żadne skargi, ból ten nigdy nie zelżeje.

Alejandro Sanz, Si hay Dios

Itxusuria

Odnalazł miejsce pochówku dzięki bruździe, którą wyryła w ziemi kapiąca z dachu deszczówka. Ukląkł, z zanadrza wyciągnął ogrodniczą łopatkę z motyką i rozgrzebał zwartą powierzchnię ciemnej gleby, która rozpadła się na wilgotne, gąbczaste grudy wydzielające bogaty aromat drewna i mchu.

Ostrożnie rozkopywał grób, warstwę po warstwie, aż w głębi dołu dostrzegł ubrudzone ziemią poczerniałe strzępy przegniłej tkaniny.

Dalej grzebał już rękami, odsuwał na bok materiał, w którym nadal można było się domyślić zarysów niemowlęcego becika i który rozpadł się pod jego dotykiem, odsłaniając nawoskowane płótno otulające ciało. Sznurek zachował się niemal jedynie w postaci głębokich, wyraźnych wgłębień tam, gdzie przewiązano nim zawiniątko. Rozszarpał zmurszałe resztki i przeciągnął palcami po płótnie, szukając brzegu. Nie patrząc, wyczuł zgrubienie i włożył pod nie palce, po czym jednym gestem, jak nożem, rozerwał całun.

Dziecko leżało w grobie jak w kołysce, twarzyczką do dołu. Kosteczki były w dobrym stanie, podobnie jak płótno, choć one też zabarwione były ciemną glebą doliny Baztán. Jedną ręką przycisnął do ziemi ciałko – prawie zmieściło mu się w dłoni – a drugą bez trudu oderwał prawą rękę, łamiąc przy tym maleńki obojczyk. Towarzyszył temu słaby odgłos, jak ciche westchnienie dobiegające z grobu, jak skarga, że go pogwałcono. Nagle odsunął się, onieśmielony. Wstał, schował kości do kieszeni i po raz ostatni spojrzał na mogiłkę, a potem narzucił na nią ziemię nogami.

1

Duchota w siedzibie sądu była nie do wytrzymania. Opary unoszące się znad wilgotnych od deszczu ubrań mieszały się z oddechami setek ludzi kłębiących się na korytarzach przed salami rozpraw. Rozpinając żakiet, Amaia spostrzegła porucznika Paduę. Zamienił kilka słów z kobietą, która mu towarzyszyła, odprowadził ją do jednego z pokojów i zręcznie omijając oczekujących, podszedł, żeby się przywitać.

– Pani inspektor, cieszę się, że panią widzę. Jak się pani czuje? Zastanawiałem się, czy się tu pani dzisiaj zjawi – mówiąc to, spojrzał na jej brzuch.

Amaia położyła rękę na wypukłości, która jednoznacznie wskazywała na bardzo zaawansowaną ciążę.

– No cóż, na razie się trzymam. Widział pan matkę Johany?

– Tak, jest bardzo zdenerwowana. Czeka w środku, z rodziną. Przed chwilą uprzedzono mnie z dołu, że podjechał furgon z Jasónem Mediną – powiedział, kierując się do windy.

Amaia weszła do sali rozpraw i zajęła miejsce w jednej z tylnych ławek. Dobrze stamtąd widziała matkę Johany Márquez, w żałobnym stroju i o wiele chudszą niż na pogrzebie dziewczynki. Jak gdyby wyczuwając jej obecność, odwróciła się i skinęła głową w skąpym geście powitania. Amaia bez powodzenia spróbowała się uśmiechnąć i wpatrzyła się w bladą, udręczoną twarz, twarz matki, której nie udało się uchronić córki przed potworem, którego sama sprowadziła do domu. Sekretarz sądowy zaczął czytać na głos nazwiska uczestników rozprawy. Jego uwadze nie umknął skurcz, który przebiegł po twarzy kobiety, gdy padło nazwisko jej męża.

– Jasón Medina – powtórzył sekretarz. – Jasón Medina.

 

Do sali wpadł policjant w mundurze. Podszedł do sekretarza i wyszeptał mu coś do ucha. Potem nachylił się nad sędzią. Sędzia go wysłuchał, skinął głową, wezwał prokuratora i obrońcę, przekazał im krótką wiadomość i wstał.

