Niewidzialny strażnik

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Dolina Baztan #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przykro mi. – Głos Ros lekko zadrżał. – Zaczęłaś już?

– Nie poszliśmy. Na myśl o tym, że miałabym się poddać tym żałosnym zabiegom, robi mi się niedobrze. Pamiętasz, jak fatalnie znosiła to Flora? I tak nic nie pomogło.

– No tak, ale nie możesz tak myśleć. Sama mówisz, że nie masz tego samego problemu co ona, może u ciebie zadziała…

– To nie tylko to. Coś mnie odpycha od myśli, że miałabym począć dziecko w ten sposób. Wiem, że to głupie, ale nie tak to powinno się stać…

Wszedł James z jej telefonem w ręku.

– Podinspektor Zabalza – powiedział, zasłaniając dłonią aparat.

Amaia wzięła go od niego.

– Pani inspektor, jeden z patroli znalazł na poboczu parę damskich butów. Stały przodem do jezdni. Dali znać przed chwilą. Wyślę po panią samochód i zobaczymy się na miejscu.

– A ciało? – zapytała Amaia, zniżając głos i zasłaniając telefon.

– Jeszcze nie znaleźliśmy, to trudno dostępny obszar, inny niż poprzednie. Roślinność jest bardzo bujna, rzeki nie widać z szosy. Jeśli dziewczyna tam jest, trudno będzie do niej dotrzeć. Zastanawiam się, czemu wybrał takie miejsce. Może nie chciał, żebyśmy ją odnaleźli tak szybko jak tamte.

Amaia rozważała to, co powiedział.

– Nie. Chce, żebyśmy ją znaleźli. Dlatego zostawił buty, żeby nam wskazać miejsce. Ale wybierając takie, którego nie widać z szosy, miał pewność, że nikt mu nie będzie przeszkadzał, zanim wszystko przygotuje do pokazania światu swojego dzieła. Po prostu oszczędził sobie problemów i przerw.

Były to buty firmy Mustang, białe lakierki, eleganckie i na całkiem wysokim obcasie. Jeden z policjantów robił im zdjęcia z różnych stron, kierując się wskazówkami Jonana. Błysk lampy odbijał się od lakieru. Odblaski sprawiały, że buty wydawały się jeszcze bardziej niezwykłe, przedziwne: leżały na pustkowiu, jakby miały magiczne właściwości, jak buty księżniczek z bajek albo z szokującego i absurdalnego obrazu jakiegoś konceptualisty. Amaia wyobraziła sobie cały rząd takich balowych bucików w tej niemal magicznej okolicy. Głos Zabalzy sprowadził ją na ziemię.

– To niepokojące… Chodzi mi o buty. Czemu to robi?

– Oznacza teren, jak dzikie zwierzę, jak drapieżnik, którym jest, i prowokuje nas. Zostawia je, żeby nam rzucić wyzwanie: Patrzcie, co wam zostawiłem, przybył olentzero9 i ma dla was prezencik.

– Co za skurczybyk!

Amaia z trudem odwróciła wzrok od magicznych bucików księżniczki i spojrzała w stronę gęstego gaju. Z walkie-talkie, które Zabalza trzymał w dłoni, wydobył się metaliczny odgłos.

– Znaleźli ją?

– Jeszcze nie, ale, jak już mówiłem, tutaj rzeka płynie między zaroślami a naturalnym kanionem uformowanym przez skalne ściany.

Wiązki światła rzucane przez potężne latarki na ogołocone z liści drzewa tworzyły nadprzyrodzoną grę świateł. Drzewa rosły tak ciasno, że wszystko to wyglądało jak odwrócony do góry nogami wschód wynurzającego się z ziemi słońca. Amaia włożyła gumiaki. Myślała o tym, jaki wpływ ma ten las na jej przemyślenia. Podinspektor Iriarte wynurzył się z zarośli. Oddychał urywanie.

