Wszystko, co wiem o miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

EVERYTHING I KNOW ABOUT LOVE

Copyright © Dolly Alderton, 2018

All rights reserved

Projekt okładki

StudioHelen

Opracowanie wersji polskiej okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadząca

Milena Rachid Chehab

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-922-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wszystko, co wiedziałam o miłości jako nastolatka

Nie ma na świecie nic ważniejszego i bardziej ekscytującego niż miłość romantyczna.

Jeśli dorosły człowiek jej nie doświadcza, to znaczy, że przegrał życie, tak jak wiele moich nauczycielek historii sztuki, które mają natapirowane włosy i noszą etniczną biżuterię.

Ważne, by uprawiać seks z wieloma partnerami, ale chyba lepiej nie mieć na liczniku więcej niż dziesięciu.

Jako singielka w Londynie będę szalenie elegancka i szczupła; zamierzam nosić czarne sukienki, pić martini i poznawać mężczyzn wyłącznie na premierach książek i wernisażach w galeriach sztuki.

Prawdziwą miłość można poznać po tym, że dwóch chłopaków wdaje się w bójkę o ciebie. Najlepiej, jeśli poleje się krew, lecz nikogo nie trzeba odwozić do szpitala. Jeśli będę miała szczęście, kiedyś coś takiego mi się przytrafi.

Dziewictwo koniecznie należy stracić po siedemnastych urodzinach, ale przed osiemnastymi. Nawet jeden dzień przed jest w porządku, jeśli jednak wejdziesz w dziewiętnasty rok życia jako dziewica, już nigdy nie będziesz miała szansy na seks.

Możesz się całować z tyloma facetami, z iloma zechcesz. To nic nie znaczy, przecież tylko trenujesz.

Najfajniejsi chłopcy to ci wysocy, żydowskiego pochodzenia i z samochodem.

Starsi są najlepsi, bo bardziej światowi i obyci, a poza tym mają nieco mniej wyśrubowane standardy.

Kiedy koleżanki znajdują sobie chłopaków, stają się nudne. Zajęta koleżanka jest fajna wyłącznie wtedy, kiedy ty też masz faceta.

Jeśli nigdy nie będziesz pytać koleżanki o jej chłopaka, w końcu dotrze do niej, że ciebie to nudzi, i przestanie o nim gadać.

Dobrze jest wyjść za mąż na nieco późniejszym etapie życia, żeby najpierw trochę pożyć. Dwadzieścia siedem lat to dobry wiek.

Farly i ja nigdy nie zakochamy się w tym samym chłopaku, bo jej podobają się niscy i pyskaci, tacy jak Nigel Harman, a ja wolę tajemniczych macho w rodzaju Charliego Simpsona z zespołu Busted. Właśnie dlatego nasza przyjaźń będzie trwać wiecznie.

Żadna chwila w moim życiu nie będzie tak romantyczna jak ta, kiedy Lauren i ja grałyśmy w tym dziwnym pubie na St Albans w walentynki. Zaśpiewałam wtedy Lover, You Should’ve Come Over, a Joe Sawyer siedział w pierwszym rzędzie i zamknął oczy, bo wcześniej rozmawialiśmy o Jeffie Buckleyu. Joe jest jedynym chłopakiem, jakiego spotkałam, który mnie w pełni rozumie i wie, kim tak naprawdę jestem.

Żadna chwila w moim życiu nie będzie tak żenująca jak ta, kiedy próbowałam pocałować Sama Leemana, a on zrobił krok w tył i się wywaliłam.

Żadna chwila w moim życiu nie będzie tak bolesna jak ta, kiedy Will Young ogłosił, że jest gejem, i musiałam udawać, że mi to nie przeszkadza, ale potem się poryczałam i spaliłam notes w skórzanej oprawie z bierzmowania, w którym napisałam powieść o naszym wspólnym życiu.

Chłopcy bardzo lubią, kiedy jest się dla nich wredną; uważają, że zbyt miłe dziewczyny są dziecinne i nieciekawe.

Kiedy wreszcie znajdę sobie chłopaka, nie będzie się liczyć nic więcej.

