Krótki wstęp do apokalipsy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Redaktor prowadzący

Agata Sikorska

Redakcja i korekta

Ilona Turowska

Projekt okładki

Marcin Dolata

Skład

Stanisław Tuchołka • panbook.pl

Zdjęcie Autora na okładce

Ryszard Krasuń

Copyright © by Dobiesław Konieczny 2018

Printed in Poland

Wydanie I

ISBN 978-83-66024-21-2

Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Dygresje

ul. Jana Żupańskiego 7

61-572 Poznań

tel. (61) 653 01 43

dygresje@dygresje.pl

księgarnia internetowa

www.dygresje.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Tomasz

Tak późno – to już przecież zima – a ptaki wciąż jeszcze odlatują. Dziwne – pomyślał. Był wczoraj za miastem i jego uwagę przykuły rozcinające powietrze, hałaśliwe dzikie gęsi. Wprost nie mógł oprzeć się wrażeniu, że za chwilę wydarzy się coś niezwyczajnego, być może coś bardzo złego. Nic jednak się nie wydarzyło.

Tomasz Chmielewski przypomniał sobie o tym teraz, gdy stojąc przed oknem Galerii Triada, wpatrywał się w kolorowe fantasmagorie pozamykane w drewnianych ramach. Obserwowanie uspokajało go, dawało chwilową przyjemność.

W tym właśnie miejscu lubili z Justyną zatrzymywać się nocą i obserwować bez słów, trochę tak, jakby zaczynali śnić wspólny sen. „Ja, Justyna, biorę sobie ciebie…”. Nie, to nie tak, nie szukał jej odbicia w szybie, nie próbował sobie przypomnieć jej małej główki obok swojej głowy – „za męża” – nie przywoływał jej istnienia, kontemplował samotność – „i ślubuję ci…” – tak, był najzupełniej pewien, że jego ukochana znajduje się w innym wymiarze, no i poczuł, jak w tej chwili ów wymiar nachylił się lekko ku niemu. „Oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Uśmiechnął się, a uśmiech ten trwał, dopóki przejeżdżający za jego plecami samochód ucichł zupełnie.

Kiedy ruszył w dół ulicą Piwną, od chodnika oderwała się stalowoszara suka, podążając w ślad za swoim panem. Szli tak blisko siebie, że któreś z nich swobodnie mogłoby zamknąć oczy. Czworonożna istota zdawała się czytać mu w myślach. Czuł psa, jakby szedł z ukochaną pod rękę.

Znów nie wytrzymał, kucnął obok wejścia do kościoła Mariackiego, spojrzał psinie w oczy, a ta podskoczyła, oparła się łapami o jego barki i przytuliła pysk do twarzy pana. Ciekawe, jak długo mogłaby tak wytrzymać – pomyślał, zawsze to on kończył te niby przypadkowe zbliżenia. Tak, to wszystko jeszcze boli, tak nieprzyjemnie świeżo obezwładnia.

Noc była przyjemna i jasna, a miasto wyludnione, miał wrażenie, że ta chwila jest spreparowana wyłącznie dla niego, coś jakby dołożyć jeden malutki, ale pasujący klocuszek do układającej się w idealną całość epopei przeznaczenia. Ulotna myśl, pojawiła się i zaraz znikła, lecz dzięki niej podszedł bliżej murów wielkiej budowli, oparł się rękoma i spojrzał w górę. Poczuł się taki mały i samotny.

– Boże mój, daj mi pewność, że jestem częścią twego planu. Pozwól mi cię bardziej czuć, nie chcę być już dłużej taki samotny. Słyszysz? Albo po prostu mnie stąd zabierz! – Przytulił policzek do jednej z wilgotnych cegieł i jeszcze raz powtórzył: – Zabierz mnie stąd! Proszę!

Oderwał się nagle, jakby coś chwyciło go za kurtkę i odciągnęło, ukrył twarz w dłoniach i krzyknął bezgłośnie, z całych sił w głąb siebie. – Przepraszam, Panie! Przepraszam!

Uspokoił się, otrzepał, choć nie miał z czego, i ruszył dalej w kierunku Motławy, biorąc na swoje barki całą tę swoją zwyczajność, trochę zniesmaczony chwilową niesubordynacją. Może jeszcze przyjdzie czas, może przyjdzie taki czas, kiedy Bóg wykorzysta mnie do jakiegoś ważnego celu, jeśli jednak to się nie zdarzy, to nic, będę służył, powinienem nabrać więcej pokory, bo będę służył aż po kres.

