Ofiara dla burzy

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

Uwagi autorki

Podziękowania

Słowniczek

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału

OFRENDA A LA TORMENTA

Redakcja

Grażyna Mastalerz

Projekt okładki

Pola Raplewicz

Zdjęcie na okładce

© Andrew Mayovskyy / Shutterstock

Korekta

Małgorzata Denys, Elżbieta Steglińska

Redaktor prowadzący

Małgorzata Głodowska

Copyright © Dolores Redondo Meira, 2014

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wydanie II

ISBN 978-83-8143-854-4


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Eduardowi, jak wszystko, co czynię.

Mojej ciotce Angeli

i wszystkim dumnym kobietom z mojego rodu,

które zawsze robiły to, co do nich należało.

A przede wszystkim Ainarze.

Nie mogę sprawić, żeby sprawiedliwości stało się zadość,

ale przynajmniej Twoje imię nie zostanie zapomniane.

– Dorianie, nigdy nie jest za późno. Uklęknijmy i spróbujmy sobie przypomnieć jakąś modlitwę.

– Słowa te nie mają już dla mnie żadnego znaczenia.

Portret Doriana Graya, Oscar Wilde,

przeł. Maria Feldmanowa

Wszystko, co ma imię, istnieje.

Wierzenie ludowe z Baztán, przytoczone w dziele Czary i czarownice José Miguela de Barandiarán

Trust I seek and I find in you

Every day for us something new

Open mind for a different view

And nothing else matters.

Nothing Else Matters, Metallica

1

Lampka stojąca na komodzie oświetlała pokój ciepłym różowawym światłem, które mieniło się różnokolorowo w miejscach, gdzie przeświecało przez delikatne malunki wróżek ozdabiające abażur. Z półki wiszącej na ścianie kolekcja pluszowych zwierzątek obserwowała błyszczącymi koralikowymi oczkami intruza, który w milczeniu przyglądał się śpiącemu spokojnie niemowlęciu. Uważnie wsłuchał się w głos z telewizora dochodzący z sąsiedniego pokoju i w głośny oddech kobiety, która spała na sofie, oświetlona zimnym poblaskiem ekranu. Rozejrzał się po sypialni jak w zachwycie, uważnie badając każdy jej szczegół, jakby w ten sposób mógł sobie przywłaszczyć i na zawsze zachować tę chwilę, jakby się miała stać jego skarbem, którym będzie się mógł wiecznie cieszyć. Zachłannie i w pełni świadomie starał się wryć w pamięć deseń pastelowej tapety, widok ramek ze zdjęciami i podróżnej torby z pieluszkami i ubrankami, a potem spojrzał w stronę łóżeczka. Całe jego ciało przeniknęło coś podobnego do nagłego oszołomienia alkoholem, a w jego żołądku zaczęły wzbierać mdłości. Dziewczynka spała na pleckach, ubrana we frotową piżamkę i po paszki przykryta kołderką w kwiecistej poszewce. Odsunął ją na bok, żeby ujrzeć ją całą. Odetchnęła przez sen, z jej różowych usteczek wylało się trochę śliny, spłynęło po policzku i zostawiło mokry ślad. Uniesione po obu stronach głowy pulchne rączki z rozwartymi dłońmi zadrżały lekko, a potem znów zastygły w bezruchu. Intruz westchnął, jakby naśladując niemowlę. Zalała go fala czułości, tylko na chwilę, na sekundę. To wystarczyło, żeby się poczuł lepiej. Wziął do ręki pluszaka, który siedział w rogu łóżeczka jak milczący strażnik posadzony tam przez kogoś, żeby strzegł dziecka. To był duży niedźwiadek o białym futerku, z czarnymi oczkami i wypukłym brzuchem. Niedobrana czerwona wstążka zawiązana na szyi zwisała aż po jego tylne łapki. Pogłaskał go delikatnie po główce, podniósł do twarzy i zagłębił nos w futerku pokrywającym brzuszek, żeby odetchnąć słodkawym zapachem nowej, drogiej zabawki.