– Posiedzenie zostaje odroczone do odwołania – powiedział i wyszedł z sali.

Matka Johany krzyknęła rozpaczliwie i odwróciła się do Amai, jakby to od niej żądała wyjaśnień.

– Nie, nie! Dlaczego?

Towarzyszące jej kobiety obejmowały ją i na próżno usiłowały uspokoić.

Jeden z policjantów podszedł do Amai.

– Inspektor Salazar, porucznik Padua prosi, żeby pani zeszła do podziemi.

Wychodząc z windy, zauważyła, że na korytarzu, przed drzwiami do łazienki, tłoczy się grupka umundurowanych funkcjonariuszy. Policjant, który jej towarzyszył, wpuścił ją do środka. Było tam już kilka osób. Jakiś policjant i konwojent opierali się o ścianę z pobladłymi twarzami. Padua zaglądał do jednej z kabin. Stał na brzegu kałuży krwi. Rozlewała się zza przepierzenia i jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. Gdy zobaczył Amaię, odskoczył na bok.

– Powiedział konwojentowi, że musi iść do łazienki. Miał kajdanki, ale jakoś zdołał poderżnąć sobie gardło. Wszystko stało się błyskawicznie. Policjant stał tuż obok, usłyszał rzężenie, otworzył drzwi, ale nic już nie mógł zrobić.

Amaia zrobiła krok do przodu, żeby popatrzeć. Jasón Medina siedział na sedesie z głową odrzuconą do tyłu. W jego szyi zionęła głęboka ciemna szpara. Przód koszuli był nasączony krwią. Wyglądało to tak, jakby miał na szyi makabryczny czerwony śliniak. Krew barwiła wszystko na swojej drodze i spływała na podłogę. Ciało było jeszcze ciepłe, odór świeżej śmierci zatruwał powietrze.

– Czym to zrobił? – spytała Amaia. Nie widziała żadnego narzędzia.

– Nożykiem do tapet. Wypadł mu ze słabnących rąk i wleciał do sąsiedniej kabiny – odparł Padua, popychając sąsiednie drzwi.

– Jak mu się udało go wnieść? To metal. Wykrywacz musiał go pokazać.

– To nie on go tu dostarczył, pani inspektor. Niech pani popatrzy – wskazał na nożyk – na rękojeści jest kawałek taśmy klejącej. Ktoś musiał się postarać, żeby go tu umieścić. Pewnie przykleił go za rezerwuarem, a Medina musiał tylko wyciągnąć go ze schowka.

Amaia westchnęła.

– A to jeszcze nie wszystko – dodał Padua. Był zdegustowany. – Z kieszeni marynarki wystawało mu to. – Ręką w lateksowej rękawiczce uniósł w górę białą kopertę.

– List samobójczy – zasugerowała Amaia.

– Niezupełnie. – Padua podał jej rękawiczki. – Koperta jest zaadresowana do pani.

– Do mnie? – zdziwiła się Amaia.

Włożyła rękawiczki i wzięła kopertę.

– Mogę?

– Oczywiście.

Klej ledwo trzymał i udało jej się otworzyć kopertę, nie rozdzierając jej. W środku był biały kartonik, a na nim, na samym środku, widniało jedno słowo: TARTTALO.

Poczuła w brzuchu nagły skurcz i wstrzymała oddech, żeby powstrzymać okrzyk bólu. Odwróciła kartkę, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś na odwrocie, i oddała ją Padui.

– Co to ma znaczyć?

– Myślałem, że pani mi to powie.

– Ale ja nie wiem, o co chodzi, poruczniku Padua. To dla mnie niezrozumiałe. – Amaia była zdezorientowana.

– Tarttalo to postać mityczna, prawda?

– No, tak… O ile mi wiadomo, to cyklop z mitologii baskijskiej. Cyklopów znali też starożytni Grecy i Rzymianie. Do czego pan zmierza?

– Pani rozpracowała sprawę basajauna, który też jest postacią mityczną, a teraz zabójca, który przyznał się do zabójstwa Johany Márquez i który podszywał się pod basajauna, żeby ukryć swoją zbrodnię, popełnia samobójstwo i zostawia list zaadresowany do pani, notkę o treści: Tarttalo. Niech pani przyzna, że to co najmniej dziwne.

