Kształt serca

Tekst
Z serii: Dolina Baztan
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Aitorowi i June za to, że zamiast „popływać

jeszcze trochę”, zrezygnowali z tej

możliwości i spędzili czas ze mną. To dla

mnie prawdziwy przywilej.

Eduardowi. Zawsze i za wszystko.


Mojej agentce, Annie Soler-Pont, za jej

wkład, rady i nieprzerwaną wytężoną

pracę. Dzięki, że przez cały ten czas byłaś

„złą policjantką” dla moich książek i dobrą

doradczynią dla mnie. Dziękuję z całego

serca… i „jedźmy dalej”.


Marii Cardonie za to, że włożyła mnóstwo

nadziei, uporu i radości w przekonywanie

mnie, że świat jest lepszy, kiedy się

uśmiechamy. Dzięki Tobie to wszystko

wydało mi się łatwiejsze.


Ricardowi Domingo, który od wielu lat

nieprzerwanie potrafi dostrzec to,

co niewidoczne dla oczu.


Pamięci José Antonia Arrabala,

który odszedł w samotności, lecz nie

w zapomnieniu. Dziękuję, że byłeś moim

czytelnikiem do samego końca.

Północna strona

Niniejsza książka stanowi część cyklu powieści inspirowanych północą Hiszpanii. Główną bohaterką kilku z nich jest Amaia Salazar, podczas gdy w innych postacie i wątki krzyżują się ze sobą, tworząc wspólne uniwersum, w którym północ nie zawsze jest na pierwszym planie, lecz stanowi swoisty lejtmotyw.

Nie ma bowiem samotniejszego miejsca na świecie niż północna strona ludzkiego serca.

Prolog

elizondo

Kiedy Amaia Salazar miała dwanaście lat, na szesnaście godzin zgubiła się w lesie. Znaleziono ją nad ranem trzydzieści kilometrów na północ od miejsca, w którym zeszła ze ścieżki, leżącą bez ducha w ulewnym deszczu. Ubranie miała osmalone niczym czarownica uratowana ze stosu, lecz skórę białą, czystą i zimną jak ktoś wydobyty spod lodu.

Zawsze utrzymywała, że prawie nic z tego zdarzenia nie pamięta. Od momentu zgubienia drogi jej wspomnienia ograniczały się do kilkusekundowej sekwencji obrazów wirujących z oszałamiającą prędkością, przywodzącą na myśl praksinoskop Reynauda, w którym ciągłe powtarzanie ruchomych obrazów wywołuje wrażenie, że wciąż ogląda się tę samą klatkę. Niekiedy zadawała sobie pytanie, czy w ogóle chodziła po tym lesie, czy też po prostu siedziała i wpatrywała się w jedno drzewo tak długo, aż jej mózg uległ hipnozie i na zawsze zapisał w pamięci jego pierwotną, matczyną sylwetkę. W niedzielny ranek jak zwykle wyszła na spacer ze swoim psem Iparem i znajomymi z sekcji turystycznej, do której dołączyła minionej wiosny. Lubiła las, ale wstąpiła do sekcji głównie po to, by sprawić przyjemność ciotce Engrasi, która od miesięcy zawracała jej głowę, że powinna więcej wychodzić. Obie wiedziały, że przechadzanie się po miasteczku nie wchodzi w grę. Przez ostatni rok systematycznie skracała spacery, by ostatecznie ograniczyć je do codziennego uczęszczania do szkoły oraz niedzielnej wizyty w kościele w towarzystwie ciotki. Resztę czasu spędzała w domu przed kominkiem, czytając lub odrabiając lekcje, pomagając ciotce w sprzątaniu czy gotowaniu. Każdy pretekst był dobry, by nie wyściubiać nosa z domu. Cokolwiek, byle nie musiała stawiać czoła temu, co się działo w mieście.

Zawsze twierdziła, że pamięta tylko wpatrywanie się w drzewo i nic więcej. Nie była to jednak cała prawda. Jej pamięć zachowała drzewo, lecz także burzę… i dom pośrodku lasu.

Odzyskawszy przytomność, zobaczyła przy szpitalnym łóżku ojca. Twarz miał bladą, zmoczone deszczem włosy przyklejone do czoła, oczy podrażnione od łez i zaczerwienione. Gdy się zorientował, że córka oprzytomniała, pochylił się ku niej opiekuńczo. Jeszcze nie zniknął z jego twarzy niepokój, a już ulga wygładzała mu zmarszczki. Ten gest zrodził w Amai takie wzruszenie, że omal się nie rozkleiła. Kochała go, zawsze go kochała. Nim jednak zdążyła mu to powiedzieć, poczuła na uchu muśnięcie jego warg i usłyszała szept:

– Amaio, nie mów o tym nikomu. Jeśli mnie kochasz, zachowaj to dla siebie.