 

Poczuł, że jego serce przyspiesza, a na skórze zaczyna się perlić pot. Nagle ze złością odsunął misia od twarzy i zdecydowanym ruchem przycisnął go do twarzyczki niemowlęcia. Przykrył nosek i usta. Potem po prostu nacisnął trochę mocniej.

Rączki dziewczynki zadygotały, uniosły się ku niebu. Jeden z jej paluszków lekko musnął jego nadgarstek i już po chwili zdawało się, że zasnęła głębokim, spokojnym snem, jej mięśnie zwiotczały, a rozłożone jak rozgwiazdy dłonie opadły na materac.

Podniósł pluszową zabawkę i przyjrzał się buzi dziewczynki. Nie było na niej widać cierpienia, jedynie na czole, między brwiami, dostrzegł lekkie zaczerwienienie, pewnie ślad po nosie niedźwiadka. Światło życia zgasło na jej twarzy. Poczuł wyraźniej, że jest już tylko próżnym naczyniem. Znów podniósł zabawkę do twarzy, żeby odetchnąć jej zapachem, teraz wzbogaconym przez aromat dziecięcej duszyczki. Doznanie było tak słodkie i wspaniałe, że oczy napełniły mu się łzami. Westchnął w podzięce, poprawił przekręconą wstążkę i odstawił zabawkę na miejsce, w nogi łóżeczka.

Nagle poczuł, że musi się spieszyć, jakby nagle zdał sobie sprawę, że zbyt długo tam stoi. Wychodząc, odwrócił się tylko raz. Światło lampki zalśniło w kilkunastu parach oczu pluszowych zwierzątek, które patrzyły na niego z półki ze zgrozą.

2

Amaia już od dwudziestu minut siedziała w samochodzie i obserwowała dom. Silnik był wyłączony i wewnętrzną stronę szyb pokrywała mgiełka, co w połączeniu z padającym deszczem sprawiało, że zarys fasady o ciemnym belkowaniu przedstawiał się dość niewyraźnie.

Przed drzwiami zatrzymał się mały samochód. Wysiadł z niego młody chłopak. Rozłożył parasol, nachylił się nad siedzeniem pasażera, wziął z niego zeszyt, coś w nim sprawdził i wrzucił go z powrotem do środka. Przeszedł na tył, otworzył bagażnik, wyciągnął z niego płaski pakunek i ruszył do wejścia.

Podbiegła do niego w chwili, gdy naciskał dzwonek.

– Przepraszam, kim pan jest?

– Opieka społeczna. Przywozimy mu codziennie obiad i kolację – odparł, wskazując na plastykową tackę owiniętą w folię. – Nie wychodzi z domu i nie ma nikogo, kto mógłby się nim zająć – wyjaśnił. – Pani jest z rodziny? – zapytał z nadzieją.

– Nie – odparła. – Jestem z Policji Statutowej.

– Aha – powiedział, całkiem tracąc zainteresowanie.

Znów nacisnął dzwonek i zbliżając usta do szpary w drzwiach, krzyknął:

– Panie Yáñez, to ja, Mikel, z opieki społecznej, pamięta mnie pan?! Przywiozłem obiad!

Drzwi się uchyliły, zanim skończył. Pokazała się wymizerowana, poszarzała twarz Yáñeza.

– No jasne, że pamiętam, jeszcze nie zdziecinniałem… I dlaczego, do diabła, pan tak głośno krzyczy? Głuchy też nie jestem – burknął ze złością.

– Oczywiście, że nie, panie Yáñez – odparł z uśmiechem chłopak, napierając na drzwi i mijając go, żeby wejść do środka. Amaia włożyła rękę do kieszeni i wyciągnęła odznakę.

– Nie ma potrzeby – powiedział Yáñez. Rozpoznał ją. Odsunął się trochę, żeby ją przepuścić.

Był ubrany w płócienne spodnie i gruby sweter. Narzucił na niego włochaty szlafrok. W niewyraźnym świetle ledwie przenikającym przez opuszczone żaluzje i dochodzącym do sieni Amaia nie była w stanie określić jego koloru. Poszła za nim do kuchni. Świetlówka zamigotała kilka razy i zapłonęła bladym światłem.

