Niewidzialny strażnik

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Dolina Baztan #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wiosna 1989

Bywały też dobre dni. Prawie zawsze były to niedziele, jedyny dzień, kiedy rodzice nie pracowali. Matka piekła w domu kruchutkie croissanty i chałkę z rodzynkami. Ich słodki i smakowity zapach przez wiele godzin wypełniał cały dom. Ojciec powoli wchodził do pokoju, otwierał okiennice – okna wychodziły na wzgórza – i wychodził bez słowa, żeby to słońce obudziło je pieszczotliwie, dziwnie ciepłymi jak na zimowy poranek promieniami. Po przebudzeniu leżały jeszcze w łóżkach i przysłuchiwały się pogawędce rodziców w kuchni i zachwycały się zapachem czystego domu, słońcem suszącym ubrania, światłem oświetlającym kapryśne ścieżki wiszącego w powietrzu pyłku. Czasami nawet jeszcze przed śniadaniem matka nastawiała w salonie adapter. Puszczała którąś z tych swoich starych płyt, a głosy Machína i Nat King Cole’a, śpiewające bolera i cza-czę, niosły się po całym domu. Wtedy ojciec obejmował matkę w pasie i tańczyli blisko siebie, twarzą w twarz, ze splecionymi dłońmi. Wirowali po całym salonie, potykając się co jakiś czas o ciężkie, ręcznie rzeźbione meble i dywan, który ktoś kiedyś utkał w Bagdadzie. Dziewczynki, nadal śpiące, przychodziły na bosaka z łóżek i siadały na sofie. Patrzyły, jak rodzice tańczą, i śmiały się, lekko zawstydzone, jakby ich przyłapały nie na tańcu, lecz na intymnym zbliżeniu. Ros zawsze pierwsza przytulała się do nóg ojca, przyłączała się do nich. Później Flora łapała się mamy, a Amaia uśmiechała się z sofy, z rozbawieniem patrząc na tę niezdarną grupę tancerzy kręcących się w kółko, i podśpiewywała bolera. Ona nie tańczyła, bo chciała nadal na nich patrzeć, bo chciała, żeby ten rytuał się nie kończył, i dlatego że wiedziała, że jeśli wstanie i przyłączy się do nich, natychmiast przestaną tańczyć. Że jak tylko dotknie matki, matka sobie pójdzie, rzucając jakąś głupią wymówką, na przykład że jest już zmęczona, że nie ma już ochoty tańczyć albo że musi zajrzeć do pieca, do chleba. Kiedy matka tak robiła, ojciec patrzył na nią zatroskany i tańczył z nią jeszcze chwilę, próbując jej to wynagrodzić, ale pięć minut później do salonu wchodziła matka i wyłączała adapter, mówiąc, że boli ją głowa.

10

Amaia ucięła sobie krótką drzemkę w czasie sjesty. Obudziła się zdezorientowana i oszołomiona. Czuła się gorzej niż rano. Wzięła prysznic, przeczytała wiadomość od Jamesa i trochę się rozzłościła, że nie ma go w domu. Chociaż nigdy mu tego nie powiedziała, w głębi duszy lubiła, gdy był blisko, kiedy spała, jak gdyby jego obecność mogła uspokoić jej duszę. Czułaby się głupio, gdyby musiała się przyznać głośno do uczucia, które ją ogarniało, kiedy budziła się w pustym mieszkaniu, i do pragnienia, żeby jej nie opuszczał, kiedy śpi. Nie musiał leżeć tuż przy niej, nie chciała, żeby ją trzymał za rękę, i wystarczało, żeby był przy niej, kiedy się budzi. Potrzebowała jego obecności, gdy spała. Często kiedy pracowała w nocy i musiała spać rano, a Jamesa nie było w domu, kładła się na sofie. Nie spała wtedy głębokim snem, ale i tak wolała to niż leżenie w łóżku, w którym nie mogłaby zasnąć za nic w świecie. I nieważne, że James wychodził, kiedy ona już spała. Nawet jeśli nie słyszała, jak zamykają się za nim drzwi, nagle czuła, że go nie ma, zupełnie jakby brakowało jej powietrza, i kiedy się budziła, wiedziała na pewno, że nie ma go w domu. Chciałabym, żebyś był w domu, kiedy śpię. Jasna myśl, choć rozumowanie absurdalne. Dlatego nie mogła mu tego powiedzieć, powiedzieć, że się budzi, kiedy on wychodzi, że wyczuwa, że jest w domu, jakby miała radar, i że w głębi duszy czuje się porzucona, kiedy odkrywa, że nie ma go, bo poszedł po chleb.

