Wszystko, co wiem o miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kronika kiepskich randek: dwanaście minut

Rok dwa tysiące drugi. Mam czternaście lat. Jestem ubrana w spódniczkę w szkocką kratę z Miss Selfridge, neonowopomarańczową bluzkę nad pępek, a na nogach mam czarne martensy.

Chłopak nazywa się Betzalel i jest znajomym Natalie, koleżanki ze szkoły. Poznali się na koloniach judaistycznych i od tamtej pory czatują na MSN-ie, wymieniając się poradami o związkach i życiu. Natalie szuka nowych przyjaźni, bo właśnie straciła większość koleżanek po tym, jak rozniosła plotkę, że dziewczyna z naszego roku się samo­okalecza, choć tak naprawdę miała tylko ostrą egzemę. Za cel obrała sobie właśnie mnie.

Wie, że chciałabym mieć chłopaka, sugeruje więc Betza, a ja wskakuję na MSN. Jestem zupełnie zadowolona z niepisanej umowy, że ona podrzuci mi nowego gościa do rozmowy, a ja w zamian będę czasami jeść z nią lunch na przerwie.

Po miesiącu codziennych rozmów na czacie Betz i ja praktycznie jesteśmy parą. On uważa, że wszyscy w jego wieku są niedojrzali, ja podobnie, i jest wysoki jak na swoje lata, tak jak ja. Bez przerwy karmimy się tymi wspólnymi doświadczeniami.

Umawiamy się na spotkanie w kawiarni Costa w centrum handlowym Brent Cross. Proszę Farly o towarzystwo, żebym nie musiała iść tam sama.

Kiedy pojawia się Betz, odkrywam, że w niczym nie przypomina siebie ze zdjęcia, które mi wysłał – zgolił przydługie loki i konkretnie przytył od powrotu z kolonii. Machamy do siebie przez stół. Betz nic nie zamawia.

Farly bierze na siebie całą gadkę, a on i ja zawstydzeni gapimy się w milczeniu w podłogę. Ma ze sobą foliówkę ze sklepu – wyjaśnia, że właśnie kupił Toy Story 2 na DVD. Mówię mu, że to dziecinne, on na to, że w tej spódniczce wyglądam jak Szkot.

Oznajmiam, że będziemy się zbierać, bo musimy złapać stoczterdziestkędwójkę do Stanmore. Randka trwa dwanaście minut.

Kiedy wracam do domu i loguję się na MSN-ie, Betz natychmiast wysyła mi długą wiadomość; wiem, że napisał ją wcześniej w Wordzie i przekleił do czata, na którym pisze fioletowym pochyłym comic sansem. Uważa, że jestem miłą dziewczyną, ale nic do mnie nie czuje. Odpowiadam, że nie wypada pisać całej przemowy i czekać, aż wejdę na czat. Mieszka blisko Brent Cross, a ja musiałam stamtąd jechać dwadzieścia pięć minut autobusem, i oboje wiemy, że on podobał mi się mniej niż ja jemu, tylko że nie chciał pozwolić mi powiedzieć tego jako pierwszej.

Betz na miesiąc mnie blokuje, ale w końcu mi wybacza. Nigdy więcej się nie spotykamy, ale zwierzamy się sobie ze spraw sercowych aż do siedemnastego roku życia.

Ponieważ nie wiąże mnie już żaden kontrakt, nie chodzę więcej na lunche z Natalie.

Kronika kiepskich imprez: akademik University College London, Nowy Rok 2006

To moje pierwsze święta w domu po rozpoczęciu studiów. Lauren, która też wróciła na kilka dni, proponuje, byśmy wybrały się na imprezę noworoczną do akademika University College London. Dostała zaproszenie od Hayley, która chodziła z nią do szkoły. Po rozdaniu dyplomów ani razu się nie widziały.

Docieramy do dużego mieszkania w zapuszczonym budynku w bocznej uliczce między Euston i Warren Street. Wśród obecnych jest mniej więcej po równo znajomych Lauren ze szkoły, studentów UCL palących trawę i przypadkowych przechodniów, którzy zobaczyli otwarte drzwi i usłyszeli piosenkę Ignition R. Kelly’ego, lecącą w kółko przez niemal cały wieczór. Lauren i ja przyniosłyśmy po butelce czerwonego wina (Shiraz – o dwa funty droższe, bo to wyjątkowa okazja), które pijemy z plastikowych kubeczków (a nie z butelki, bo to wyjątkowa okazja).

