Metro 2034

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Metro 2034
Metro 2034
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,89  55,91 
Metro 2034
Audio
Metro 2034
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Audio
Metro 2033
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Prawo do zemsty
Prawo do zemsty
E-book
29,90 
Szczegóły
Mutant
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

Метро 2034

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2009

through Nibbe & Wiedling Literary Agency

www.nibbe-wiedling.de

All rights reserved

The moral law of the authors has been asserted

Przekład z języka rosyjskiego

Paweł Podmiotko

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak

Dominika Pycińska

Pracownia 12A

Projekt okładki

Ilja Jackiewicz

Ilustracje

Diana Stiepanowa

Projekt logo i mapy

Jacek Doroszenko

www.doroszenko.com

Konwersja

Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2010–2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-61428-60-2

Wydanie III

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis twitter.com/insignis_media (@insignis_media) instagram.com/insignis_media (@insignis_media) Snapchat: insignis_media

Drodzy moskwianie i goście stolicy!

Moskiewskie metro to system transportu, którego użytkowanie wiąże się z podwyższonym ryzykiem.

[Informacja w wagonie moskiewskiego metra]

Co zostaje po umarłych?

Co zostanie po każdym z nas?

Homer

Prolog

Rok 2034.

Cały świat leży w gruzach. Ludzkość niemal w całości zginęła. Promieniowanie sprawia, że na wpół zburzone miasta nie są zdatne do życia. A poza ich granicami podobno zaczynają się bezkresne wypalone pustynie i gęstwiny zmutowanych lasów. Ale nikt nie wie na pewno, co tam jest.

Cywilizacja ginie. Pamięć o dawnej wielkości człowieka obrasta w bajki i zmienia się w legendy. Od dnia, w którym ostatni samolot oderwał się od ziemi, minęło ponad dwadzieścia lat. Przeżarte rdzą tory kolejowe prowadzą donikąd. Nieukończone budowy nowego stulecia zamieniły się w ruiny. W eterze panuje cisza – kiedy radiowcy po raz tysięczny próbują nastroić się na dawną częstotliwość Nowego Jorku, Paryża, Tokio czy Buenos Aires, słyszą tylko ponure wycie.

Minęło ledwie dwadzieścia lat, odkąd to się wydarzyło, ale człowiek nie jest już panem Ziemi. Stwory zrodzone z promieniowania są znacznie lepiej przystosowane do nowego świata. Epoka człowieka dobiega kresu.

Tych, którzy nie chcą w to uwierzyć, jest bardzo niewielu – zaledwie kilkadziesiąt tysięcy. Nie wiedzą, czy ktoś jeszcze się uratował, czy też są ostatnimi ludźmi na planecie. Żyją w moskiewskim metrze, największym z wybudowanych niegdyś schronów przeciwatomowych – ostatnim schronieniu ludzkości.

Wszyscy ci ludzie znaleźli się w metrze tamtego dnia i to uratowało im życie. Hermetyczne zapory chronią ich przed promieniowaniem i potworami ciągnącymi z powierzchni, stare filtry oczyszczają powietrze i wodę. Skonstruowane przez majsterkowiczów prądnice produkują prąd elektryczny, w podziemnych gospodarstwach uprawia się grzyby i hoduje świnie.

Centralny system władzy już dawno upadł, a stacje przekształciły się w karłowate państewka. Mieszkający w nich ludzie gromadzą się wokół idei, religii lub po prostu filtrów wodnych.

To świat, w którym nie ma jutra. Nie ma w nim miejsca na marzenia, plany, nadzieje. Uczucia ustępują tu instynktom, a najważniejszy z nich każe przeżyć. Za wszelką cenę przeżyć.

