Niewidzialny strażnik

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Dolina Baztan #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Cmentarz po brzegi wypełnili sąsiedzi. Porzucili swoje obowiązki, a nawet pozamykali sklepy, żeby uczestniczyć w pogrzebie. Plotka, że może to nie pierwsza dziewczynka, która padła ofiarą tego mordercy, zaczynała się rozchodzić. Podczas mszy, która odbyła się zaledwie dwie godziny wcześniej w parafii w Santiago, ksiądz zasugerował podczas kazania, że zło zdaje się czyhać w dolinie. Podczas modlitwy nad grobem, przy leżącej na ziemi otwartej trumnie, atmosfera była napięta, złowieszcza, jak gdyby nad głowami zebranych ciążyła klątwa, przed którą nie zdołają uciec. Ciszę przerywał tylko brat Ainhoi. Podpierany przez kuzynki trząsł się w konwulsjach, wydawał urywane jęki, prosto z żołądka, i przeszywająco szlochał. Jego stojący obok rodzice wydawali się na to głusi. Objęci, popłakiwali w ciszy, podpierając się nawzajem, i nie odrywali wzroku od trumny, w której leżała ich córka. Jonan nagrywał ceremonię. Stanął na wysokości starego masywnego grobowca. Montes stał obok rodziców. Obserwował ludzi stojących przed nimi, najbliżej dołu. Podinspektor Zabalza stanął w pobliżu bramy i z zakamuflowanego samochodu robił zdjęcia wszystkim, którzy wchodzili na cmentarz, nawet tym idącym do innych grobów i tym, którzy nie zdążyli jeszcze wejść i rozmawiali w grupach przy ogrodzeniu.

Amaia zauważyła wspartą na ramieniu Ros ciotkę Engrasi. Zaczęła się zastanawiać, gdzie jest jej leniwy szwagier. Pewnie jeszcze w łóżku. Freddy obijał się całe życie. Osierocony przez ojca, kiedy miał pięć lat, wychował się pod kloszem histerycznej matki i gromady leciwych ciotek. Kompletnie go rozpuściły. W ostatni wieczór wigilijny nie zjawił się nawet na kolacji. Poszarzała na twarzy Ros nie tknęła jedzenia. Wpatrywała się w drzwi i raz po raz wybierała jego numer, ale miał wyłączony telefon. Mimo usilnych prób wszystkich zgromadzonych, próbujących podnieść ją na duchu, Flora nie zmarnowała okazji, żeby wyrazić swoją opinię: nazwała Freddy’ego nieudacznikiem. Ostatecznie spotkanie skończyło się kłótnią. Ros wyszła w połowie kolacji, a Flora i zrezygnowany Víctor zrobili to samo, jak tylko zjedli deser. Od tej pory wszystko szło gorzej niż zazwyczaj. Amaia zaczekała, aż wszyscy złożą rodzicom kondolencje, po czym podeszła do grobu, na którym właśnie położono szary marmur. Nie widniało na nim jeszcze nazwisko Ainhoi.

– Amaia!

Zobaczyła Víctora z daleka. Przeciskał się przez tłum wychodzący falami za rodzicami dziewczyny. Znała go od dziecka, od kiedy zaczął się spotykać z Florą. Chociaż od dwóch lat żyli w separacji, dla niej nie przestał być szwagrem.

– Cześć, Amaia, jak się miewasz?

– Dobrze, zważywszy na okoliczności.

– No jasne – powiedział, wpatrując się z osłupieniem w trumnę. – Mimo wszystko miło cię widzieć.

– Ciebie również. Przyszedłeś sam?

– Nie, z twoją siostrą.

– Nie widziałam was…

– My ciebie tak.

– A Flora?

– Znasz ją przecież… Już poszła, nie miej jej tego za złe.

Ciocia Engrasi i Ros nadchodziły wysypaną żwirem ścieżką. Víctor ciepło je przywitał i opuścił cmentarz. Przy bramie jeszcze raz się odwrócił, żeby im pomachać.

– Nie wiem, jak on z nią wytrzymuje – powiedziała Ros.

– Już nie musi. Zapomniałaś, że są w separacji? – powiedziała Amaia.

– Nie musi? Flora trzyma go krótko. Chce mieć ciastko i zjeść ciastko.

– Właściwie to zdanie dobrze opisuje Florę – wtrąciła ciocia Engrasi.

– Opowiem wam wszystko później, teraz muszę się z nią zobaczyć.