Rozglądam się po pokoju za chłopakami, którzy mieliby wszystkie kończyny i puls. Mam już osiemnaście lat, od sześciu miesięcy jestem aktywna seksualnie i przeżywam właśnie efemeryczny szczytowy okres, w którym seks stanowi dla mnie największą przygodę i odkrycie, jakby był ziemniakami i tytoniem, a ja sir Walterem Raleighem. Nie mogłam pojąć, dlaczego wszyscy wokół nie robią tego bez przerwy. Wszystkie książki, filmy i piosenki świata nie zdołałyby opisać, jakie to wspaniałe; jak ktokolwiek może uważać wieczór za okazję na cokolwiek innego niż seks albo poszukiwanie osoby, z którą dałoby się go uprawiać? (Już przed dziewiętnastymi urodzinami to przekonanie zdradliwie ze mnie wyparowało).

Dostrzegam znajomą, przyjazną twarz zatkniętą na wysokim ciele o szerokich barkach, szybko się orientuję, że należy do chłopaka, który był asystentem asystenta podczas produkcji pewnego sitcomu. Poznałam go wtedy, bo odbywałam na planie licealne praktyki. Wymykaliśmy się ukradkiem zapalić na tyłach studia, flirtowaliśmy i zrzędziliśmy na gwiazdorzących aktorów. Teraz witamy się z otwartymi ramionami i niemal natychmiast zaczynamy się lizać. Tak działam, kiedy hormony buzują w żyłach; od podania ręki prosto do ślimaka, od objęć do ujeżdżania na sucho. Społeczny próg intymności obniżył się o parę szczebli.

Po kilku godzinach picia wina i ocierania się o siebie idziemy do łazienki, żeby doprowadzić sprawę do końca. Zaczynamy grzebać sobie przy dżinsach i miniówce – pijani nastolatkowie próbujący naprawić wywalone korki – kiedy nagle rozlega się pukanie do drzwi.

– KIBEL NIE DZIAŁA! – wołam, podczas gdy asystent asystenta ciamka moją szyję.

– Doll – syczy Lauren. – To ja, wpuść mnie.

Poprawiam guziki spódniczki, podchodzę do drzwi i uchylam je odrobinę.

– No co? – pytam, wystawiając głowę na zewnątrz. Lauren przeciska się przez szparę do środka.

– Słuchaj, zaczęłam kręcić z Finnem… – przerywa, widząc koleżkę w kącie łazienki potulnie zapinającego sobie dżinsy. – O, hej – zwraca się do niego pogodnym tonem. – No więc zaczęłam z Finnem, ale obawiam się, że zauważy moje majtki.

– No i?

– To są gacie wyszczuplające – wyjaśnia Lauren, podciągając sukienkę, by pokazać mi szeroki beżowy pas. – Trzymają brzuch i tłuszcz z pleców.

– No to je ściągnij. Udawaj, że przyszłaś bez majtek – ucinam, popychając ją w stronę drzwi.

– I gdzie niby mam je schować? W każdym pokoju ktoś jest, wszędzie zaglądałam. Nie ma tu ani jednego miejsca bez tabunów ludzi.

– Wsadź je tutaj – radzę, wskazując na szczelinę za brudną spłuczką. – Nikt ich nie znajdzie.

Pomagam Lauren ściągnąć majtki, wciskamy je za kibel, po czym wypycham przyjaciółkę na zewnątrz.

Niestety, za sprawą sporej ilości spożytego alkoholu i wypalonego na spółkę jointa asystent asystenta nie daje rady stanąć na wysokości zadania. Kilka razy próbujemy zaradzić sytuacji (raz tak gorączkowo, że przypadkiem odrywamy kabinę prysznicową od ściany), ale nic z tego. Godzimy się więc z rzeczywistością i przyjaźnie rozchodzimy się każde w swoją stronę – on wybiera się na inną imprezę. Obejmujemy się na pożegnanie. Właśnie minęła północ.

Lauren i ja spotykamy się ponownie w pokoju, gdzie większość gości pali marihuanę, i zdajemy przed sobą sprawozdania z naszych podbojów. Finn też ulotnił się w pierwszych, czarnych jak smoła godzinach nowego roku, skuszony obietnicą lepszej imprezy. Wznosimy toast za niezawodne przyjaźnie i wieczne rozczarowania chłopakami, po czym zauważamy zespół emo, który grał kiedyś z nami na nocy open mic na londyńskim Whetstone. Ona bierze wokalistę z włosami Roberta Smitha, ja łapię basistę z policzkami jak Teletubiś. Przysiadamy całą czwórką na podłodze, opieramy się plecami o szafę i podajemy sobie cienkie papierosy i jointy, na zmianę podpinając swoje iPody do głośnika, żeby grać po równo Johna Mayera i Panic! At The Disco. Muzyka nagle się urywa.