Chłopcy

Dla niektórych odgłosem przypominającym czasy dojrzewania są radosne piski bawiącego się w ogrodzie młodszego rodzeństwa. Dla innych – terkot łańcucha w ukochanym rowerze podskakującym na wyboistych drogach prowadzących przez wzgórza i dolinki. Ktoś pewnie wspomina śpiew ptaków po drodze do szkoły albo śmiech i kopanie piłki na podwórku. Dla mnie takim sygnałem jest odgłos modemu AOL.

Do dziś pamiętam każdy ton: najpierw metaliczne pohukiwanie telefonu, cienkie, przerywane piski sygnalizujące na wpół nawiązane połączenie, wysoki dźwięk informujący o postępach, a następnie dwa niskie, szorstkie trzaski i biały szum. Potem cisza wskazująca na to, że udało się przebić przez najgorsze. „Witamy w AOL”, odzywał się kojący głos, zawsze w kadencji na literze „O”. A kiedy to już nastąpiło, rozlegał się komunikat: „Masz nowe wiadomości”. Tańczyłam po pokoju do dźwięków modemu, żeby ciągnący się w nieskończoność czas nawiązywania połączenia upływał nieco szybciej. Stworzyłam sobie choreografię z kroków, których nauczyłam się na lekcjach baletu: plié na sygnałach telefonu, pas de chat przy trzaskach. Robiłam tak co wieczór po powrocie ze szkoły do domu. To była ścieżka dźwiękowa mojego życia. Cały wiek nastoletni spędziłam w internecie.

Tytułem wyjaśnienia: dorastałam na przedmieściach. I to już całe wytłumaczenie. Kiedy miałam osiem lat, rodzice podjęli okrutną decyzję o przeprowadzce z mieszkania w suterenie na Islington do większego domu w Stanmore – to ostatnia stacja na linii Jubilee, najdalszy skrawek północnego Londynu, pusty margines miasta, z którego można było obserwować przyjęcia, ale już nie dało się wziąć w nich udziału.

Dorastanie w Stanmore oznacza, że nie jesteś ani z miasta, ani ze wsi. Mieszkałam za daleko od Londynu, by przynależeć do tych fajnych dzieciaków, które chodziły do Ministry of Sound, mówiły z niechlujnym akcentem i nosiły ciuchy vintage wygrzebane w zaskakująco dobrych lumpeksach na Peckham Rye. Z drugiej strony nie byłam dość blisko Chilterns, by stać się jedną z pyzatych, niesfornych nastolatek ze wsi, które noszą stare rybackie swetry i w wieku trzynastu lat uczą się prowadzić citroëna taty albo włóczą się całymi dniami i chodzą z kuzynami do lasu, żeby brać kwas. Przedmieścia północnego Londynu stanowiły tożsamościową próżnię. Czułam się bardziej beżowa od pluszowych dywanów zdobiących każdy dom w tej części miasta. Nie było tu sztuki, kultury, starych budynków, parków, niszowych sklepów ani małych restauracji, mieliśmy za to pod dostatkiem klubów golfowych, sieciówek Prezzo z włoskim żarciem, prywatnych szkół, podjazdów, rond, outletów i centrów handlowych z przeszklonymi dachami. Wszystkie kobiety wyglądały tak samo, wszystkie domy wyglądały tak samo i wszystkie samochody wyglądały tak samo. Jedyną dostępną formę indywidualnej ekspresji stanowiło wydawanie pieniędzy na homogeniczne dobra: przeszklone patia, dobudówki w kuchni, samochody z nawigacją, wakacje all inclusive na Majorce. Jeśli nie grało się w golfa, nie potrzebowało się pasemek i nie szukało salonu Volkswagena, nie było tu absolutnie nic do roboty.

Wszystko to stawało się jeszcze boleśniejsze, jeśli było się nastolatką skazaną na łaskę i niełaskę matki wożącej cię wyżej wspomnianym volkswagenem golfem GTI. Na szczęście moja przyjaciółka Farly mieszkała zaledwie pięć i pół kilometra od miejsca, gdzie ja mieszkałam, i mogłam jeździć do niej rowerem.

