Wszystko, co wiem o miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kronika kiepskich imprez: Cobham, Nowy Rok 2007

Ale coś musi się gdzieś dziać – mówię do Farly, gdy zaczynamy oglądać trzynasty z rzędu odcinek Przyjaciół, rozwalone na kanapie w domu mojej mamy o siedemnastej w wigilię Nowego Roku. – Mamy dziewiętnaście lat. Niemożliwe, żebyśmy nie mogły znaleźć gdzieś jakiejś imprezy.

Wysyłam pozornie spersonalizowaną wiadomość do wszystkich kontaktów w telefonie. Nasz kolega Dan sugeruje rave w opuszczonym magazynie w Hackney, ale Farly boi się dużych grupowych imprez, na których ludzie biorą narkotyki, poza tym nigdy nie była we wschodnim Londynie dalej niż na Liverpool Street.

Już tracimy nadzieję, kiedy nagle ktoś łapie przynętę. Felix – znajomy ze szkoły z klasy niżej. Zawsze strasznie się w nim kochałam. Mówi coś o „wielkim ravie na Cobham” i dodaje, że nie chcemy tego przegapić. Radzi, żebym przyprowadziła koleżanki. Farly zgadza się dołączyć, bo to nasza jedyna opcja, a poza tym wie, jak bardzo podoba mi się Felix. Robi to dla nas, zapewnia mi wsparcie – idzie na imprezę dla wyższego dobra, jakim jest szczęście mojej waginy. Ten system od dawna działa uczciwie, skutecznie i na zasadzie wzajemności – czasami poświęcam wieczór, żeby pomóc jej wyrwać chłopaka, i uznaję to za znak dobrej woli, za który mogę oczekiwać zapłaty w takiej samej walucie w przyszłości. To seksualna demokracja. Koniec końców obie wychodzimy na zero.

Docieramy do dużego wolnostojącego domu w Surrey, gdzie nie zastajemy żadnego rave’u, tylko posiadówkę z mrożoną pizzą – w sumie dziesięć obejmujących się par i jeden barczysty gość w koszulce rugby, który bawi się z labradorem.

– Cześć! – odzywam się niepewnie. – Jest tu Felix?

– Poszedł po wódkę – wyjaśnia obojętnie rugbysta, nie odrywając wzroku od psa.

– Czy ty w szkole nie byłaś w klasie nad nami? – pyta dziewczyna o sztywnych loczkach i końskiej twarzy.

– No – przyznaję, niepewnie sięgając po kawałek pizzy z pepperoni.

– Nikt z waszych znajomych nie był dziś wolny?

W drzwiach pojawia się Felix. Niesie pobrzękującą siatkę.

– Hej! – krzyczy, rozpościerając ramiona.

– Cześć! – odpowiadam i obejmuję go na powitanie. – To jest Farly. Wszyscy tutaj są w parach? – mamroczę kątem warg.

– No – przyznaje Felix. – Spodziewaliśmy się bardziej zróżnicowanego towarzystwa, ale mnóstwo ludzi zapowiedziało się i nie przyszło.

– Okej.

– Ale i tak będziemy się świetnie bawić! – oznajmia, obejmując każdą z nas ramieniem. – Jak trzech muszkieterów.

Godziny upływają z łatwością, w przyjemnej, pijanej atmosferze. Uznaję, że może warto było się tłuc aż do Cob­ham. Felix, Farly i ja idziemy na przeszklone patio i gramy w alkoholowe gry, rozmawiamy i żartujemy. W pewnej chwili on znów zarzuca nam obu ręce na ramiona. Wymieniam z przyjaciółką ukradkowe spojrzenie i uśmiech – wszystko w ułamku sekundy, ale to wystarcza, żeby powiedziała, że musi iść na górę zadzwonić. Zostawia nas samych. Nie mogłabym jej bardziej kochać.

– Mógłbym z tobą pogadać w jakimś cichym miejscu?

– Jasne – przytakuję z uśmiechem. Felix bierze mnie za rękę i prowadzi do ogrodu. Siadam na plastikowym krześle.

– To trochę niezręczna sytuacja – mówi, przestępując z nogi na nogi.

– Dlaczego? Powiedz to.

– Strasznie mi się podoba twoja kumpela, Farly. Ma kogoś?

W ciągu nanosekundy muszę ocenić, jak dobrym jestem człowiekiem.

– Tak – odpowiadam, uznając, że mam jeszcze w życiu mnóstwo czasu na rozwój. – Tak, ma kogoś.

– Szlag! Jest w związku?

– Owszem. Bardzo poważnym – zapewniam, kiwając głową. – Z takim chłopakiem, nazywa się Dave.

– Ale przed chwilą zachowywała się tak, jakby była sama.