– Ależ, panie Yáñez! – wykrzyknął chłopak zbyt głośno. – Nie zjadł pan wczoraj kolacji! – Stał przed otwartą lodówką i wkładał do niej owinięte folią pojemniki z jedzeniem. – Wie pan, że będę to musiał odnotować w raporcie. Jeśli potem lekarz będzie na pana krzyczał, proszę nie mieć do mnie pretensji. – Mówił tak, jak zwykło się przemawiać do małych dzieci.

– Odnotuj to sobie, gdzie ci się podoba – wymamrotał Yáñez.

– Nie lubi pan morszczuka w sosie? – Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: – Dzisiaj zostawiam panu mięso z ciecierzycą i jogurt. Na kolację tortillę i zupę, na deser biszkopt. – Odwrócił się, wrzucił na tackę kilka nietkniętych pojemników z jedzeniem, schylił się i wyciągnął spod zlewu niewielki worek ze śmieciami. Wydawało się, że jest w nim tylko kilka pustych opakowań. Zawiązał go i skierował się do wyjścia. W progu zatrzymał się na chwilę i znów się odezwał, znów zbyt głośno: – No dobrze, panie Yáñez, to wszystko. Smacznego i do jutra.

Kiwnął głową do Amai i wyszedł. Yáñez poczekał, aż drzwi trzasną, i dopiero wtedy się odezwał.

– Jak się to pani podoba? Dzisiaj zresztą zabawił wyjątkowo długo, zwykle wpada na dwadzieścia sekund i kiedy wchodzi, już marzy tylko o tym, żeby wyjść. – Mówiąc to, zgasił świetlówkę i przez chwilę było niemal całkiem ciemno. Skierowali się do saloniku. – Kiedy tu wchodzi, ze strachu jeżą mu się włosy na głowie, i nie mam mu tego za złe, bo ten dom istotnie przypomina cmentarz.

Obita pluszem brązowa kanapa była częściowo przykryta prześcieradłem, leżały na niej też dwa grube koce i poduszka. Amaia domyśliła się, że Yáñez na niej sypia, że w ogóle na tej kanapie spędza większość czasu. Koce były pokryte okruchami i widniały na nich żółtawe, zaschnięte plamy, chyba od jajek. Yáñez usiadł i oparł się o poduszkę. Amaia przyjrzała mu się uważnie. Minął miesiąc, od kiedy widziała go w komisariacie. Ze względu na podeszły wiek w oczekiwaniu na proces przebywał w areszcie domowym. Wychudł, a jego pociągła, podejrzliwa twarz stała się jeszcze bardziej koścista. Nadawało mu to wygląd nawiedzonego ascety. Włosy nadal miał krótko obcięte i był ogolony, ale spod swetra i szlafroka wystawała bluza od piżamy. Amaia zaczęła się zastanawiać, od kiedy się nie przebierał. W domu było bardzo zimno. Rozpoznała przenikliwy chłód pokojów nieogrzewanych od wielu dni. Kanapa stała przed wygasłym kominkiem i dość nowym, rywalizującym z nim wielkością telewizorem z przyciszonym dźwiękiem. Rzucał na pokój lodowatą niebieskawą poświatę.

– Czy mogę podnieść żaluzje? – spytała Amaia, kierując się do okna.

– Może pani robić, co pani chce, ale zanim pani wyjdzie, proszę wszystko zostawić tak, jak było.

Skinęła głową i przekręciła do pozycji poziomej żeberka drewnianych okiennic, żeby do wnętrza mogło zajrzeć wątłe, charakterystyczne dla doliny Baztán światło. Odwróciła się i stwierdziła, że Yáñez bez reszty skupił się na telewizorze.

– Panie Yáñez.

Wpatrywał się w ekran, jakby w pokoju nikogo nie było.

– Panie Yáñez.

Spojrzał na nią, trochę roztargniony i zagniewany.

– Chciałabym… – powiedziała, kierując się w stronę korytarza – …chciałabym rzucić okiem.

– Proszę, proszę – odparł, machając ręką. – Niech pani sobie obejrzy, co pani chce, ale proszę nie robić bałaganu. Ci policjanci, co tu byli, poprzewracali wszystko do góry nogami i dużo mnie kosztowało zaprowadzenie porządku.