Założona w 1865 roku fabryka słodyczy Mantecadas Salazar była jedną z najstarszych w Nawarze. Rodzina prowadziła ją od sześciu pokoleń, ale dopiero Flora, kontynuując to, co robili rodzice, zdołała rozkręcić firmę, nadając jej wszystkie cechy, którymi obecnie mogła się poszczycić. Na marmurowej fasadzie nadal widniała oryginalna tablica, ale szerokie okiennice zastąpiono szybami z grubego przyciemnionego szkła, przez które nie można było zajrzeć do środka. Amaia obeszła budynek i znalazła się przed drzwiami magazynu. W godzinach pracy zawsze były otwarte. Zapukała. Wchodząc, zobaczyła kilku pracowników. Gawędzili, pakując ciasta. Rozpoznała niektórych, przywitała się z nimi i ruszyła do gabinetu Flory. Wdychała słodkawy aromat mąki z cukrem i topionego masła, który przez lata był częścią niej. Przesiąkały nim jej ubrania i włosy, jakby go miała w genach. Jej rodzice byli prekursorami zmian, ale to Flora zarządzała wszystkim twardą ręką. Amaia zauważyła, że wymieniła wszystkie piece, oprócz jednego, opalanego drewnem, a stare marmurowe stoły, na których ojciec ugniatał ciasto, zastąpiły nowe, z nierdzewnej stali. Kazała zamontować dozowniki na mydło, a poszczególne strefy oddzielić nieskazitelnie czystymi szybami. Gdyby nie zapach syropu, fabryka przypominałaby raczej salę operacyjną niż wytwórnię słodyczy. Za to gabinet Flory wyglądał zupełnie inaczej. Dębowy stół, który dumnie stał w rogu, był jedynym meblem przywodzącym na myśl biuro. Wielka rustykalna kuchenka z kominkiem i drewnianym blatem pełniła rolę recepcji. Całość, naprawdę przytulną, uzupełniały duża kwiecista sofa i nowoczesny ekspres do kawy.

Flora robiła kawę. Układała filiżanki i talerzyki, jakby oczekiwała gości.

– Czekałam na ciebie – powiedziała, nie odwracając się, kiedy usłyszała, że otwierają się drzwi.

– To, zdaje się, jedyne miejsce, w którym czekasz. Z cmentarza szybko się zmyłaś.

– Bo ja, siostrzyczko, nie mam czasu do stracenia, muszę pracować.

– Jak wszyscy, Floro.

– Nie jak wszyscy. Niektórzy pracują więcej niż inni. Jestem pewna, że Ros, a właściwie Rosaura, bo tak każe się teraz nazywać, ma aż za dużo czasu.

– Nie wiem, czemu tak mówisz – powiedziała Amaia, trochę zdziwiona, a trochę zirytowana pogardą, jaką usłyszała w tonie starszej siostry.

– Mówię tak, bo nasza siostrzyczka znowu ma problemy z tym frajerem Freddym. Ostatnimi czasy albo całymi godzinami wisiała na telefonie, próbując go namierzyć, albo dla odmiany przychodziła z oczami opuchniętymi przez tego palanta od łez. Mówiłam jej to, ale wszystko puszczała mimo uszu… Aż pewnego dnia, dwa tygodnie temu, przestała przychodzić do pracy. Pod pretekstem, że jest chora, ale już ja wiem, co jej dolegało… Była chora na histeryczny płacz z powodu mistrza PlayStation, który potrafi wyłącznie wydawać pieniądze, które zarabia Ros, grać na konsoli i palić skręty. Summa summarum tydzień temu królowa Rosaura zaszczyciła mnie swoją obecnością i poprosiła o odprawę. Co ty na to?! Twierdzi, że nie może już ze mną pracować i chce dostać odprawę.

Amaia patrzyła na nią w milczeniu.

– Tak się zachowała twoja siostrzyczka. Zamiast się pozbyć tego nieudacznika, przychodzi do mnie i żąda odprawy. Odprawy – powtórzyła z oburzeniem. – To ona powinna mi zapłacić odszkodowanie za to, że znosiłam całe to gówno i jej histerie, za to, że znosiłam widok jej twarzy cierpiętnicy i to, że snuła się jak dusza w czyśćcu pokutująca, pokutująca wyłącznie na własną prośbę. I wiesz co? Tak jest lepiej. Mam dwudziestu pracowników i nie muszę patrzeć na niczyje łzy. Ciekawe, czy tam, gdzie teraz będzie pracować, pozwolą jej na połowę tego, przez co ja przeszłam.

– Floro, ale to twoja siostra… – wyszeptała Amaia, popijając kawę.

– Jasne, i w zamian za ten honor muszę znosić ciągłe smutki i żale.

– Nie, Floro, ale od sióstr oczekujemy, że będą bardziej wyrozumiałe niż wszyscy inni.

– Myślisz, że nie byłam wyrozumiała? – powiedziała, podnosząc głowę, wyraźnie urażona.

– Może odrobina cierpliwości jednak by ci się przydała.