– No, nie są już oficjalnie razem – improwizuję. – Ale dalej im na sobie zależy. Bardzo poważnie. Właśnie poszła do niego zadzwonić. Wiesz, jak to jest w Nowy Rok – człowiek myśli o wszystkim, czego żałuje, o niedopowiedzianych rzeczach i tak dalej. Tak czy inaczej, ona stanowczo nie jest gotowa na nikogo innego.

Farly radośnie wraca do stolika, niosąc butelkę wina. Sflaczały Felix idzie do łazienki.

– Lizaliście się? – pyta podekscytowana. – Przerwałam wam?

– Nie, ty mu się podobasz. Spytał, czy jesteś wolna, a ja powiedziałam, że nie, bo jestem złym człowiekiem i nie chcę, żebyś go zaliczyła. Wyjaśniłam, że masz skomplikowaną sytuację z takim gościem, który nazywa się Dave, bardzo to przeżywasz i nie jesteś gotowa na nikogo nowego.

– Okej.

– Nie masz do mnie pretensji?

– Jasne, że nie. I tak nie jest w moim typie.

Słyszymy zbliżające się kroki Feliksa.

– Powiedziałam, że właśnie gadałaś z Dave’em przez telefon – mamroczę szeptem.

– Spoko.

Kiedy Felix znów siada przy stole, Farly zaczyna mówić głośniej.

– No tak, właśnie rozmawiałam z Dave’em – oznajmia sztywno jak robot, wykazując się zniuansowanym talentem aktorskim, jakiego nie powstydziłyby się kukiełki z Ulicy Sezamkowej. – Znowu dzwonił!

– I co powiedział?

– To samo co zwykle. Chce, żebym do niego wróciła, mówi, że tym razem będzie inaczej. Na co ja do niego: „Dave, już to przerabialiśmy”. Ale i tak coś poczułam, mimo że nie jesteśmy już razem. To tylko udowadnia, że nie jestem jeszcze gotowa na nikogo nowego – powtarza moje instrukcje jak papuga.

Felix wściekle przygryza wargę i dopija wino.

– Już prawie północ – oznajmia i wraca do środka.

Gdy zaczyna się odliczanie, stoję w nieciekawym, kremowym salonie na przedmieściach należącym do rodziny chłopaka, którego nigdy dotąd nie widziałam na oczy, i przysięgam sobie, że już nigdy, przenigdy nie zaplanuję sobie tak wieczoru w nadziei na potencjalny podbój. Oglądamy BBC. Na ekranie migają twarze pijanych ludzi o czerwonych policzkach wystających znad szalików. Stoją nad Tamizą, a ja marzę, by do nich dołączyć. Big Ben wybija północ. Rozlegają się pierwsze dźwięki Auld Lang Syne2. Nagle, z jakiegoś powodu – chyba nigdy w życiu nie zdołam pojąć z jakiego – wszyscy zaczynają tańczyć wolno w parach, jakby to była ostatnia piosenka na dyskotece. Z wyjątkiem Feliksa, który siedzi naburmuszony po przeciwnej stronie pokoju i gra w coś na telefonie. Przekręcam mosiężną gałkę antycznego mahoniowego barku i sięgam po butelkę whisky. Zerkam na Farly – trzyma akurat labradora za przednie łapy i tańczy z nim do pogrzebowego zawodzenia Auld Lang Syne.

Przegapiłyśmy pociąg do Londynu, stoję więc przed domem i zaczynam wydzwaniać do lokalnych firm taksówkarskich, ale wszystkie są za drogie. Zostałyśmy uziemione co najmniej na osiem godzin w domu pełnym zakochanych par i z gościem, któremu się nie podobam – a wszyscy byli rok niżej ode mnie w szkole. Wracam do siódmego kręgu podmiejskich piekieł i widzę, że Farly ociera się intensywnie o rugbystę przy lodówce, po czym oboje znikają w schowku do suszenia prania. Wracam do ogrodu, żeby w samotności wypalić resztę papierosów.

– Gdzie jest Farly? – pyta Felix, który wpadł na ten sam pomysł, co ja.

Nie chce mi się już bawić w zmyślone historyjki.

– W schowku na pranie z tym rugbystą – wyjaśniam obojętnie i pociągam łyk whisky prosto z butelki.

– Co? A co z Dave’em?

– Nie wiem. – Zapalam papierosa i wypuszczam dym w zimne, nieruchome nocne powietrze. – To bardzo skomplikowany związek. Im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej. Raz jest dobrze, raz źle, w jednej chwili są razem, w następnej nie chcą się znać.

– Ale godzinę temu mówiła, że są razem – protestuje Felix z oburzeniem.

– No, pewnie zadzwonił jeszcze raz, znowu się pokłócili, a ona uznała, że to jednak koniec.