– Oczywiście…

– Mam nadzieję, że potraktuje pani wszystko z takim poszanowaniem jak ten policjant, co tu przyszedł wczoraj.

– Wczoraj przyszedł do pana policjant?

– Tak. Bardzo uprzejmy. Zrobił mi nawet kawę z mlekiem, zanim sobie poszedł.

Dom był parterowy. Oprócz kuchni i saloniku były w nim trzy sypialnie i dość duża łazienka. Amaia otworzyła szafkę i spojrzała na półki, na których stały przybory do golenia, rolki papieru toaletowego i trochę lekarstw. W pierwszej sypialni na środku stało wielkie małżeńskie łoże. Wyglądało na nieużywane od lat. Było przykryte kapą w kwiatowy wzór, ten sam, który widniał na zasłonach, odbarwionych w miejscach, na które przez lata padały promienie słońca. Na toaletce i nocnych szafkach leżały koronkowe serwetki. Jeszcze wyraźniej poczuła się tak, jakby to była podróż w czasie. Czuła to, już kiedy wchodziła do tego pokoju, starannie urządzonego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Niewątpliwie przez jego żonę. A on nic od tamtej pory nie zmienił. Wazony z plastykowymi kwiatami w absurdalnych kolorach przywiodły jej na myśl izby w skansenach, niegościnne i martwe, przypominające grobowce.

Druga sypialnia była niemal pusta. Pod oknem stała tylko maszyna do szycia, a obok wiklinowy kosz. Amaia doskonale pamiętała ten fragment protokołu przeszukania. Tak czy owak, otworzyła kosz i przyjrzała się resztkom tkaniny. Rozpoznała w nich barwniejszą i jaskrawszą wersję zasłon z pierwszej sypialni. Trzecia sypialnia była pokojem dziecięcym i taką nazwę nadano jej w protokole, bo właśnie tym była: pokojem dziesięcio-, może dwunastolatka. Pojedyncze łóżko było przykryte czystą białą kapą. Na półkach stało kilka książek z młodzieżowej serii, które pamiętała z własnego dzieciństwa, i zabawki. Niemal wszystkie były modelami do składania: statki, samoloty i kolekcja metalowych samochodzików ustawionych w rzędzie i starannie odkurzonych. Na drzwiach od wewnętrznej strony wisiał plakat z klasycznym modelem ferrari, a na biurku leżały stare podręczniki i plik spiętych gumką kart kolekcjonerskich z gwiazdami futbolu. Wzięła go do ręki i stwierdziła, że gumka wyschła i sparciała, popękała i wtopiła się w odbarwione kartoniki raz na zawsze. Odłożyła karty na miejsce, w myślach porównując wspomnienie mieszkania Berasateguiego w Pampelunie z tym lodowato zimnym pokoikiem. W domu były jeszcze dwa pomieszczenia: mała pralnia i dobrze wyposażony składzik, w którym Yáñez przechowywał narzędzia ogrodnicze i w otwartych drewnianych skrzynkach trzymał kartofle i cebulę. W rogu, przy drzwiach prowadzących na dwór, stał nieczynny piec gazowy.

Wzięła jedno z krzeseł stojących przy stole i postawiła je między starcem i telewizorem.

– Chcę panu zadać kilka pytań.

Yáñez sięgnął po pilota, którego trzymał pod ręką, i wyłączył telewizor. Patrzył na nią w milczeniu z wyrazem złości i zgorzknienia, który zawsze gościł na jego twarzy i sprawił, że od pierwszej chwili jak tylko go poznała, uznała, że po tym człowieku można się spodziewać wszystkiego.

– Proszę mi opowiedzieć o swoim synu.

Yáñez wzruszył ramionami.

– Jak się między wami układało?

– Był dobrym synem – odpowiedział zbyt szybko. – I robił to, co powinien robić dobry syn.

– Na przykład?

Tym razem chwilę się zastanowił, zanim odpowiedział.