Farly nie przypominała – i nadal nie przypomina – nikogo innego w moim życiu. Poznałyśmy się w szkole, kiedy miałyśmy po jedenaście lat. Była i jest moim absolutnym przeciwieństwem. Ona jest ciemna, ja blada. Ona trochę za niska, ja nieco za wysoka. Ona wszystko planuje i ustala, ja zostawiam na ostatnią chwilę. Uwielbia porządek, mojemu sercu bliższy jest bałagan. Kocha zasady, ja ich nie znoszę. Umie poskramiać ego, ja uważam, że moje poranne tosty są dość ważne, by informować o nich w mediach społecznościowych (trzema różnymi kanałami). Jest zakorzeniona w tu i teraz i zawsze skupia się na wykonywanym właśnie zadaniu, ja zawsze tkwię gdzieś w połowie między życiem i jego zmyśloną wersją w swojej głowie. A mimo to jakoś się dogadujemy. Nigdy nie miałam więcej szczęścia niż tamtego dnia w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku, kiedy usiadła obok mnie na matematyce.

Porządek dnia z Farly zawsze wyglądał tak samo: siadałyśmy przed telewizorem z górą bajgli i czipsów (ale tylko kiedy rodziców nie było w domu; kolejnym znakiem rozpoznawczym podmiejskiej klasy średniej jest wyjątkowa troska o kanapy i surowy zakaz jedzenia w salonie) i oglądałyśmy amerykańskie sitcomy o nastolatkach na Nickelodeonie. Kiedy kończyły nam się odcinki Bliźniaczek, Jak dwie krople czekolady i Sabriny, nastoletniej czarownicy, przechodziłyśmy na kanały z muzyką i z rozdziawionymi ustami gapiłyśmy się na ekran, co dziesięć sekund przeskakując z MTV na MTV Base i VH1 w poszukiwaniu konkretnego teledysku Ushera. Kiedy i to nam się nudziło, wracałyśmy na Nickelodeon i oglądałyśmy powtórki tych samych amerykańskich seriali o nastolatkach, które przerobiłyśmy godzinę wcześniej.

*

Morrisey opisał kiedyś swoje nastoletnie życie jako „czekanie na autobus, który nigdy nie przyjechał”; to poczucie jeszcze się pogłębiało podczas dojrzewania w mieście, które wygląda jak beżowa poczekalnia. Byłam znudzona, smutna, samotna i cały czas spędzałam na niespokojnym odliczaniu godzin do końca dzieciństwa. Aż nagle, niczym rycerz w lśniącej zbroi, na pececie rodziców pojawił się modem AOL. A razem z nim komunikator MSN.

Kiedy pobrałam MSN i zaczęłam dodawać adresy mai­lowe kontaktów – przyjaciół ze szkoły, znajomych znajomych, koleżanek z pobliskich szkół, mimo że nigdy nie poznałam ich na żywo – poczułam się tak, jakbym zapukała do ściany więziennej celi i usłyszała postukiwanie z drugiej strony. Jakbym znalazła źdźbło trawy na Marsie. Jakbym od wieków kręciła gałką radia i wreszcie usłyszała, jak trzaski przechodzą w dźwięk ludzkiego głosu. Znalazłam sekretne drzwiczki prowadzące z podmiejskiego budyniu do przestrzeni tętniącej życiem.

 

MSN w moich nastoletnich czasach był czymś więcej niż sposobem na kontaktowanie się ze znajomymi – był przestrzenią. Tak go zapamiętałam: jako pokój, w którym fizycznie przesiadywałam przez długie wieczory i weekendy, aż miałam przekrwione oczy od gapienia się w ekran. Nawet gdy wyjeżdżaliśmy z przedmieścia i rodzice w akcie szczodrości zabierali mnie i brata na wakacje do Francji, nadal przebywałam w tym samym pokoju. Natychmiast po przyjeździe do nowego B&B sprawdzałam, czy mają tam komputer z internetem – zazwyczaj znajdował się w ciemnej piwnicy – i logowałam się na MSN, a potem bezwstydnie przesiadywałam godzinami przed ekranem, ignorując nadąsanego francuskiego nastolatka czekającego w fotelu za mną na swoją kolej. Słońce Prowansji prażyło na dworze, cała rodzina leżała nad basenem i czytała książki, ale rodzice doskonale wiedzieli, że w kwestii MSN-a nie ma ze mną dyskusji. To było siedlisko wszystkich moich przyjaźni. Moja osobista przestrzeń. Jedyne, co należało tylko do mnie. I jak już mówiłam, to było prawdziwe miejsce.