– Zgadzam się. – Amaia westchnęła. – To dziwne, ale w swoim czasie ustaliliśmy bez najmniejszej wątpliwości, że to Jasón Medina zgwałcił i zamordował swoją pasierbicę, a potem w dość prymitywny sposób usiłował skierować podejrzenia na basajauna. Do tego przyznał się do winy i nie oszczędził nam szczegółowego opisu zbrodni. Sugeruje pan, że to nie on ją popełnił?

– Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to on – stwierdził Padua, patrząc z niechęcią na trupa. – Ale jest jeszcze ta sprawa amputacji i kości dziewczyny, które znaleziono w Arri Zahar, a teraz to… Myślałem, że pani będzie mogła…

– Nie. Nie wiem, co to znaczy ani dlaczego ten list napisał do mnie.

Padua odetchnął, ale nadal przyglądał jej się uważnie.

– Jasne, pani inspektor.

Amaia ruszyła do tylnego wyjścia. Nie chciała się natknąć na matkę Johany. Nie wiedziała, co mogłaby jej powiedzieć. Może tylko że wszystko się już skończyło albo że zbrodniarz jak szczur wymknął się na tamten świat, żeby ujść sprawiedliwości. Pokazała strażnikom służbową odznakę i ucieszyła się, że nareszcie opuszcza przygnębiający budynek sądu. Deszcz przestał padać i spoza chmur wyłoniło się ostre słońce, tak typowe dla Pampeluny. Raziło ją w oczy i wywoływało łzawienie. Grzebała w torebce w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych. Kiedy wybierała się do sądu, ledwo znalazła wolną taksówkę. Zawsze ich brakowało, gdy padał deszcz, ale teraz mieszkańcy miasta woleli się przespacerować i na postoju stała kolejka samochodów. Niezdecydowana zatrzymała się przy pierwszym z brzegu. Nie chciało jej się wracać do domu, z niechęcią myślała o Clarice kręcącej się wokół i bombardującej ją pytaniami. Od dwóch tygodni, od kiedy przylecieli jej teściowie, rytm domowego życia został poważnie zakłócony. Rzuciła okiem na zachęcające okna kawiarni naprzeciwko sądu, a potem popatrzyła w głąb ulicy San Roque, na drzewa w parku Media Luna. Obliczyła, że od domu dzieli ją półtora kilometra, i ruszyła pieszo. Jeśli poczuje się zmęczona, zawsze będzie mogła złapać taksówkę.

Kiedy zagłębiła się w park i zostawiła za sobą uliczny hałas, natychmiast poczuła ulgę. Świeży zapach mokrej trawy zastąpił smród samochodowych spalin. Odruchowo zwolniła i ruszyła wyłożoną kamieniami ścieżką, przecinającą doskonale przystrzyżony trawnik. Odetchnęła głęboko i bardzo powoli wypuściła z płuc powietrze. Co za koszmarny ranek, pomyślała. Jasón Medina, gwałciciel i zabójca pasierbicy, dokładnie pasował do profilu: tacy jak on popełniają samobójstwa w więzieniu. Na rozprawę czekał w pojedynczej celi i niewątpliwie przerażało go, że po wyroku mógłby trafić do wieloosobowej. Pamiętała go sprzed dziewięciu miesięcy, z przesłuchań w związku ze sprawą basajauna, kiedy, skulony jak szczur pod miotłą, zalewając się łzami, przyznawał się do popełnienia kolejnych okropności.

Choć były to dwie odrębne sprawy, porucznik Padua z Gwardii Cywilnej poprosił ją, żeby wzięła udział w przesłuchaniach, gdyż Medina w prymitywny sposób i opierając się na tym, co przeczytał w prasie, usiłował naśladować sposób działania seryjnego zabójcy, którego wtedy śledziła. Dziewięć miesięcy temu. Właśnie wtedy zaszła w ciążę. Wiele się od tego czasu zmieniło.

– Prawda, malutka? – szepnęła, głaszcząc się po brzuchu.

Silny skurcz sprawił, że musiała się zatrzymać. Oparła się na parasolce i pochyliła do przodu, starając się wytrzymać gwałtowny ból w podbrzuszu, rozlewający się na wewnętrzne strony ud i powodujący silne napięcie mięśni. Z jej gardła wyrwał się jęk, nie tyle z powodu bólu, ile z zaskoczenia, że jest tak silny. Fala bólu ustąpiła tak samo gwałtownie, jak się pojawiła.