O wydarzeniach poprzedzających historię opisaną w niniejszej książce przeczytacie w powieści Metro 2033.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1 // Obrona Sewastopolskiej

Nie wrócili ani we wtorek, ani we środę, ani nawet we czwartek, umówiony jako termin ostateczny. Pierwszy posterunek pełnił służbę przez całą dobę i gdyby wartownicy usłyszeli choć echo wołań o pomoc, dostrzegli słaby odblask światła na wilgotnych, ciemnych ścianach tunelu, to naprzód, w kierunku Nachimowskiego Prospektu, natychmiast wysłano by oddział szturmowy.

Napięcie rosło z każdą godziną. Najlepsi żołnierze, doskonale wyposażeni i specjalnie przygotowywani do takich zadań, czuwali na okrągło. Talia kart, przy których zabijało się czas między jednym a drugim alarmem, już drugą dobę pokrywała się kurzem w szufladzie biurka w wartowni. Zwyczajowe pogaduszki przeszły w ciche, niespokojne rozmowy, a te – w ciężkie milczenie: każdy miał nadzieję, że pierwszy usłyszy echo kroków powracającej karawany. Zbyt wiele od niej zależało.


Mieszkańcy Sewastopolskiej, z których każdy – od pięcioletniego chłopca do zgrzybiałego starca – umiał obchodzić się z bronią, przekształcili ją w niedostępną twierdzę. Najeżona gniazdami karabinów maszynowych, zasiekami z drutu kolczastego, a nawet zespawanymi z szyn zaporami przeciwczołgowymi stacja – zdawałoby się, całkowicie zabezpieczona – mogła w każdej chwili upaść.

Jej piętą achillesową był ciągły brak amunicji.

Gdyby mieszkańcy jakiejkolwiek innej stacji byli zmuszeni mierzyć się z tym, co każdego dnia musieli powstrzymywać ludzie na Sewastopolskiej, z pewnością nie zastanawialiby się nawet nad jej obroną, lecz uciekliby jak szczury z zalanego tunelu. Nawet potężna Hanza – związek stacji Linii Okrężnej – po kalkulacji zysków i strat raczej nie zdecydowałaby się rzucić sił potrzebnych do obrony Sewastopolskiej. Co prawda jej znaczenie strategiczne było znaczne, lecz mimo to gra nie była warta świeczki.

Energia elektryczna była rzeczywiście bardzo droga. Do tego stopnia, że sewastopolczycy, którzy wybudowali jedną z największych elektrowni wodnych w metrze, za zyski z dostaw prądu dla Hanzy zamawiali u nich całe skrzynie amunicji i wciąż byli na plusie. Wielu z nich musiało jednak płacić nie tylko nabojami, ale i swoim zmarnowanym, przerwanym życiem.


Wody gruntowe, które Sewastopolska zarazem błogosławiła i przeklinała, oblewały ją ze wszystkich stron, niczym wody Styksu oblewające kruchą łódź Charona. Poruszały łopatkami dziesiątek turbin postawionych przez samouków w tunelach, jaskiniach, łożyskach podziemnych strumieni – wszędzie, dokąd mogły się dostać grupy inżynieryjno-zwiadowcze, dając światło i ciepło samej stacji i dobrej trzeciej części Linii Okrężnej.

Woda nieustannie podmywała podpory tuneli, wyżerała cement spojeń, spokojnie szemrała gdzieś całkiem blisko za ścianami holu stacji, próbując uśpić czujność jej mieszkańców. Wreszcie, nie pozwalała zasypywać zbędnych, nieużywanych tuneli, z których na Sewastopolską nieprzerwanie, niczym jadowita stonoga wciskająca się do maszynki do mięsa, szły całe hordy koszmarnych stworów.

Mieszkańcy stacji, załoga tej żeglującej po piekielnych wodach fregaty, byli zmuszeni po wsze czasy odnajdywać i zalepiać wszystkie nowe szczeliny, bo ich okręt dawno już zaczął przeciekać, a przystań, w której mógłby odzyskać spokój, po prostu nie istniała.