Mój pierwszy adres mailowy brzmiał misia_1_4@hotmail.com; założyłam go w sali komputerowej w szkole, kiedy miałam dwanaście lat. Wybrałam czternaście, bo uznałam, że będę pisać maile tylko przez dwa lata, a potem stanie się to dziecinne; dałam sobie czas, by nacieszyć się nową modą ze wszystkimi ekscentrycznymi przyległościami, spodziewając się, że adres straci ważność w dniu moich czternastych urodzin. Dopiero w tym wieku zaczęłam używać MSN-a i wtedy zdążyłam też wypróbować willyoungciacho@hotmail.com, by wyrazić swoje uczucia do zwycięzcy edycji Pop Idola z dwa tysiące drugiego roku. Po szalenie udanym występie w roli hrabiego Filipa de Chagny w szkolnej inscenizacji Upiora w operze dałam też szansę adresowi ja_dramatyczna@hotmail.com.

Po zainstalowaniu MSN-a odkopałam misię_1_4 i z radością patrzyłam na pękającą w szwach listę kontaktów do znajomych ze szkoły, zebraną przez lata od założenia tego konta. A co najważniejsze, czat pozwolił mi też odkryć chłopców. Tak się złożyło, że wtedy jeszcze żadnych nie znałam. W całym życiu nie spędziłam tak naprawdę ani chwili na osobności z innym przedstawicielem płci przeciwnej niż mój brat, młodszy kuzyn, tata i kilku jego znajomych z krykieta. MSN otworzył przede mną skrzynię skarbów pełną Chłopców Widmo, ich adresów mailowych i awatarów rozdawanych szczodrze przez różne dziewczyny ze szkoły – te, które spotykały się z chłopakami w weekendy, a następnie wielkodusznie dzieliły się ich namiarami z całą klasą. Każda koleżanka dodawała ich do znajomych i wszystkie prędzej czy później miałyśmy swoje piętnaście minut sławy, kiedy udało nam się z nimi pogadać.

Źródła pochodzenia chłopców można było podzielić na trzy szerokie kategorie. Pierwsza: syn chrzestny matki którejś z koleżanek albo jakiś marginalny przyjaciel rodziny, z którym dorastała, zazwyczaj rok lub dwa starszy od nas, bardzo wysoki i patykowaty, o niskim głosie. Do tej kategorii wrzucało się też chłopaków ze szkoły mieszkających po sąsiedzku z jedną z naszych koleżanek. Druga: bliżsi i dalsi kuzyni. I wreszcie trzecia, najbardziej egzotyczna: chłopak, którego poznawało się na rodzinnych wakacjach. To był prawdziwy Święty Graal; mógł być z absolutnie każdego miejsca na świecie, nawet tak odległego jak Bromley czy Maidenhead, a mimo to rozmawiało się z nim na MSN-ie z taką łatwością, jakby znajdował się w tym samym pokoju. Cóż za obłęd, prawdziwa przygoda.

Szybko zebrałam cały kajecik takich sierotek i przybłędów, a następnie nadałam im osobną etykietkę w kontaktach, którą nazwałam CHŁOPAKI. Gadałam z nimi całymi tygodniami – o egzaminach, ulubionych zespołach, ile kto pije i pali, i „jak daleko” udało nam się „zajść” z płcią przeciwną (te fikcyjne informacje zawsze stanowiły wytwór monumentalnej pracy twórczej). Oczywiście rzadko mieliśmy jakiekolwiek pojęcie, jak kto wygląda – to było jeszcze przed czasami aparatów w telefonach i profili w mediach społecznościowych – tak więc jedyne, co człowiekowi zostawało, to maleńki awatarek i opis. Czasami zadawałam sobie trud skorzystania ze skanera mamy i wrzucałam do komputera jakieś korzystne zdjęcie z rodzinnego obiadu albo wakacji, a następnie starannie usuwałam ciocię albo dziadka za pomocą gumki w Paincie, ale zazwyczaj mi się nie chciało, bo to jednak okropnie dużo zachodu.