Miłość, którą zawsze go darzyła, dotkliwie ścisnęła jej serce. Stłumione wyznanie umarło i ugrzęzło w gardle, zmieniając się w bolesne wspomnienie. Niezdolna wydobyć głosu, skinęła głową, pieczętując w ten sposób ostatnią przysługę dla ojca i koniec swojej miłości do niego.

CZĘŚĆ I

Kompozytor przez cały czas myśli

o nieukończonym dziele.

– Strawiński

Umarli robią, co w ich mocy.

– Engrasi Salazar

1 / Albert i Martin

Brooksville, Oklahoma

albert

Albert miał jedenaście lat i nie był złym chłopcem, ale w dniu zabójstw nie posłuchał rodziców. To nie tak, że lubił się im sprzeciwiać – po prostu sądził, że ostrzeżenia, podobnie jak wszystkie poprzednie, są na wyrost. Od wielu godzin prognozy bębniły o zderzeniu dwóch frontów atmosferycznych, ciepłego i zimnego, które może wywołać nawałnicę i trąby powietrzne. Podobne alerty słyszał jednak od początku wiosny. Jego matka nastawiała telewizor w kuchni na cały regulator, nie bacząc na to, że w kółko powtarzano w nim ten sam serwis informacyjny, i biada temu, kto ośmielił się ściszyć dźwięk lub przełączyć program. Rodzice Alberta traktowali tornada bardzo poważnie, czego on sam kompletnie nie pojmował, bo ich dom jeszcze nigdy w żadnym nie ucierpiał. Rano, kiedy powiedział, że umówił się z Timem Jonesem w jego domu, stanowczo zabronili mu wychodzić. Trzy lata wcześniej wichura dotkliwie uszkodziła dom Jonesów i nie było powodu sądzić, że tym razem go ominie. Temat był zamknięty. Cała rodzina miała pozostać w domu, a kiedy odezwą się syreny, zejść do schronu.

Albert nie protestował. Po śniadaniu grzecznie włożył kubek do zlewu i wymknął się tylnymi drzwiami. W połowie drogi na ranczo Jonesów zaczęło do niego docierać, że coś jest nie tak. Chmury, które od rana zakrywały niebo, rozstępowały się gwałtownie, a wyglądające spomiędzy nich słońce rysowało na ziemi bohomazy ze światła i cienia. Wszystko znieruchomiało i zapadła cisza, której nie przerywał ani jeden ptak. Pola stały puste, bo sprzęt tego dnia nie wyjechał z hangarów. Albert wytężał słuch, lecz usłyszał jedynie odległe wycie psa. O ile to był pies. Pierwsze porywy wiatru nadciągnęły, gdy widział już w dali posiadłość Jonesów. Przestraszony, ruszył pędem, wbiegł po schodkach na werandę i z całej siły zaczął walić w drzwi. Nikt mu nie otworzył. Chłopiec przebiegł na tył domu, ale i kuchenne drzwi, zwykle otwarte, dziś były zamknięte na głucho. Przytknął dłonie do szyby i zerknął do kuchni. Pusto.

Wtedy to usłyszał. Cofnął się o dwa kroki i wyjrzał zza węgła. Tornado kroczyło przez pustą prerię niczym ryczący demon owinięty płaszczem utkanym z pyłu, mgły i zniszczenia. Zahipnotyzowany potęgą żywiołu i zadziwiony jego magnetyzmem, Albert nie mógł oderwać oczu od nadciągającej grozy, póki jej widoku nie przysłoniły mu łzy zrodzone z trwogi i podrażnienia unoszącym się w powietrzu piachem. Otarł je i rozglądał się gorączkowo w poszukiwaniu jakiejś kryjówki.