– Ktoś rozwalił prysznic – oznajmia Hayley z autorytatywnym oburzeniem. – Trzeba znaleźć winnego, bo musi za to zapłacić. Inaczej będziemy mieć problemy z administratorem.

– Tak, znajdźmy go – popieram bełkotliwie. – To był chyba ten niski koleś z długimi włosami.

– Który?

– Widziałam go przed chwilą. Na pewno on – wyszedł z łazienki z jakąś laską i strasznie się z czegoś śmiali. Chyba wyszedł na fajkę.

Prowadzę polowanie na czarownice przez korytarz akademika na podwórko, by upolować zmyślonego faceta, ale szybko tracę zainteresowanie zmyłką, bo widzę Joela, który szuka imprezy. Joel to słynny w całym północnym Londynie łamacz serc, ktoś jak Warren Beatty, tylko żydowskiego pochodzenia, z nażelowanymi włosami i bliznami po trądziku. Prawdziwy Danny Zuko z przedmieścia. Oferuję mu papierosa i już po chwili zaczynamy się lizać, jakby to był odpowiednik small talku o systemie transportu miejskiego. Migrujemy z powrotem do mieszkania, gdzie z zadowoleniem robię spektakl, publicznie idąc w ślinę z Joelem, który jest dobrych kilka punktów wyżej niż asystent asystenta z odległej przeszłości. Szkoda mi tylko, że nie możemy znów skolonizować łazienki, bo teraz tłoczy się tam zespół upalonych śledczych pod przywództwem rozjuszonej Hayley, próbujący wydedukować, kto i jak zepsuł prysznic. Rozglądam się za nową kryjówką, kiedy podchodzi do nas Christine, piękna blondynka (jeśli Joel jest Dannym, to ona może spokojnie robić za Sandy), i pyta, czy może prosić go na słówko. Szlachetnie im na to pozwalam, bo jak mówi stare przysłowie, jeśli chcesz coś przelecieć, pozwól mu odejść.

Lauren i ja wymykamy się na fajkę – przerzucamy się z cienkich na grube.

– Oni chodzili ze sobą w liceum – informuje przyjaciółka. – Bardzo burzliwy związek, co chwila się rozstawali i wracali.

– Och – mówię tylko.

Zerkam przez pokój. Christine i Joel wychodzą z mieszkania, trzymając się za ręce. W drodze do drzwi on macha do mnie przepraszająco.

– Na razie – mówi bezgłośnie.

Lauren jest zajęta rozmową o akordach progresywnych z wokalistą emo; to wyraźny sygnał, że jest poważnie zainteresowana perspektywą seksu. Dochodzi czwarta rano, a ja za dwie godziny muszę wstać do pracy. Jestem asystentką sprzedaży w eleganckim sklepie obuwniczym przy Bond Street. Dostaję jeden procent od sprzedaży i nie mogę sobie pozwolić, by go stracić. Wyruszam na poszukiwanie kawałka dywanu w jakimś ciemnym pokoju, żeby się zdrzemnąć. Ku swej radości odkrywam puste jednoosobowe łóżko, zatem kładę się i nastawiam budzik na szóstą.

 

Dwie godziny później budzę się z najgorszym kacem w życiu; mózg wywraca mi się na lewą stronę, powieki mam zlepione tuszem do rzęs, a mój oddech śmierdzi tak, jakby schlany sauvignon szczur wpełzł mi w nocy do ust, umarł i zgnił. Spoglądam na swoją brązową mini z Topshopu, gołe nogi i pirackie kozaki. Przypominam sobie, że nie spakowałam ciuchów do pracy.

– Hayley – syczę, trącając ją dużym palcem u nogi. Śpi na stercie swetrów na podłodze koło łóżka. – Hayley. Muszę pożyczyć sukienkę. Jakąś prostą, czarną. Odniosę ci ją później.

– Zajęłaś mi łóżko – oznajmia sucho. – Nie chciałaś z niego wczoraj wyjść.

– Przepraszam.

– Lauren mi powiedziała, że to ty rozwaliłaś prysznic – mamrocze z twarzą wciśniętą w swetry. Nie odpowiadam i wychodzę po cichu, żałując altruizmu, jakim wykazałam się zaledwie kilka godzin wcześniej, kiedy znalazłam pod poduszką Hayley notes pełen smętnych wierszyków i nie przeczytałam go od deski do deski.

– Wyglądasz jak bezdomna – warczy moja wiedźmowata szefowa Mary, kiedy wchodzę do pracy. – I tak samo śmierdzisz. Idź do magazynu – nakazuje, odprawiając mnie machnięciem ręki, jakby przeganiała muchę. – Nie możesz się tak pokazywać klientom.