Po trzech kawach, które wypiła już na komisariacie, wcale nie czuła się lepiej. Siedziała przy biurku Iriartego i z radością patrzyła na okruchy jego życia. Blond dzieci, młoda żona, kalendarz z madonnami, zadbane rośliny przy oknie… pod donicami były nawet gliniane podstawki na wodę.

– Można, szefowo? Jonan powiedział, że chciała się pani ze mną widzieć.

– Wejdź, Montes, i proszę, nie nazywaj mnie szefową. Usiądź.

Montes usadowił się na krześle i spojrzał na nią z lekko wydętymi ustami.

– Montes, zawiódł mnie pan. Nie było pana na autopsji. Zmartwiłam się, bo nie wiedziałam, dlaczego pan nie przyjechał, i bardzo mnie zdenerwowało to, że musiałam się dowiedzieć od osób trzecich, że nie przyjdzie pan z powodu kolacji. Myślę, że mógłby mi pan przynajmniej oszczędzić wypytywania o pana przez całą noc. Straciłam mnóstwo czasu, próbując się do pana dodzwonić, i dopiero Zabalza mi powiedział, co się dzieje.

Montes patrzył na nią beznamiętnie. Mówiła dalej:

– Fermín, tworzymy zespół. Oczekuję, że wszyscy i każdy z osobna będzie na stanowisku bez przerwy. Jeśli chciał pan wyjść, nie zabroniłabym panu, ale sądzę, że biorąc pod uwagę wszystko, co się tu teraz dzieje, mógłby mnie pan zawiadomić telefonicznie albo powiedzieć Jonanowi, albo wymyślić jeszcze coś innego, ale na pewno nie wolno panu tak znikać bez słowa. I to teraz, kiedy mamy kolejną zamordowaną dziewczynę. Potrzebuję pana cały czas. W każdym razie mam nadzieję, że kolacja była tego warta.

Uśmiechnęła się i spojrzała na niego w skupieniu. Oczekiwała, że odpowie, ale on wciąż na nią patrzył. Wcześniej był nadąsany, teraz wyglądało na to, że patrzy na nią z pogardą.

– Fermín, nie zamierza pan odpowiedzieć?

– Montes – powiedział nagle. – Dla pani inspektor Montes. Proszę nie zapominać, że chociaż teraz kieruje pani śledztwem, rozmawia pani z równym sobie. I nie muszę się tłumaczyć Jonanowi, który jest moim podwładnym. Zawiadomiłem podinspektora Zabalzę i na tym kończą się moje obowiązki. – Z oburzenia aż zmrużył oczy. – Naturalnie, że nie zabroniłaby mi pani iść na kolację. Nie ma pani prawa, chociaż ostatnio tak się pani wydaje. Kiedy pani zaczynała naukę w akademii policyjnej, szefowo, inspektor Montes już od sześciu lat pracował w wydziale zabójstw, a wkurza się pani, że źle pani wypadła w oczach Zabalzy.

Rozłożył się w fotelu i patrzył na nią wojowniczo. Spojrzała na niego ze smutkiem.

– Jedyną osobą, która źle wypadała, był pan. Okazywał się pan nieprofesjonalnym, złym policjantem. Na Boga! Dopiero co znaleźliśmy trzecie ciało, nic nie mamy, a pan sobie idzie na kolację. Sądzę, że ma pan do mnie żal, ponieważ komisarz przydzielił sprawę mnie, ale proszę zrozumieć, że nie miałam na to żadnego wpływu. To, co powinno nas teraz zajmować, to doprowadzenie śledztwa do końca, i to jak najszybciej. – Mówiła trochę spokojniej. Spojrzała mu w oczy, próbowała zyskać jego poparcie. – Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, Fermín. Ja bym się cieszyła z pańskiego sukcesu. Myślałam, że mnie pan ceni i że mogę liczyć na pańską pomoc…

– Może sobie pani wierzyć, w co chce – wyszeptał.

– Nic więcej nie ma mi pan do powiedzenia?

Montes milczał.

– W porządku, Montes, jak pan chce. Do zobaczenia na zebraniu.

Wróciła do twarzy martwych dziewczyn, wpatrzonych gdzieś w nieskończoność przez maskę śmierci. Obok nich, niczym symbol tej ogromnej straty, leżały inne zdjęcia, kolorowe i błyszczące. Łobuzerski uśmiech Carli pozującej przy samochodzie, najpewniej należącym do jej chłopaka, Ainhoa trzymająca w ramionach małego, zaledwie tygodniowego baranka, i Anne ze szkolną grupą teatralną. Obok leżała foliowa torebka z chusteczkami, którymi prawie na pewno starto makijaż z twarzy Anne, i jeszcze jedna, z tymi, które znaleziono tam, gdzie zginęła Ainhoa i na które w pierwszej chwili nie zwrócono uwagi, ponieważ założono, że znalazły się nad rzeką zmiecione wiatrem ze ścieżki spacerowej, którą często chodziły pary.