Począł obchodzić kościół z lewej strony ulicą Szewską, wyłożoną niemal równymi, szarymi kamieniami o płaskich głowach. Przemieszczał się wolno i bardzo blisko ceglanego monstrum, jakby został wciągnięty w jego orbitę, co jakiś czas przytrzymywał dłoń na głowie psa. Doszedł tak do kolejnych wrót świątyni i tu cofnął się parę metrów, aby móc spojrzeć z lepszej perspektywy. Nad mocno osadzonymi skrzydłami drzwi, w wykutej wnęce tkwiły postaci świętych, zbite blisko siebie, jakby się zmawiały – były wyrzeźbione tak, że nigdy nie mógł przejść obok nich obojętnie, wręcz czuł się w obowiązku im potowarzyszyć. Rozpiął guzik czarnego płaszcza, rozluźnił nieco kaszmirowy szal i odetchnął głęboko.

Scena przedstawiała wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, ale on nie skupiał się na tematyce dzieła, lecz na technice wykonania i uczuciach wyzierających z kamiennych twarzy.

– To nie jest turysta, to jakiś miejscowy pajac! – Usłyszał za sobą głosy i kroki szybko zbliżających się ludzi. Odwrócił się, zauważył, że są wysocy i mają zakrywające im oczy czarne czapki z daszkami. Piekielnie mocny kopniak zwalił go z nóg, wiedzieli gdzie uderzać. Zgiął się w pół i przycisnął ręce do przepony, ból obezwładnił go całkowicie. Suka zwinęła ogon pod siebie, na szczęście była świadoma swojej starości, nie miała zębów, więc nie mogła gryźć, schowała się za głową swojego pana i poczęła lizać jego ucho, cicho przy tym skomląc.

– Zdejmij mu płaszcz i obszukaj go! – rozkazał ten, który uderzył, a teraz stał na czatach. – No, wyprostuj go sobie – ponaglił i począł rozglądać się nerwowo.

Głowa Tomasza odskoczyła do tyłu, a jego nos zaczął obficie krwawić. Pies przytulił łeb do włosów pana. Niektórzy sądzą, że dusze najbliższych zmarłych przeskakują na zwierzęta i jeszcze przez jakiś czas towarzyszą rodzinie, przysiągłbym, że czuję dłoń Justyny, jej spokojny oddech na twarzy. O Boże, czyżby to był mój bilet do wieczności? Tych dwóch nieznanych mi ludzi. Tomasz poczuł, jak próbują zdjąć z niego płaszcz. „Kupmy ten, o tak, w nim wyglądasz najlepiej, kochanie” – słowa zmarłej niedawno żony tkwiły w jego głowie. Uśmiechnął się.

– I co się tak śmiejesz? – Napastnik nachylił się nad ofiarą, wyraźnie dotknięty jej brakiem strachu, jakby nie chciała oddać mu należytego szacunku. Wyciągnął nóż, a jego srebrna gładź natychmiast zalśniła nagością. Tomasz nie potrafił tego powstrzymać, dawno nie uśmiechał się tak do nikogo, ostatnio do swojego przyjaciela – jeśli kogoś z żyjących brakowało mu w obecnej chwili, to właśnie jego. Cały czas patrzył w oczy wroga, z tym że to przecież nie był wróg. Uderzy czy nie uderzy? Nachyla się, bierze zamach, ma obce, chyba wystarczająco nieobecne oczy. Tomasz zamknął powieki. Panie, byłem dziś u spowiedzi, jeśli czymś cię uraziłem, przebacz, proszę.

– Zostaw! – krzyknął ten drugi, ale ostrze wtargnęło z impetem, brutalnie penetrując brzuch Chmielewskiego, po czym bez żadnych przeszkód wycofało się. To moja krew, to moja krew ze środka życia.

– Dziękuję! – szepnął Tomasz. – Dziękuję! – powiedział nieco głośniej, patrząc na powiększającą się na białym swetrze plamę krwi. Widok był zajmujący.

Napastnik cofnął rękę, aby uderzyć dużo silniej, ale jego kompan chwycił ją i wyrywał z niej nóż. Zrozpaczony Chmielewski patrzył, jak napastnicy oddalają się w pośpiechu. Wiedział, że musi być silny. Wiedział, że rana może nie być wystarczająca… Znów się uśmiechnął, bo przypomniały mu się słowa ze Skrzypka na dachu, musicalu, który bardzo lubiła Justyna: „Kiedy wszystko jest w najlepszym porządku, to ty myślisz sobie, zobaczymy jakiego by tu psikusa sprawić swojemu przyjacielowi…” Wstał w przekonaniu, że musi walczyć, Bóg nie pochwala lekceważenia życia. Przepraszam, Panie, że jestem w stanie dziękować za śmierć. Ty jednak wiesz, jak mi do ciebie tęskno, jeśli jednak to jeszcze nie jest ta chwila, sprostam. To nie do wiary, o tej porze Gdańsk jest zupełnie pusty.