Wieczorem wracam do domu po najdłuższym dniu pracy w życiu i loguję się na Facebooka, by zobaczyć zdjęcia szkód z poprzedniej nocy. Na samym szczycie strony głównej wisi zrobione z bliska zdjęcie ogromnych majtek Lauren, wrzucone przez Hayley do albumu „Zgubione rzeczy”. Otagowała na nim wszystkich uczestników imprezy. Pod spodem widnieje krótki podpis: „CZYJE TO GACIE?”.

Utracjuszka jedzie do Leamington Spa

Pierwszy raz upiłam się w wieku dziesięciu lat. Zostałam zaproszona na bat micwę Nataszy Bratt razem z czterema innymi szczęściarami ze szkoły. Był słoneczny dzień, na podwórku za ich domem na Mill Hill stała markiza, wino lało się strumieniami i wszędzie krążyły półmiski z wędzonym łososiem. Kobiety miały misternie wymodelowane fryzury, wznoszące się i opadające agresywnymi falami, i wargi pomalowane taką samą beżową szminką o metalicznym połysku. My, dziewczynki, ewidentnie poniżej osiemnastego roku życia, w sukieneczkach za kolano i z kolorowymi spinkami we włosach, z jakiegoś niepojętego powodu dostawałyśmy od kelnerów jeden kieliszek szampana po drugim.

Z początku czułam tylko fale ciepła rozlewające się po ciele, krew przyspieszała mi w żyłach, naskórek zaczął lekko mrowić, a potem coś się zmieniło, jakby nagle poluzowały się śrubki we wszystkich stawach: stałam się lekka i sprężysta, jak świeżo wyrośnięte ciasto drożdżowe. I kolejny etap: gadatliwość. Zabawne historyjki, dramatyczne naśladownictwo nauczycieli i rodziców, wulgarne żarty, najlepsze wulgaryzmy (warto dodać, że do dziś wchodzę w stan upojenia alkoholowego w takiej samej kolejności).

Następnie jedna z dziewczynek – nieco bardziej pijana od reszty – rzuciła się na podłogę i między nogami tańczących zaczęła się wić na brzuchu jak ryba wyrzucona na brzeg, tym samym przerywając przedwcześnie taniec ojca z córką do Brown Eyed Girl Vana Morrisona. Natychmiast ruszyłam w jej ślady, a kilka sekund później obie zostałyśmy ściągnięte z parkietu i skarcone przez oburzonego wujka. Ale wieczór dopiero się zaczynał.

Napełniona nowo odkrytą pewnością siebie, uznałam, że to pora na mój pierwszy pocałunek, po którym nastąpił drugi (z najlepszym przyjacielem pierwszego chłopca), a po nim trzeci (z jego bratem). Sytuacja już po chwili wymknęła się spod kontroli – wszyscy zaczęliśmy się całować i wymieniać się partnerami jak deserami przy wspólnym stole. W końcu dziecięca orgia została przerwana i zostaliśmy zabrani do salonu, gdzie podano nam czarną kawę. Ktoś zamknął nas w środku i zadzwonił po rodziców, żeby przyjechali nas odebrać. Nasze skandaliczne zachowanie było tak bezprecedensowe, że w poniedziałek ja i pozostałe dziewczyny dostałyśmy kolejną reprymendę, tym razem od dyrektorki – za to, że „źle reprezentujemy naszą szkołę” (z tym oskarżeniem często spotykałam się w latach swojej edukacji i zawsze odnosiłam wrażenie, że to raczej słaby zarzut, zwłaszcza że nigdy nie umawiałam się z nikim na reprezentowanie szkoły; to raczej moi rodzice wybrali ją, żeby reprezentowała mnie).

Po tamtym wieczorze nie byłam już tą samą osobą – wydarzenia, które stały się moim udziałem, dostarczyły dość materiału do zapełnienia dziesiątek stronic w pamiętnikach aż do czasów nastoletnich. W stanowczo zbyt młodym wieku odkryłam pociąg do alkoholu. Na każdym rodzinnym spotkaniu błagałam o maleńką, rozcieńczoną porcję wina. W Boże Narodzenie siorbałam słodki, palący w gardle syrop z czekoladek w nadziei, że uderzy mi do głowy. W wieku czternastu lat wreszcie odkryłam, gdzie rodzice chowają kluczyk do barku, i gdy nie było ich w domu, regularnie popijałam całe nakrętki taniej francuskiej brandy, rozkoszując się ciepłym, miękkim szumem w głowie odciągającym od pracy domowej. Czasami wciągałam w ten proceder Farly – w jej domu żłopałyśmy beefeatera i dolewałyśmy wody do butelki, a potem siadałyśmy po turecku na pluszowym dywanie w salonie i oglądałyśmy Milionerów, kłócąc się po pijaku, która odpowiedź jest właściwa.