Więc to będzie tak. Tysiące razy zastanawiała się, jaki będzie miała poród i czy będzie w stanie rozpoznać pierwsze oznaki, czy okaże się jedną z tych kobiet, które trafiają do szpitala w ostatniej chwili albo rodzą w taksówce.

– Maleńka moja – czule zwróciła się do dziecka w brzuchu – jeszcze tydzień do terminu. Jesteś pewna, że już chcesz wyjść?

Ból zniknął, jakby go nigdy nie było. Poczuła ogromną radość i wielkie napięcie, bo zdała sobie sprawę, że ta oczekiwana chwila nadejdzie już wkrótce. Uśmiechnęła się i rozejrzała, jakby chciała się z kimś podzielić swoim szczęściem, ale wilgotny i świeży park był opustoszały. Błyski słońca przedzierające się spoza warstwy chmur pokrywających niebo nad Pampeluną rozświetlały szmaragdową zieleń, która wydawała się promienna i radosna. Ogarnęło ją takie uczucie, jakby dokonała jakiegoś odkrycia, uczucie, którego zawsze doznawała w dolinie Baztán, ale którego przypływ w mieście był niespodziewanym darem losu. Ruszyła dalej, duchem przenosząc się do magicznego lasu nad rzeką i bursztynowych oczu pana tamtych włości. Zaledwie dziewięć miesięcy temu tam właśnie prowadziła śledztwo. W miejscu swoich narodzin, w miejscu, które kiedyś pragnęła opuścić na zawsze, lecz do którego wróciła, aby schwytać zabójcę i począć córeczkę.

Pewność, że nosi w sobie dziecko, nadała jej życiu tak pożądany spokój i uśmierzyła lęk. Tylko to mogło jej pomóc znieść potworności, które wydarzyły się w tamtym czasie i które z pewnością by ją wykończyły, gdyby nie wytęskniona ciąża. Powrót do Elizondo, rozgrzebywanie przeszłości, a zwłaszcza śmierć Víctora poruszyły w posadach cały świat, jej i jej rodziny. Jedynie ciotka Engrasi pozostawała niewzruszona, ale stawiając karty lub wieczorami grając w pokera z przyjaciółkami, uśmiechała się w sposób właściwy ludziom, którzy myślami są gdzie indziej. Flora przeprowadziła się pospiesznie do Zarautz, posłużywszy się pretekstem, że będzie musiała codziennie nagrywać programy kulinarne dla telewizji krajowej, i oddała – któż mógłby coś takiego przewidzieć – zarządzanie Mantecadas Salazar w ręce siostry, Ros. Ku zdumieniu Flory, lecz zgodnie z przypuszczeniami Amai, Ros okazała się wspaniałą, choć początkowo trochę zbyt zatroskaną kierowniczką wytwórni ciast. Amaia zaoferowała jej pomoc w prowadzeniu rodzinnego interesu i niemal wszystkie weekendy w ciągu ubiegłych miesięcy spędziła wraz z mężem w Elizondo, choć od dawna zdawała sobie sprawę, że Ros już nie potrzebuje jej wsparcia. Ale jeździła tam nadal, jadła i spała w domu ciotki Engrasi, domu swojego dzieciństwa. Od kiedy się dowiedziała, że będzie matką, od kiedy ośmieliła się nazwać swoje lęki i podzielić nimi z Jamesem, a już z pewnością od tej chwili, gdy wraz z bronią schowała do sejfu w sypialni to nagranie, zaczęła odzyskiwać pewność siebie. Równocześnie nawiedziło ją poczucie przynależności do doliny Baztán, do ziemi, w której tkwiły jej korzenie, i do rodzinnego domu. Poczucie, które przez lata wydawało jej się stracone już na zawsze.