– Znaleźliśmy ją.

Amaia zeszła ze zbocza za Jonanem i podinspektorem Zabalzą. Czuła, jak ziemia ustępuje pod jej stopami, rozmiękczona przez niedawne deszcze. Chociaż las był bardzo gęsty, zdołały się przedrzeć w głąb i zamienić resztki pokrywających ziemię liści w śliski, pulchny dywan. Szli naprzód, opierając się o drzewa. Rosły tak gęsto, że co chwilę musieli zmieniać trasę. Kilka kroków za plecami Amai Montes sączył złośliwości: zmuszono go do schodzenia po czymś takim w drogich włoskich butach i skórzanej marynarce.

Las kończył się gwałtownie ścianą nie do pokonania. Ciągnęła się wzdłuż obu brzegów rzeki, która rozwidlała się w kształt wąskiej litery V albo lejka. Zeszli i znaleźli się w ciemnym i przygnębiającym zakątku, który policjanci próbowali oświetlić przenośnymi reflektorami. Rzeka płynęła tu szybciej i była głębsza, a między ścianami a brzegiem było nie więcej niż półtora metra suchego żwiru, po obu stronach. Amaia spojrzała na ręce dziewczynki: rozłożone w geście absolutnego oddania, rozpostarte po obu stronach zbezczeszczonego ciała. Lewa niemal dotykała wody. Długie blond włosy sięgały dziewczynie do pasa, a duże zielone oczy pokrywała cienka biała warstwa. Wyglądała jak unosząca się para. Jej uroda, widoczna nawet po śmierci, i mistyczna poza, którą jej nadał ten potwór, robiły ogromne wrażenie. Na krótką chwilę udało mu się oderwać Amaię od rzeczywistości i wciągnąć do świata swoich fantazji. Dopiero te oczy, jak oczy księżniczki, przywołały ją do porządku. Przesłonięte mgłą rzeki oczy, które żądały sprawiedliwości z najgłębszych głębin doliny Baztán, o której śniła czasem w najczarniejsze noce. Zrobiła dwa kroki w tył, żeby odmówić pacierz i włożyć rękawiczki, które podał jej Montes. Z rozpaczą, jaką zawsze czuła na widok bólu bliźniego, spojrzała na Iriartego. Zasłaniał usta dłońmi. Opuścił je gwałtownie, kiedy poczuł na sobie spojrzenia innych.

– Znam ją… Znałem, znam rodzinę, nazywa się Arbizu – powiedział, patrząc na Zabalzę, jakby szukał u niego potwierdzenia. – Nie wiem, jak miała na imię, ale to na pewno ich córka, nie mam najmniejszych wątpliwości.

– Miała na imię Anne. Anne Arbizu – potwierdził Jonan. Stał z kartą biblioteczną w ręce. – Torebka była kilka metrów wyżej – powiedział, wskazując gdzieś w ciemność.

Amaia uklękła przy dziewczynie. Przyglądała się zimnemu grymasowi jej twarzy. Wyglądał jak parodia uśmiechu.

– Wiesz, ile miała lat? – zapytała.

– Piętnaście. Nie sądzę, żeby skończyła szesnaście – odparł Iriarte, zbliżając się do niej. Spojrzał na trupa i nagle puścił się biegiem. Jakieś dziesięć metrów dalej zgiął się wpół i zaczął wymiotować. Nikt nic nie powiedział, ani wtedy, ani kiedy wrócił, czyszcząc ubranie chusteczką higieniczną i mamrocząc przeprosiny.