– No cóż, dawał mi pieniądze, niekiedy jeździł po zakupy, przywoził mi jedzenie… Takie rzeczy…

– Z tego co wiem, było zupełnie inaczej. We wsi mówią, że po śmierci żony wysłał pan go za granicę, do szkół. Że przez całe lata nawet nie postawił tu nogi.

– Uczył się. Dużo się uczył i studiował. Dwa kierunki, doktorat. Jest jednym z najwybitniejszych psychiatrów w swojej klinice…

– Kiedy zaczął tu częściej zaglądać?

– A bo ja wiem? Jakoś przed rokiem…

– Czy kiedykolwiek przywiózł tu coś, co chciał tu przechować? Albo poprosił pana, żeby pan mu to schował gdzie indziej?

– Nie.

– Jest pan pewien?

– Tak.

– Zwiedziłam dom – powiedziała, rozglądając się. – Jest bardzo czysto.

– Muszę go utrzymywać w takim stanie.

– Rozumiem. Robi pan to dla syna.

– Nie, robię to dla żony. Wszystko wygląda tak jak wtedy, kiedy odeszła… – Twarz skurczyła mu się w grymasie bólu połączonego z odrazą. Siedział tak kilka sekund, nie wydając żadnego odgłosu. Amaia dostrzegła łzy spływające mu po policzkach i zrozumiała, że płacze.

– To jedyne, co mogę zrobić. Wszystko inne zrobiłem źle.

Jego spojrzenie błądziło bez celu od jednego przedmiotu do drugiego, jak gdyby poszukiwał odpowiedzi wśród zetlałych bibelotów stojących na półeczkach i stolikach. W końcu napotkało spojrzenie Amai. Schwycił brzeg koca i pociągnął go, zakrywając sobie twarz. Siedział tak przez chwilę bez ruchu, a potem z gniewem odrzucił koc, jakby się karał za słabość, którą okazał, płacząc przy świadku. Amaia była niemal pewna, że to będzie koniec rozmowy, ale on podniósł poduszkę, na której się opierał, i wyciągnął spod niej oprawioną w ramkę fotografię. Przyjrzał jej się z czułością, a potem jej ją podał. Ten gest przeniósł ją w czasie do tej chwili przed rokiem, kiedy osierocony ojciec podobnym gestem podał jej portret zamordowanej córki. On także wyjął go spod poduszki. Od tamtej pory nie widziała ojca Anne Arbizu, ale wspomnienie jego bólu odżyło i uderzyło ją z całą siłą. Pomyślała, że cierpienie jest w stanie wywołać podobne reakcje u dwóch tak odmiennych ludzi.

 

Ze zdjęcia uśmiechnęła się do niej niespełna dwudziestopięcioletnia kobieta. Amaia patrzyła na nią przez chwilę, a potem oddała zdjęcie Yáñezowi.

– Myślałem, że czeka nas szczęśliwe życie. Wie pani, młoda, śliczna, dobra żona… Ale kiedy syn się urodził, zaczęła się dziwnie zachowywać. Była smutna, już się nie uśmiechała, nie chciała nawet brać go na ręce, mówiła, że nie jest gotowa, żeby go pokochać. Twierdziła, że widzi, że on jej nie akceptuje, a ja nie umiałem nic na to poradzić. Mówiłem: głupoty gadasz. Jak to dziecko cię nie kocha? A ona od tego robiła się jeszcze smutniejsza. Zawsze była smutna. Ale i tak utrzymywała dom we wzorowym porządku, codziennie gotowała. Ale nie uśmiechała się, nie szyła, w wolnych chwilach spała. Opuszczała żaluzje, jak ja sam robię teraz, i kładła się spać… Pamiętam, jacy dumni byliśmy, kiedy kupiliśmy ten dom. Ona go tak pięknie ozdobiła, pomalowaliśmy ściany, ustawiliśmy doniczki z kwiatami… Sprawy się dobrze układały i myślałem, że tak będzie zawsze. Ale nasze domowe ognisko wygasło i ten dom stał się jej grobowcem… A teraz moja kolej. Areszt domowy, tak to nazywają. Adwokat mówi, że po procesie zgodzą się, żebym tu odsiadywał wyrok, więc ten dom będzie także moim grobem. Całymi nocami leżę tutaj, a sen nie przychodzi, i czuję krew żony pod swoją głową.