Wejście wirtualnych chłopców do świata szkolnych koleżanek wiązało się z rozkwitem całego ogródka świeżych konfliktów i dramatów. Wiecznie kręcił się młyn plotek, kto z kim rozmawia. Dziewczyny przyrzekały wierność chłopakom, których w życiu nie widziały na oczy, umieszczały ich imiona w swoich identyfikatorach, zawsze w otoczeniu podkreślników, gwiazdek i serduszek. Niektóre sądziły, że rozmawiają z kimś online na wyłączność, ale oserduszkowane nazwy innych użytkowniczek zdradzały coś przeciwnego. Czasami zupełnie obce dziewczyny z sąsiednich szkół dodawały nas do kontaktów tylko po to, by zapytać prosto z mostu, czy rozmawiamy z tym samym chłopakiem, co one. Zdarzało się też – te historie zawsze były opowiadane w świetlicy ku przestrodze – że któraś przypadkiem ujawniała związek z chłopakiem, bo napisała do niego wiadomość w złym okienku i wysłała koleżance. Rozpętywały się tragedie na szekspirowską skalę.

W necie obowiązywała skomplikowana etykieta; jeśli zarówno ty, jak i chłopak, który ci się podobał, byliście zalogowani jednocześnie, ale on się do ciebie nie odzywał, najlepszym sposobem na ściągnięcie jego uwagi było wylogowanie się i zalogowanie jeszcze raz, bo wtedy system powiadamiał go o twojej obecności, co miało szansę zaowocować rozmową. Inną chętnie stosowaną sztuczkę stanowiło ukrywanie statusu online, jeśli chciało się uniknąć rozmawiania z kimkolwiek poza konkretną osobą, tak żeby nikt tego nie zauważył. To wszystko składało się na złożony edwardiański taniec dworski, w którym uczestniczyłam chętnie i z zaangażowaniem.

Wielogodzinne rozmowy rzadko prowadziły do spotkań w prawdziwym życiu, a jeśli nawet, to niemal zawsze kończyły się miażdżącym rozczarowaniem. Na przykład Max z podwójnym nazwiskiem, notoryczny czatowy casanova, znany z wysyłania dziewczynom pocztą zegarków Baby-G – po wielu miesiącach rozmów Farly umówiła się z nim pewnego sobotniego popołudnia przed kioskiem w Bushey. Zobaczyła go z oddali, spanikowała i schowała się za śmietnikiem. Patrzyła, jak raz za razem dzwoni do niej na komórkę z budki telefonicznej, ale nie potrafiła sobie poradzić z perspektywą spotkania twarzą w twarz i zwiała do domu. A potem dalej co wieczór gadali godzinami na czacie.

Ja miałam dwie takie sytuacje. Pierwsza była katastrofą – randka w ciemno w centrum handlowym nie trwała nawet piętnastu minut. Za drugim razem spotkałam się z chłopakiem z pobliskiej szkoły z internatem. Rozmawiałam z nim prawie przez rok, zanim wreszcie umówiliśmy się na pierwsze spotkanie w Pizza Express w Stanmore. Przez następny rok tworzyliśmy coś w rodzaju przerywanego związku, głównie dlatego, że on zawsze musiał siedzieć w szkole, czasami jednak go odwiedzałam, zawsze ze szminką na ustach i z torebką pełną fajek, które kupowałam mu jak sanitariuszka wysyłana na front, by motywować żołnierzy w okopach podczas drugiej wojny światowej. W internacie nie miał dostępu do internetu, nie było więc szans na czatowanie – musiały nam wystarczyć cotygodniowe listy i długie rozmowy telefoniczne, przez które mój ojciec siwiał z rozpaczy, kiedy co miesiąc dostawaliśmy trzycyfrowy rachunek.