Jonesowie mieli schron, chyba gdzieś po drugiej stronie domu… ale nie znał dokładnie jego położenia, a poza tym było za późno, by tam wracać. Raz jeszcze obejrzał się na nadciągające monstrum i pobiegł w stronę kurnika, modląc się, by i on nie był zamknięty. Na szczęście kurzego domku strzegł jedynie prowizoryczny zamek z przymocowaną gwoździem deseczką, którą wciskało się w zagłębienie we framudze. Albert zamknął się w środku. Nim zaczął cokolwiek widzieć w skąpym świetle sączącym się przez szpary, tkwił w całkowitych ciemnościach, spazmatycznie łapiąc oddech po szalonym biegu i niemal dławiąc się dusznym fetorem piór i kurzego łajna. Klepał się po kieszeniach w poszukiwaniu inhalatora, choć pamięć podpowiadała mu, że zostawił go na stoliku przy telewizorze. Z trudem powstrzymywał łzy, wsłuchany w ryczącą na zewnątrz bestię. Czyżby przycichła? Może już się oddala? Przywarł do podłogi, nie zważając na to, że przez spodnie przesączają mu się miękkie, ciepłe odchody zwierząt, i wyjrzał przez szparę między deskami. Tornado istotnie skręciło, ale jedynie po to, by wrócić ze zdwojoną siłą. Patrzył, jak idzie przez prerię niczym żywa istota ulepiona ze wszystkiego, co zagarnia po drodze. Cofnął się w głąb kurnika i dopiero wtedy zobaczył kury. Siedziały cichutko w jednym kącie, tak stłoczone, że dosłownie wchodziły sobie na głowy. Wiedziały, że zginą – i wtedy zrozumiał to także Albert. Roztrzęsiony, podczołgał się i wcisnął pomiędzy ptaki. Milcząca zgoda, z jaką przyjmowały swój los, ustąpiła miejsca serii długich, głębokich gdaknięć przypominających krzyki śmiertelnie przerażonego człowieka. Krzyczał też Albert. Wzywał matkę, czuł, jak powietrze ucieka mu z płuc, i wyobrażał sobie maleńkie komórki, które pokazał mu na rysunku lekarz, zbite, zduszone, niezdolne do przechowywania tlenu. Mimo to krzyczał, krzyczał do utraty tchu, wsłuchany we własny lament przypominający płacz noworodka. Gdy ryk bestii pochłonął i ten dźwięk, Albert wiedział, że jest po wszystkim. Ostatnim, co poczuł, nim kurnik rozpadł się na kawałki, było ciepło cieknącego mu po nogach moczu.

martin

Słońce świeciło wysoko na błękitnym niebie, którego perfekcji, niczym w jakiejś groteskowej postapokalipsie, nie zakłócała ani jedna chmurka. Martin poczuł, jak między krótkimi, starannie zaczesanymi włosami spływa mu z głowy kropla potu. Nerwowym gestem dotknął karku i przekonał się, że kołnierz jest wilgotny. Czubkiem wyglansowanego buta rozgarnął trociny i gruz, tworząc zagłębienie, w którym postawił walizkę. Otarł szyję wyjętą z kieszeni białą tekstylną chusteczką. Starannie ją złożył i schował, po czym zlustrował wzrokiem swój ubiór: idealnie wyprasowane spodnie, nieskazitelne obuwie. Poniewczasie stwierdził, że zamiast prostej marynarki z gładkiego drelichu powinien był wybrać coś lżejszego, by nie zgrzać się tak w upale, który nastał po przejściu tornada. Jak okiem sięgnąć wszystko wokół było zrównane z ziemią, nie licząc małego czerwonego spichlerza stojącego obok schodów do schronu, w którym ukryli się przed żywiołem Jonesowie. Martin podniósł walizkę i ruszył w tamtą stronę. Na chwilę się zatrzymał i wciągnął w płuca zapach dochodzący z ciemnej sutereny: grzyby, torf, wreszcie lekka nutka moczu… Serce zabiło mu mocniej. Tu nikogo nie ma. Ruszył w kierunku domu, a raczej tego, co z niego pozostało.

 

albert

Nim jeszcze otworzył oczy, zorientował się, że nie może się ruszyć. Na piersi czuł ogromny ciężar. Gdzieś w oddali usłyszał głosy Jonesów i zaczął krzyczeć. Ściśnięte płuca poddały się po trzech oddechach. Zemdlał.

Kiedy ponownie się ocknął, oślepiło go światło. Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny, ale tym razem postanowił nie wpadać w histerię, by nie zemdleć po raz kolejny. Przeanalizował swoje położenie. Przygniatała go drewniana płyta, najpewniej pochodząca z dachu kurnika. Lewą dłonią wymacał jej brzeg. Nie była gruba. Prawdopodobnie docisnęła ją jedna z masywnych belek, które przed kataklizmem podtrzymywały konstrukcję. To dlatego nie mógł się ruszyć. Oddychał z wysiłkiem, wciągając powietrze ustami. Piekło go poranione drzazgami czoło, a zatkany śluzem i krwią nos pozwalał uniknąć zakrztuszenia się zwierzęcym fetorem. Części zniszczonego kurnika nie tylko przygwoździły chłopca do ziemi, ale też z całą pewnością złamały mu lewą nogę. Choć tkwiła w całkowitym bezruchu, ból przeszywał ją niczym odłamki szkła. Prawą dłonią Albert wyczuł leżące obok ciepłe jeszcze ciało kury. Pociekły mu łzy. Wiedział, że jeśli chce przeżyć, musi zachować spokój. Skoncentrował się na miarowym oddechu, jak podczas ataków astmy. Oddychał ustami, wytężając się i starając brać wdechy tak głębokie, jak tylko pozwalał ciężar na piersi. „Świetnie, kochanie” – słyszał w głowie głos matki, która dodawała mu otuchy podczas takich ataków. „Wspaniale. Właśnie tak”. Na jej wspomnienie znów napłynęły mu do oczu łzy. „Jestem taki mały i głupi!” – pomyślał i otrząsnął się, co nie było najlepszym pomysłem: zmasakrowana noga zareagowała gwałtownym bólem i chłopak znów począł dyszeć, tracąc tę odrobinę kontroli nad oddechem, którą udało mu się odzyskać. Kolejne minuty poświęcił na liczenie wdechów i wydechów. O matce starał się nie myśleć. W końcu opanował się trochę i nie zważając na to, że znów harata sobie czoło, obrócił głowę w prawo i próbował coś dostrzec przez otwór w resztkach kurnika.