Do domu miał niedaleko. Podniósł z ziemi płaszcz i z trudem założył go sobie na ramiona, czuł smak krwi z rozbitego nosa i jej ciepło na dłoni, którą mocno przyciskał do rany. Skulony, przeszedł ulicę Szewską i wkroczył w ciemne podwórze rosłych kamienic ulicy Piwnej, tędy miał bliżej, lecz tu było ciemno. Starał się o niczym nie myśleć, chciał dojść do domu i zadzwonić po pomoc. Przewrócił się na wystającym murku dziecięcej piaskownicy, skutecznie zamaskowanej w ciemnościach. Wstał, ale sprawiło mu to więcej trudu niż za pierwszym razem, czuł, że słabnie. Dotarł do krzaków, między którymi stały kubły pełne śmieci. Skoro tak wielu ważnych ludzi zginęło w podobnej scenerii, to dlaczegóż mnie miałby ktoś tego wzbraniać? Poczuł przemożną chęć położenia się między rozbebeszonymi, śmierdzącymi kontenerami, jednak opanował się, ale niechcący musnął najbliższy z nich i, odbijając się, stracił równowagę. Wyglądało to tak, jakby ktoś pchnął go mocno w plecy. Wypadł ze ścieżki na wąską ulicę Kozią, zahaczył czubkiem buta o krawężnik i w ostatniej chwili przytrzymał się ściany pierwszej w kolumnie kamienicy. Był już na swoim podwórzu. I dobrze – pomyślał – wcale nie chciałem tam umierać, wcale nie chcę umierać tu, w Gdańsku. Mimowolnie wróciło wspomnienie domu rodzinnego, domu, w którym teraz mieszkali obcy ludzie.

Musiał chwilę poczekać, aby nabrać sił na dalszą drogę. Stał pochylony, a krople krwi ściekającej po palcach upadały wprost na chodnik. Zobaczył, że spomiędzy kafli wyszedł mały robak. Tomasz nakierowywał krople tak, żeby go trafić

 

– I co, nie możesz spać? Dziwna zima, prawda? – zagadnął robala, lecz ten, przestraszony krwawymi bombami, czmychnął do kryjówki. Chmielewski zaśmiał się, a raczej cicho zarzęził, uświadamiając sobie, jak dziwny obraz stworzyli z robakiem, po czym ruszył dalej. Nagle zreflektował się, że nie ma z nim psa, przestraszony, odwrócił się za siebie i zobaczył, jak suka snuje się tuż za nim, zupełnie jakby nie chciała przeszkadzać.

– Jaki śliczny, jednoosobowy kondukt pogrzebowy – powiedział i natychmiast pożałował lekkomyślnych słów, bowiem psina spojrzała na niego żałośnie. Ocuciło to trochę Tomasza. Zawsze chciałem mieć taką śmierć, taką, żeby móc się pomodlić ze świadomością, że nadchodzi, i pożegnać z najbliższymi. Ale najbliższych już nie ma, a przyjaciel nie chce mnie znać. No, ale nic jeszcze nie jest pewne, być może śmierć to komfort, na który wciąż mnie nie stać. Dotarł do klatki schodowej: Piwna trzydzieści jeden, klatka B, mieszkanie numer trzy.

– Klucze! Gdzie są klucze?! – Zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza. Są, oszczędzili je niestety. Ale jakim cudem? Pewnie aż tak wystraszyli się mojej rany. Tomasz poczuł przypływ sympatii do niedawnych oprawców. Panie, jeśli może im to w jakiś sposób odjąć winę, to proszę cię o to. Wyciągnął klucze i otworzył drzwi prowadzące na klatkę schodową – zamykając je za sobą, przysunął nogą przed futrynę kamień wykorzystywany przez sąsiadów do tego, aby się nie zatrzaskiwały. Jeśli wdrapię się na górę, być może nie będę w stanie w odpowiedniej chwili podejść do domofonu. Staram się, Panie. Widzisz? Nigdy by się nie spodziewał, że ów kamień kiedyś i jemu się do czegoś przyda. Tak samo wchodząc po schodach, musiał pomagać sobie balustradą, starą, wysłużoną metalową poręczą, której nigdy wcześniej nie dotykał. Czuł, jak rana pulsuje, wiedział, że z każdą nową falą wydobywającego się ciepłego płynu jest bliżej celu, ale był również i bliżej telefonu. A więc czy będę wciąż czekał na Boży plan, którym tłumaczyłem własne istnienie, czy też umrę nieświadomy dokonującej się roli. Proszę, nie posądź mnie, Panie, o pychę, tyle jest bezimiennych śmierci, ja wiem, życie służy ratowaniu przede wszystkim swojej duszy. Ufam, iż sprostałem, ale miałem nadzieję, że zechcesz jakoś inaczej wykorzystać to oddanie. Tyle miałem planów, nie podobały się Tobie, Panie?