– Super – mamrocze, siadając na plastikowym krześle obok mnie. Sięga po papierosa. – To najgorszy sylwester na świecie.

– No – przytakuję. Przez chwilę w milczeniu obserwujemy ostatnie fajerwerki nad Surrey. – Najgorszy.

2 Auld Lang Syne – utwór, którym Brytyjczycy i Szkoci tradycyjnie witają nowy rok.

10 listopada

Drodzy wszyscy, których kiedykolwiek poznałam, i ci, których nie miałam okazji spotkać,

wybaczcie mi ten grupowy e-mail – nie jest mi ani odrobinę głupio, bo przecież bezwstydna autopromocja nie jest dla mnie powodem do żenady. Piszę do Was, by poinformować o projekcie, nad którym od całych dwóch tygodni pracuję wyłącznie dla własnej przyjemności, i uważam, że w związku z tym wszyscy jesteście mi winni swój czas, pieniądze i uwagę.

Organizuję wieczór muzyki, poezji i filmu w ramach wydarzenia o nazwie Salon Literacki Lany, odbywający się na opuszczonym parkingu w Leytonstone. Ma on na celu powrót do najlepszych tradycji intelektualnej przygody w duchu oksfordzkich kół naukowych, w atmosferze klubu komediowego.

Otworzymy go recytacją poezji napisanej i wygłaszanej przez Indię Towler-Baggs na temat jej zmieniającej życie niedawnej wizyty u fryzjera, trudnych decyzji dotyczących wyboru domyślnej przeglądarki internetowej i poszukiwania drogi powrotnej do własnego ja za pomocą ceremonii ayahuasca oraz treningów zumby. Autorka będzie recytować wszystkie swoje dzieła z lekkim jamajskim akcentem, choć w rzeczywistości jest absolwentką prywatnej żeńskiej szkoły w Cheltenham.

Jak większość z Was zapewne już wie – za sprawą regularnego spamu otrzymywanego na Facebooku – Ollie założył partię polityczną Młodzi Zagubieni Liberałowie i w związku z tym odczyta na scenie manifest, po którym nastąpi panel dyskusyjny z dziennikarką Foxy James (T4, MTV News) o trzech głównych założeniach partii: pomocy w zakupie pierwszej nieruchomości, redukcji opłat za studia na publicznych uczelniach i ponownym otwarciu klubu nocnego Fabric. Możliwość zapisania się do partii na miejscu.

 

Następnie gwóźdź programu: mój film krótkometrażowy Nikomu nie przeszkadza, że Ulrika Jonsson jest imigrantką. Zgłębia on problemy tożsamości kulturowej, obywatelstwa i suwerenności w sztafażu dystopijnej przyszłości. Po zakończeniu projekcji trzyminutowego filmu Foxy przeprowadzi ze mną dwugodzinną dyskusję – porozmawiamy o filmie i jego twórcach (w większości członkach mojej rodziny), tak jakby to było znane i cenione dzieło. Panel będzie przebiegać w irytującej showbiznesowej atmosferze prywatnych żartów i znanych tylko nam anegdotek, tak jakbym była Martinem Scorsese dzielącym się komentarzem reżyserskim do Chłopców z ferajny.

W ramach poczęstunku zapewniamy kraftowe piwo warzone przez moją współlokatorkę na balkonie w bloku w Penge. Śmierć Hackney smakuje jak gazowane ciasto drożdżowe, pachnie jak infekcja dróg moczowych i kosztuje jedyne trzynaście funtów za butelkę. Smacznego.

W trakcie wydarzenia wśród gości będzie krążyć wiadro, do którego możecie wrzucić tak dużo lub mało, jak tylko chcecie, by wesprzeć naprawdę wartościowy cel: mnie. Sequel Ulriki jest obecnie w fazie przedprodukcji i chciałabym zrobić go tak szybko, jak to tylko możliwe, ale nie mam ochoty oddawać się jakiejś nudnej pracy (podobnie jak Kerouac po prostu nie jestem stworzona do wczesnego wstawania).

Dziękuję Wam z całego serca za wsparcie. Będę zachwycona na widok dosłownie każdego z Was – z wyjątkiem tych, których nie znam zbyt dobrze, powitam ich zatem z chłodnym dystansem, a potem wyszepczę do znajomych: „Boże, co on tu robi? Nie widziałam go od podstawówki, chyba mnie stalkuje”.

Niech moc sztuki będzie z Wami!

Lana

Trochę gruba, trochę chuda

Kochasz mnie jeszcze? – spytałam.

– Nie – odparł. – Nie, chyba już cię nie kocham.

– A podobam ci się chociaż?

Zapadła cisza.

– Też nie.