Niczego w życiu nie znosiłam tak bardzo jak bycia nastolatką. Kompletnie nie nadawałam się do procesu dojrzewania. Chciałam, by wreszcie traktowano mnie poważnie, bym nie musiała polegać na innych; wolałam myć podłogi, niż dostawać kieszonkowe, maszerować pięć kilometrów w deszczu, niż prosić rodziców o podwózkę. W wieku piętnastu lat sprawdzałam ceny kawalerek w Camden, żeby zacząć odkładać pieniądze za opiekę nad dziećmi sąsiadów. W tym samym wieku wypróbowywałam przepisy mamy i organizowałam „proszone kolacje” przy stole w salonie, wmuszając znajomym tagliatelle z kurczakiem w rozmarynie i malinową bezę przy dźwiękach piosenek Franka Sinatry, choć byliby o wiele szczęśliwsi, gdyby mogli po prostu zjeść burgera i pójść na kręgle. Chciałam mieć własnych znajomych, własny plan dnia, własny dom, własne pieniądze i własne życie. Uważałam bycie nastolatką za coś tak frustrującego, żenującego i koszmarnego, że nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie ten festiwal wstydu i współzależności dobiegnie końca.

Wydaje mi się, że alkohol stanowił dla mnie drobny substytut niezależności. To był jedyny znany mi sposób na poczucie się jak dorosła. Wszystkie towarzyszące mu czynności, które tak uwielbiali moi znajomi – całowanie się, piski, wymienianie się sekretami, palenie i tańce – były fajne, ale to właśnie dorosłość pociągała mnie najbardziej. Sama przed sobą odgrywałam iluzoryczne scenki z codziennego życia osoby pełnoletniej. Pewnym krokiem wchodziłam do sklepów monopolowych i czytałam etykiety na butelkach, jednocześnie prowadząc przez nokię 3310 udawane rozmowy o „niezobowiązującym drineczku w sobotę u mnie”, „koszmarnym dniu w biurze” albo o tym, „gdzie zostawiłam samochód”. Podczas piątkowej gonitwy uczniów z klas do drzwi ustawiałam się w strategicznym miejscu na środku korytarza, w zasięgu słuchu nauczycieli, z egzemplarzem Kobiecego eunucha pod pachą (ironicznie i głównie w celach dekoracyjnych). „WIDZIMY SIĘ NA KOLACJI!”, krzyczałam do Farly na pełny regulator. „MAM OCHOTĘ NA CZERWONE WINO!”.

Z zadowoleniem odnotowywałam zaskoczone miny wychowawców, kiedy mnie mijali. Walcie się, myślałam. Robię to samo, co wy. Piję. Jestem dorosła. Zacznijcie mnie traktować poważnie, złamasy.

Dopiero kiedy w wieku szesnastu lat poszłam do szkoły z internatem, naprawdę ostro wkręciłam się w picie. Moje liceum było ostatnią w Anglii szkołą, która prowadziła bar dla uczniów. W czwartki i soboty setki młodych ludzi między szesnastym a osiemnastym rokiem życia zbierały się w niewielkiej piwnicy, kupowały przydzielone im dwie puszki piwa na żetony i ocierały się o siebie na ciemnym, zapoconym parkiecie do rytmu składanki Beenie Man i inne legendy dancehall. Miałam to szczęście, że mój internat znajdował się dokładnie naprzeciwko baru, co pozwalało na sprawny, choć chwiejny powrót tuż przed dwudziestą trzecią, kiedy administratorka przynosiła pudełka z pizzą, którą wspólnie pożerałyśmy. Po zamknięciu baru ogródek przed budynkiem służył za hedonistyczny plac zabaw. Pół godziny po ciszy nocnej kierowniczka internatu wkładała na głowę kask z latarką i łaziła po krzakach, polując na pijanych, na wpół rozebranych uczniów. Kiedy już odesłała wszystkie znalezione dziewczyny do łóżka bez pizzy, a wszystkich chłopaków z powrotem do swoich pokojów, następowała cudowna chwila, kiedy zbierałyśmy się pod jej gabinetem, by podsłuchiwać, jak dzwoni do kierownika męskiego internatu.

– Nakryłam twojego Jamesa za rododendronem z moją Emily. Miał spuszczone spodnie – oznajmiała przeciągłym akcentem z Yorkshire. – Wysłałam go do was, powinien się zjawić za jakieś dziesięć minut.