Skóra Anne była bardzo biała, ale nie należała do tych pozbawionych koloru, prawie przezroczystych, usianych piegami i zaczerwienieniami. Była biała, czysta i kremowa, bez owłosienia. Pokryta rosą rzeki dziewczyna przypominała marmurowy cmentarny posąg. W przeciwieństwie do Carli i Ainhoi walczyła. Przynajmniej dwa paznokcie miała złamane i zdarte do żywego mięsa. Pod pozostałymi nie znaleziono śladów skóry. Bez wątpienia umierała dłużej niż tamte. Mimo powłoki zasnuwającej oczy widać było popękane naczynka. Świadczyły o tym, że została uduszona, że pozbawiono ją powietrza. Poza tym morderca idealnie odtworzył szczegóły tamtych morderstw: cienki sznurek wrzynał się w skórę, pocięte ubranie opadało na dwie strony, dżinsy opuszczone do kolan, wzgórek łonowy ogolony i spoczywające na nim tłuste aromatyczne ciastko.

Jonan fotografował włosy rozrzucone u jej stóp.

– Wszystko tak samo, szefowo, zupełnie jakbym widział poprzednie ofiary.

– Kurwa!

Stłumiony krzyk dobiegł do nich znad rzeki, z odległości kilku metrów, wraz z charakterystycznym hukiem wystrzału, który odbił się od ścian, budząc ogłuszające echo. Na chwilę wszyscy znieruchomieli, a potem wyciągnęli broń i wymierzyli w tamtą stronę.

– Fałszywy alarm! To nic takiego! – zawołał ktoś. Potem zobaczyli światło latarki oświetlające brzeg rzeki.

Uśmiechnięty policjant szedł obok Montesa, który, wyraźnie przestraszony, chował broń.

– Co się stało, Fermín? – zapytała zaniepokojona Amaia.

– Przykro mi, to mój błąd. Sprawdzałem brzeg i nagle zobaczyłem największego na świecie pieprzonego szczura. Spojrzał na mnie i… Przepraszam, odruchowo zacząłem strzelać. Kurwa! Jak ja nienawidzę szczurów. A później kapral powiedział mi, że to była… już zapomniałem.

– Nutria – wyjaśnił policjant. – Nutrie są ssakami, pochodzą z Ameryki Południowej. Kilka lat temu uciekły z francuskiej farmy hodowlanej w Pirenejach. Bardzo dobrze przystosowały się do życia w rzece i chociaż mocno je przetrzebiono, ciągle można je tu spotkać. Ale są niegroźne, właściwie to roślinożercy żyjący w wodzie, jak bobry.

– Przepraszam – powtórzył Montes. – Nie wiedziałem. Mam rodentofobię. Nie znoszę wszystkiego, co choćby przypomina szczura.

Amaia spojrzała na niego zmieszana.

– Jutro opiszę ten strzał w raporcie – powiedziała cicho.

Fermín Montes zamilkł. Przez chwilę wpatrywał się w swoje buty, a potem odszedł na bok i stał tak, nie odzywając się ani słowem.

Amai prawie było go żal. Przez kilka dni wszyscy będą mieć z niego niezły ubaw. Znów uklękła przy zwłokach i spróbowała oczyścić umysł ze wszystkiego, co nie dotyczyło tej dziewczyny i tego miejsca.

Na tym odcinku drzewa nie porastały brzegów rzeki, więc nie czuło się charakterystycznego zapachu ziemi i żywicy, tak wyraźnie wyczuwalnego w lesie. Stojąc w szczelinie, którą rzeka wyżłobiła w skale, można było rozpoznać tylko unoszący się nad wodą zapach minerałów, równie silny jak słodki aromat tłuszczu bijący od txatxingorri. Unoszący się w powietrzu aromat masła i cukru mieszał się z innym, delikatniejszym. Natychmiast go rozpoznała: był to zapach niedawnej śmierci. Wzięła gwałtowny oddech, żeby stłumić mdłości. Patrzyła na ciastko jak na obrzydliwego robaka i zastanawiała się, jak to możliwe, żeby pachniało tak mocno. Doktor San Martín ukląkł obok.

– O matko, ale wspaniale pachnie.

Spojrzała na niego z przerażeniem.

– To żart, pani inspektor.