– To już szczyt wszystkiego.

Fuknęła i zaczęła robić porządek na stole. Amaia mówiła dalej:

– Kiedy była trzy tygodnie na zwolnieniu, poszłaś się z nią zobaczyć? Spytałaś, co się stało?

– Nie, nie poszłam, a ty? Pojechałaś zapytać, co się dzieje?

– Ja o tym nie wiedziałam, Floro. W przeciwnym razie, zapewniam cię, że bym pojechała. Odpowiedz mi.

– Nie, nie pytałam, bo znałam odpowiedź: to przez tego łajdaka jest w tak żałosnym stanie. Po co pytać, skoro wszyscy to wiemy?

– Masz rację. Kiedy ty cierpiałaś, też wszyscy wiedzieli przez kogo, ale wtedy i ja, i Ros byłyśmy przy tobie.

– I widziałyście, że was nie potrzebuję. Załatwiłam wszystko tak, jak się to robi: ostrym cięciem.

– Nie wszyscy są tacy silni, Floro.

– Powinni być. Kobiety z tej rodziny zawsze takie były – powiedziała, drąc głośno kartkę i wrzucając ją do kosza.

Amaia pomyślała o tym, ile pretensji jest w jej słowach i o tym, że jej siostra uważa je za istoty słabe, maluczkie, nierozgarnięte, że patrzy na nie z góry, z mieszaniną pogardy i żalu, bez krzty litości.

Flora myła filiżanki po kawie. Wzrok Amai przykuły duże zdjęcia wystające z leżącej na stole koperty. Przedstawiały jej starszą siostrę w stroju cukiernika, z uśmiechem ugniatającą ciasto.

– To do nowej książki?

– Tak. – Ton jej głosu trochę złagodniał. – To propozycje okładki. Dzisiaj je dostałam.

– Rozumiem, że poprzednia okazała się sukcesem.

– Tak. Dobrze poszło i wydawnictwo chce, żebyśmy dalej szli tą drogą. No wiesz, podstawowe wypieki, które każda pani domu może przygotować bez większych problemów.

– Nie bądź taka skromna, Floro. Prawie wszystkie moje przyjaciółki z Pampeluny mają twoją książkę i są zachwycone.

– Gdyby ktoś powiedział amonie6, że stanę się sławna, ucząc, jak robić magdalenki i pączki, nie uwierzyłaby.

– Czasy się zmieniły… Teraz pieczenie ciast w domu to zajęcie egzotyczne i rzadkie.

Wyraźnie było widać, że Flora z przyjemnością słucha komplementów i cieszy się smakiem sukcesu. Z uśmiechem popatrzyła na siostrę, jak gdyby rozważała możliwość wtajemniczenia jej w swój sekret.

 

– Nie mów tego nikomu, ale zaproponowano mi poprowadzenie programu kulinarnego w telewizji.

– O mój Boże, Floro! To cudownie, gratulacje – powiedziała Amaia.

– Jeszcze nie podpisałam umowy. Wysłali ją do wglądu mojemu adwokatowi i jeśli on ją zatwierdzi… Mam tylko nadzieję, że całe to zamieszanie z morderstwami nie odbije się na tym negatywnie. Miesiąc temu ta dziewczyna, którą zamordował chłopak, a teraz ta mała.

– Nie wiem, jak mogłoby to wpłynąć na twoją karierę. Te zbrodnie nie mają z tobą wiele wspólnego.

– Na moją karierę nie, ale moja twarz i ta firma są ściśle związane z Elizondo, a musisz przyznać, że coś takiego źle wpływa na wizerunek miasta, na turystykę i sprzedaż.

– No proszę, czemu mnie to nie dziwi. Floro, zawsze umiałaś się popisać humanitarnym podejściem. Przypominam ci, że chodzi o dwie zamordowane dziewczynki i dwie zrozpaczone rodziny. Nie sądzę, żeby to był odpowiedni moment na zastanawianie się, jak to wpłynie na turystykę.

– Ktoś musi o tym pomyśleć – zawyrokowała Flora.

– Od tego jestem tutaj ja, Floro. Przyjechałam, żeby dorwać sprawcę albo sprawców i przywrócić w Elizondo spokój.

Flora spojrzała na nią uważnie, z grymasem niedowierzania.