– Miała pani rację, szefowo. Chusteczki leżały metr dalej, wciśnięte w szczelinę w skalnej ścianie, nad rzeką. Są na nich pozostałości różowe i czarne, przypuszczam, że po tuszu. Jej przyjaciółki mówią, że zazwyczaj się malowała. Mam też jej szminkę, była w torebce. Przyda się, żeby potwierdzić, że to ta. A te – powiedział, wskazując na drugą torebkę – znaleźliśmy tam, gdzie zginęła Ainhoa. Są takie same, w ten sam wzór, chociaż na tych jest mniej resztek makijażu. Przyjaciółki Ainhoi mówią, że używała tylko błyszczyka.

Zabalza wstał.

– Nie znaleźliśmy nic tam, gdzie zginęła Carla. Minęło zbyt wiele czasu i pamiętajmy, że ciało było częściowo zanurzone w rzece. Jeśli morderca wrzucił do niej chusteczki, najprawdopodobniej porwał je prąd. Ale jej rodzina potwierdziła, że malowała się codziennie.

Amaia wstała i zaczęła się przechadzać po pokoju za plecami kolegów. Wszyscy nadal siedzieli na swoich miejscach.

– Jonan, co nam mówią te dziewczyny?

Podinspektor pochylił się nad stołem i dotknął wskazującym palcem brzegu jednego ze zdjęć.

– Ściera im makijaż, ściąga buty, buty na obcasie, dla kobiet. To wspólna cecha. Włosy układa im po obu stronach twarzy, goli im włosy łonowe, sprawia, że znowu są dziećmi.

– Właśnie – potwierdziła powoli Amaia. – Temu skurczybykowi wydaje się, że dorastają zbyt szybko.

– Zboczeniec gustujący w dzieciach?

– Nie, nie. Gdyby był pedofilem, wybrałby po prostu dzieci, a to są nastolatki, małe kobietki, w mniejszym lub większym stopniu. Są w tym wieku, kiedy dzieci chcą się wydawać bardziej dorosłe, niż są w rzeczywistości. Nic w tym dziwnego, to typowe dla okresu dojrzewania. Ale naszemu mordercy te zmiany się nie podobają.

– Najpewniej znał je, jak były małe, i nie podoba mu się to, co teraz widzi. Chce je cofnąć w czasie – powiedział Zabalza.

– Nie wystarcza mu pozbawienie ich butów i makijażu. Usuwa im owłosienie, żeby ich łona znów wyglądały jak u dziecka. Rozdziera im ubrania i odsłania ciała, które nie są jeszcze takie jak u kobiet, którymi chciałyby być, i w tym miejscu, które symbolizuje ich płeć, usuwa owłosienie, które jest zwiastunem dojrzałości, i zastępuje je ciastkiem, słodkim symbolem przeszłości, tradycji tej doliny, powrotu do dzieciństwa, może nawet do innych wartości. Nie akceptuje ich sposobu ubierania się, makijażu, ich dorosłych manier, dlatego wymierza im karę, demonstruje na nich, jaki jest jego ideał czystości. To dlatego nigdy ich nie gwałci. To ostatnie, co chciałby zrobić. Próbuje je ocalić przed zepsuciem, przed grzechem… A najgorsze w tym wszystkim jest to, że jeśli mam rację, jeśli to właśnie to nie daje mu spokoju, możemy być pewni, że nie przestanie. Minął zaledwie miesiąc między śmiercią Carli i Ainhoi, a od niej do Anne zaledwie trzy dni. Czuje się sprowokowany, jest pewny siebie i ma sporo pracy. Będzie wybierał dziewczynki i czynił je na nowo nieskazitelnymi… Nawet sposób, w jaki układa im dłonie, wnętrzem do góry, symbolizuje niewinność i poddanie się. – Amaia nagle zamilkła, uderzona przeczuciem. Gdzie ja widziałam te dłonie, ten gest? Spojrzała na Iriarte i wskazała palcem.

 

– Inspektorze, może mi pan przynieść kalendarze ze swojego gabinetu?

Iriarte wrócił po niespełna dwóch minutach. Położył na stole kalendarz z niepokalanym poczęciem i drugi, z Matką Boską z Lourdes. Madonny uśmiechały się, pełne chwały, rozkładały na boki otwarte dłonie, ukazywały wnętrza dłoni, chojne i ofiarne. Strzelały z nich promienie słońca.

– Właśnie tak! – wykrzyknęła Amaia. – Jak u Matki Boskiej!