(Od tamtej pory zawsze mówię ludziom, że lepiej nie mówić prawdy, kiedy się kogoś rzuca. „Odkochanie” jest przykre, ale „już mi się nie podobasz” to cios prosto w serce).

Dopiero co obchodziłam dwudzieste pierwsze urodziny, miesiąc wcześniej skończyłam studia, a mój pierwszy prawdziwy chłopak właśnie rzucił mnie przez telefon.

Harry i ja byliśmy ze sobą przez niewiele ponad rok, mimo że zupełnie, ale to zupełnie do siebie nie pasowaliśmy. Miał konserwatywne poglądy i obsesję na punkcie sportu – robił co wieczór sto pompek przed snem i był sekretarzem uniwersyteckiego klubu lacrosse na Exeter, poza tym bez ironii nosił koszulkę z napisem „Piwo to moje paliwo”. Nie tolerował nadmiernego okazywania emocji, wysokich kobiet w szpilkach i zbyt głośnego zachowania, czyli właściwie wszystkiego, co wtedy sobą reprezentowałam. Uważał, że jestem chodzącą katastrofą. Ja jego miałam za nudziarza.

Cały związek upłynął nam na kłótniach – między innymi dlatego, że nigdy nie spędzaliśmy czasu osobno. Praktycznie wprowadził się do mieszkania, które dzieliłam na ostatnim roku studiów z Lacey, A.J. i Farly, a kiedy latem przyjechał do Londynu na praktyki, zamieszkał w domu moich rodziców.

Jeden z naszych najgorszych okresów miał miejsce pod koniec tego długiego, gorącego, wprawiającego w rozdrażnienie sierpnia bez chwili odpoczynku od siebie, kiedy kupiliśmy bilety na pociąg do Oksfordu, by pojechać na imprezę z okazji dwudziestych pierwszych urodzin Lacey. Po głównym daniu wymknęłam się od stołu i natknęłam się na basen, który bardzo mi się spodobał. Zdjęłam całe ubranie i wskoczyłam na pływanko, a kiedy kilkoro znajomych wyszło, żeby mnie poszukać, zachęciłam ich, żeby zrobili to samo. Wieczór zmienił się w jedną wielką imprezę w wodzie, a ja zostałam nagą basenową mistrzynią ceremonii. Harry się wściekł. Następnego ranka Farly i A.J. schowały się za drzewem i zgięte wpół w ataku niekontrolowanego chichotu podsłuchiwały, jak wrzeszczy na mnie: „OSTATNI RAZ MNIE TAK WYSTAWIŁAŚ!”. Wstydu dopełniał fakt, że w wodzie było za dużo chloru i moje tlenione blond włosy zmieniły kolor na soczystą butelkową zieleń.

Nie mieliśmy ze sobą absolutnie nic wspólnego, ale Harry chciał być moim pierwszym prawdziwym chłopakiem, a ja w wieku dziewiętnastu lat uważałam to za dość dobry powód, żeby z kimś chodzić.

Kiedy do mnie zadzwonił, miałam lokum na czas nieokreślony u koleżanki, bo zaczęłam magisterkę z dziennikarstwa i chciałam uniknąć długich dojazdów ze Stan­more. Godzinę później, o pierwszej w nocy, Farly przyjechała do mnie od swojej mamy i oznajmiła, że zabiera mnie do domu.

Przez całą drogę byłam niepocieszona. Próbowałam streścić przyjaciółce naszą rozmowę, ale nie pamiętałam prawie żadnych szczegółów. Zadzwonił mój telefon – to był on. Powiedziałam Farly, że nie jestem w stanie z nim rozmawiać. Zaparkowała, odebrała i przyłożyła komórkę do ucha.

– Harry, dlaczego to zrobiłeś? – warknęła. Nie słyszałam, co on na to odpowiada. – W porządku, ale dlaczego zrobiłeś jej to przez telefon? Nie mogłeś się z nią spotkać i załatwić sprawy twarzą w twarz? – Znów rozległy się jakieś niezrozumiałe wyjaśnienia po drugiej stronie. – TAA? TERAZ TO CHUJ CI W DUPĘ! – krzyknęła, rozłączyła się i rzuciła telefon na tylne siedzenie.

– Co ci powiedział?

– Nic konkretnego.

Tej nocy spała ze mną w łóżku. I następnej też. Została ze mną w domu moich rodziców przez dwa tygodnie; nie wróciłam do mieszkania koleżanki. Pierwszy raz miałam złamane serce. Nie spodziewałam się, że ogarnie mnie tak dojmujące poczucie zagubienia, jakbym już nigdy nie mogła nikomu zaufać. Nie rozumiałam, co się właściwie stało i dlaczego. Wiedziałam tylko jedno: nie byłam dość dobra.