– Jeśli przysłanie cię tutaj to według naszej policji najlepsze rozwiazanie, niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Te próby zranienia jej nie robiły na Amai najmniejszego wrażenia. Robiły za to na jej siostrze, Rosaurze. Miała wrażenie, że trzy lata spędzone w akademii policyjnej wśród mężczyzn i to, że była pierwszą kobietą pełniącą funkcję inspektora w wydziale zabójstw, uodporniło ją na kpiny i drwiny ze strony wszystkich, którzy zostali w tyle. Nauczyła się też stanowczości i wiary w siebie. Niechęć Flory może by ją nawet śmieszyła, gdyby nie to, że była jej siostrą. Niepokoiła ją myśl, że może Flora jest po prostu złym człowiekiem. Każdy gest, każde słowo, które wychodziło z jej ust, miało ranić i zadawać jak najwięcej bólu. Widziała wyraźnie, jak Flora z niezadowoleniem zaciska wargi, kiedy cierpliwie odpowiadała na jej pytania, znosząc drwiący ton. Flora zwracała się do niej jak do niewychowanego, upartego dzieciaka. Już miała odpowiedzieć, kiedy zadzwonił jej telefon.

– Szefowo, mamy zdjęcia i nagranie z cmentarza – powiedział Jonan.

Amaia spojrzała na zegarek.

– Świetnie. Już jadę, będę za dziesięć minut. Zbierz wszystkich. – Odłożyła słuchawkę i z uśmiechem powiedziała do Flory: – Siostrzyczko, muszę iść. Jak widzisz, chociaż jestem taka nieudolna, mam obowiązki. Właśnie mnie wzywają.

Flora zrobiła ruch, jak gdyby miała coś powiedzieć, ale przemyślała sprawę i nie odezwała się.

– A co to za mina? – Amaia się uśmiechnęła. – Nie smuć się, przyjadę jutro. Chcę coś z tobą skonsultować, no i oczywiście napić się jeszcze tej wyśmienitej kawy.

Kiedy wyszła z wytwórni, omal nie wpadła na Víctora. Wchodził z ogromnym bukietem czerwonych róż.

– Ależ szwagrze! Dziękuję, nie trzeba było… – wykrzyknęła ze śmiechem.

– Amaia, cześć. To dla Flory. Dzisiaj jest rocznica naszego ślubu, dwadzieścia dwa lata – powiedział, również z uśmiechem.

Amaia nie odpowiedziała. Flora i Víctor od prawie dwóch lat byli w separacji i jeszcze się nie rozwiedli. Ona została w ich mieszkaniu, on przeprowadził się do należącego do jego rodziny pięknego gospodarstwa na przedmieściu. Zauważył, że się zmieszała.

– Wiem, co myślisz, ale Flora i ja nadal jesteśmy małżeństwem. Jeśli chodzi o mnie, to dlatego, że nadal ją kocham, a jeśli chodzi o nią, dlatego że nie wierzy w rozwody. Nieważne zresztą, jaki jest powód. W każdym razie dzięki temu jest jeszcze cień nadziei, prawda?

Amaia położyła dłoń na dłoni, w której trzymał kwiaty.

– No jasne, szwagrze, powodzenia.

Uśmiechnął się.

– Przy twojej siostrze będę go potrzebował.

7

Nowy komisariat policji w Elizondo zbudowano w nowoczesnym stylu, podobnie jak komisariaty w Pampelunie i Tudeli. Różnił się od standardowej architektury miasta i innych części doliny.

Był zupełnie nietypowy. Wyróżniały go mury z białawego kamienia i wielkie okna na parterze i na piętrze. Piętro wystawało nad parter, tworząc odwrócony stopień. Budynek przypominał przez to lotniskowiec. Kilka radiowozów zaparkowanych pod zadaszeniem, kamery monitoringu i lustrzane szyby niezbicie świadczyły o tym, że to posterunek policji. W czasie krótkiej wizyty, którą złożyła w gabinecie komisarza, znów usłyszała te same słowa wsparcia i zapewnienia o gotowości do współpracy, które padły dzień wcześniej, i obietnicę udzielenia wszelkiej niezbędnej pomocy. Zdjęcia w dużej rozdzielczości nie ujawniły niczego, co mogliby przeoczyć na cmentarzu. Na pogrzeb przybyły tłumy, jak zawsze w takich przypadkach.

Rodziny w komplecie, mnóstwo ludzi, których Amaia znała od dziecka i wśród których znalazło się kilku jej kolegów z klasy i dawne przyjaciółki z liceum. Przyszli wszyscy nauczyciele i dyrektorka szkoły, kilku radnych, koledzy i koleżanki z klasy Ainhoi i jej przyjaciółki. Stały w kółku, płakały i tuliły się do siebie. I nikogo więcej. Żadnych przestępców, zboczeńców ani poszukiwanych podejrzanych. Żaden mężczyzna w czarnym płaszczu nie stał na uboczu i nie oblizywał odbijających światło ostrych jak u wilka kłów.

– Rodzice Carli Huarte nie wzięli udziału w uroczystościach pogrzebowych, nie przyszli też na stypę do domu Ainhoi – zaznaczył Montes.