*

W wieku piętnastu lat wdałam się w znajomość o wiele bardziej porywającą niż jakikolwiek flirt z okienek czatu MSN. Zaprzyjaźniłam się z Lauren, dziewczyną o niesfornych włosach. Miała mnóstwo piegów i orzechowe oczy zawsze obrysowane eyelinerem. Od dzieciństwa widywałyśmy się od czasu do czasu na przyjęciach urodzinowych w miejscowej kręgielni, ale dopiero nasza wspólna koleżanka Jess zapoznała nas, jak należy, kiedy wybrałyśmy się na obiad do jednej z niezliczonych włoskich sieciówek w Stanmore. Narodziła się między nami więź głębsza niż w jakimkolwiek romantycznym filmie na ITV2. Rozmawiałyśmy, aż zaschło nam w ustach, rozumiałyśmy się bez słów i co chwila zanosiłyśmy się takim śmiechem, że ludzie przy innych stolikach odwracali się, żeby popatrzeć. W końcu Jess pojechała do domu, a kiedy obsługa wreszcie wykopała nas z restauracji, usiadłyśmy na jakiejś ławce na mrozie, żeby jeszcze trochę porozmawiać.

Lauren była gitarzystką i szukała wokalistki, żeby założyć zespół; ja raz zaśpiewałam na wieczorze open mic w barze z niską frekwencją gdzieś na Hoxton i potrzebowałam gitarzystki. Następnego dnia zaczęłyśmy w garażu jej mamy ćwiczyć covery piosenek Dead Kennedys w konwencji bossa novy. Nadałyśmy naszemu zespołowi roboczą nazwę Wściekła Pankhurst, a potem zmieniłyśmy na jeszcze mniej zrozumiałą Sophie Nie Lata. Pierwszy koncert dałyśmy w tureckiej restauracji w dzielnicy Pinner. Tylko jeden z gości w zapchanej knajpie nie był członkiem naszej rodziny ani znajomym ze szkoły. Następnie zaliczyłyśmy wszystkie najlepsze lokalizacje: foyer kina w Rickmansworth, zapuszczoną przybudówkę piwnego ogródka pubu na Mill Hill, pawilon klubu krykieta tuż za Cheltenham. Grałyśmy na każdej ulicy bez policjanta. Śpiewałyśmy na każdej bar micwie, na którą nas wpuszczono.

Łączyło nas jeszcze jedno wspólne hobby – pionierska metoda dystrybucji treści z naszych czatów na MSN. Już na początku przyjaźni odkryłyśmy, że od powstania komunikatora obie kopiowałyśmy rozmowy z chłopakami i wklejałyśmy do dokumentu w Wordzie, a następnie drukowałyśmy i wpinałyśmy do segregatora, by czytać je przed snem jak powieść erotyczną. Uważałyśmy się za dwuosobową czatową potęgę wydawniczą wczesnych lat dwutysięcznych.

Kiedy jednak udało mi się zadzierzgnąć przyjaźń z Lauren, musiałam opuścić londyńskie przedmieście i zamieszkałam w koedukacyjnej szkole z internatem sto kilometrów na północ od Stanmore. MSN nie zaspokajał już wtedy mojego zainteresowania płcią przeciwną; musiałam się dowiedzieć, jacy są chłopcy w prawdziwym życiu. Przestał mnie satysfakcjonować zwietrzały zapach Ralph Lauren Polo Blue na listach miłosnych, a także piski i pobrzękiwania nowych wiadomości na czacie. Pojechałam do szkoły z internatem, by oswoić się z chłopakami.