Nie mogłam jeść. Słyszałam już o tej korzyści płynącej z rozstania, ale nigdy nie przypuszczałam, że mnie też się to przytrafi. Od zawsze byłam bardzo głodną dziewczyną. Może nawet najgłodniejszą ze wszystkich. Nigdy nie zdołałam wytrzymać na żadnej diecie dłużej niż dwa dni. Cała moja rodzina uwielbiała jeść, Farly i ja też. Mama, urodzona kucharka wychowana przez włoskich dziadków, zaczęła uczyć mnie gotowania, kiedy miałam pięć lat. Stawałam obok niej na krześle, żeby pomóc wyrabiać ciasto albo ubijać jajka przy kuchennym blacie. Gotowałam sobie jako nastolatka, a na studiach stałam się karmicielką wszystkich znajomych. Mój pierwszy w życiu wpis do pamiętnika – miałam wtedy sześć lat – obejmował sporządzoną z entuzjazmem listę wszystkiego, co jadłam tamtego dnia. Wspominałam fazy swojego życia przez pryzmat tego, co akurat znajdowało się na talerzu: chrupiące pieczone ziemniaki podczas nadmorskich wakacji w Devonie, kolorowe, lepkie tartaletki z dżemem na dziesiąte urodziny, pieczony, topiący lęki przed poniedziałkiem kurczak w gęstym, aromatycznym sosie w każdą niedzielę. Nieważne, jak okropne stawało się życie, nieważne, jak wielki ból mnie dopadał, zawsze miałam miejsce na dokładkę.

Nigdy nie postrzegałam siebie jako osoby z nadwagą, ale moją figurę często opisywano dość mglistym okreś­leniem „dorodna dziewczyna”. Pochodzę z sięgającej daleko w przeszłość dynastii olbrzymów. Mój braciszek już jako nastolatek miał dwa metry i musiał kupować ubrania w sklepach o takich nazwach jak Magnus albo Jego Wysokość. W wieku czternastu lat dobiłam do metra siedemdziesięciu. Przed osiemnastką miałam już metr osiemdziesiąt dwa. Nie byłam jednak uroczą, szczupłą nastolatką, która trochę przypomina dziewczynę, a trochę jelonka. Byłam konkretnie zbudowana, miałam duże cycki i biodra. Absolutne przeciwieństwo dziewczyn z okładek Pamiętnika księżniczki i Klubu wędrujących dżinsów. Nie tylko moja osobowość nie nadawała się do nastoletniego życia – fizycznie też do niego nie pasowałam.

Z powodu wzrostu trudno było mi się poruszać w nastoletniej rzeczywistości – nigdy nie wiedziałam, ile powinnam ważyć, bo wszystkie dziewczyny były ode mnie o połowę niższe i mówiły, że są grube, gdy osiągały wagę, jakiej ja nie miałam od dzieciństwa, co zaszczepiło we mnie ogromne poczucie wstydu. Ponieważ oprócz tego nie zdążyłam się jeszcze wyciągnąć i często zajadałam nudę, przed szesnastym rokiem życia kupowałam ciuchy w rozmiarze czterdzieści cztery. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem większa od rówieśniczek, i czasami słyszałam o sobie „gruba”, ale zawsze byłam przekonana, że moje kształty nie będą takie dziwne, kiedy stanę się dorosła. Jedyny prawdziwie mrożący krew w żyłach moment przeżyłam, kiedy miałam piętnaście lat. Moi rodzice organizowali grilla, na którym ich przyjaciółka – bardzo pijana i spektakularnie otyła Tilly – chwyciła mnie za boczki, jakby to było koło sterowe na statku, i oznajmiła wszystkim zebranym, że „my, duże dziewczyny, musimy trzymać się razem”. Następnie bez ogródek powiedziała mi, że „mężczyźni lubią mieć za co złapać”, a jej mąż – też rozmiarów opla zafiry – konspiracyjnie puścił do mnie oko.

Trochę kilogramów spadło ze mnie w szkole z internatem, a kiedy zaczęłam studia, wchodziłam już bez trudu w rozmiar czterdzieści dwa, ale nie przeszkadzało mi, że nie jestem bardzo szczupła. Dalej mogłam całować chłopaków, którzy mi się podobali. Ubierałam się w Topshopie. Kochałam jeść i gotować. Rozumiałam, że taka jest cena tej przyjemności.

A teraz proszę: wreszcie nie byłam w stanie nic przełknąć. Od stóp do głów wypełniało mnie obrzydliwe żółte obrzydzenie, a mój apetyt – najbardziej imponująca cecha, jaką posiadałam – zniknął. Miałam wrażenie, że jelita mi się skleiły. Bez przerwy miałam gulę w gardle. Mama stawiała przede mną wieczorem zupę, mówiąc, że łatwo będzie mi ją przełknąć, ale wciskałam w siebie tylko kilka łyżek, a resztę wylewałam do zlewu, gdy nie patrzyła.