Nie odpowiedziała, odsunęła się, żeby mu zrobić miejsce.

– Ale naprawdę pachnie bardzo ładnie, a ja nie jadłem kolacji.

Amaia zrobiła gest obrzydzenia, którego doktor nie zauważył, i odwróciła się, żeby powitać sędzinę Estébanez. Schodziła właśnie między skałami z godną pozazdroszczenia zręcznością, mimo spódnicy i kozaczków na niskim obcasie.

 

– Niemożliwe – wymamrotał Montes. Jeszcze nie doszedł do siebie po incydencie z nutrią. Sędzina kiwnęła do wszystkich rękę i stanęła za doktorem San Martínem. Słuchała jego spostrzeżeń. Dziesięć minut później już jej nie było.

Ponad godzinę zajęło im wniesienie na górę skrzyni z ciałem Anne. Żeby to zrobić, potrzebowali każdej pary rąk. Technicy zasugerowali, żeby włożyć zwłoki do plastikowego worka i tak wnieść na górę, ale San Martín nalegał, żeby je włożyć do skrzyni, żeby się nie uszkodziły od uderzeń i zadrapań, na które będą narażone w gęstwinie. Ograniczona przestrzeń między drzewami zmuszała ich na niektórych odcinkach do niesienia trumny w pionie. Robili przerwy, żeby się zmienić. Po wielu potknięciach zdołali donieść skrzynię do karawanu, który miał zabrać zwłoki do zakładu medycyny sądowej w Nawarze.

Za każdym razem, kiedy oglądała leżące na stole ciało nieletniego, ogarniało ją to samo uczucie: bezsilność i bezradność. Oskarżała całe społeczeństwo, społeczeństwo, które nie potrafiło uchronić własnej przyszłości, społeczeństwo, które poniosło porażkę. Tak jak ona. Nabrała powietrza i weszła do prosektorium. Przywitała się z doktorem San Martínem. Wypełniał właśnie formularze. Podeszła do żelaznego stołu. Naga Anne Arbizu leżała w bezlitosnym świetle. U każdego innego człowieka uwidoczniłoby najdrobniejsze niedoskonałości. U niej tylko podkreślało nieskazitelną biel skóry, tworząc obraz niemal nierzeczywisty, zupełnie jakby została namalowana. Amai przyszła na myśl marmurowa madonna, jakich pełno we włoskich muzeach.

– Wygląda jak lalka – wyszeptała.

– Dokładnie to samo mówiłem Sofii – powiedział doktor. Sofie przywitała ją, podnosząc dłoń. – Mogłaby posłużyć za idealny przykład wagnerowskiej walkirii.

Wszedł podinspektor Zabalza.

– Czekamy na kogoś czy możemy zaczynać?

– Inspektor Montes powinien już tu być… – powiedziała Amaia, patrząc na zegarek. – Proszę zaczynać, doktorze. Na pewno zaraz przyjdzie.

Wybrała numer Montesa, włączyła się poczta głosowa. Założyła, że prowadzi. W bezlitosnym świetle mogła zaobserwować kilka szczegółów, które wcześniej uszły jej uwagi. Na skórze było kilka krótkich brązowawych włosów, dość grubych.

– Sierść jakiegoś zwierzęcia?

– Prawdopodobnie. Znaleźliśmy ich więcej, były przylepione do ubrania. Porównamy je ze znalezionymi na ciele Carli.

– Od jak dawna jest martwa?

– Sądząc po temperaturze wątroby, którą zmierzyłem nad rzeką, mogła tam leżeć jakieś dwie, trzy godziny.

– To niedługo, nie wystarczająco długo, żeby ją znalazły zwierzęta… Ciastko było nietknięte, wyglądało na świeżo upieczone. Czuła to pani tak samo wyraźnie jak ja. Gdyby w pobliżu były zwierzęta, które mogłyby zostawić tę sierść, zjadłyby ciastko, jak w przypadku Carli.