Wszyscy nauczyciele wiedzieli, że piliśmy jeszcze przed wyjściem do baru. Przemycałyśmy w walizkach wódkę w umytych butelkach po szamponie. Pod materacami trzymałyśmy nieprzebrane zapasy marlboro light. Maskowałyśmy zapachy chmurami tanich perfum i gumą do żucia; kiedy paliłam trawę i miałam przekrwione oczy, moczyłam sobie włosy, jakbym dopiero co wyszła spod prysznica, i udawałam, że to przez szampon. Wszystkich obowiązywała niepisana zasada: wierzymy, że znacie granice, nie przeginajcie więc pały; pijcie sobie i palcie, ale nie obnoście się z tym i nie róbcie cyrku. Ten system zasadniczo działał, tylko od czasu do czasu zdarzało się, że ktoś trochę się zapędzał i rozwalał krzesło albo próbował się lizać z młodą matematyczką na dyżurze, większość jednak umiała się zachować. Nauczyciele byli na ogół w porządku; traktowali nas jak młodych dorosłych, a nie jak dzieci. Ostatnie dwa lata w szkole z internatem były jedynym przyjemnym okresem mojego dojrzewania.

*

Uniwersytet nigdy nie jest dobrym miejscem dla kogoś, kto ma niezdrowy stosunek do alkoholu, ale Bóg jeden wie, że wybrałam najgorsze możliwe miejsce na świecie, aplikując na uczelnię w Exeterze. Usadowiona wśród łagodnych zielonych wzgórz hrabstwa Devon, od dawna cieszy się wątpliwą sławą przybytku dla debili i półanalfabetów z uprzywilejowanej wyższej klasy średniej. Jeśli kiedykolwiek natkniecie się na faceta po czterdziestce, który nadal gra w lacrosse, zna wszystkie zasady każdej gry alkoholowej, a po pijaku lepiej śpiewa po łacinie niż po angielsku, najprawdopodobniej macie przed sobą absolwenta Exeter, czyli „uniwersytetu zielonego kalosza”, jak na niego mawiano w latach osiemdziesiątych – od tych drogich zielonych gumiaków, które bogate pańcie i ich mężowie noszą podczas wakacji na wsi, żeby przez tydzień poudawać zwykłych śmiertelników. Złożyłam tam papiery tylko dlatego, że Farly tam szła, a Farly złożyła tam papiery tylko dlatego, że mieli dobry wydział filologii klasycznej, poza tym lubiła nadmorskie klimaty. Kiedy mnie przyjęli, poszłam tam tylko dlatego, że nie dostałam się na wymarzony kierunek w Bristolu, a rodzice powiedzieli, że muszę iść na jakiekolwiek studia.

Do dziś jestem przekonana, że po trzech latach w Exeterze byłam głupsza niż na początku studiów. Praktycznie nic nie robiłam; z żarłocznego mola książkowego zamieniłam się w studentkę, która nie czytała nawet jednej strony ponad zadany tekst (nie żebym kiedykolwiek przebrnęła do końca któregoś z materiałów obowiązkowych). Od września dwa tysiące szóstego roku do lipca dwa tysiące dziewiątego nie robiłam nic poza piciem i pieprzeniem. Wszyscy zajmowali się wyłącznie tymi dwiema rzeczami, z krótkimi przerwami na kebab, odcinek teleturnieju albo zakupy w poszukiwaniu przebrania na tematyczny pub crawl. Zamiast trafić do miejsca narodzin radykalnych poglądów i aktywizmu, wpadłam do najbardziej obojętnego politycznie bagienka na świecie. Przez całe moje studia odbyły się tam tylko dwa protesty. Pierwszy był przeciwko zdjęciu zakręconych frytek z menu pubu w unii studenckiej. Drugi okazał się jednoosobową manifestacją pewnej młodej kobiety domagającej się wytyczenia ścieżki konnej przez kampus, żeby mogła dojeżdżać na wykłady na kucyku.

Głęboko żałowałabym lat zmarnowanych na uniwerku, gdyby nie nawiązane znajomości. Już w pierwszym tygodniu studiów Farly i ja poznałyśmy grupę dziewczyn, które wkrótce stały się naszymi najbliższymi koleżankami. Lacey, wygadana i czarująca złotowłosa studentka teatrologii; A.J., olśniewająca brunetka z surowej szkoły dla dziewcząt (po pijaku zaczynała śpiewać psalmy); Sabrina, urocza blondynka pełna życia i dziecięcego entuzjazmu; wreszcie Sophie, ruda chłopczyca z południowego Londynu, sypiąca żartami złota rączka, która naprawiała drobne usterki w naszych mieszkaniach. I jeszcze Hicks.