Po dwóch tygodniach stanęłam na wadze. Straciłam sześć kilogramów. Obejrzałam się naga w lustrze i po raz pierwszy w życiu ujrzałam zaczątki tego, co według społeczeństwa, w którym żyłam, było prawdziwym wyznacznikiem kobiecości: węższa talia, zarys kości biodrowych i łopatek. W tym nowym świecie, którego nie pojmowałam – w którym mieszkający ze mną od roku chłopak nagle zaczął czuć do mnie obrzydzenie – coś wreszcie stało się zrozumiałe. Przestałam jeść, więc moje ciało zaczęło się zmieniać. To podziałało. W całym tym bałaganie znalazłam prostą formułę, nad którą miałam władzę. Kontrolowałam coś, co prowadziło mnie do nowego miejsca, gdzie mogłam stać się kimś innym. W swoim odbiciu zobaczyłam odpowiedź: przestań jeść.

*

Uczyniłam z tego nową misję: ważyłam się codziennie, liczyłam kroki i kalorie, rano i wieczorem robiłam w pokoju przysiady. Raz w tygodniu zapisywałam swoje wymiary. Żyłam na dietetycznej coli i surowych marchewkach. Kiedy miałam ochotę coś zjeść, szłam spać albo brałam gorącą kąpiel. Nadal traciłam na wadze. Z dnia na dzień zrzucałam kilogramy; nie miałam żadnych przestojów. Wypełniła mnie energia, która z początku zastąpiła jedzenie; miałam wrażenie, że jestem jak pociąg ekspresowy, który jakimś cudem pruje bez paliwa.

Minął kolejny miesiąc, a ja straciłam następne sześć kilogramów. Nie pojawił mi się okres – to jednocześnie mnie przeraziło i zachęciło do działania. Przynajmniej widziałam, że coś zmienia się we mnie zarówno na zewnątrz, jak i w środku; zbliżałam się do przemiany w kogoś nowego.

W tamtym czasie wychodziłam tylko na wykłady. Przez resztę czasu siedziałam w domu, bo nadal lizałam rany po zerwaniu i nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie. Pierwszą osobą, która zauważyła, że coś jest nie tak, była siostra Harry’ego, Alex, z którą zaprzyjaźniłam się podczas naszego związku. Alex na szczęście nie zerwała ze mną kontaktów po naszym rozstaniu. Niedawno przeprowadziła się do Nowego Jorku i codziennie rozmawiałyśmy na Skypie. Któregoś dnia w trakcie rozmowy wstałam, a ona po raz pierwszy od miesięcy zobaczyła całe moje ciało na ekranie.

– Gdzie się podziały twoje cycki? – spytała, otwierając szeroko oczy. Pochyliła się nad komputerem i zmierzyła mnie wzrokiem.

– Nigdzie, są tutaj.

– Wcale nie. I masz brzuch jak deska. Dolls, co się stało?

– Nic, po prostu trochę straciłam na wadze.

– Och, kochanie. – Alex zmarszczyła brwi. – Przecież widzę, że przestałaś jeść.

Inni nie byli równie spostrzegawczy. Zaczęłam więcej wychodzić i spotykać się ze znajomymi ze studiów. Mówili, że słyszeli o Harrym i że strasznie im przykro. Słyszałam, że ma nową dziewczynę. Wszyscy powtarzali, że świetnie wyglądam, a każdy komplement sycił lepiej niż obiad.

Bez przerwy imprezowałam i piłam, żeby odwrócić uwagę od smutku i głodu. Coraz bardziej zaniepokojona mama zostawiała mi jedzenie na kuchennym blacie, trafnie licząc na to, że wtedy chętniej coś zjem. Nauczyłam się, żeby po powrocie iść prosto do łóżka.

Do grudnia straciłam osiemnaście kilogramów. W trzy miesiące. Wtedy już trudniej było mi przywoływać myśli i surowe rytuały, dzięki którym trzymałam się z daleka od jedzenia. Byłam wyczerpana, przerzedziły mi się włosy i bez przerwy trzęsłam się z zimna, które przeszywało mnie do kości. Przesiadywałam pod prysznicem, próbując się rozgrzać wodą tak gorącą, że parzyła plecy i zostawiała ślady na skórze. Bez przerwy okłamywałam zmartwionych rodziców i opowiadałam zmyślone historyjki o tym, ile dziś zjadłam albo kiedy zamierzam zjeść kolejny posiłek. Śniło mi się, że pożeram całe hałdy jedzenia, i budziłam się we łzach ze złości, że jak głupia przerwałam zaklęcie, które sama na siebie rzuciłam.