– Ten gość jest całkiem szalony – powiedział Zabalza. – I nie przestanie, dopóki go nie złapiemy.

– Uaktualnijmy profil – poprosiła Amaia.

– Mężczyzna, między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem życia – zaczął Iriarte.

– Myślę, że możemy doprecyzować. Uważam, że jest trochę starszy. Ten wstręt, który budzi w nim młodość, nie pasuje mi za bardzo do młodego człowieka. Nie jest impulsywny, za to bardzo dobrze zorganizowany. Przynosi na miejsce zbrodni wszystko, czego może potrzebować, a jednak nie tam je zabija.

– Musi mieć gdzie to robić. Gdzie to może być? – zapytał Montes.

– Nie sądzę, że to było jakieś konkretne miejsce. W każdym razie na pewno nie robi tego w domu. Niemożliwe, żeby wszystkie te dziewczyny tam poszły. Musimy też pamiętać, że nie walczyły, z wyjątkiem Anne, która pod koniec stawiała opór, w chwili kiedy ją zaatakował. Jedno z dwóch: albo się czai i atakuje z zaskoczenia gdziekolwiek, ryzykując, że ktoś go zobaczy, co mi nie pasuje do jego modus operandi, albo przekonuje je, żeby się z nim gdzieś spotkały, albo, jeszcze lepiej, sam je tam zabiera, co by oznaczało, że ma samochód, szeroki, bo później musi przewieźć zwłoki… Skłaniam się ku tej teorii – powiedziała Amaia.

– Sądzi pani, że biorąc pod uwagę to, co się dzieje, dziewczyny wsiadałyby do samochodów nieznajomych? – zapytał Jonan.

– W Pampelunie może nie – powiedział Iriarte. – Ale na wsi to normalne. Jak widzą, że czekasz na autobus, to każdy sąsiad się zatrzyma, zapyta, dokąd jedziesz, i jeśli ma po drodze, to cię podrzuci. Nie ma w tym nic dziwnego. I to by potwierdzało teorię, że to ktoś z miasteczka, że zna je od zawsze i że mu ufają na tyle, żeby wsiąść do jego samochodu.

– Zgoda: biały mężczyzna, między trzydziestym piątym a czterdziestym piątym rokiem życia, może starszy. Możliwe, że mieszka z matką albo z obojgiem rodziców. Możliwe, że odebrał bardzo surowe wychowanie, albo wręcz przeciwnie, że wychował się bez zasad i że sam ułożył sobie kodeks moralny, którym się teraz kieruje. Mógł też być wykorzystywany jako dziecko. Może nawet w jakiś sposób utracił dzieciństwo, może umarli mu rodzice. Szukajcie mężczyzny z przeszłością kryminalną, zatrzymanego za próby dokonania napadu, ekshibicjonizm, kradzieże… Zapytajcie pary, które tam bywają, czy coś słyszeli albo znają kogoś takiego. Miejcie na uwadze, że tacy przestępcy nie wyłaniają się znikąd, lecz kształtują się przez dłuższy czas. Szukajcie takich, którzy nagle stracili rodziny, sierot, ofiar przemocy, samotników. Przesłuchajcie wszystkich spisanych za maltretowanie albo napaść. W całej dolinie. Chcę mieć wszystko w bazie danych Jonana i dopóki nie znajdziemy nic innego, rozmawiajcie z rodzinami, przyjaciółmi i najbliższymi znajomymi. W poniedziałek odbędzie się pogrzeb Anne. Powtórzymy wszystko, co zrobiliśmy na pogrzebie Ainhoi. Przynajmniej będziemy mieli materiał do porównania. Sporządźcie listę wszystkich mężczyzn, którzy wzięli udział w obu pogrzebach i pasują do naszego opisu. Montes, może coś ciekawego da rozmowa z przyjaciółkami Carli. Może ktoś przypadkiem nagrywał pogrzeb telefonem albo może mają jakieś zdjęcia. Przyszło mi to do głowy, kiedy Jonan powiedział, że przyjaciółki Ainhoi nie przestawały płakać i rozmawiać przez telefon. Nastolatki nie ruszają się nigdzie bez telefonu, niech pan to sprawdzi. – Specjalnie pominęła słowo proszę. – Zabalza, chciałabym porozmawiać z kimś z ochrony przyrody albo ze straży leśnej. Jonan, chcę wiedzieć wszystko, co zdołasz zebrać o niedźwiedziach w dolinie, kto, kiedy je widział… Wiem, że mają teraz jakiegoś zlokalizowanego przez GPS. Zobaczmy, co nam powiedzą. Jak tylko się czegoś dowiecie, informujcie mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ten potwór gdzieś tam jest, a naszym zadaniem jest go złapać.