Nie widział nieba, ale jako wiejskie dziecko zorientował się po odcieniu światła, że jest wczesne popołudnie i że tornado całkowicie przegnało chmury, które rankiem zakrywały firmament. Jakie to szczęście, że pan Jones dwa dni wcześniej skosił trawę. Inaczej leżący na ziemi Albert nie zauważyłby nadchodzącego od strony prerii mężczyzny. Od razu się zorientował, że to nie ojciec Tima. Nieznajomy miał odznakę na piersi i walizkę w ręku. Albert wziął oddech tak głęboki, jak tylko się dało, i… zamiast wrzasku z jego piersi wyrwało się jedynie ochrypłe, stłumione stęknięcie. Mężczyzna omiótł wzrokiem ruiny kurnika. „Zaraz tu przyjdzie” – pomyślał chłopak. W tym momencie leżąca obok jego prawej dłoni kura, którą dotąd uważał za martwą, ruszyła w stronę szczeliny w deskach i wydostała się na zewnątrz. Nieznajomy odwrócił wzrok i na nowo podjął marsz w stronę domu. Albert wybuchnął płaczem, nie troszcząc się już o oddech. Po co się tym przejmować, skoro i tak umrze?

martin

I znów te wątłe lamenty, które słyszał już dziesiątki razy. Słowa, kogo obchodzą słowa? Wszyscy, którzy przetrwali kataklizm, mówili to samo. Czyjś zdławiony głos groteskowo usiłował zaszczepić w innych ducha walki, który przychodził na świat bez głowy i wykrwawiał się, gdy nieszczęśnicy przeszukiwali gruzy w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoliłoby im odczuć choć odrobinę obowiązkowej radości z faktu, że przeżyli.

Szesnastoletnia mniej więcej dziewczyna zbierała pośród gruzów kolorowe apaszki, którymi następnie wymachiwała jak gimnastyczka wstążkami, kreśląc w powietrzu wzór z kurzu i pyłu, a potem wieszała je sobie na szyi. Ona pierwsza zauważyła Martina. Zawołała coś do pozostałych, wskazując go długim palcem o krótkim, pomalowanym na czarno paznokciu. Przez pozostałości czegoś, co kiedyś było oknem, patrzeli, jak nieznajomy zmierza ku nim usłaną drzazgami łąką. On sam przyglądał im się z zadowoleniem. Oprócz dziewczyny było tam dwóch chłopaków, jeden mniej więcej w jej wieku, drugi liczący na oko poniżej dwunastu lat. Starszy ubrany w koszulkę zespołu rockowego, młodszy z włosami za długimi jak na chłopca. Pan Jones nie rozczarował Martina: popłakiwał na schodkach tego, co pozostało z werandy, a obok niego spoczywały butelka wody, kilka batoników czekoladowych i rewolwer. Gestem absolutnej rozpaczy obejmował głowę, podczas gdy starusieńka matka tuliła go i kołysała niczym małego chłopca. Nieco dalej, bezczelnie i wścibsko przyglądając się przybyszowi, stała około czterdziestopięcioletnia kobieta. „Żona gospodarza” – zawyrokował. Ładna i smukła, z włosami ufarbowanymi na nienaturalnie czerwony kolor, który nie przydawał jej uroku, na rękach trzymała jednego z tych maleńkich głupawych piesków, skomlącego wniebogłosy. Martin dumnie wypiął pierś z odznaką, by nikt jej nie przeoczył. Ożywiona jego widokiem rodzinka jak jeden mąż ruszyła ku drzwiom, a raczej ku wielkiej dziurze we frontowej ścianie domu. Pani Jones, nie wypuszczając z rąk psiaka, poprawiła dekolt i lekko przygładziła włosy, po czym zeszła po schodach i rzuciła Martinowi promienny uśmiech. Odpowiedział tym samym, nienawidząc jej w duchu za to, że jest zdolna do takiego zła, takiego zepsucia, takiej zgrozy i tak niepojętej obrazy boskiej. Wyciągnął rękę i jeszcze zanim dotknął dłoni kobiety, podjął decyzję, że choć zwykle zaczyna od starych, tym razem to ją zabije pierwszą.

albert

Na dźwięk krzyków i strzałów otworzył oczy i przestał szlochać. Czyżby jednak, wbrew wszystkiemu, to był jego szczęśliwy dzień?