Tomasz stanął przed swoim mieszkaniem, popatrzył przez ramię na ślady, jakie pozostawił za sobą na stopniach. Nie włączył światła, ale na klatce było dostatecznie jasno od stojącej na podwórzu latarni.

Boże, oto życie moje. Dlaczego nie obdarzysz mnie inną śmiercią? Ty wiesz, że dla ciebie mógłbym z pokorą ofiarować więcej, tak, uważam, że sprostałbym. Panie! Czy już dziś spotkam Justynę? Czy mam szansę zobaczyć rodziców, co jeszcze mogę zrobić? Wiem, mam wykorzystać każdą szansę. Tomasz włożył klucz do zamka i poczuł, że słabnie. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i osunął się na kolana. – Oooo… – Zaśmiał się jak mysz z bajki Disneya, gdy zbliżało się niebezpieczeństwo, nie pamiętał, jaka to bajka. Ucieszył się, że wciąż nie opuszcza go poczucie humoru. Ale nie, nie tutaj – pomyślał. Wystarczy, że dokonam żywota w środku, szkoda, że nie jest możliwe, aby stało się to w rodzinnym domu, tym jedynym, prawdziwym, na wsi. To nic, Panie, to nic.

Wszedł do środka, psina wśliznęła się za nim. Przezornie nie zamknął drzwi na zamek. Spojrzał w lustro, było na tyle wysokie, że widział całą swoją postać. Stanął tuż przed szklaną taflą i spojrzał sobie w oczy. Przypomniało mu się, jak układał swoje włosy, kiedy szedł do pierwszej klasy podstawówki – zawsze potem zaczesywał je na bok z przedziałkiem, ale wtedy właśnie chciał je sobie podnieść, a one się go nie słuchały, nawet interwencja mamy nic nie pomogła.

O Panie, jakie mi ładne wspomnienia podsyłasz. Zajaśniało mu szkolne podwórze i lipa na samym jego środku – centralne miejsce do zabawy w chowanego.

Tak wiele oddałbym teraz za jedno takie odliczanie, za krótką zabawę w ganianego, trzy, dwa, jeden – szukam. Ale tak nie można. Trochę już się przecież nażyłem. Uśmiechnął się szeroko. Dużą przyjemność sprawiło mu patrzenie na swoje zmarszczki wokół oczu.

To już trzydzieści dwa lata, Panie, jak jesteśmy razem. Dałeś mi wiele chwil radosnych, ale i bolesnych. Chmielewski spojrzał na swoją ranę i zobaczywszy, że jego dłoń jest pełna krwi, jął przesuwać się po ścianie w kierunku sypialni.

Muszę się pospieszyć, bo jeszcze pomyślisz sobie, Boże, że się ociągam, muszę zanieść swoje ciało kawałek dalej, bo wyobrazisz sobie coś złego. Och nie, to nie miało tak zabrzmieć. Ciekawe, Panie, czy masz poczucie humoru? Bo to nie był przemyślany żart. Tomasz znów zarzęził radośnie, wyobrażając sobie dobrotliwy śmiech Boga, i natychmiast posmutniał, zdawszy sobie sprawę, że te chaotyczne myśli to początek omamów.

Dobrze, już nic, lepiej uspokoić umysł, ale pamiętasz, Boże, zawsze chciałem umrzeć, słysząc muzykę. Mam nadzieję, że nie będziesz mi miał za złe, jak szybciutko coś sobie wybiorę.

Tym razem rozśmieszyło Tomasza słowo „szybciutko”, lecz przy pierwszej próbie śmiechu poczuł na dłoni obfitą falę lepkiego płynu Ooo. Najwyraźniej tracę moc. Wydał z siebie parsknięcie. Dotarł do półki z płytami, wziął do ręki album utworów pasyjnych Bacha, ale odstawił go na bok, widząc, że pobrudził pudełko. Sięgnął po nie ponownie i próbował je wyczyścić, lecz zamiast tego zakrwawił je jeszcze bardziej – Wam, wielcy kompozytorzy, wiatr zawsze w oczy – skwitował, teraz już tylko wyginając wargi. Trochę krwi dostało mu się na język, więc mlasnął przeciągle. Zdało mu się, że czuje smak noża, jakby jego woń krwiobiegiem przedostała się na kubki smakowe. Wyobraził sobie, że gdyby teraz ktoś go podglądał, to zapewne stwierdziłby, że to on sam zrobił sobie dziurę w brzuchu. Odstawił Bacha i wziął Mozarta. Tak, to najgenialniejsze requiem, jakie zdołał poznać świat. Ciekawe, czy pozwalasz słuchać tego aniołom w niebie? Pewnie sam Mozart prowadzi niebiańską orkiestrę. A tak w ogóle ciekawe, Boże, jaki jest twój ulubiony kompozytor, a może na równi stawiasz Biedroneczki są w kropeczki, jeśli zrodzone zostały z tej samej pasji życia? To jak ją wyrażamy, to już nasz problem, być może „biedroneczki” więcej ludzi zmusiły do miłości niż wszystkie utwory Mozarta.