– To dziwne? – zapytał Iriarte.

– No, zastanawiające. Rodziny się znały, przynajmniej z widzenia, więc biorąc pod uwagę to i okoliczności śmierci dziewczyn…

– Może woleli uniknąć komentarzy. Nie zapominajmy, że przez cały ten czas dla nich to Miguel Ángel był mordercą ich córki… Musi im być ciężko, kiedy myślą o tym, że jak dotąd nic na niego nie mamy i że w dodatku wyjdzie z więzienia.

– Możliwe – przyznał Iriarte.

– Jonan, co wiemy o rodzinie Ainhoi? – zapytała Amaia.

– Po pogrzebie przyjęli u siebie prawie wszystkich, którzy wzięli udział w uroczystości. Rodzice, choć wstrząśnięci, byli opanowani i wzajemnie się wspierali, trzymali się cały czas za ręce, nie rozstawali się ani na chwilę. W najgorszym stanie był chłopak, aż żal było na niego patrzeć. Siedział sam w fotelu ze wzrokiem wbitym w podłogę, a wszyscy składali mu kondolencje. Z wyjątkiem rodziców, którzy nie zaszczycili go nawet spojrzeniem. Przykra sprawa.

– Obwiniają go. Wiadomo już, czy na pewno był w domu? Mógł wyjść po siostrę? – dopytywał się Zabalza.

– Cały czas był w domu, z dwoma kolegami. Z tego, co wiemy, mieli zrobić jakąś pracę do szkoły, a później grali na PlayStation. Pod koniec doszedł jeszcze jeden chłopak, sąsiad. Wpadł sobie pograć. Rozmawiałem też z jej przyjaciółkami. Rozmawiały przez telefon i płakały, zdumiewająca kombinacja. Wszystkie powiedziały to samo. Wieczór spędziły razem na placu i włócząc się po mieście, a później poszły do pokoiku, który mają w piwnicy w domu jednej z nich. Piły, choć, jak twierdzą, tylko trochę. Niektóre palą, ale Ainhoa nie. Mimo wszystko to by wyjaśniało, skąd się wziął zapach papierosów na włosach i ubraniu. Było z nimi kilku chłopców. Pili razem z nimi piwo, ale wszyscy zostali, kiedy Ainhoa wyszła. Najwyraźniej to jej kazano wrócić do domu najwcześniej.

– Na niewiele się to zdało – stwierdził Montes.

– Niektórzy rodzice sądzą, że jeśli zmuszą córki, żeby wracały wcześnie, uchronią je przed niebezpieczeństwem. A tak naprawdę ważne jest to, żeby nie wracały same. Wymuszając na nich, żeby wracały wcześniej niż reszta, sami narażają je na niebezpieczeństwo.

– Niełatwo być rodzicem – wyszeptał Iriarte.

8

Amaia wracała do domu. Zdziwiła się, jak szybko się ściemniło tego lutowego wieczoru, i poczuła się dziwnie oszukana. Taki wczesny zimowy mrok zawsze ją niepokoił. Jak gdyby ciemność przynosiła ze sobą potworny ciężar. Przemarznięta jeszcze mocniej wtuliła się w swoją skórzaną kurtkę. Marzyła o tej ciepłej, puchowej. James nalegał, żeby ją włożyła. Nie zgodziła się, bo miała wrażenie, że wygląda w niej jak ludzik Michelina.

Miła atmosfera domu cioci Engrasi odegnała te resztki zimy, które trzymały się jej jak niechciani pasażerowie. Zapach drewna w kominku, grube dywany pokrywające drewnianą podłogę i nieustanne trajkotanie dochodzące z telewizora, zawsze włączonego, mimo że nikt nic nie oglądał, po raz kolejny ją urzekły. W tym domu było dużo rzeczy znacznie ciekawszych niż oglądanie telewizji, a jednak telewizor zawsze grał w tle, jak głosy z tamtego świata, ignorowane, bo absurdalne, i tolerowane z przyzwyczajenia. Kiedyś zapytała o to ciotkę, a ona odparła:

– To echo świata. Wiesz, co to echo? Głos, który słychać, kiedy ten prawdziwy znika.

Kiedy wróciła do rzeczywistości, James wziął ją za rękę i zaprowadził do kominka.

– Jesteś lodowata, skarbie.

Uśmiechnęła się, zanurzając nos w jego swetrze i wdychając zapach jego skóry. Ros i ciocia Engrasi wyszły z kuchni ze szklankami, talerzami, chlebem i wazą.

– Mam nadzieję, że jesteś głodna, Amaia, bo ciocia przygotowała jedzenia jak dla pułku wojska.