2 / Góralski charakterek

Akademia FBI, Quantico, Wirginia

Środa, 24 sierpnia 2005 roku

Amaia Salazar wierciła się nerwowo na krześle w drugim rzędzie. Do wielkiej auli, w której miała się odbyć prezentacja, weszła jako jedna z pierwszych. Obawiała się, że mimo ogromnych rozmiarów sala nie zdoła pomieścić wszystkich chętnych. W odróżnieniu od zajęć z poprzednich dni, przeznaczonych wyłącznie dla policjantów z Europy biorących udział w wymianie, prezentacja miała mieć charakter wykładu i była otwarta dla wszystkich agentów i kadetów FBI. Amai wystarczyło kilka lodowatych spojrzeń, by nie dopuścić do siebie dwóch agentów w garniturach i kilku uśmiechniętych od ucha do ucha kadetów w charakterystycznych granatowych koszulkach polo. Nie życzyła sobie towarzystwa. Spośród wszystkich zajęć składających się na program wymiany wykład agenta specjalnego Dupreego ciekawił ją najbardziej. I sądząc po tempie, w jakim zapełniała się aula, nie tylko ją. Gertha, niemiecka inspektorka w średnim wieku, pomachała Amai radośnie i po chwili przysiadła się do niej. Były jedynymi kobietami w całej europejskiej grupie szkoleniowej, a chłodne przyjęcie ze strony męskiej części zespołu sprawiło, że od samego początku trzymały się razem. Co nie znaczy, że Amaia natychmiast przekonała się do Gerthy. Owszem, Niemka była sympatyczna i przyjazna, ale wydała jej się trochę zbyt gadatliwa. Nie z tych, którzy ciągle zawracają ci głowę bzdurami albo bezlitośnie o wszystko wypytują, a jednak wystarczyły jej dwa śniadania, dwa obiady i jazda autobusem z lotniska, by opowiedzieć Amai całą historię swego życia.

– Góralski charakterek – powiedziała.

– Co?

– Zakładam się, że pochodzisz z gór, jak mój mąż. Z niego też trudno wydobyć słowo.

– Przeciwnie. Pochodzę z doliny.

Roześmiały się obie. W ciągu tych czterech dni Niemka wydobyła z niej znacznie więcej niż tylko słowa. Może dzięki emocjonalnemu bezpieczeństwu, z jakim wiąże się otwartość wobec kogoś, kogo zapewne nigdy więcej nie spotkasz, a może dlatego, że inspektorka Gertha Schneider umiała nie tylko mówić, lecz i słuchać, ostatecznie stała się powiernicą wyznań i podejrzeń, których Amaia nikomu wcześniej nie zdradziła. Niejeden wieczór przeciągnął im się do rana. Gertha kierowała wydziałem zabójstw liczącym czterdziestu pięciu pracowników, w tym trzydziestu ośmiu mężczyzn. Musiała się nieźle namęczyć, by zaskarbić sobie należny szacunek, a jednak do nikogo nie czuła żalu.

Nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy obok Amai usiadł mężczyzna w garniturze.

– Podinspektorko Salazar, wszędzie pani szukam. Myślałem, że jest pani ze wszystkimi w holu – mówił tonem udawanej wymówki, uśmiechając się od ucha do ucha, by podkreślić, że tylko się droczy. Nie mogła patrzeć na ten jego wyszczerz. Spuściła wzrok.

Agent Emerson został jej przydzielony jako asystent na czas trwania kursu. Miał być przewodnikiem, towarzyszem, pomagać w szkoleniu, przedstawiać ją poszczególnym instruktorom i na własnym sprzęcie, używając własnego hasła, udzielać jej dostępu do danych, których potrzebowali kursanci do wykonywania zadań praktycznych. Niestety czasem przesadzał z gorliwością…

– Pospieszyłam się trochę – przyznała. – Chciałam zająć dobre miejsce. Ta prezentacja szczególnie mnie interesuje.

– Nie tylko panią – zauważył Emerson, rozglądając się po wypełnionej już niemal po brzegi auli. – Widzę, że agent Dupree wzbudza niesamowite emocje. Słuchała go pani już kiedyś? Znacie się?

– Trzy lata temu, podczas studiów na Uniwersytecie Loyoli w Bostonie, byłam na jego wykładzie. Ustawiłam się w kolejce, żeby mi podpisał program, i podałam mu rękę. Nic więcej. Po prostu chcę być przygotowana do następnego seminarium, które według planu ma prowadzić właśnie on.

Emerson uśmiechnął się protekcjonalnie, unosząc brwi.

– Wie pan coś, czego ja nie wiem? – zapytała, czując, że agent dosłownie wychodzi z siebie, by się z nią podzielić jakimiś tajnymi informacjami.