 

Hicks była naszą liderką – urodzona w Suffolk Pippi Pończoszanka z tlenionym bobem i szalonymi oczyma pod powiekami pociągniętymi migoczącym turkusowym cieniem, nastolatka o długich nogach i cyckach, które poznałabym wśród dziesiątek innych, bo tak często nimi świeciła. Nigdy nie natknęłam się na nikogo takiego jak ona; była śmiała, niebezpieczna, błyskotliwa i zawsze gotowa podejmować ryzyko. W obecności Hicks nigdy nie martwiłyśmy się konsekwencjami żadnego wybryku. Roztaczała wokół siebie aurę cesarzowej władającej prywatnym królestwem na własnych zasadach, gdzie noc kończyła się o trzynastej, następna nie zaczynała się przed kolejnym popołudniem, a dziadek poznany w pubie mógł zostać chwilowym lokatorem w twoim domu. Była całkowicie, absolutnie obecna w każdej chwili, niemożliwie wyrafinowana i tak rockandrollowa, że można jej było tylko pozazdrościć. Beztroski, bezdenny apetyt Hicks na dobrą zabawę wybijał rytm trzech kolejnych lat naszego życia.

Atmosfera na Exeterze była tak agresywnie przesiąknięta męską kulturą, że często zastanawiam się, czy to nie tłumaczy naszego zachowania podczas studiów; może żeńska grupka próbowała dorównać zachowaniem tej chłopackiej energii. Studenci uczelni ucieleśniali kulturę amerykańskich męskich stowarzyszeń z filmów, które oglądałyśmy w dzieciństwie, i przyprawiali ją nutką bucowatej hierarchii rodem z prywatnych liceów dla bogatych dzieci. Często i bez żenady oddawałyśmy grupowo mocz za śmietnikami (Farly i ja zostałyśmy kiedyś na tym przyłapane; dostałyśmy ostrą reprymendę za robienie takich rzeczy na skraju cmentarza i wystawianie gołych tyłków do przejeżdżających samochodów – tak się pechowo złożyło, że jednym z nich okazał się radiowóz). Kradłyśmy uliczne pachołki, które piętrzyły się potem w naszym salonie. Podnosiłyśmy się z podłogi i rzucałyśmy się na siebie na parkietach w klubach. Gadałyśmy o seksie tak, jakby to był sport zespołowy. Byłyśmy napompowane brawurą i przechwałkami, a przy tym zawsze dbałyśmy o przestrzeganie zasad bezlitosnej szczerości i zakazu konkurencji między sobą. To prowadziło do częstego wtrącania się we flirt przyjaciółki, by zacząć zanudzać jej nowego potencjalnego kochanka długimi pijackimi wywodami o tym, jaka jest wspaniała.

Mieszkałam z A.J., Farly i Lacey w zapuszczonym domu z czerwonymi drzwiami. Prowadziłyśmy „listę odwiedzających” dla „gości”, którzy zostawali na noc, i kazałyśmy im się do niej wpisywać przy wyjściu następnego dnia rano. W ogródku stał zepsuty telewizor z lat osiemdziesiątych, którego nigdy nie chowałyśmy pod dach, słońce czy deszcz. Po powrocie z imprezy często ratowałam ślimaki łażące po podłodze w korytarzu i wynosiłam jednego po drugim do zakątka w ogródku (Lacey przyznała mi się kiedyś, że rozsypywały na nie trutkę, ale mi o tym nie mówiły). To były czasy rozbuchanej, ekscentrycznej degrengolady. Świat, w którym dwie moje przyjaciółki tańczyły całą noc, po czym w niedzielę rano wybierały się na nabożeństwo do miejskiej katedry i zawodziły psalmy, nadal ubrane w sukienki ze złotej lycry. W tym świecie Farly pewnego razu wstała na wykład zaczynający się o dziewiątej rano i zastała mnie z Hicks w salonie, pijące baileysa z taksówkarzem w średnim wieku, którego poprzedniej nocy zaprosiłyśmy na jednego. Szybko stałyśmy się najgorszym typem studentek pod słońcem. Byłyśmy beztroskie, samolubne, dziecinne i bezbrzeżnie bezmyślne. Prawdziwe przedstawicielki „zepsutej Brytanii”, by zacytować brukowiec „Sun”, który wspólnie z Partią Konserwatywną w dwa tysiące siódmym roku nadał takie zaszczytne miano naszemu narodowi. Skandowałyśmy to hasło w drodze do pubów. Teraz przechodzę na drugą stronę ulicy i wysiadam wcześniej z metra, żeby tylko uniknąć przebywania w pobliżu dokładnie takich samych rozwrzeszczanych, głupiutkich i niemożliwie zadowolonych z siebie młodych ekshibicjonistek.