Ciocia ruszała się trochę bardziej niezdarnie niż w święta, ale umysł miała jasny jak zawsze. Amaia uśmiechnęła się do tej myśli, a ciocia wypaliła:

– Nie patrz tak na mnie. Nie jestem niezdarna, tylko noszę te cholerne o dwa numery za duże papucie, które dała mi twoja siostra, i jak chcę podnieść nogę, to mi spadają, tak że prawie lecę na pysk, więc chodzę, jakbym miała mokrą pieluchę.

Przy kolacji rozmawiali i śmiali się z dowcipów, które opowiadał James z tym swoim amerykańkim akcentem, i z celnych uwag cioci Engrasi. Ale Amaia zauważyła, że chociaż Ros się uśmiechała, kiedy rozmawiali, za tym uśmiechem krył się głęboki smutek, prawie rozpacz. Kiedy tylko nawiązywały kontakt wzrokowy, widziała w jej oczach popłoch.

Kiedy James i ciocia odnosili talerze do kuchni, zatrzymała ją kilkoma słowami:

– Byłam dzisiaj w wytwórni.

Ros spojrzała na nią i usiadła. W wyrazie jej twarzy mieszały się niezadowolenie i ulga. Wyglądała jak ktoś, kto czuje się przyłapany, a jednocześnie uwolniony od strasznego ciężaru.

– Co powiedziała? A raczej jak ci o tym powiedziała?

– W typowym dla niej stylu. Jak wszystko inne. Powiedziała, że zamierza opublikować drugą książkę, że zaproponowano jej program w telewizji, że jest podporą rodziny, wzorem cnót i jedyną osobą na tym świecie, która wie, co znaczy odpowiedzialność – wyrecytowała z pamięci jak wierszyk.

Ros się uśmiechnęła.

– …i jeszcze że już nie pracujesz w firmie i masz poważne problemy z mężem.

– Amaia… Przykro mi, że dowiedziałaś się w taki sposób. Powinnam była ci o tym powiedzieć wcześniej, ale to problem, który rozwiązuję powoli. Muszę to zrobić sama. Właściwie powinnam była to zrobić już dawno temu. Poza tym nie chciałam cię martwić.

– Głuptasie, przecież wiesz, że dobrze sobie radzę ze zmartwieniami, to moja praca. Co do reszty zgadzam się z tobą. Nie wiem, jak ci się udało wytrzymać z Florą tak długo.

– Chyba było mi to pisane, nie miałam wyboru.

– Co ty mówisz? Wszyscy mamy wybór, Ros.

– Nie wszyscy są tacy jak ty, Amaia. Wydaje mi się, że tego od nas wymagano, że będziemy dalej prowadzić wytwórnię.

– Zarzucasz mi coś? Bo jeśli tak…

– Nie zrozum mnie źle, ale kiedy wyjechałaś, ja już nie miałam wyjścia.

– Nieprawda. Tak jak masz teraz, miałaś wtedy.

– Kiedy umarł aita7, ama8 zaczęła się zachowywać bardzo dziwnie. Przypuszczam, że to były początki alzheimera. I nagle zdałam sobie sprawę, że jestem uwięziona między odpowiedzialnością, którą narzucała mi Flora, szaleństwem amy i Freddym…. Wydaje mi się, że Freddy wydawał mi się jedyną drogą ucieczki.

– I co się zmieniło, że jesteś w stanie podjąć taką decyzję? Jest przecież coś, o czym nie powinnaś zapominać: mianowicie że chociaż Flora zachowuje się jak właścicielka i wielka pani, wytwórnia jest tak samo twoja, jak jej. Tylko na takich warunkach zrzekłam się swojej części. Jesteś w stanie prowadzić firmę tak samo jak ona.

– Może i tak, ale teraz mam na głowie inne sprawy. Inne niż Flora i praca. To, co się teraz dzieje, to nie jej wina, chociaż dołożyła swoje trzy grosze. Pewnego dnia po prostu zaczęłam się dusić, kiedy słuchałam litanii jej narzekań. To plus moja sytuacja osobista sprawiło, że to wszystko stało się nie do zniesienia. Już nie dawałam rady tam codziennie chodzić i wysłuchiwać wszystkiego od nowa, jak zdartej płyty. Po prostu rozchorowałam się z nerwów, byłam kompletnie wykończona psychicznie. Mimo to czułam się spokojna i przytomna jak nigdy. Zdeterminowana, to jest to słowo. I nagle, jak gdyby niebo się nade mną otworzyło, wszystko stało się jasne: nie zamierzam tam wracać. Nie wróciłam i nie wrócę, w każdym razie nie teraz.

 

Amaia złożyła dłonie na wysokości twarzy i zaczęła bić brawo, powoli, rytmicznie.

– Brawo, siostrzyczko, brawo.

Ros uśmiechnęła się i udała, że się kłania.