I jednocześnie musieli odpierać atak za atakiem potworów wciąż próbujących się wedrzeć abordażem z Czortanowskiej i Nachimowskiego Prospektu… wypełzających z szybów wentylacyjnych, wypływających wraz z wartkimi, mętnymi strumieniami ścieków, rwących z południowych tuneli.

Zdawało się, że cały świat powstał przeciw sewastopolczykom, nie szczędząc wysiłków, by wymazać ich schronienie z planu metra. A ci do końca trzymali się swojej stacji, jakby oprócz niej w całym wszechświecie nic im nie zostało.

Ale jakkolwiek biegli byli miejscowi inżynierowie, jakkolwiek doświadczonych i bezlitosnych żołnierzy wychowywałaby Sewastopolska, nie mogli ochronić swojej siedziby bez amunicji, bez żarówek do reflektorów, bez antybiotyków i bandaży. Wprawdzie stacja produkowała elektryczność i Hanza była gotowa dobrze za nią płacić, ale Linia Okrężna miała też innych dostawców i własne źródła, zaś sewastopolczycy bez pomocy z zewnątrz prawdopodobnie nie przetrwaliby nawet miesiąca. A najbardziej przerażające byłoby zostać bez amunicji.

Silnie chronione karawany co tydzień wyruszały w stronę Sierpuchowskiej, by na otwarty u kupców z Hanzy kredyt kupić wszystkie potrzebne rzeczy i nie zatrzymując się nawet na godzinę, wracać do domu. I póki kręciła się Ziemia, póki płynęły podziemne rzeki i trzymały się sklepienia wzniesione przez budowniczych metra, ten porządek nie powinien się zmieniać.

Ale tym razem karawana się spóźniała. Spóźniała się tak bardzo, że było już jasne: stało się coś strasznego, nieprzewidzianego, przed czym nie obronili ani zaprawieni w bojach, ciężkozbrojni konwojenci, ani od lat dobrze się układające kontakty z Hanzą.

Sprawa nie byłaby tak poważna, gdyby działała łączność. Jednak z prowadzącym do Linii Okrężnej kablem telefonicznym coś się stało, komunikacja urwała się jeszcze w poniedziałek, a grupa wyprawiona na poszukiwania uszkodzenia wróciła z niczym.


Lampa okryta rozłożystym zielonym abażurem wisiała bardzo nisko nad okrągłym stołem, oświetlając pożółkłe kartki z narysowanymi ołówkiem wykresami i tabelami. Żarówka była słaba, jakieś czterdzieści watów, ale nie żeby trzeba było oszczędzać elektryczność, a dlatego, że gospodarz gabinetu nie lubił jasnego światła. Z popielniczki, przepełnionej niedopałkami podłych miejscowych skrętów, unosił się siny, gryzący dym, tworząc pod niskim sufitem leniwe, lepkie kłęby.

 

Naczelnik stacji potarł czoło, podniósł rękę i swoim jedynym okiem spojrzał na zegarek – piąty raz w ciągu pół godziny. Potem strzelił palcami i ciężko się podniósł.

– Trzeba podjąć decyzję. Nie ma sensu dalej tego odwlekać.

Krzepki starzec w bosmance w panterkę i wytartym błękitnym berecie, który siedział po przeciwnej stronie stołu, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale kaszlnął i machnął ręką, rozganiając dym. Potem odezwał się z grymasem niezadowolenia:

– Słuchaj, Władimirze Iwanowiczu, powtórzę jeszcze raz: z odcinka południowego nie możemy zdjąć nikogo. Posterunki powstrzymują taki napór, że ledwo się trzymają. W zeszłym tygodniu trzech zostało rannych, w tym jeden ciężko, i to pomimo umocnień. Nie pozwolę ci osłabiać południa. Przecież tam potrzeba jeszcze dwóch trzyosobowych patroli zwiadowców, żeby cały czas pilnowali szybów i łączników między tunelami. No a północ… Oprócz tych z brygady powitalnej nie ma żadnych wolnych, przykro mi. Możesz szukać, gdzie chcesz.