– Trzeba popytać strażników leśnych – zauważył Zabalza. – Ale wątpię, żeby zwierzęta schodziły tam do wodopoju.

– Zwierzę mogłoby tam zejść bez najmniejszych problemów – stwierdził San Martín.

– Zejść tak, ale rzeka przebija się tam między stromymi ścianami i trudno by im było uciec. Zwierzęta zawsze piją na terenach otwartych, tam, gdzie mogą obserwować, nie tylko być obserwowane.

– W takim razie jak wyjaśnimy obecność włosów?

– Może morderca przyniósł je na sobie i zostawił na ciele ofiary, kiedy jej dotykał.

– Może. Kto może mieć na ubraniu pełno sierści?

– Myśliwy, strażnik leśny, pasterz – odrzekł Jonan.

– Taksydermista – dodała techniczka, która pomagała San Martínowi i która do tej pory się nie odzywała.

– Dobrze. Trzeba będzie namierzyć wszystkich w okolicy odpowiadających temu profilowi. Dodajmy, że musi to być silny mężczyzna, przynajmniej ja tak uważam. Gdyby nie intymność, jakiej wymagają takie fantazje, powiedziałabym nawet, że morderców jest więcej niż jeden, ale jedno jest pewne: nie każdy mógłby zejść po tym zboczu w takim tempie, a brak zadrapań i skaleczeń świadczy o tym, że ją niósł – powiedziała Amaia.

– Jesteśmy pewni, że była martwa, kiedy ją tu zniósł?

– Jestem pewna. Żadna dziewczyna nie zeszłaby w nocy nad rzekę z nieznajomym, i to w dodatku zostawiając na poboczu buty. Myślę, że je zaskakuje i morduje, zanim zaczną cokolwiek podejrzewać. Może go znają i dlatego są ufne, a może nie i musi je zabić od razu. Okręca im sznur wokół szyi i zanim się zorientują, co się dzieje, już są martwe. Później wiezie je nad rzekę, układa tak jak w fantazjach, a kiedy już odprawi swój psychoseksualny rytuał, zostawia nam ślad w postaci butów i pozwala obejrzeć swoje dzieło. – Amaia nagle zamilkła i potrząsnęła głową, jakby się budziła z głębokiego snu. Wszyscy patrzyli na nią w osłupieniu.

– Zacznijmy od sznurka – powiedział San Martín.

Techniczka przytrzymała głowę dziewczyny u podstawy czaszki i podniosła ją wystarczająco wysoko, żeby doktor San Martín mógł wydobyć sznurek z ciemnej rany, w której był zatopiony. Skupił się zwłaszcza na zwisających na boki końcówkach. Było na nich widać białawe resztki czegoś, co wyglądało na plastik albo ślady kleju.

– Proszę spojrzeć na to, pani inspektor, to coś nowego: w przeciwieństwie do innych przypadków na sznurku są śladowe ilości skóry. Widać, że zaciął się, kiedy szarpnął, albo przynajmniej starł sobie kawałeczek skóry.

– Myślałem, że używa rękawiczek. Nie ma przecież żadnych śladów – wtrącił Zabalza.

– Na to wygląda, ale czasami mordercy nie mogą się oprzeć przyjemności, jaką im sprawia odbieranie komuś życia własnymi rękami. Uczucie, którego rękawiczki by ich pozbawiły. Dlatego czasami z nich rezygnują, choćby na tę chwilę, kiedy zabijają. Ale możliwe, że to nam wystarczy.