Tym razem Tomasz spoważniał i niemal ze smutkiem odstawił plastikowe pudełko.

Ja tam wolę Mozarta, mimo wszystko.

Chcąc nie chcąc, Chmielewskiemu wyświetliło się, jak Bóg słucha „biedroneczek” i choć wiedział, czym to grozi, parsknął ochryple. Nie przewrócił się tylko dlatego, że opierał się mocno o front szafki.

Tak, na zbyt dużo sobie pozwalam, ale w końcu umieram i pewnie stąd tyle bredni w mojej głowie, nie poczytaj mi, Boże, tego za winę, proszę. Nagle jego wzrok natrafił na znajomą okładkę. Tomasz spiął się – płyta, której się przyglądał, musiała wiele dla niego znaczyć. Bernard Ładysz, Śmierć Borysa, tak, Musorgski, Borys Godunow,

– Dziękuję – powiedział, ale nie miał pojęcia, czy bardziej dziękuje Justynie, od której tę płytę otrzymał, czy Bogu, że właśnie na nią trafił, a może samemu Ładyszowi, który śpiewał tam ulubioną partię Tomasza. Wyjął płytę, obchodząc się z nią nader delikatnie, i włożył do odtwarzacza. W oczekiwaniu na pierwsze dźwięki skrzypiec usiadł na ziemi i oparł się plecami o rozłożone łóżko. Błogie pociągnięcia smyczkiem nadeszły niczym upragniony sen, były jak kochana dłoń na czole, jak otwarcie bogato ilustrowanej baśni życia, wypełnionej tylko dobrymi zdarzeniami. Zakołysały się trzciny przy brzegu jeziorka, z którego Tomasz wyciągał swoje pierwsze złowione ryby. Gdzieś na horyzoncie wyczekiwało miłosne spojrzenie Justyny. Odezwał się głos tenora „ostawcie nas pójditie wsie”. I cisza, krótka, bo zaraz Ładysz zaśpiewał „praszczaj mój syn, umirajut”, i sączyła się przy tym muzyka, szeptem zaledwie, szeptem strumienia, tego samego, który kiedyś porwał papierowy stateczek Tomka. Car przekazywał władzę i rady ojcowskie synowi. Wielkie muzyczne arcydzieło, prawda, Boże? Czysta prawda. Szkoda, że mój tata umarł tak nagle, ciekawe, jakie słowa by mi pozostawił. Niech sobie Bernard śpiewa, ja się pomodlę. I zaczął się Tomasz modlić, odjął dłoń od rany. – „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” – szeptał niezrozumiale. Zdjął telefon z nocnego stolika, zwiesił głowę. – Oddal od nas wszelkie pokusy i zbaw nas od wszelkiego zła, amen. Ty jesteś moim ojcem, Boże, jestem więc dzieckiem twoim, nie obraź się na mnie za to, co ci teraz powiem”. – Tomasz zamilkł i w chwili gdy głos Ładysza – „nadgrobnyj wapr, swiwa cwietłaja swiwa, w manoki car idziot” – wtargnął w partię chóru – „płaczcie, płaczcie, rukije” – Chmielewski, nie słysząc swojego głosu, powiedział: – Czemu służyć ma życie? Zbawieniu duszy?! Czekam więc, niech mnie uniosą: wiatry dalekie, morza głębokie, przestworzy odmęty, aniołów zastępy. Gdy Ładysz w głębokim uniesieniu wyśpiewał „Boże, Boże, czaszka mnie uże… kak moja smierć” – Tomasz przestał oddychać.

Ania

Wsiadła i zamknęła za sobą drzwi, plasnęły miękkim, przyjemnym dźwiękiem komfortu. Nigdy nie kupiłby sobie takiego auta, gdyby nie jej wieczne narzekania. Rozpięła swój popielaty, szyty na miarę płaszcz. Zawsze wiedziała, jak się ubrać, wydatki na ciuchy były sporym obciążeniem dla jej chaotycznego, acz niemałego budżetu.

Jechali do jej rodziców, więc wskazana była elegancja i – żeby podkreślić, jaka jest niezależna – stonowana kolorystyka. Pod płaszczem miała matowo srebrny żakiet, stalową jedwabną, rozpiętą o trzy guziki koszulę i przewiązaną luźno czarną apaszkę. Spodnie kończyły się przed kostką i Waldemar mógł podglądać, jak wyglądają stopy jego żony w zgrabnych, kupionych za nieprzyzwoite pieniądze, szpilkach. Nie znał kobiety, która lepiej radziłaby sobie z wysokimi obcasami. To był jego fetysz, jej stopy i kolana podczas najprostszych czynności, kiedy je łączyła albo spontanicznie rozłączała, obserwował i budował w sobie mimowolnie erotyczne obrazy.