– A teraz?

– Pracuję w firmie handlującej aluminium. Prowadzę księgowość, robię wypłaty, organizuję grafik na kolejne tygodnie, spotkania. Osiem godzin od poniedziałku do piątku, a kiedy stamtąd wychodzę, zapominam o pracy. Nic nadzwyczajnego, ale właśnie tego teraz potrzebuję.

– A co z Freddym?

– Źle, bardzo źle – powiedziała, zaciskając usta i przechylając głowę.

– Dlatego jesteś tutaj, u cioci?

Nie odpowiedziała.

– Dlaczego mu nie powiesz, żeby się wyniósł? Koniec końców dom jest twój.

– Już mu to mówiłam, ale on nawet nie chce słyszeć o wyprowadzce. Od kiedy odeszłam, całe dnie spędza między kanapą a łóżkiem, łóżkiem a kanapą. Żłopie piwo, gra na PlayStation i pali skręty – powiedziała Ros z obrzydzeniem.

– Tak go nazwała Flora: mistrz PlayStation. Skąd ma pieniądze? Ty chyba nie…

– Nie, z tym koniec. Jego matka daje mu pieniądze, a koledzy zaopatrują, w co trzeba.

– Jak chcesz, mogę mu złożyć wizytę. Wiesz, co mówi ciocia Engrasi: mężczyzna dobrze najedzony i napojony długo może wytrzymać bez pracy – powiedziała Amaia ze śmiechem.

– Tak – powiedziała Ros. – Święta racja, ale nie. Właśnie tego starałam się uniknąć. Pozwól, że to ja to naprawię. Bo naprawię, obiecuję ci to.

– Na pewno znów do niego nie wrócisz? – spytała Amaia, patrząc jej w oczy.

– Nie, nie wrócę.

Amaia się zawahała, ale kiedy zdała sobie sprawę, że z takim samym zwątpieniem, jakie malowało się na jej twarzy, patrzyłaby na Ros Flora, niepotrafiąca zaufać nikomu poza samą sobą, zmusiła się do szerokiego uśmiechu.

– Cieszę się, Ros – powiedziała z całym przekonaniem, na jakie mogła się zdobyć.

– Ta część mojego życia jest już za mną, i ani Flora, ani Freddy nie mogą tego pojąć. Florze wydaje się niezrozumiałe, że można zmienić pracę w tym wieku, ale mam trzydzieści pięć lat i nie zamierzam spędzić reszty życia pod butem starszej siostry. Słuchać codziennie tych samych zarzutów, tych samych komentarzy i złośliwych uwag… bo wierz mi, złośliwością raczy wszystkich. A Freddy… On chyba nie jest winny. Długo myślałam, że jest odpowiedzią na wszystkie moje pytania, myślałam, że zna czarodziejskie zaklęcie, że może mi objawi, jak mogłabym żyć inaczej. Był taki inny od wszystkich, jak jakiś buntownik czy partyzant, ale przede wszystkim tak bardzo różnił się od amy i Flory, którą w dodatku potrafił wyprowadzać z równowagi. – Uśmiechnęła się łobuzersko.

– To prawda. Umie ją chłopak wkurzyć i choćby tylko za to go lubię – odparła Amaia.

– Aż się zorientowałam, że wcale nie jest tak bardzo inny niż wszyscy. Że ta jego buntowniczość i sprzeciw wobec norm są tylko fasadą, za którą kryje się tchórz. Może i dobry człowiek, ale na pewno nie umiałby porwać tłumów, jak Che Guevera, przeciw ustalonemu porządkowi społecznemu. Umiał raczej wydawać pieniądze, które wyłudzał ode mnie i od matki, żeby się otumaniać skrętami. Myślę, że to jedyna rzecz, co do której zgadzam się z Florą: mistrz PlayStation. Gdyby za to płacili, byłby jednym z największych bogaczy w kraju.

Amaia spojrzała na nią z czułością.