Tak jak przypuszczała Amaia, doktor San Martín też uważał, że Anne się broniła. Może zauważyła coś, co przeoczyły jej poprzedniczki, coś, co wzbudziło jej podejrzenia i kazało nie iść na śmierć bez walki. W jej przypadku oznaki uduszenia były ewidentne i chociaż morderca próbował odtworzyć na niej swoje fantazje i do pewnego stopnia nawet mu się to udało – na pierwszy rzut oka ta zbrodnia i wszystkie okoliczności były takie same jak poprzednio – Amaia odnosiła niewytłumaczalne wrażenie, że ta śmierć nie w pełni go zadowoliła, że ta dziewczyna o anielskim obliczu, która mogłaby być kulminacyjnym osiągnięciem tego potwora, okazała się twardsza i bardziej agresywna od tamtych. I chociaż morderca dołożył wszelkich starań, żeby ją upozować tak samo starannie jak poprzedniczki, twarz Anne nie wyrażała zdziwienia ani bezbronności, ale wolę życia, którą zachowała do końca, i coś w rodzaju przerażającej parodii uśmiechu. Amaia przyglądała się różowawym śladom wokół ust. Sięgały aż do prawego ucha.

– Od czego ma tę różową smugę na buzi?

Techniczka wzięła próbówkę i patyczek.

– Powiem pani, jak tylko się dowiemy, ale jak na mój gust to jest… – powąchała patyczek – błyszczyk.

– Co to jest błyszczyk? – zapytał Zabalza.

– Błyszczyk do ust, podinspektorze. Taka tłusta błyszcząca szminka o owocowym smaku – wyjaśniła Amaia.

W całej karierze inspektora z wydziału zabójstw widziała więcej autopsji, niż chciała, i uznała, że jej udział w misji pod hasłem: co muszę udowodnić dlatego, że jestem kobietą, zdecydowanie dobiegł końca. Nie została do końca badania. Każdy szanujący się patolog sądowy przyzna, że cięcia w kształcie litery y, które się wykonuje podczas sekcji, są naprawdę brutalne i że żadna operacja dokonywana na żywych pacjentach nie osiąga tak kolosalnych rozmiarów. I chociaż otwieranie jamy brzusznej i wyciąganie i ważenie organów nie jest niczym przyjemnym, to ta techniczna część w jakimś stopniu pomagała jej na chwilę zapomnieć o koszmarze, którego była świadkiem. Dopiero kiedy z powrotem wypełniali ciało, a asystent zamykał potworną ranę, ciągnącą się od barków aż do klatki piersiowej i dalej do miednicy, wokół pępka, rzucająca się w oczy brutalność stawała się nie do zniesienia. Jeśli ciało należało do dziecka, jak w tym przypadku, właśnie w tym momencie wyglądało najbardziej żałośnie i przerażająco, zmasakrowane ogromnymi szwami, którymi zostało zszyte i które wyglądały jak zamek na skórze szmacianej lalki, która już nigdy nie wyzdrowieje.

9

Po natężeniu światła oszacowała, że jest siódma rano. Obudziła Jonana. Spał na tylnym siedzeniu, otulony anorakiem.

– Dzień dobry, szefowo. Jak poszło? – zapytał, przecierając oczy.

– Wracamy do Elizondo. Dzwonił do ciebie Montes?

– Nie, myślałem, że jest z panią na autopsji.

– Nie przyszedł i nie odbiera telefonu, włącza się poczta głosowa – powiedziała z widoczną irytacją.

Podinspektor Zabalza, który przyjechał do Pampeluny tym samym samochodem, usiadł z tyłu i odchrząknął.

– Pani inspektor, nie wiem, czy powinienem się w to mieszać, ale nie chcę, żeby się pani martwiła. Kiedy wyszliśmy z wąwozu, inspektor Montes powiedział mi, że musi iść się przebrać, bo umówił się z kimś na kolację.

– Na kolację? – Nie mogła ukryć zdziwienia.

– Tak. Zapytał mnie, czy pojadę z panią do Pampeluny na autopsję. Powiedziałem, że tak, a on na to, że w takim razie będzie spokojniejszy, że przypuszczał, że podinspektor Etxaide też pojedzie, i że w takim razie wszystko będzie okej.