 

Hicks miała przed sobą jeszcze jeden rok na uczelni, podczas gdy cała reszta naszej paczki skończyła już studia. W któryś weekend Sophie, Farly i ja postanowiłyśmy odwiedzić ją na starych śmieciach, a to oznaczało, że zobaczę Harry’ego, który był tam na ostatnim roku. Pomyślałam, że łatwiej mi będzie zamknąć ten rozdział życia. Powiedziałam mu, że powinniśmy oddać sobie swoje rzeczy; zgodził się na spotkanie.

Dziewczyny podwiozły mnie do jego domu w sobotę wczesnym wieczorem i zaparkowały na zewnątrz.

– STARA, BĘDZIEMY TU CZEKAĆ! – ryknęła Hicks, przerzucając stopy i dłoń z papierosem przez okno samochodu. Podeszłam do drzwi wejściowych i nacisnęłam guzik dzwonka.

– Boże – wyrwało mu się, kiedy otworzył drzwi. – Wyglądasz…

– Cześć, Harry – powiedziałam i poszłam na górę. Ruszył za mną. Stanęliśmy na przeciwnych końcach jego pokoju i popatrzyliśmy na siebie.

– Wyglądasz fantastycznie.

– Dzięki. Dasz mi moje rzeczy?

– Tak, tak, jasne – odparł zamroczony. Podał mi plastikową siatkę z moimi ciuchami i książkami. Ja wyciągnęłam z torby jego zwinięte bluzy i rzuciłam na łóżko.

– To wszystko, co znalazłam u siebie.

– Okej, dzięki. Do kiedy tu jesteś?

– Przyjechałam tylko na weekend. Zatrzymałam się u Hicks, razem z Farly i Soph.

– O, super. – Mówił w dziwnie słodki sposób. – No, przekaż im pozdrowienia. Chociaż pewnie nie są zainteresowane. – Zapadła krótka cisza. Nadal się sobie przypatrywaliśmy. – Przepraszam za…

– Nie musisz – ucięłam.

– Muszę. Przepraszam, że tak to rozegrałem.

– Serio, nie musisz. Wyświadczyłeś mi wielką przysługę – trajkotałam. – Zobacz, nawet zapuściłam paznokcie, już ich nie obgryzam, i byłam pierwszy raz w życiu na manikiurze, wyobrażasz sobie? Kosztował tylko pięć funtów – dodałam, agresywnie wyciągając dłonie w jego stronę. Usłyszałam trąbienie samochodu. Sophie i Hicks piły piwo i obie waliły w klakson, a spanikowana Farly próbowała je powstrzymać.

– Muszę lecieć – oznajmiłam.

– Jasne.

W milczeniu zeszliśmy na dół. Otworzył mi drzwi.

– Wszystko w porządku? Jesteś bardzo…

– Szczupła?

– No.

– Nic mi nie jest, Harry – zapewniłam, obejmując go sztywno. – Na razie.

Dziewczyny zabrały mnie na curry, by uczcić wydarzenie uznane przez nie za wielki finał mojej przykrej historii. Ja tylko dłubałam w ryżu i piłam piwo za piwem. Czułam się jeszcze bardziej poruszona, upokorzona, zła i pozbawiona kontroli niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiedziałam, co chciałam osiągnąć, spotykając się z Harrym, ale i tak mi się to nie udało. Nic się nie zmieniło.

*

Rzuciłam się w odchudzanie z jeszcze większą zawziętością. Napędzała mnie złość. Waga stanęła w miejscu – to był znak, że trybiki mojego metabolizmu zgłupiały i zwolniły – jadłam więc jeszcze mniej. Przyjaciele zaczęli zwracać mi uwagę; Farly powiedziała, że wpadłam w obsesję. Próbowała pomóc mi się otworzyć, ale zbyłam jej pytania żartami. Uświadomiłam sobie, że aby zamknąć ludziom usta, wystarczy ciągle żartować z tego, jak mało jem. Poruszałam ten temat, zanim ktokolwiek inny zdążył to zrobić, by pokazać wszystkim, że to nie problem, tylko dieta. A poza tym, mówiłam ciągle, przecież zeszłam tylko do rozmiaru trzydzieści osiem. Wcale nie miałam niedowagi, po prostu zaczęłam z wysokiego pułapu.