Gdy dotarła do ulicy Mayor, znów zaczęło padać. Otworzyła parasolkę i szła dalej, mijając ludzi robiących zakupy i kilku przechodniów pozbawionych ochrony przed deszczem, którzy biegli zgarbieni i szukali schronienia pod okapami domów i sklepowymi markizami. Zatrzymała się przed wielobarwną wystawą sklepu z dziecięcą odzieżą i przyjrzała się różowym sukieneczkom haftowanym w maleńkie kwiatuszki. Może Clarice miała rację, pomyślała, może rzeczywiście powinnam coś takiego kupić swojej córeczce. Westchnęła w nagłym przypływie złego humoru, bo przypomniała sobie o pokoju dla dziewczynki, który Clarice urządziła. Jej teściowie przylecieli ze Stanów Zjednoczonych, żeby być na miejscu, kiedy się urodzi ich wnuczka, i choć byli w Pampelunie dopiero od dziesięciu dni, Clarice już dała się poznać jako wcielenie najgorszego gatunku wścibskiej teściowej. Od pierwszego dnia nie szczędziła wyrazów zdumienia na wieść, że jeszcze nie urządzili dla noworodka sypialni, mimo iż kilka pokoi w domu stało pustych.

Amaia przywiozła do domu starą kołyskę ze szlachetnego drewna, która przez lata stała w salonie ciotki Engrasi, służąc za skrzynię na opał. James oszlifował ją starannie, wydobywając spod warstwy starego lakieru rysunek słojów, i polakierował na nowo, a przyjaciółki ciotki uszyły piękną, ozdobioną falbanami pościel i biały baldachim, które prezentowały się elegancko i podkreślały szlachetne piękno drewna. W ich wielkiej małżeńskiej sypialni było mnóstwo miejsca, a do tego pomysł, żeby zostawić córeczkę samą w innym pokoju, nie przekonywał Amai do końca, nawet jeśli eksperci widzieli w nim mnóstwo zalet. Nie, nie podobało jej się takie rozwiązanie. Nie teraz. Przez pierwsze miesiące, dopóki będzie karmić piersią, wygodniej będzie mieć dziecko przy sobie, zwłaszcza w nocy, a do tego będzie spokojniejsza, wiedząc, że z pewnością usłyszy, jak córeczka płacze albo że coś się z nią dzieje…

Clarice podniosła krzyk pod niebiosa.

– Musi mieć swój własny pokoik! Musisz mieć wszystko pod ręką. Uwierz, obie lepiej wypoczniecie. Jeśli będzie tuż obok, przez całe noce będziesz nadsłuchiwać każdego jej oddechu, każdego poruszenia. Zarówno ona, jak i wy musicie mieć przestrzeń dla siebie. Sądzę też, że to niezbyt zdrowe dla noworodka dzielić pokój z dwojgiem dorosłych. A zresztą dzieci szybko się przyzwyczajają i potem będą problemy z przeniesieniem jej do własnej sypialni.

 

Amaia znała te argumenty, bo przeczytała kilka książek utytułowanych pediatrów, zdecydowanych wyprodukować generację dzieci od urodzenia kształtowanych przez cierpienie. Nie należało ich nosić na rękach, musiały spać samotnie od chwili narodzin i nie można ich było pocieszać, gdy czuły się nieszczęśliwe, ponieważ „powinny się nauczyć samodzielnie zarządzać swoimi niepowodzeniami lub lękami”. Żołądek jej się przewracał od tych głupot. Przypuszczała, że gdyby któryś z tych szanownych doktorów był – tak jak ona – zmuszony zarządzać swoim lękiem od najmłodszych lat, jego wizja świata byłaby teraz całkiem odmienna. Jeśli ich mała córeczka będzie chciała spać z nimi choćby do trzecich urodzin, to świetnie. Chciała ją pocieszać, wysłuchiwać, nadawać i odbierać znaczenie jej maleńkim smutkom, które – jak dobrze wiedziała z własnego doświadczenia – dla małego dziecka mogły być ogromne. Ale nie ulegało wątpliwości: Clarice uważała, że wie wszystko najlepiej, i nie omieszkała dzielić się swoją wszechwiedzą z resztą świata.

Przed trzema dniami, wróciwszy do domu, Amaia natknęła się na prezent niespodziankę od teściowej: wspaniałe wyposażenie dziecięcego pokoju z szafkami, stolikiem do przewijania, dywanami, lampami i komodą. Nadmiar różowych chmurek i baranków, wszędzie kokardki i ozdóbki. James czekał na nią na progu z niewyraźną miną i całując ją na powitanie, wyszeptał przepraszająco:

– Ona to robi z dobrego serca.