– Że wszystko będzie okej? Doskonale wiedział, że powinien tu być – powiedziała z wściekłością Amaia i od razu pożałowała tego wybuchu na oczach podwładnych.

– Ja… przykro mi. Kiedy to mówił, uznałem, że mu pani pozwoliła.

– Proszę się nie martwić, porozmawiam z nim.

Mimo nieprzespanej nocy nie chciało jej się spać. Twarze trzech dziewczynek patrzyły ze stołu w pustkę. Trzy różne oblicza, jednakowo martwe. Przeanalizowała uważnie powiększone zdjęcia Carli i Ainhoi.

Montes wszedł po cichu z dwiema kawami. Jedną postawił przed nią i usiadł w pewnej odległości. Oderwała na chwilę wzrok od zdjęć i spojrzała na niego przeszywająco, aż spuścił wzrok. Oprócz nich w sali było jeszcze pięciu policjantów z ich ekipy. Wzięła zdjęcia i przesunęła je na środek stołu.

– Panowie, co widzicie na tych zdjęciach?

Wszyscy nachylili się niecierpliwie nad stołem.

– Dam wam wskazówkę.

Dodała resztę zdjęć Anne.

– To Anne Arbizu, dziewczyna, którą znaleźliśmy w nocy. Widzicie różowe resztki ciągnące się od ust aż do ucha? To pozostałość po szmince, różowej, gęstej, nadającej ustom połysk. Proszę, żebyście jeszcze raz spojrzeli na zdjęcia.

– Nie ma jej na twarzach pozostałych dziewczyn – zauważył Iriarte.

– Właśnie. Nie ma jej na twarzach tamtych i chcę wiedzieć dlaczego. Były bardzo ładne, modnie ubrane, nosiły buty na obcasie, torebki, używały telefonów komórkowych i perfum. Czy to nie dziwne, że na ich twarzach nie ma śladu po makijażu? Prawie wszystkie dziewczyny w ich wieku zaczynają się malować, używają przynajmniej tuszu i błyszczyka.

Spojrzała na kolegów. Patrzyli na nią niewyraźnie.

– To coś na rzęsy i do ust – wyjaśnił Jonan.

– Myślę, że zmył Anne makijaż, dlatego zostały resztki błyszczyka. A żeby to zrobić, musiał użyć chusteczki i płynu do demakijażu albo, co bardziej prawdopodobne, chusteczek do demakijażu. Są podobne do tych, którymi się podciera pupy niemowlętom, tylko są nasączone czym innym. Oczywiście mógł też użyć tych dla dzieci. I sądzę, że prawie na pewno zrobił to nad rzeką. Było tam mało światła, żeby nie powiedzieć, że nie było go wcale, i nawet jeśli miał latarkę, to nie wystarczyła, ponieważ z Anne nie dokończył dzieła. Jonan i Montes, chciałabym, żebyście wrócili nad rzekę i poszukali tych chusteczek. Jeśli ich użył, na pewno ich ze sobą nie wziął, może będą gdzieś w okolicy. – Nie umknęło jej, że Montes wpatrywał się w swoje buty, nowe, tym razem brązowe i ewidentnie kosztowne. – Podinspektorze Zabalza, proszę porozmawiać z przyjaciółkami Ainhoi i dowiedzieć się, czy w noc morderstwa była umalowana. Proszę nie zawracać tym głowy rodzicom. Dziewczyna była bardzo młoda i możliwe, że rodzice nawet nie wiedzieli, że się maluje… Wiele nastolatek robi makijaż po wyjściu z domu. Zmywają go, zanim wrócą. Co do Carli jestem pewna, że nosiła ostry makijaż. Na wszystkich jej zdjęciach, które mamy, jest umalowana, a to był przecież sylwester. Nawet moja ciocia Engrasi maluje na tę noc usta. Może uda nam się czegoś dowiedzieć do popołudnia. Widzimy się tu wszyscy o czwartej.