Wiedziała, że Waldemar często tam zerka, i choć nie miała kompleksów, to bywało, że czuła się nieswojo, jakby ktoś wiedział o niej coś, o czym ona nie miała pojęcia.

– Zabrałaś wszystko? – spytał, wkładając kluczyki do stacyjki. Kobieta otworzyła białą skórzaną teczkę, pogrzebała w niej chwilę i stwierdziła:

– Tak, mam wszystko. – Zgięła przy tym kokieteryjnie, choć nieświadomie, stopę w kostce, i Waldemar, widząc to, musiał przełknąć ślinę.

– Wiem, powinnam włożyć inne buty, ale kozaki są spakowane w bagażniku – powiedziała.

Waldemar włączył silnik i na tablicy rozdzielczej pojawiły się błogie, uspokajające kolory. Światła reflektorów wbiły się w pobliskie drzewa i wyłupiły je z ciemności. Zanim ruszył, jeszcze raz spojrzał na niepokojąco piękną twarz żony. Wiedział, że nigdy nie uwolni od niej duszy. Od chwili, kiedy zobaczył ją pierwszy raz, zyskał pewność, że to najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widział.

Czarne volvo zjechało z przydomowej, wyłożonej brukową kostką alejki i wjechało w szutrową uliczkę, wytyczoną przez nienagannie ostrzyżone, wiekowe, pełne suchych liści graby. Zaczął prószyć śnieg. Do świtu pozostały dwie godziny. Stróż, widząc nadjeżdżające auto, w porę uruchomił mechanizm rozsuwający ciężką bramę. Nie musieli się zatrzymywać przed wyjazdem z posesji.

– Do widzenia państwu! – krzyknął stróż.

– Do zobaczenia, Ludwiku! – odpowiedział Waldemar, ale stary człowiek nie mógł tego słyszeć, musiał wystarczyć mu życzliwy uśmiech.

Na niebie nie było ani jednego punktu orientacyjnego, ani jednej malutkiej gwiazdy, zionęło czarną nieodgadnioną pustką. Ilość płatków śniegu zwiększała się lawinowo, i kierowca musiał włączyć wycieraczki. We wstecznym lusterku dostrzegł, jak Ludwik wyciąga z szopy łopatę do odśnieżania, i zrobiło mu się błogo na sercu. Otwierająca się przed nim przestrzeń wydała mu się niezwykle kusząca. Teraz ma żonę tylko dla siebie, położył dłoń na jej kolanie.

– Czy naprawdę musimy jeździć tym starym wrakiem? – spytała, patrząc przed siebie. – Niektórzy twoi pracownicy mają znacznie lepsze samochody – dodała, wkładając sobie w ucho bezprzewodową słuchawkę z wbudowanym mikrofonem. Wiedziała, że niedługo rozdzwoni się telefon, musiała być przygotowana. Niby razem, a jednak tak daleko od siebie.

– To nie jest wrak, to klasowe siedmioletnie auto, ma wszystko, czego chciałaś: klimatyzację, skórzaną tapicerkę, wszędzie zagłówki i do tego masz podłokietnik na własny użytek.

 

– Czasami nie mogę znieść tych twoich dziwactw – powiedziała, odwracając głowę w bok, jakby chciała wypatrzeć coś przez boczną szybę.

Dostrzegł jej odbicie – małą, przezroczystą dziewczynkę, przez którą prześwitywały kolorowe punkty budzącego się miasta. Przypomniała mu się jedyna podróż z dzieciństwa, daleka, razem z ojcem, beztroska. Mógł powiedzieć żonie, mógł jej uświadomić, że tak naprawdę nie chodzi jej o samochód, a o prestiż – tę soczystą marchewkę dla głupców, na końcu kija. Ale to by nic nie dało, nie zrozumie, być może zaledwie przeczuwa, że nigdy się nią nie zaspokoi. – Ten też jest dobry – powiedział spokojnie.

– Gdybym nie była w ciąży, to nadal jeździlibyśmy tamtym prehistorycznym gruchotem – stwierdziła z żalem.

– Niewykluczone – oznajmił, koncentrując się nad czystą, nienaznaczoną jeszcze kołami bielą pokrywającego szosę śniegu. Zastanawiał się, czy Ania byłaby w stanie płakać z tak błahego powodu jak dobór auta i czy już kiedyś nie rozpłakała się ukradkiem.

– Wiesz, że nie znoszę zbyt dużych kontrastów. Naprawdę dobrze byś się czuła, gdybyśmy, jadąc jaguarem, mijali ludzi grzebiących za kawałkiem chleba w śmietniku?