To wystarczyło, żeby Amaię zaalarmować, ale uśmiech zamarł jej na wargach dopiero na widok różowego przesytu i na myśl o tym, że właśnie została ubezwłasnowolniona we własnym domu. Natomiast Clarice wydawała się zachwycona i miotała się wśród nowego umeblowania jak prezenterka w telewizyjnym kanale zakupowym, podczas gdy teść, jak zwykle obojętny na wybuchy energii żony, nadal spokojnie czytał w salonie gazety. Amai trudno było sobie wyobrazić, że Thomas kieruje finansowym imperium w Stanach Zjednoczonych. Wobec żony zachowywał się ulegle i biernie, co Amaię zawsze zaskakiwało. Zdała sobie sprawę, jak niezręcznie musi się czuć James, i tylko dlatego zachowała spokój, a tymczasem teściowa zachwalała zalety wspaniałej sypialni, którą kupiła dla wnuczki.

– Spójrz tylko, jaka cudna szafka. Zmieszczą się w niej wszystkie ubranka, a pod przewijakiem jest miejsce na garderobę. Nie zaprzeczysz, że dywany są przepiękne, a tutaj – uśmiechnęła się z zadowoleniem – jest to, co najważniejsze: łóżeczko godne księżniczki.

Amaia przyznała, że istotnie, ogromne różowe łóżko wyglądało książęco i było tak wielkie, że jej córeczka mogłaby w nim spać do czwartych urodzin.

– Bardzo ładne – zmusiła się do pochwały.

– Przecudne! A tę skrzynię na drewno będziesz mogła zwrócić ciotce.

Amaia nie odpowiedziała. Wyszła z pokoju, schroniła się w sypialni i czekała na Jamesa.

– Tak mi przykro, kochanie. Ona nie robi tego w złej wierze, po prostu taka jest. Wytrzymaj jeszcze kilka dni. Wiem, że masz do niej wielką cierpliwość, i przyrzekam, że jak tylko wyjedzie, pozbędziemy się wszystkiego, co ci się nie podoba.

Zgodziła się ze względu na niego i dlatego, że nie miała siły dyskutować z Clarice. James miał rację, wykazywała wielką cierpliwość, taką, jaka nie leżała w jej charakterze. Chyba po raz pierwszy w życiu pozwalała sobą manipulować, a do tego zdawała sobie sprawę, że w ostatniej fazie ciąży coś się zmieniło. Od pewnego czasu nie czuła się dobrze. Cała energia, która ją przepełniała w pierwszych miesiącach, zniknęła. Zastąpiła ją niezwykła obojętność. Przytłaczająca obecność teściowej jeszcze bardziej podkreślała bezwład, jaki ją ogarnął. Znów przyjrzała się ubrankom leżącym na wystawie i uznała, że aż nadto wystarczy to, co kupiła Clarice. Wybryki początkującej babci doprowadzały Amaię do mdłości, ale nie chodziło tylko o to. W głębi duszy dałaby wszystko, żeby także jej udzielił się ten nastrój różowego upojenia, który nawiedził teściową.

Przez całą ciążę kupiła dla córeczki jedynie parę bucików, koszulki, śpioszki i kilka piżamek w neutralnych barwach. Doszła do wniosku, że różowy nie jest jej ulubionym kolorem. Kiedy widziała na wystawie sukieneczki, ubranka, beciki i wszelkiego rodzaju rzeczy oblepione kokardkami i kwiatuszkami, przyznawała, że są piękne i nadają się dla małej księżniczki, ale wystarczyło, że wzięła je do ręki, a przepełniała ją odraza dla tego tandetnego przepychu. W końcu wychodziła ze sklepu bez niczego, zmieszana i niezadowolona. Przydałoby jej się trochę tego entuzjazmu, takiego, jaki objawiała Clarice, wyśpiewująca pochwalne hymny na cześć komplecików złożonych z dobranych do siebie sukienek i paputków. A przecież Amai wydawało się, że nigdy w życiu nie była szczęśliwsza, że kocha swoje dziecko od zawsze, już od dnia, kiedy sama była zrozpaczoną, zaniedbaną dziewczynką, która w samotności marzyła o tym, że kiedyś zostanie matką. Prawdziwą, dobrą matką. To pragnienie nabrało kształtów, gdy poznała Jamesa, i długo sąsiadowało ze zwątpieniem i strachem, kiedy macierzyństwo nie nadchodziło, do tego stopnia, że rozważała poddanie się terapii dla bezpłodnych par. I nagle, przed dziewięcioma miesiącami, podczas najważniejszego śledztwa w jej życiu, zaszła w ciążę.