– W pewnym momencie ruszyłam własną drogą, sama i w przeciwnym kierunku. Wiedziałam, że chcę żyć inaczej i że musi istnieć coś poza weekendami w tawernie Xanti. I jeszcze kwestia dzieci, może główny powód, bo w chwili kiedy zaczęłam rozważać, czy mogłabym żyć inaczej, urodzenie dziecka stało się priorytetem. Potrzebą tak palącą, jakby to było moje być albo nie być. Nie jestem głupia, Amaia. Nie chciałam wychowywać dziecka w oparach trawki, a mimo to odstawiłam pigułki i czekałam, jak gdyby wszystko miało się stać w odpowiedzi na z góry wyznaczony plan, który miało dla mnie przeznaczenie. – Jej twarz przesłonił cień, jakby ktoś zgasił w jej oczach światło. – Ale to się nigdy nie stało. Najwyraźniej ja też nie mogę mieć dzieci – powiedziała, zniżając głos do szeptu. – Z każdym miesiącem, kiedy nie zachodziłam w ciążę, byłam coraz bardziej zdesperowana. Freddy stwierdził, że może tak jest lepiej, że przecież jest nam dobrze we dwoje. Nie odpowiedziałam, ale przez resztę nocy, kiedy tak słuchałam jego chrapania, jakiś głos mówił do mnie coraz głośniej: nie, nie, nie, mnie nie jest dobrze. Słyszałam ten głos coraz wyraźniej, kiedy ubierałam się i szłam do pracy, kiedy przyjmowałam przez telefon zamówienia, kiedy sprawdzałam przesyłki i słuchałam Flory i jej niekończącej się litanii zarzutów. I tego dnia, kiedy odwiesiłam swój biały fartuch, zrozumiałam, że nie wrócę. Freddy przechodził kolejne poziomy Resident Evil, a ja podgrzewałam zupę na kolację i już wiedziałam, że moje życie z nim dobiegło końca. Tak po prostu, bez krzyków, bez łez.

– Nie ma się czego wstydzić. Czasami łzy są potrzebne.

– To prawda, ale czas łez został za mną. Oczy mi wyschły od tego całego płakania, kiedy on chrapał obok. Od tego płaczu ze wstydu, wstydu za niego, bo nigdy nie mogłam być dumna z mężczyzny, z którym byłam. Coś we mnie pękło, a desperacką potrzebę ratowania tego związku zastąpił głośny jęk, głęboka odraza. Większość ludzi się myli, sądząc, że można przejść od miłości do nienawiści w jednej chwili, że miłość kończy się nagle, że to coś jak zawał serca. Ze mną tak nie było. Miłość nie skończyła się nagle, tylko nagle zdałam sobie sprawę, że się zużyła jak podczas powolnego, ale nieuniknionego szlifowania: szis, szas, szis, szas, dzień za dniem. I wtedy zrozumiałam, że już nic nie zostało. Właściwie było to raczej przyznanie się przed samą sobą, że jest, jak jest, i że tak było zawsze, tylko nagle stanęło mi to przed oczami. Kiedy podjęłam te decyzje, po raz pierwszy od dawna poczułam się wolna. I jeśli chodzi o mnie, wszystko to mogłoby być właśnie takie proste, ale ani twoja siostra, ani mój mąż nie potrafili mi pozwolić odejść tak łatwo. Zdziwiłabyś się, ile mieli argumentów, ile było wyrzutów i kpin… Bo drwili obydwoje, wiesz? I nawet mówili to samo: dokąd pójdziesz? Myślisz, że znajdziesz coś lepszego? I jeszcze: kto cię będzie kochał? Nigdy by się tego nie domyślili, ale kpiny, które miały mi odebrać siłę, odniosły odwrotny skutek: zobaczyłam, jacy są mali, jacy tchórzliwi i niezdarni. Nagle wszystko wydało mi się możliwe, łatwe, bez tego bagażu. Nie znałam odpowiedzi na wszystkie pytania, ale na ostatnie tak: ja, ja się pokocham i będę o siebie dbać.

– Jestem z ciebie dumna – powiedziała Amaia, biorąc ją w ramiona. – Nie zapominaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Ja zawsze cię kochałam.

– Wiem. Ty, James, ciocia, aita i nawet ama na swój sposób. Jedyną osobą, która mnie nie szanowała, byłam ja sama.

– Więc pokochaj siebie, Ros Salazar.

– To też się zmieniło: wolę, żebyście mówili do mnie Rosaura.

– Flora wspominała, ale dlaczego? Całe lata próbowałaś przekonać wszystkich, żeby cię nazywali Ros.

– Jeśli kiedyś będę miała dzieci, nie chcę, żeby mówiły do mnie Ros. To imię jak dla ćpunki – stwierdziła.

– Każde imię jest imieniem ćpunki, jeśli jego nosicielka ćpa – powiedziała Amaia. – Lepiej mi powiedz, kiedy twoim zdaniem zostanę ciocią.

– Jak tylko znajdę idealnego mężczyznę.

– Ostrzegam, plotki mówią, że taki nie istnieje.

– Ty możesz tak mówić, bo go znalazłaś.

Amaia uśmiechnęła się sztucznie.

– My też się staraliśmy. I póki co nie udało się…

– Ale byłaś u lekarza?

– Tak. Na początku obawiałam się, że mam ten sam problem co Flora, niedrożne jajowody, ale powiedzieli, że wygląda na to, że wszystko z nimi w porządku. Zalecili mi jeden ze sposobów sztucznego zapłodnienia.