– Nie. Ale powiedz mi, w czym jesteśmy lepsi, jadąc tym samochodem, albo nawet przechodząc obok nich pieszo?

– No właśnie, i tu zmierzamy do sedna całego zagadnienia. W niczym nie bylibyśmy lepsi, bo ludzką nikczemność mierzy się poziomem obojętności.

– Wiesz co, Waldek, ty chyba sobie za dużo wyobrażasz, sądzisz, że jeśli pomogłeś paru biedakom, to już jesteś taki dobry.

– Nie, nie, Anka, chodzi mi o to, że jeśli bogacze zrezygnowaliby z części swoich majątków, to świat stałby się lepszy.

– Tak, no to z czego ty do tej pory zrezygnowałeś? Z wyścigowego porsche, o którym marzyłeś w dzieciństwie, no, z czego, oprócz ekskluzywnych marzeń? To śmieszne.

– Nie znasz mnie, kochanie. Ja, ja nie wyrzekam się własnego interesu. – Waldemar zawahał się przez moment, nie chciał wypowiadać ostatniej myśli, ale jednak się zdecydował. – Dzięki temu, że inwestuję, mogę wspomóc więcej ludzi.

– Tak, to bardzo wygodne stanowisko. – Anka zaśmiała się. Pewnie chciała powiedzieć coś zjadliwego, ale akurat zadzwonił jej telefon.

To nie miało tak wyglądać. Waldemar długo zastanawiał się, jak opowiedzieć żonie o swojej charytatywnej działalności, tak żeby ją to w jakiś sposób ujęło. Nie udało się, na pewno następnym razem lepiej się przygotuje. Zawód zdradzały jedynie jego oczy. Długie palce Ani z uda powędrowały na twardy, spięty prowadzeniem w trudnych warunkach kark – to miała być forma pocieszenia. To dobrze, to bardzo dobrze, że jest taka troskliwa. Rozmawiała przez telefon i patrzyła na niego, uśmiechając się – to nie mogła być ważna rozmowa.

Pracowała w dużej firmie, mającej pod kontrolą kilka hoteli w Polsce. Waldemar nawet nie potrafił wypowiedzieć nazwy jej stanowiska. Była wybitnie predysponowana do funkcji, jaką pełniła. Mając zaledwie dwadzieścia pięć lat, wyrobiła sobie świetną pozycję. Pracownicy korzyli się przed jej majestatem, a ona zachowywała wszelkie pozory normalności.

– No dobrze, a co ja ci wczoraj mówiłam?… No właśnie, a ty co zrobiłaś… no i co z tego, że jeden z nich mówi po angielsku? Mieli usłyszeć swój ojczysty język w naszym hotelu! Jak ja mam to odebrać, przecież to samowolka… Napomknęłam tylko, aha, no tak, pewnie masz rację, chociaż zdaje mi się, że nie wypełniłaś polecenia… No i co z tego, co ty w ogóle wygadujesz, nie mogłaś znaleźć odpowiedniej osoby? Jak chcesz, to ja ci w ciągu godziny przyślę pięciu tłumaczy japońskiego… A zresztą, wiesz co, umówmy się tak, na kiedy oni mają zaplanowaną kolejną rezerwację? No i bardzo dobrze, jeśli ją odwołają, to masz po premii. No i co tak zamilkłaś, zamurowało cię? Zaufanie, daj spokój, nie popłacz się tylko, weź się w garść, pomódl się albo potrzymaj kciuki, czy co tam wolisz, albo potraktuj to… Czekaj, spytam o coś. Waldek, jak ty mówisz o swojej wierze?

– Co? – Mężczyzna wybałuszył oczy.

– Aha, już wiem. – Anka wróciła do zawieszonej rozmowy. – Potraktuj to jako dokonującą się szansę. Rozumiesz? – zakpiła i rozłączyła się.

– Więc jesteś takim dobrym człowiekiem, kochanie? – powiedziała jak gdyby nigdy nic. – Gdybym nie miała lęku przed prowadzeniem, to wiesz jaki chciałabym sobie kupić samochód?

– Nie, nie wiem – odparł Waldemar. Znów nie mógł uwierzyć w nagłą łagodność oblicza żony. Ale ono było łagodne, delikatne i diabelnie piękne, gdzieś tam jednak czaiło się niebezpieczeństwo, może w krągłości noska, może w zmysłowej linii górnej wargi, być może jej zielone oczy nie wyrażały oddania, a skupienie. Waldemar pomyślał przez chwilę, że tak jak pieszczoty, równie dobrze mógłby oczekiwać ukąszenia. Żona wydała mu się nagle przepojoną perwersją modliszką, oczekującą ofiary.