Iriarte podszedł do niej, reszta wychodziła z sali.

– Pani inspektor, proszę do mojego gabinetu. Mam na linii głównego komisarza z Pampeluny.

Amaia podeszła do telefonu.

– Obawiam się, że nie mam jeszcze dobrych wieści, komisarzu. Działamy najszybciej, jak to możliwe, chociaż wygląda na to, że morderca jeszcze szybciej…

– W porządku, pani inspektor. Myślę, że oddałem sprawę w najlepsze ręce. Godzinę temu otrzymałem telefon od przyjaciela z „Dziennika Nawarry”. Jutro opublikują wywiad z Miguelem Ángelem de Andrés, chłopakiem Carli Huarte, który siedział w więzieniu podejrzany o morderstwo. Jak wiadomo, wyszedł na wolność. Chyba nie muszę mówić, jak się o nas wyraża. Ale nie to jest najgorsze. Przeprowadzający wywiad dziennikarz insynuuje, że w dolinie Baztán grasuje seryjny moderca, że Miguel Ángel de Andrés został wypuszczony na wolność po tym, jak odkryto, że sprawy Carli i Ainhoi są ze sobą powiązane, a do tego trzeba dodać, że jutro wszyscy się dowiedzą o zamordowaniu trzeciej dziewczyny, Anne. – Amaia pomyślała, że brzmi to tak, jakby czytał. – Urbizu.

– Arbizu – poprawiła go.

– Wyślę faksem kopie artykułów, tak jak zostaną jutro opublikowane. Ostrzegam, że wam się nie spodobają. Są odpychające.

Zabalza wrócił z dwiema zadrukowanymi kartkami. Niektóre zdania były podkreślone.

„Miguel Ángel de Andrés, który spędził dwa miesiące w więzieniu w Pampelunie oskarżony o zamordowanie Carli Huarte, twierdzi, że policja łączy tę sprawę z pozostałymi sprawami zamordowania młodych dziewcząt z doliny Baztán. Morderca zdziera z nich ubranie. Na zwłokach znaleziono włosy, i nie są to włosy ludzkie. Przerażający Pan Lasu morduje na swoim terytorium. Krwiożerczy basajaun”.

Nad artykułem o śmierci Anne widniał nagłówek: „Kolejne morderstwo basajauna”.

11

Wielki las w Baztán, w którym przed zmianami, jakie wprowadził w nim człowiek, rosły buki w częściach górzystych, dęby w niższych i kasztanowce, jesiony i leszczyny w środkowej, teraz prawie w całości tworzyły buki. Królowały despotycznie nad innymi drzewami. Łąki i gąszcze janowca i kolcolistu, wrzosów i paproci tworzyły dywan, po którym stąpało wiele pokoleń mieszkańców Baztán, w scenerii magicznych wydarzeń, naznaczonej teraz piętnem morderstw, którą porównać można było tylko do puszczy Irati.

Las zawsze budził w niej cichą dumę, że do niego przynależy, choć jednocześnie jego okazałość ją przerażała, przyprawiała o zawrót głowy. Wiedziała, że kocha go czystą miłością, że go wielbi. Pielęgnowała tę miłość w ciszy i na odległość. Kiedy miała piętnaście lat, przyłączyła się na jakiś czas do grupy piechurów towarzystwa górskiego. Spacery w hałaśliwym towarzystwie nie dawały jej tyle radości, ile się spodziewała, i po trzech wspólnych wyjściach dała sobie z tym spokój. Dopiero kiedy nauczyła się prowadzić samochód, znów zaczęła się zagłębiać w leśne ścieżki, wabiona czarem lasu. Ale wtedy ze zdziwieniem odkryła, że samotne przebywanie w nim ją przeraża. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, zupełnie jakby była w zakazanym miejscu albo dokonywała kradzieży relikwii. Wsiadła do samochodu i wróciła do domu, podekscytowana i zirytowana tym uczuciem, świadoma, że doświadczyła pradawnego strachu, strachu, który w salonie cioci Engrasi wydał się jej śmieszny i dziecinny.

Ale śledztwo trwało i musiała wrócić w gąszcz lasu. Ostatnie oznaki zimy w lesie było widać wyraźniej niż gdziekolwiek indziej. Deszcz, który spadł w nocy, utrzymywał się jeszcze w zimnym i ciężkim powietrzu, przesyconym przeszywającą ubranie i kości wilgocią. Trzęsła się z zimna mimo grubej niebieskiej puchowej kurtki, którą James kazał jej wkładać. Pnie, pociemniałe od nadmiaru wody, błyszczały w promieniach słabego lutowego słońca. Przypominały skórę pradawnego gada. Te drzewa, które nie zrzuciły liści, mieniły się zielenią, której zima nadała zgniły odcień, lecz poruszane lekkim wiatrem odsłaniały drugą stronę – połyskującą na srebrno.