Kontynuowałam odchudzanie, bo to była jedyna rzecz, nad którą miałam kontrolę. Ciągnęłam to dlatego, że chciałam być szczęśliwa, a każdy wie, że człowiek jest szczęśliwszy, gdy staje się szczuplejszy. Społeczeństwo na każdym kroku nagradzało mnie za tę torturę, którą sama sobie zadawałam. Słyszałam komplementy i różne propozycje, czułam się bardziej akceptowana przez nieznajomych, prawie wszystkie ubrania świetnie na mnie leżały. Miałam wrażenie, że wreszcie zapracowałam sobie na to, by traktowano mnie poważnie jako kobietę; wszystko, co miało miejsce wcześniej, było bez znaczenia. Uznałam, że byłam głupia, jeśli wierzyłam, że zasługiwałam kiedyś na uczucia. Utożsamiłam miłość z chudością i ku swojemu przerażeniu odkryłam, że wszystko wokół potwierdza tę tezę. Moje zdrowie leciało w dół, ale wartość szybowała w górę.

Kłopot w tym, że kobieta nigdy nie jest dość szczupła. Wieczny głód, wykluczenie całej grupy żywieniowej i spędzanie czterech wieczorów w tygodniu na siłowni są uważane za niewygórowaną cenę. Żeby być atrakcyjnym młodym mężczyzną, wystarczy mieć miły uśmiech, przeciętną budowę ciała (plus minus pięć kilogramów), trochę włosów i przyzwoity sweter. Aby stać się godną pożądania kobietą, lista wymagań nie ma końca: należy depilować każdą część ciała, co tydzień chodzić na paznokcie, codziennie nosić szpilki, wyglądać jak aniołek Victoria’s Secret mimo pracy w biurze. Nie wystarczy być kobietą o przeciętnej budowie ciała, z fajnymi włosami i w przyzwoitym swetrze. To za mało. Wmawia się nam, że musimy wyglądać jak kobiety, które swoim wyglądem zarabiają na życie.

Im zacieklej dążyłam ku doskonałości, tym więcej wad w sobie znajdowałam. O wiele pewniej czułam się w rozmiarze czterdzieści dwa, niż kiedy spadłam oczko niżej. Gdy rozbierałam się przed nowym partnerem, miałam ochotę przepraszać za to, co mam mu do zaoferowania, i wymienić całą listę elementów, które zamierzam w sobie zmienić – jak gospodyni domowa z klasy średniej, która mówi gościom: „Och, nie patrzcie na dywan, wiem, że jest koszmarny. Niedługo go wymienimy”.

Niepokój części znajomych zaczął przeradzać się w irytację. Przychodziłam na imprezy na wpół ubrana, przegłodzona i snułam się jak w transie, ledwie zdolna do sklejenia kilku zdań. Sabrina i A.J. wybierały się razem w podróż, a ja spóźniłam się na ich imprezę pożegnalną, byłam za słaba, żeby z kimkolwiek porozmawiać, a po półgodzinie zmyśliłam jakąś wymówkę i pojechałam do domu. Widziałam, że odpycham od siebie życie kosztem absolutnie złudnego poczucia kontroli.

A potem pierwszy raz się zakochałam.

*

Poznałam Leo na nieciekawej domówce w okolicach stacji Elephant and Castle. Nigdy dotąd nie spotkałam równie wspaniałego mężczyzny. Był wysoki, szczupły, o ciemnych włosach opadających na czoło. Miał mocno zarysowaną szczękę, wesołe iskierki w oczach, lekko zadarty nos i wąsik rodem z lat siedemdziesiątych. Przypominał krzyżówkę Josha Brolina z Jamesem Taylorem i – co najlepsze – nie miał zielonego pojęcia, jaki jest piękny. Był doktorantem i hipisem; miał monomanię i monobrew.

Wkrótce po tamtej imprezie zaczęliśmy się spotykać. Wiedziałam, że to coś poważnego, bo przez całe dwa miesiące nie poszłam z nim do łóżka. Rozpaczliwie pragnęłam zrobić to właściwie, delektować się każdą spędzoną wspólnie chwilą – z niczym się nie spieszyć. Mieszkał w Camden i pod koniec naszych wspólnych nocy, zazwyczaj około czwartej nad ranem, odprowadzał mnie na przystanek autobusowy przy Chalk Farm, gdzie czekałam na N5, który miał mnie zabrać szesnaście kilometrów na północ do Edgware. Następnie czekał mnie czterdziestopięciominutowy spacer na zachód do Stanmore, przez opuszczone ulice zastawione volkswagenami. Patrzyłam, jak słońce wschodzi nad szeregowcami z czerwonej cegły, i czułam się szczęśliwsza, niż kiedykolwiek wydawało mi się to możliwe.

Pewnej nocy, kiedy pokonywaliśmy znajomą trasę przez Camden, Leo zatrzymał się, by mnie pocałować, i przeczesując palcami moje włosy, zatrzymał się na klipsach z pasmami sztucznych włosów. Odgarnął ciężki kosmyk z mojej twarzy i przytrzymał mi za głową.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?