Przejeżdżali obok kościoła i Waldemar przypomniał sobie, że nie pomodlił się rano. O ile Anka nie komentowała jego pacierzy w domu, jeśli oczywiście nie trwały zbyt długo, to każdy przejaw łączności męża, poza domem, z czymś, co w jej rozumieniu było wyimaginowanym tworem chorej wyobraźni, kwitowała dezaprobatą na pograniczu szyderstwa. Irytowała się, gdy okazywał szacunek znakiem krzyża lub skinieniem głowy kapliczkom czy świątyniom. Od dawna uznawała je za produkty instytucji korzystającej z lęku człowieka przed śmiercią. Patrzyła na niego, jak patrzyłaby na umysłowo chorą osobę, dopuszczającą się jakiegoś przewinienia.

Waldemar był w rozterce, nie chciał zniechęcać Anki niezrozumiałymi dla niej gestami, a z drugiej strony nie chciał obrazić Boga. Przeżegnał się więc dyskretnie i na moment zatopił w modlitwie.

– A ty co? Nadal masz niezapowiedziane projekcje. Nawet jeśli ten twój Bóg istnieje, to myślisz, że chce, abyś urządzał sobie taki cyrk? To twoje dziedzictwo, co? A pomyślałeś, co by było, gdybyś urodził się Arabem? Próbowałeś uwolnić się kiedyś od tego i zobaczyć, jak to dobrze żyć bez obciążeń? – Zamilkła, bo spojrzał na nią litościwie, choć z wyrzutem, niczym dziecko po klapsie. Nagle wydał jej się szczeniaczkiem o płochych, dobrych oczach. – Aston Martin – powiedziała.

– Słucham?

– Aston Martin, tej marki chciałabym mieć samochód… i kiedyś z pewnością będę miała.

– Aha – odparł i ścisnął mocniej kierownicę, śnieg atakował wściekle i znacznie ograniczał widoczność, napęd na cztery koła sprawiał jednak, że czuł się bezpiecznie.

Od jakiegoś czasu jechali trasą na Warszawę, ruch na drodze zwiększał się stopniowo, jednak samochodów wciąż było bardzo mało. Ania skończyła właśnie swoją czwartą bądź piątą rozmowę telefoniczną. Waldemar od kilku chwil czytał na głos co ciekawiej brzmiące nazwy miejscowości:

– Rakowe Pole, Ra-ko-we Po-le jeden kilometr – sylabizował, zastanawiając się, dlaczego Anka ogląda się za drogowskazem. Wyglądało to tak, jakby chciała sprawdzić, czy jej nie nabiera.

Świtało i gęsta ciemność zaczęły ustępować szarościom, płatki śniegu traciły pomału gwiezdny blask, ale nadal ograniczały horyzont do świetlistej plamy. Waldek przypomniał sobie, że dawno nie sprawdzał temperatury, jak miał to w zwyczaju czynić dość często. W domu posiadał bodaj trzy zewnętrzne termometry i kiedy tylko któryś z nich uległ uszkodzeniu, zaraz wymieniał go na nowy. Lubił, gdy było mroźno, przypominało mu to błogie chwile: późne powroty z sanek, drwa trzaskające w piecu, gorące kąpiele w metalowej balii na środku pokoju i powieści o dalekiej północy Londona albo Curwooda. Wcisnął przycisk. Miodową poświatą ciemnobrązowych cyfr wyświetliła się informacja, że wewnątrz mają osiemnaście stopni Celsjusza, a na zewnątrz minus dziesięć. Poczuł niewielki dreszczyk rozkoszy. Kiedy wyjeżdżali, było minus dwanaście. Więc zima, prawdziwa zima – skonstatował w duchu.

– Jazowa – zakomunikowała Anka i Waldemar natychmiast obejrzał się za drogowskazem. Choć nie zdążył niczego dostrzec, zrozumiał, że tak jak wcześniej ona, tak teraz on uległ zwykłej ciekawości.

Auto prowadziło się świetnie, sunęło, jakby nie dotykając drogi. Nigdy nie miał tak silnego i komfortowego samochodu. Nie przekraczał osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i czuł się błogo jak ze swoim sznaucerem w sypialni na dywanie. Jak dotąd wyprzedził kilka pojazdów, a jego nie wyprzedzono ani razu. Do Ani znów ktoś zadzwonił i tym razem rozmawiała po francusku. Waldemar nic nie rozumiał i pomyślał, że mogłaby przecież z kimś flirtować, a on niczego by się nie domyślił. Przypomniała mu się scena z Lalki Prusa, kiedy Wokulski niespodziewanie przemówił do swojej ukochanej po angielsku. Kobieta flirtowała w tym, zdawało jej się, nieznanym dla niego języku, z innym mężczyzną. Zdziwienie w jej oczach było ogromne i niemal równało się utraconemu przez Wokulskiego marzeniu. Po plecach Waldemara przeszedł zimny dreszcz pomyślał, że zdrada musi okropnie boleć.