Amaia z uwagą przyjrzała się kanapie. Nie pasowała do reszty wyposażenia.

– To ta sama. Oddałem ją do tapicera, bo była zalana jej krwią, i dał ten materiał, bo już nie produkowali takich jak kiedyś. To jedyne, co tutaj zmieniłem. Ale kiedy leżę, mogę poczuć zapach jej krwi przebijający spod tapicerki.

– Zimno tutaj – powiedziała Amaia, starając się ukryć to, że po plecach przeszedł jej dreszcz.

Yáñez wzruszył ramionami.

– Dlaczego nie włączy pan pieca?

– Nie działa od tej nocy, kiedy była awaria prądu.

– Od tamtej pory minął już ponad miesiąc. Cały ten czas nie miał pan ogrzewania?

Nie odpowiedział.

– A opieka społeczna?

– Pozwalam tu wchodzić tylko temu z tacą. Od razu pierwszego dnia ich ostrzegłem, że jak będą się tu wpychać, przywitam ich z siekierą.

– Ma pan też kominek. Dlaczego pan w nim nie rozpali? Dlaczego siedzi pan w zimnie?

– Na nic innego nie zasługuję.

Podniosła się, poszła do składziku i przyniosła kosz pełen szczap i stare gazety. Kucnęła przed kominkiem i rozgarnęła stary popiół, żeby ułożyć drewno w stos. Sięgnęła po zapałki leżące na obramowaniu i rozpaliła ogień. Potem usiadła na krześle. Yáñez wbił wzrok w płomienie.

– Pokój pańskiego syna także wygląda dobrze. Nie sądzę jednak, żeby taki człowiek jak on chciał tutaj nocować.

– Nie robił tego. Niekiedy przyjeżdżał na obiad, czasem zostawał na kolację, ale nigdy tu nie spał. Wyjeżdżał wieczorem i wracał rano. Mówił, że woli spać w hotelu.

Nie uwierzyła mu. Już to sprawdzili. Nie było żadnych śladów po tym, żeby Berasategui kiedykolwiek nocował w jakimś hotelu, hostelu lub gospodarstwie agroturystycznym w dolinie Baztán.

– Jest pan pewien?

– Tak sądzę. Już to mówiłem policji: nie jestem w stanie niczego potwierdzić w stu procentach. Nie mam aż takiej dobrej głowy, jak stwierdziłem, kiedy rozmawiałem z tym typem z opieki społecznej. Niekiedy o różnych rzeczach zapominam.

Amaia wyciągnęła z kieszeni komórkę. Czuła, że wibruje, i gdy ją włączyła, stwierdziła, że ma kilka nieodebranych połączeń. Znalazła pewną fotografię, dotknęła ekranu, żeby ją powiększyć, i starannie unikając patrzenia na nią, pokazała ją staremu.

– Był tu z tą kobietą?

– To pani matka.

– Zna ją pan? Widział ją tu pan tamtej nocy?

– Nie widziałem jej tamtej nocy, ale tak, znam ją od zawsze. Postarzała się, ale nie zmieniła się na tyle, żebym jej nie mógł rozpoznać.

– Proszę się zastanowić. Powiedział pan, że pamięć płata panu figle.

– Czasem zapominam zjeść kolację. Czasem jem ją dwa razy, bo nie pamiętam, czy już to zrobiłem, ale nie zapominam, kto mnie odwiedził. A pani matka nigdy w życiu nie była w moim domu.

Amaia wyłączyła telefon i wsadziła go z powrotem do kieszeni płaszcza. Zanim wyszła, postawiła krzesło na miejscu i opuściła żaluzje. Wsiadła do samochodu, nie zwracając uwagi na natrętne brzęczenie telefonu, sygnalizujące, że ktoś pilnie chce z nią mówić. Wybrała jakiś numer. Odezwał się męski głos, podał nazwę firmy.

– Dzień dobry. Proszę o przysłanie kogoś do uruchomienia pieca gazowego, który nie działa od czasu ostatniej wielkiej burzy – powiedziała, po czym podała adres Yáñeza.