Rzeka płynęła w dół doliny wśród otaczających ją lasów i niczym niemy świadek skrywała sekret koszmarnego pomysłu mordercy na ozdabianie jej brzegów.

Jonan przyspieszył. Zrównał się z nią i zapiął zamek kurtki.

– Tam są – powiedział, wskazując na land rovera z logo straży leśnej.

Dwóch mężczyzn w mundurach patrzyło na nich z oddali. Amaia domyśliła się, że mówią o nich coś zabawnego. Śmiali się i odwracali wzrok.

– Zaczyna się. Typowe żarciki o głupku i blondynce – wymamrotał Jonan.

– Spokojnie, tygrysie. Wygrywaliśmy już z twardszymi – powiedziała Amaia szeptem, podchodząc do mężczyzn.

– Dobry wieczór. Jestem inspektor Salazar z wydziału zabójstw Policji Regionalnej Nawarry, a to podinspektor Etxaide.

Mężczyźni byli bardzo szczupli i żylaści, jeden przewyższał drugiego prawie o głowę. Amaia zauważyła, że ten wyższy się wyprostował, kiedy usłyszał, jaki ma stopień.

– Pani inspektor, jestem Alberto Flores, a to mój kolega Javier Gorria. Pełnimy straż na tym obszarze. To duży teren, ponad pięćdziesiąt kilometrów lasu, ale jeśli możemy w czymś pomóc, jesteśmy do usług.

Amaia spojrzała na nich bez słowa, nie odpowiedziała. Taka taktyka, mająca na celu onieśmielenie przeciwnika, nigdy jej nie zawiodła. Tym razem również przyniosła efekty. Drugi strażnik, ten, który do tej pory opierał się o maskę land rovera, podszedł do nich.

– Proszę pani, jeśli chodzi o nas, może pani liczyć na pełną współpracę. Ekspert od niedźwiedzi z Hueski przyjechał tu godzinę temu, zaparkował trochę niżej – powiedział, wskazując na zakręt drogi. – Jeśli pójdą państwo z nami, pokażemy, gdzie pracują.

– W porządku. I proszę do mnie mówić pani inspektor.

Ścieżka, w miarę jak zagłębiała się w las, robiła się coraz węższa. A potem nagle się otworzyła, ukazując polanki porośnięte delikatną zieloną trawą, jak na trawnikach w najpiękniejszych ogrodach. Gdzie indziej las zaczynał tworzyć potężny ciasny labirynt, prawie przytulny, wyściełany jednolitym dywanem z liści i igieł, który się przed nimi roztaczał. Inaczej niż na zboczach, woda nie przedarła się na ten równy i bujnie porośnięty teren. Dlatego pełno było suchych miejsc, pulchnych od kłębiących się pod drzewami liści, które przywiał wiatr i które układały się w naturalne legowiska górskich lamii. Amaia pomyślała o legendach, które ciocia Engrasi opowiadała jej, kiedy była mała, i uśmiechnęła się. Kiedy się było w środku tego lasu, nietrudno było uwierzyć w istnienie magicznych postaci, których historie splatały się z historiami ludzi zamieszkujących ten region. Wszystkie lasy są potężne, niektóre budzą trwogę głębią i tajemniczością, inne są ciemne i złowrogie. Las w Baztán jest magiczny. Bije od niego spokojne, pradawne piękno, które przypomina ludziom o jego najbardziej ludzkim obliczu, wiecznym i dziecięcym, tym, które wierzy w lamie, wróżki o kaczych nogach, żyjące w lesie, śpiące w dzień, a wychodzące tylko nocą, żeby czesać swoje długie, złociste włosy złotym grzebieniem, mającym moc spełniania życzeń swego właściciela, a którego one używały do spełniania próśb mężczyzn, którzy, zwiedzeni ich pięknem, nie odstępowali ich na krok, nic sobie nie robiąc z ich kaczych kończyn.

Amaia wyczuwała czyjąś obecność tak wyraźnie, że łatwo jej było zrozumieć historie o druidach i władzy drzew nad ludźmi i wyobrazić sobie czasy, kiedy w całej dolinie więź między istotami magicznymi i ludźmi była religią.

 

– Tam są – powiedział Gorria, nie bez sarkazmu. – Pogromcy duchów.