– Agent specjalny Dupree ma specyficzne metody. Prowadzenie zajęć niekoniecznie oznacza dla niego to samo co dla innych. Nie jest instruktorem, tylko szefem Wydziału Analiz Behawioralnych. Od czasu do czasu wygłasza wykłady albo publikuje artykuły w wewnętrznym obiegu. To wyjątek, że zgodził się wziąć udział w szkoleniu dla Europolu.

– Pan z nim współpracuje na co dzień?

– Nie aż tak – wyznał z wyraźnym żalem Emerson. – Czasem jeździmy razem na akcje. Byłbym zachwycony, gdybym mógł częściej mu towarzyszyć. Może kiedyś tak będzie. Należę do kontyngentu wsparcia komunikacyjnego i podlegam Stelli Tucker, ale wszyscy jesteśmy częścią zespołu agenta Dupreego. Można więc powiedzieć, że pośrednio z nim współpracuję. Badanie zachowań obejmuje wiele obszarów. Głównie zajmują się nim funkcjonariusze działający w terenie, ale do łapania złych ludzi potrzebują pomocy wielu specjalistów pracujących stacjonarnie. – Powiedział „złych ludzi”, jakby rozmawiał z małą dziewczynką, i znów uśmiechnął się jak głupi do sera. Nie uzyskawszy pożądanego efektu, spoważniał i kontynuował bardziej profesjonalnym tonem: – Śledczy pracujący na miejscu współpracują z trzema zespołami mobilnymi. Ja oczywiście jestem kryminologiem i specjalizuję się w analizie danych. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale ma kluczowe znaczenie dla każdego śledztwa.

Światła na sali przygasły, a pomruki publiczności przycichły, jakby jednymi i drugimi sterowała ta sama dźwignia. Pozostał tylko jaśniejący z każdą chwilą krąg białego światła wydobywający z mroku pulpit pośrodku podium.

Z wejścia po prawej stronie na scenę wkroczył agent Dupree i zatrzymał się przed pulpitem. Był szczupły i elegancki, z ciemnymi, krótkimi, starannie przyczesanymi włosami. Amaia przypomniała sobie, że gdy zobaczyła go po raz pierwszy, zastanawiała się, czy nie ma wojskowej przeszłości. Bladość twarzy uwypuklały ciemne obwódki wokół oczu, nadające mu wygląd kogoś, kto od urodzenia cierpi na bezsenność. Starannie ogolony, miał na sobie nieskazitelny granatowy garnitur, białą koszulę i krawat do kompletu. Przystanął przy pulpicie i pedantycznie wyprostował go co do milimetra, choć Amaia nie zauważyła, by cokolwiek na nim położył. Zastanawiała się, czy nie umieścił tam materiałów już wcześniej. Dawałoby to pewne wyobrażenie o jego charakterze i zapobiegliwości. Obiecała sobie, że zwróci uwagę, czy po wykładzie Dupree zabiera coś z pulpitu.

 

Według krótkiego życiorysu zamieszczonego w programie agent liczył czterdzieści cztery lata, pochodził z Luizjany i odebrał staranne wykształcenie w dziedzinach prawa, ekonomii, historii sztuki, psychologii i kryminologii. Od ponad roku kierował jednym z trzech oddziałów terenowych Wydziału Analiz Behawioralnych FBI, w którego pracach uczestniczył od pięciu lat. Uniósł podbródek, wysunął do przodu jedną stopę, opierając ciężar ciała na drugiej, swobodnie opuścił ręce wzdłuż tułowia i rozejrzał się po audytorium. Kilka rzędów za Amaią ktoś zaczął klaskać, a spora część sali natychmiast to podchwyciła. Ona sama nie odrywała wzroku od katedry, choć nie uszły jej uwagi jedwabiste szelesty garniturów kilku agentów, którzy obrócili się, by zgromić wzrokiem prowodyra. Najwyraźniej uważali, że miejsce okrzyków, gwizdów i wiwatów jest na stadionach, a nie w sali wykładowej.

Dupree wyciągnął rękę i postukał w mikrofon, który w odpowiedzi zagrzmiał niczym uderzenie pioruna. Potem agent pochylił się nieco nad pulpitem, uniósł wzrok i zwrócił się do kogoś niewidocznego na tyłach sali.

– Czy mógłbym prosić o skierowanie odrobiny światła na publiczność? Kiedy jej nie widzę, mam wrażenie, że mówię do siebie. – Uśmiechnął się z rezygnacją. – A mam je tak często…

Natychmiast zaskarbił sobie sympatię widzów, którzy wyglądali na rozluźnionych, gdy już światło wydobyło ich z mroku.