By zmierzyć poziom pijaństwa w kręgu moich znajomych z uczelni, wystarczyło przejrzeć się w oczach tych, którzy nas odwiedzali. Mój młodszy brat Ben przyjechał na kilka dni, kiedy miał siedemnaście lat, i „nie mógł patrzeć” na półnagie, ledwo przytomne upiory napotykane w klubach, do których go zabierałam. Szczególnie oburzył się w okolicach baru, który nazywaliśmy „zakątkiem zwycięzców”, bo mogli tam przebywać tylko członkowie drużyny rugby. Później powiedział rodzicom, że jego trzydniowa wizyta w Exeterze była jednym z głównych powodów, dla których postanowił iść na akademię teatralną zamiast na uniwersytet.

Lauren studiowała angielski w Oksfordzie. Kilka razy zrobiłyśmy sobie coś w rodzaju wymiany międzyuczelnianej. Ona przyjeżdżała autokarem do Exeteru, żeby wymordować sobie trochę szarych komórek w moim towarzystwie; ja wracałam z nią do Oksfordu i spacerowałam po parku Kolegium Magdaleńskiego i wyobrażałam sobie alternatywny scenariusz, w którym moje życie polegałoby na czytaniu książek, pisaniu esejów co dwa tygodnie i mieszkaniu w domku z wieżyczką i bez telewizora.

Podczas pierwszej wizyty Lauren miałam wrażenie, że uczę ją, jak być studentką. Kiedy wyszłyśmy na miasto, zamówiłam przy barze butelkę różowego wina za piątaka.

– Okej – powiedziała Lauren. – To tylko na nas dwie?

– Nie, to tylko dla mnie – odparłam, a ona rozejrzała się dookoła i zobaczyła moje koleżanki, które też niosły sobie po flaszce i plastikowym kubku. – Bierzemy po jednej.

Następnego dnia wylegiwałyśmy się przez cały ranek na kanapie i obżerałyśmy się skandalicznie drogą słodką pizzą na grubym cieście, a Lauren pierwszy raz w życiu obejrzała odcinek Top Model Ameryka. Po południu poznała na kampusie gracza w lacrosse, który był znany z tego, że zaczął pisać swój licencjat z geografii społecznej w pubie o czternastej w ostatni dzień składania prac. Lauren mówiła mi, że zawsze wracała do Oksfordu zrelaksowana i odświeżona po bardzo potrzebnej przerwie od wyczerpującego uczelnianego życia, w którym wszyscy bez przerwy stroszyli intelektualne piórka. Po kilku dniach w Oksfordzie ja wracałam do Exeteru nieco zdołowana i gotowa do wyjazdu.

Kiedy opowiadam o swoim uczelnianym życiu w bańce złych zachowań bez konsekwencji, często sięgam po pewną anegdotę z udziałem Sophie, która dziś jest znaną i cenioną dziennikarką piszącą o prawach kobiet i społeczności LGBTQ. To właśnie ta historia pokazuje, jak daleką drogę przebyłyśmy. Pewnej nocy wracała z tajskiej imprezy Full Moon Party w klubie nad rzeką – przebrana za tajskiego rybaka – i położyła się w wodzie obok sikającego kolegi, myśląc, że zaraz zwymiotuje wiadro szotów, które przed chwilą kupiła i wypiła. Obok niej leżała półprzytomna koleżanka, rozwalona na plecach z kończynami rozpostartymi jak rozgwiazda. Sophie uznała to za świetną okazję, by jednocześnie uratować młodą kobietę i być może ją zaliczyć. Kiedy jednak odprowadziła dziewczynę do akademika, było już jasne, że nic z tego nie będzie, wsiadła więc do taksówki i pojechała z powrotem do klubu, gdzie zamówiła kolejne wiadro wódki. Następnie spotkała chłopaka, który oznajmił, że idzie do całonocnego hindusa po jakieś żarcie na wynos. Wybrała się z nim, a na miejscu zaczęła walić w ladę i skandować: „PASANDA! PASANDA!”. Zamówili, pojechali do jego domu i zjedli ocean curry. Sophie porzygała się do plastikowej miski w sypialni chłopaka i zostawiła ją pod ścianą. Urwał jej się film w jego łóżku, rano obudziła się w kostiumie rybaka, zerknęła na miskę z wymiocinami, nic z nią nie zrobiła, po czym zajumała kolesiowi hulajnogę i radośnie wróciła na niej do domu.