(Przy okazji: dzięki Bogu, że tak się stało. Farly została w liceum dla dziewcząt i kiedy wylądowała na uniwersytecie po tych wszystkich latach bez chłopaków, zachowywała się jak wyposzczony słoń w składzie porcelany. W tygodniu zapoznawczym na uczelni zorganizowano imprezę z „sygnalizacją świetlną”; singli zachęcano do włożenia czegoś zielonego, a osoby w związkach do ubrania się na czerwono. Większość z nas uznała, że zielona koszulka wystarczy, ale Farly pojawiła się w uniwersyteckim barze w zielonych rajstopach, butach, sukience, z wielką zieloną kokardą na głowie, a do tego spryskała włosy zielonym sprejem. Równie dobrze mogła wytatuować sobie na czole: CHODZIŁAM DO ŻEŃSKIEGO LICEUM. Codziennie dziękuję losowi za dwa lata oślej łączki podczas oswajania się z koedukacyjnym środowiskiem szkoły z internatem, bo w przeciwnym razie niewykluczone, że w pierwszych dniach studiów też sięgnęłabym po zieloną mgiełkę do włosów).

Okazało się, że nie mam absolutnie nic wspólnego z większością chłopaków i że praktycznie w ogóle mnie nie interesują, chyba że mam ochotę któregoś pocałować, a tak się złożyło, że żaden chłopak, z którym chciałam się całować, nie był zainteresowany tym pomysłem, równie dobrze mogłabym więc zostać w Stanmore i nadal cieszyć się wyimaginowanymi związkami kultywowanymi na żyz­nych gruntach swojej wyobraźni.

Uważam, że winę za moje wygórowane oczekiwania wobec miłości ponoszą dwa czynniki: po pierwsze, jestem dzieckiem niemal żenująco zakochanych w sobie rodziców, a po drugie, moją psychikę ukształtowały filmy. W dzieciństwie wyróżniała mnie dość nietypowa obsesja na punkcie starych musicali, a dorastając, uzależniłam się od filmów z Gene’em Kellym i Rockiem Hudsonem i potem oczekiwałam, że chłopcy z mojego otoczenia będą się wykazywać podobnym urokiem i elegancją. Szkoła koedukacyjna szybko ukręciła główkę tym wyobrażeniom. Weźmy na przykład pierwszą lekcję wiedzy o społeczeństwie: byłam jedną z dwóch dziewczyn w dwunastoosobowej klasie i nigdy dotąd nie siedziałam w jednym pomieszczeniu z tyloma chłopakami; najprzystojniejszy, o którym zdążyłam się już dowiedzieć, że to seryjny łamacz serc (jego starszy brat, który skończył szkołę rok wcześniej, miał ksywkę Zeus), podał mi pod stołem karteczkę, podczas gdy nauczyciel wyjaśniał, na czym polega ordynacja proporcjonalna; karteczka była złożona na pół i miała narysowane serduszko, pomyślałam więc, że to liścik miłosny; otworzyłam go z nieśmiałym uśmiechem, w środku zobaczyłam jednak potwora z podpisem informującym, że to ork z Władcy pierścieni; pod spodem widniała wiadomość: „TAK WYGLĄDASZ”.

 

W weekendy odwiedzała mnie Farly. Całymi dniami gapiła się na setki chłopaków wszystkich kształtów i rozmiarów, łażących po ulicach z zarzuconymi na ramiona torbami sportowymi i kijami do hokeja. Nie mogła uwierzyć w moje szczęście: mogłam co rano siedzieć w kościelnej ławce razem z nimi wszystkimi, ja jednak odkryłam, że chłopcy przy bliższym poznaniu rozczarowują. Nie dorównywali poczuciem humoru moim nowym koleżankom ze szkoły i nie byli nawet w ułamku tak interesujący ani życzliwi jak one. Poza tym z jakiegoś powodu nigdy nie potrafiłam tak do końca rozluźnić się przy żadnym z nich.

*

Kiedy skończyłam szkołę, nie korzystałam już z czatu z tak religijnym zaangażowaniem jak wcześniej. Nadszedł mój pierwszy semestr na Uniwersytecie Exeter, a razem z nim świat Facebooka. Serwis okazał się wyspą skarbów dla łowczyń chłopaków online – miałyśmy dostęp do wszystkich najważniejszych informacji na jednej stronie. Regularnie przeglądałam zdjęcia kolegów ze studiów i dodawałam do znajomych każdego, kto choć trochę mi się podobał. Szybko dochodziło do wymiany wiadomości i planowania spotkań na wieczorach szotów albo na imprezach z pianą w którymś z okolicznych klubów. Studiowałam na kampusie w niewielkim miasteczku w hrabstwie Devon; zlokalizowanie się nawzajem nie stanowiło większego wyzwania. Jeśli MSN był białą kartką, którą mogłam zapełniać najdzikszymi fantazjami, to wiadomości na Facebooku stanowiły już tylko skuteczne narzędzie do zawierania znajomości. Właśnie tak studenci namierzali kolejne podboje, tak organizowali sobie czwartkowe wieczory.