Agent powiódł wzrokiem po sali, jakby kogoś szukał. Na kilka sekund zatrzymał spojrzenie na Amai, po czym przeniósł je z powrotem na pulpit. „Z pewnością patrzył na kogoś siedzącego za mną” – pomyślała, lecz nagle zauważyła, że Emerson przygląda jej się w zadumie. A więc to nie było złudzenie. Tymczasem Dupree zwrócił się do zgromadzonych:

– Wszyscy rozumiemy znaczenie tworzenia profilu wiktymologicznego, pozwalającego na wykrycie sprawcy poprzez analizę wyboru ewidentnych ofiar. Dziś chciałbym opowiedzieć o znaczeniu, jakie dla wykrywania seryjnych zbrodniarzy ma tworzenie rejestrów ofiar prawdopodobnych. Najpierw skupimy się na typie ofiary, którą przestępca wybiera, nim jeszcze ją pozna, a nawet nim dowie się o jej istnieniu.

W auli rozległo się coś przypominającego tłumione westchnienia. Dupree znów spojrzał na Amaię. Kolejne słowa wypowiedział jakby bezpośrednio do niej.

– Na ogół przyjmujemy, że zbrodnia jest dla mordercy sposobem na uwolnienie się od bólu, często bowiem zanim stał się katem, sam był ofiarą. Najniebezpieczniejszym spośród założeń jest jednak to, że w głębi duszy wszyscy oni chcą zostać schwytani, a ich zbrodnie stanowią potworne próby zwrócenia uwagi na własne cierpienie. O ile, rzecz jasna, w grę nie wchodzi choroba psychiczna.

– Co on tak…? – posłyszała zdumiony szept Emersona.

Dupree przerwał na moment, po czym odezwał się do całej sali:

– Według tej hipotezy jedynym celem brutalności i okrucieństwa jest chęć zostania dostrzeżonym. Morderca nie przestanie zabijać, bo wreszcie znalazł sposób na to, by być kimś. Dla wielu zbrodniarzy ta chęć okazuje się zgubna, tracą bowiem czujność i dają się złapać w pułapkę. Uczulam państwa: takie założenie jest największym wrogiem detektywa, gdyż dowody wskazują, że nie każdy seryjny zabójca działa w sposób kompulsywny i chaotyczny. Przeciwnie, wielu świetnie zdaje sobie sprawę z tego, co może ich zdradzić, i stosuje rozmaite fortele w celu zdezorientowania śledczych, antycypując ich ruchy, zmieniając scenariusze lub podsuwając fałszywe tropy, które prowadzą nas na manowce. Ten typ zabójcy, zwany niekiedy drapieżnikiem, potrafi latami dyskretnie prowadzić makabryczny proceder, ukrywając ślady zbrodni lub zwłoki kolejnych ofiar i sprawiając, że zamiast o morderstwach, mówimy o zniknięciach, ucieczkach, wypadkach czy samobójstwach. Wybiera przy tym ofiary z grupy wysokiego ryzyka, a więc takie, których zniknięcie może przejść niezauważone lub nie wzbudzić wielkiego zainteresowania z racji wykluczenia społecznego: narkomanów, prostytutki, włóczęgów, bezdomnych, nielegalnych imigrantów lub osoby o nieuregulowanej sytuacji prawnej. Drapieżnik dokonuje skrupulatnej selekcji ofiar, świadom, że członkowie tych grup często się przemieszczają. Nasz wielki kraj jest pod tym względem szczególny, co znacznie utrudnia śledztwa, ale teraz, po otwarciu granic między państwami Unii, sytuacja w Europie stała się dość zbliżona – zwrócił się do lewej części sali, po której siedziała Amaia i reszta uczestników jej kursu. – Ten typ mordercy – kontynuował – nie ma najmniejszego zamiaru dać się schwytać, potrafi przez całe życie odgrywać rolę przykładnego obywatela, nie dąży do sławy i dobrze się odnajduje w społeczeństwie. – Urwał i wbił wzrok w Amaię. – Niczym demon czerpie satysfakcję i siłę z naszej niewiary w jego istnienie. – Uśmiechnął się, a publiczność odwzajemniła uśmiech.

Amaia udawała, że nie dostrzega ukradkowych spojrzeń Emersona. Nie mogła natomiast udać, że nie słyszy Gerthy, która pochyliła się i szepnęła jej do ucha:

– Gadał do ciebie.