A teraz była szczęśliwa, a raczej sądziła, że powinna być szczęśliwa, i to sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej zagubiona. Jeszcze do niedawna wydawała się sobie spełniona, zadowolona i pewna siebie, jak nigdy w życiu, ale w ciągu ostatnich tygodni wrócił lęk, jej stary jak świat lęk, po kryjomu wkradający się do snów i szepczący do ucha słowa, które znała, ale których nie chciała słyszeć.

Kolejny skurcz, mniej bolesny, ale dłuższy, napiął jej brzuch. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia minut od tamtego skurczu w parku.

Ruszyła w stronę restauracji, w której umówili się na obiad, bo Clarice nie podobało się, że James codziennie gotuje, i dawała temu wyraz. Ciągle narzekała i napomykała, że powinni mieć służbę. Do tego ryzykowali, że pewnego pięknego dnia okaże się, że mają angielskiego lokaja. Wszystko to sprawiło, że postanowili jadać poza domem.

James wybrał nowoczesną restaurację na ulicy równoległej do ulicy Mercaderes, przy której mieszkali. Kiedy weszła, Clarice i milczący Thomas właśnie popijali martini. James na jej widok poderwał się z krzesła.

– Amaio, jak się czujesz, kochanie? – zapytał, całując ją w usta i odsuwając jej krzesło.

– Dobrze – odpowiedziała, zastanawiając się, czy powiedzieć, że zaczęły się skurcze. Popatrzyła na Clarice i zdecydowała, że lepiej nie.

– A nasza malutka? – uśmiechnął się James, kładąc dłoń na jej brzuchu.

– „Nasza malutka” – powtórzyła z drwiną Clarice. – Czy wydaje wam się normalne, żeby na tydzień przed narodzinami wasza córka nie miała imienia?

Amaia rzuciła Jamesowi znaczące spojrzenie, a potem otworzyła kartę i zaczęła udawać, że czyta.

– Ależ mamo, znowu zaczynasz. Podoba nam się kilka imion, ale jeszcze się nie zdecydowaliśmy. Czekamy, aż mała się urodzi. Kiedy ją zobaczymy, będziemy wiedzieli, jak ją nazwać.

– Więc to tak – zainteresowała się Clarice. – A jakie imiona bierzecie pod uwagę? Może Clarice?

Amaia sapnęła.

– No już, mówcie. Powiedzcie, o jakim imieniu myślicie – nalegała Clarice.

Amaia podniosła wzrok znad karty, czując, że nowy, kilkusekundowy skurcz napina jej brzuch. Spojrzała na zegarek i uśmiechnęła się.

– Tak naprawdę to już się zdecydowałam – skłamała. – Ale chcę, żeby to była niespodzianka. Mogę ci tylko zdradzić, że nie Clarice, bo nie lubię, kiedy imiona w rodzinie się powtarzają. Sądzę, że każdy członek rodziny powinien mieć własną tożsamość.

Clarice posłała jej krzywy uśmiech.

Imię dziecka było kolejną szpilą, którą Clarice jej wbijała, ilekroć miała okazję. Jak będzie miała na imię ich córeczka? No jak? Nalegała tak bardzo, aż James zasugerował, że powinni wreszcie wybrać jakieś imię, jedynie po to, żeby jego matka mogła porzucić ten temat. Amaia okropnie się na niego obraziła. Tylko tego brakowało: będzie wybierać tylko po to, żeby usatysfakcjonować teściową?

– Nie. Nie po to, żeby ją zadowolić, Amaio. Musimy wybrać jakieś imię, bo jakieś imię będziemy musieli nadać, ale wydaje się, że ty nawet nie chcesz o tym myśleć.