Ekspert z Hueski i jego asystentka mieli na sobie jaskrawopomarańczowe kombinezony robocze, a w rękach trzymali pozłacane walizeczki, podobne do tych, jakich używali pracownicy policyjnego laboratorium. Podeszli do nich, ale mężczyźni wydawali się całkiem nieobecni, pochłonięci badaniem pnia buka.

– Bardzo mi miło, pani inspektor – powiedział mężczyzna, podając Amai rękę. – Raúl González i Nadia Takchenko. Jeśli się pani zastanawia, czemu nosimy takie kombinezony, wyjaśnię, że to przez wzgląd na kłusowników. Nic nie pobudza tych bydlaków do działania tak jak plotka, że w okolicy grasuje niedźwiedź. Wyłaniają się jak spod ziemi, nie żartuję. Przypominają jeden z drugim samców alfa, którzy idą zapolować na niedźwiedzia, a są tak przerażeni, że to niedźwiedź upoluje ich, że strzelają do wszystkiego, co się rusza… Nie raz się zdarzyło, że strzelali do nas, biorąc nas za zwierzęta. Dlatego ubieramy się na pomarańczowo. Widać nas z odległości dwóch kilometrów. W rosyjskich lasach wszyscy takie noszą.

– Dobrze rozumiem? Habemus niedźwiedzia? – zapytała Amaia.

– Pani inspektor, doktor Takchenko i ja sądzimy, że jest za wcześnie zarówno na to, żeby to stwierdzić, jak i na to, żeby wykluczyć.

– Może mi pan przynajmniej powiedzieć, czy znaleźliście jakiś ślad, jakiś trop…

– W pewnym sensie tak. Bez wątpienia znaleźliśmy ślady, które zdradzają obecność dużych zwierząt, ale to nic rozstrzygającego. Tak naprawdę dotarliśmy na miejsce przed chwilą. Ledwie zdążyliśmy przeszukać teren, a już robi się ciemno – powiedział, patrząc w niebo.

– Jutro z samego rana trzeba zakasać rękawy. Można tak powiedzieć? – zapytała jest asystentka koszmarnym hiszpańskim. – Próbka śladów, którą nam przysłano, rzeczywiście należy do jakiegoś stopochodnego. Byłoby wspaniale, gdybyśmy dostali próbkę z tego drugiego miejsca.

Amaia doceniła, że słowem nie wspomniała o znalezieniu ciała.

– Jutro je państwo dostaną – powiedział Jonan.

– Więc nie możecie mi państwo nic powiedzieć? – naciskała Amaia.

– Pani inspektor, przede wszystkim powinna pani wiedzieć, że niedźwiedzie nie lubią się pokazywać. Nie wiadomo o żadnych przypadkach zaobserwowania niedźwiedzi w dolinie Baztán po 1700 roku. Wtedy widziano je po raz ostatni. W rejestrze można nawet znaleźć notatkę o rekompensacie, jaką dostali myśliwi za zabicie jednego z ostatnich na tym terenie. Od tego czasu nie ma nic, żadnego oficjalnego raportu o obecności stopochodnych na tak nisko położonym obszarze, mimo plotek szerzących się wśród mieszkańców okolicy. Proszę mnie źle nie zrozumieć, to wspaniałe miejsce, ale niedźwiedzie nie lubią towarzystwa, żadnego, nawet innych przedstawicieli swojego gatunku. A tym bardziej ludzi. Byłoby niezmiernie dziwne, gdyby ktoś się na jakiegoś natknął. Wyśledziłyby człowieka z odległości kilku kilometrów i oddaliły się, żeby mu nie wejść w drogę…

– A gdyby na przykład niedźwiedź dotarł do doliny, podążając śladem samicy? Z tego, co wiem, w takim przypadku niedźwiedzie są w stanie przemieścić się nawet o kilkaset kilometrów. Albo na przykład gdyby wyczuły coś, co je szczególnie kusi?

– Jeśli ma pani na myśli zwłoki, to jest to mało prawdopodobne. Niedźwiedzie nie są padlinożercami. Jeśli nie mogą nic upolować, żywią się porostami, owocami, miodem, pączkami roślin. Wszystko jest lepsze od padliny.

– Nie chodziło mi o zwłoki, tylko o przetworzone jedzenie… Nie mogę zdradzić szczegółów, przykro mi…

– Niedźwiedzie bardzo lubią jedzenie ludzi. W rzeczy samej, kiedy spróbują przetworzonej żywności, mogą podchodzić do terenów zamieszkanych i szperać w śmietnikach, a nawet, urzeczone ich smakiem, przestać polować.

– Czyli gdyby jakiś niedźwiedź wyczuł coś smacznego do jedzenia, mógłby się zbliżyć do ciała?

– Tak. Jeśli założymy, że jakiś niedźwiedź dotarłby aż do Baztán, co jest mało prawdopodobne.