Dupree tymczasem zaczął mówić do całej sali:

– Detektyw do spraw zabójstw jest wyczulony na niepasujące elementy i przygotowany do badania tradycyjnych motywów. Kto może skorzystać na śmierci ofiary? Czy w grę wchodzi zazdrość? Seks? Narkotyki, pieniądze, dziedziczenie, szantaż? W przypadku seryjnych zabójców motywacja wymyka się tej tradycji. I wtedy do akcji wkracza psychologia. Kluczowa jest analiza sposobu kompensacji stosowanego przez naszego przestępcę, pozwalająca dociec, co konkretnie sobie rekompensuje. Dzisiejsza pogadanka i późniejsze ćwiczenia osób uczestniczących w kursie skupią się na wykrywaniu elementów wspólnych i odmiennych w wyborze typu ofiary czy sposobie znikania lub pojawiania się ciała, które mogą wzbudzić podejrzenia, że coś, co wygląda na samobójstwo lub wypadek, w rzeczywistości skrywa morderstwo lub serię morderstw. A jak badamy morderców, których jeszcze nie złapaliśmy? Jak tworzyć bazę danych, których nie znamy? Jak ustalić zachowanie widma, nieuchwytnego myśliwego, który robi wszystko, żebyśmy w ogóle nie wiedzieli o jego istnieniu?

– Wiktymologia – szepnęła Amaia.

– Wiktymologia – powiedział niemal jednocześnie z nią Dupree – to nauka oparta na badaniu profilu ofiar, jak również domniemanych ofiar, zaginionych czy uciekinierów, słowem: osób, które ulatniają się jak kamfora. W tym ostatnim przypadku wiktymologia staje się nauką abstrakcyjną, w której intuicja badacza odgrywa decydującą rolę w ustaleniu, czy mamy do czynienia z zabójstwem. Pod uwagę bierzemy profil fizyczny, psychologiczny, pozycję społeczną czy cechy charakterystyczne, do których zaliczają się choćby niepełnosprawność albo zwracające uwagę defekty ciała. Ponadto analizujemy pochodzenie domniemanej ofiary, to, czy ma rodzinę, choroby i patologie, historię medyczną oraz wszystko, czego możemy się dowiedzieć o zachowaniu i osobowości, gustach i sympatiach badanego. W obliczu najlżejszego podejrzenia, że możemy mieć do czynienia z ofiarą, nawet gdy nie znaleziono ciała, zadanie badacza jest niewiarygodnie trudne, a dobrze wiemy, że pamięć często nas zawodzi. Dlatego najistotniejsze jest skrupulatne dokumentowanie tych elementów w celu utworzenia bazy danych, do której możemy zajrzeć, gdy w mózgu zapali nam się światełko na widok kolejnej ofiary albo w obliczu zniknięcia osoby, którą jakieś cechy wydają się łączyć z poprzednimi.

Agent Dupree nacisnął guzik na pulpicie. Na ekranie za jego plecami pojawił się czarno-biały, sprawiający wrażenie wyciętego ze starej gazety wizerunek atrakcyjnego i dobrze ubranego, choć bardzo szczupłego młodego człowieka.

– W latach osiemdziesiątych angielski detektyw Noah Scott Sherrington, pracujący dla Scotland Yardu, utworzył pierwszą bazę danych potencjalnych ofiar na podstawie profilów kobiet, które uciekły, znikły lub zostały porwane z domów. Najciekawsze jest to, że inspektor Scott Sherrington nie dysponował żadnymi zwłokami ani nawet fragmentami ciała pozwalającymi przypuszczać, że te osoby nie żyją. Nic też nie wskazywało jednoznacznie, że padły ofiarą porwania. Równie dobrze mogły po prostu wyjechać. Studiując materiały otrzymane po wykładzie, dowiedzą się państwo, że miało to miejsce w nadmorskim regionie dotkniętym bezrobociem i fatalnym klimatem. W latach osiemdziesiątych Londyn ze swoim blichtrem musiał się wydawać niezwykle atrakcyjny w porównaniu z pracą w fabryce konserw, a i to wyłącznie pod warunkiem, że miało się szczęście. Wiele dziewcząt postrzegało przyjazdy robotników wykwalifikowanych na krótkie kontrakty jako okazję do znalezienia męża i wyrwania się z biedy. – Zaczerpnął tchu. – Utworzenie bazy z profilami zaginionych dziewcząt pozwoliło Scottowi Sherringtonowi na nakreślenie czegoś, co mogło się okazać schematem działania zbrodniarza. Pracował nad nią latami, wykreślając nazwiska osób, które wróciły lub odnalazły się w innym miejscu. Stopniowo ze zgromadzonych danych wyłaniał się coraz wyraźniejszy i coraz bardziej niepokojący obraz ofiary. Dziś inspektor Scott Sherrington jest punktem odniesienia dla wszystkich detektywów zajmujących się wiktymologią, ponieważ udowodnił istnienie zabójcy, opierając się na profilach potencjalnych ofiar. Dopiero wtedy rozpoczęło się typowe śledztwo: szukanie świadków, rekonstrukcja ostatnich godzin przed zniknięciem i selekcja profilów pozwalająca z niemal stuprocentową dokładnością określić, które spośród marzących o ucieczce dziewcząt istotnie uciekły, a które padły ofiarą przestępcy. Nie od razu doceniono metody Scotta Sherringtona, ale dziś są one powszechnie stosowane.