Po ukończeniu studiów i powrocie do Londynu raz na zawsze wyleczyłam się z nawyku kontaktowania się z potencjalnymi obiektami uczuć na Facebooku z mocą agresywnej konsultantki Avonu, ale już zaczęłam zastępować ten zwyczaj następnym. Poznawałam faceta przez znajomych, na imprezie albo na mieście, zdobywałam jego imię i numer telefonu, a następnie tworzyłam z nim trwający tygodniami epistolarny związek oparty na SMS-ach lub mailach, aż wreszcie zgadzałam się na drugie spotkanie twarzą w twarz. Może robiłam tak dlatego, że nie znałam innego sposobu na poznanie kogokolwiek niż z zachowaniem fizycznego dystansu, który zapewniał mi dość przestrzeni na kreowanie najlepszej możliwej wersji siebie. Mogłam błyszczeć genialnymi żartami, najciekawszymi uwagami, piosenkami, które miały wywrzeć najlepsze wrażenie – zazwyczaj dostawałam je od Lauren, w zamian podsuwałam jej piosenki, którymi mogła podzielić się ze swoim facetem, z którym prowadziła taką samą grę. Kiedyś stwierdziła, że wysyłamy sobie dobrą nową muzykę w cenie hurtowej, a następnie przekazujemy facetom jako własne odkrycia z naliczoną „marżą emocjonalną”.

Ta forma komunikacji niemal zawsze kończyła się rozczarowaniem. Powoli zaczęłam rozumieć, że lepiej pozwolić pierwszym randkom wydarzać się w prawdziwym życiu zamiast na piśmie, w przeciwnym razie przepaść między prawdziwym człowiekiem a jego wyobrażeniem drastycznie się pogłębia. Wiele razy kreowałam w głowie czyjś obraz i wytwarzałam między nami chemię, jakbym pisała scenariusz, ale kiedy spotykaliśmy się na randce, odczuwałam miażdżący zawód. Przypominało to zawalone próby przed zdjęciami do filmu – zakładałam, że facet zapoznał się z napisanym przeze mnie scenariuszem, i byłam zawiedziona, że jego agent zapomniał go poinstruować, by nauczył się tekstu na pamięć.

Każda kobieta, która spędziła formatywne lata życia w otoczeniu wyłącznie dziewcząt, powie wam to samo: nigdy nie da się zupełnie otrząsnąć z przekonania, że chłopcy to najbardziej fascynujące, kuszące, odpychające i niepojęte stworzenia, jakie kiedykolwiek zasiedlały ziemię, równie niebezpieczne i mityczne, co wielka stopa. Zazwyczaj oznacza to też skazanie się na żywot wiecznej fantastki. Bo jak miałybyśmy tego uniknąć? Przez tyle lat przesiadywałam na murku z Farly, kopałam cegły grubą gumową podeszwą, gapiłam się w niebo i próbowałam stworzyć sobie dość fantazji, by zapomnieć o otaczających nas tabunach dziewczyn w identycznych szkolnych mundurkach. W żeńskiej szkole wyobraźnia codziennie przechodzi olimpijski trening. Niesamowite, jak łatwo przywyknąć do żaru świata imaginacji, kiedy tak często się do niego ucieka.

Zawsze sądziłam, że moja fascynacja i obsesja na punkcie płci przeciwnej opadną, kiedy skończy się szkoła i zacznie się prawdziwe życie, ale nie miałam pojęcia, że przed trzydziestką będę wiedziała o relacjach z facetami równie mało, co w dniu, kiedy po raz pierwszy zalogowałam się na czacie MSN.

Chłopcy stanowili problem. Piętnaście lat trwało, zanim zdołałam sobie z nim poradzić.