– Chyba że znowu pomylono niedźwiedzia z sabaką… jak to się mówi? – zaśmiała się doktor Takchenko.

Doktor spojrzał na stojących kilka kroków za nimi strażników.

– Pani doktor ma na myśli zdarzenie z sierpnia 2008 roku, kiedy to znaleziono niedaleko stąd zwłoki czegoś, co uznano za niedźwiedzia, a co po oględzinach okazało się dużym psem. Władze niepotrzebnie narobiły szumu.

– Pamiętam tę historię. Było o niej w prasie. Ale tym razem sami państwo twierdzą, że mamy do czynienia z sierścią niedźwiedzia, czyż nie?

– Naturalnie. Sierść, którą nam przysłano, należy do jakiegoś gatunku niedźwiedzia, chociaż… Póki co nie mogę powiedzieć nic więcej. Będziemy tu kilka dni, zbadamy miejsce, w którym znaleziono te włosy, i postawimy w strategicznych miejscach kamery. Spróbujemy go uchwycić, jeżeli gdzieś tu krąży.

Doktor Takchenko i doktor González wzięli swoje walizeczki i odeszli ścieżką, którą przyszli Amaia i Etxaide. Amaia oddaliła się o kilka metrów, zaczęła się przechadzać między drzewami. Usiłowała znaleźć to, co tak zainteresowało badaczy. Za plecami wyczuła wrogą obecność strażników.

– A panowie co mają do powiedzenia? Zaobserwowaliście coś odbiegającego od normy? Coś przykuło waszą uwagę? – zapytała, odwracając się do nich przodem, żeby uchwycić, jak zareagują.

Zanim odpowiedzieli, wymienili spojrzenia.

– Chodzi o to, czy widzieliśmy niedźwiedzia? – zapytał z przekąsem ten niższy.

Amaia spojrzała na niego, jakby właśnie zdała sobie sprawę z jego obecności i nie była pewna, co o nim myśleć. Podeszła do niego tak blisko, że czuła zapach jego płynu po goleniu. Spod kołnierzyka munduru w kolorze khaki wystawała klubowa koszulka Osasuny.

– Chodzi mi, panie Gorria… Gorria, prawda? Czy zauważyliście coś godnego odnotowania? Przyrost albo zmniejszenie się liczby jeleni, dzików, królików, zajęcy albo lisów, ataki na stada, nietypowe zwierzęta w okolicy, podejrzani kłusownicy albo wycieczkowicze, doniesienia myśliwych, pasterzy, pijaków, ufoludki albo Tyrannosaurus rex… cokolwiek… I oczywiście niedźwiedzie.

Po szyi strażnika niczym infekcja rozlała się czerwona plama, doszła aż do czoła. Amaia prawie widziała, jak na jego napiętej twarzy pojawiają się małe kropelki potu. A mimo to nie ruszył się z miejsca jeszcze przez kilka sekund. Dopiero chwilę później zrobił krok w tył, odwrócił od niej wzrok i odczekał chwilę, a potem znów spojrzał na kolegę, jakby szukał wsparcia, ale wsparcie nie nadeszło.

– Proszę patrzeć na mnie, panie Gorria.

– Nie zauważyliśmy nic nienormalnego – przerwał jej Flores. – Las żyje swoim życiem, a równowaga wydaje się nienaruszona. Jest mało prawdopodobne, żeby zszedł tutaj niedźwiedź. Nie jestem ekspertem od stopochodnych, ale zgadzam się z pogromcami duchów. Pracuję w tych lasach od piętnastu lat i zapewniam, że widziałem wiele rzeczy, niektóre bardzo dziwne albo niespotykane, jak pani woli, nawet trupa psa, którego znaleziono w Orabidei i którego ci z ochrony środowiska wzięli za niedźwiedzia. My nigdy w to nie uwierzyliśmy. – Gorria pokręcił głową. – Ale na ich obronę powiem pani, że musiał to być największy pies, jakiego ludzkość widziała na oczy i że był już w stanie rozkładu, nabrzmiały. Strażak, który go znalazł w przepaści, przez miesiąc miał ściśnięty żołądek.

– Sami państwo przecież słyszeli, co powiedział ekspert. Możliwe, że to młody samiec, który zabłądził, idąc po śladach samicy… – Flores zerwał z krzaka liść i zaczął go równo składać. Ważył słowa. – Jesteśmy za nisko. Gdybyśmy mówili o Pirenejach, zgoda, bo niezależnie od tego, za jakich spryciarzy uważają się ci specjaliści od stopochodnych, najpewniej jest tam więcej niedźwiedzi, niż im się wydaje. Ale nie tutaj, nie tak nisko.