I podobnie jak w temacie ubranek znów zdała sobie sprawę, że ma rację. Czytała coś o tym i martwiło ją to tak bardzo, że zdecydowała się zapytać ciotkę Engrasi.

– No cóż, ja nie mam dzieci, więc nie mogę ci służyć doświadczeniem, ale wiem, że z punktu widzenia medycyny to dość powszechne u pierworódek. Także tatusiowie często mają z tym problem. Kiedy się ma kolejne dzieci, człowiek już wie, o co chodzi, już nie jest tak zaskoczony, ale przy pierwszej ciąży zdarza się, że choć brzuch się powiększa, trudno jest powiązać zmiany w wyglądzie z tym, że będzie się miało dziecko. Teraz jest ultrasonografia, można posłuchać serca dziecka i od razu się dowiedzieć, jakiej jest płci, ale kiedyś, kiedy dziecko można było zobaczyć dopiero po porodzie, wiele kobiet zdawało sobie sprawę, że zostały matkami, dopiero kiedy brały noworodka na ręce. To całkiem normalne, że trapią cię takie wątpliwości – dodała, kładąc jej rękę na brzuchu. – Uwierz mi, nikt nie jest przygotowany na to, żeby być matką czy ojcem, choć niektórzy bardzo dobrze udają.

Zamówiła rybę. Ledwie jej spróbowała i stwierdziła, że kiedy się nie rusza, skurcze stają się rzadsze i słabsze.

Pili kawę. Clarice znów ruszyła do ataku:

– Obejrzeliście już kilka żłobków, mam nadzieję?

– Nie, mamo. – James odstawił filiżankę i popatrzył na matkę zmęczonym wzrokiem. – Niczego nie obejrzeliśmy, bo nasza córka nie pójdzie do żłobka.

– No to będziecie musieli poszukać niani, żeby się nią zajęła, kiedy Amaia będzie w pracy.

– Kiedy Amaia wróci do pracy, ja zajmę się naszą córką.

Clarice wybałuszyła oczy i popatrzyła znacząco na męża. Usiłowała wykrzesać z niego poparcie, ale się nie doczekała. Uśmiechnięty Thomas kręcił głową i popijał czerwoną herbatę.

– Clarice… Clarice… proszę… – wyszeptane tonem wyrzutu, kilkakrotnie powtórzone imię żony to był najostrzejszy protest, na jaki się odważał.

Clarice nie dawała za wygraną.

– Chyba nie mówisz poważnie. Jakże to tak? Przecież nie masz pojęcia o dzieciach!

– Nauczę się – odparł rozbawiony James.

– Nauczysz się? Na miłość boską! Będziesz potrzebował pomocy.

– Mamy już pomoc domową, przychodzi na kilka godzin.

– Nie mówię o pomocy domowej na cztery godziny w tygodniu, mam na myśli nianię. Kogoś, kto zajmie się moją wnusią.

– Ja się nią zajmę, oboje będziemy się nią zajmować. Tak postanowiliśmy.

James wydawał się rozbawiony, a wyraz twarzy Thomasa mówił, że podziela to uczucie. Clarice sapała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się z przymusem i zaczęła mówić powoli i wyraźnie, co miało dowodzić, że dokonuje najwyższego wysiłku, żeby być rozsądną i cierpliwą.

– No tak, rozumiem te nowoczesne metody, karmienie dzieci piersią, nawet gdy już mają zęby, spanie we wspólnym łóżku i chęć robienia wszystkiego po swojemu, bez pomocy. Ale ty, synu, także musisz pracować, twoja kariera jest w bardzo ważnym punkcie, a przez pierwszy rok dziecko nie pozwoli ci nawet spokojnie odetchnąć.

– Właśnie skończyłem cykl czterdziestu ośmiu prac na przyszłoroczną wystawę w Muzeum Guggenheima i mam gotowych wystarczająco dużo rzeźb, żeby móc poświęcić trochę czasu córce. A Amaia nie zawsze jest zajęta. Oczywiście zdarza się, że ma więcej pracy, ale zazwyczaj wraca do domu dość wcześnie.

Amaia zauważyła, że brzuch napina jej się pod bluzką. Tym razem skurcz był bardziej bolesny. Zaczęła powoli oddychać, żeby nic nie dać po sobie poznać, i spojrzała na zegarek. Piętnaście minut.