– Ty jesteś dowódcą, to ty masz szukać – odgryzł się naczelnik. – A ja się będę zajmował tym, co należy do mnie. Ale w ciągu godziny grupa powinna już iść. Zrozum, myślimy różnymi kategoriami. Nie można przecież załatwiać tylko bieżących spraw! A jeśli tam stało się coś poważnego?

– A po mojemu, Władimirze Iwanowiczu, to jesteś w gorącej wodzie kąpany. W zbrojowni mamy jeszcze dwie nienaruszone skrzynie amunicji 5,45 mm, starczy spokojnie na półtora tygodnia. A i u mnie w domu pod poduszką coś niecoś się zawieruszyło – starzec uśmiechnął się, obnażając mocne żółte zęby – cała skrzynka się uzbiera. Problem nie w nabojach, a w ludziach.

– Wiesz co, ja ci lepiej wyjaśnię, w czym problem… Za dwa tygodnie, jeśli nie przywrócimy dostaw, trzeba będzie zamykać śluzy w południowych tunelach, bo bez amunicji ich nie utrzymamy. Czyli nie będziemy mogli doglądać i naprawiać dwóch trzecich naszych turbin wodnych. Po kolejnym tygodniu zaczną się rozregulowywać. Zakłócenia w dostawach prądu nikogo w Hanzie nie ucieszą. W najlepszym razie zaczną szukać innych dostawców. W najgorszym… Zresztą, nie o prąd chodzi! W tunelach pusto już prawie od pięciu dni, ani żywej duszy! A jeśli doszło do zawału? Coś się oberwało? A jeśli jesteśmy teraz odcięci?

– Daj spokój! Kable energetyczne są w porządku. Cyferki na licznikach się kręcą, prąd płynie, Hanza z niego korzysta. Gdyby coś się zawaliło, od razu byś się dowiedział. Nawet jeśli, dajmy na to, jest to dywersja, to nie telefon by nam odcięli, tylko przewody elektryczne. A jeśli chodzi o tunele, to kto by tu przychodził? I w lepszych czasach nikt do nas nie zaglądał. Sam Nachimowski Prospekt to wyzwanie… W pojedynkę nikt się tam nie przedrze, a obcy handlarze już się do nas nie pchają. No i bandyci, jasna sprawa, też się już nasłuchali, nie na darmo za każdym razem puszczaliśmy jednego żywcem. Mówię ci, nie panikuj.

– Łatwo ci mówić – burknął Władimir Iwanowicz, podnosząc przepaskę znad pustego oczodołu i ocierając pot z czoła.

– Dam ci trzech. Na razie, prawda, więcej nie potrzeba – powiedział już łagodniej starzec. – I dosyć tych papierosów. Wiesz przecież, że nie mogę tym oddychać, a jeszcze sam się trujesz! Napijmy się lepiej herbaty…

– A to zawsze chętnie – naczelnik zatarł ręce. – Mówi Istomin – mruknął do słuchawki telefonu – herbatę dla mnie i pułkownika.

– I wezwij dyżurnego oficera – poprosił dowódca, zdejmując beret. – Wydam rozkazy co do tych trzech żołnierzy.


U Istomina zawsze piło się jego własną herbatę, z WOGN-u – specjalny, wyselekcjonowany gatunek. Mało kto mógł sobie na coś takiego pozwolić: sprowadzana z drugiego krańca metra, obłożona potrójnym cłem Hanzy, ulubiona herbata naczelnika stacji była tak droga, że nawet on nie ulegałby swojej słabości, gdyby nie stare kontakty na Dobrynińskiej. Z kimś stamtąd walczył niegdyś ramię w ramię i od tej pory raz w miesiącu dowódca wracającej z Hanzy karawany nieodmiennie przywoził z sobą kolorowy pakiecik, po który Istomin zawsze przychodził osobiście.

Przed rokiem w dostawach zaczęły się przerwy. Do Sewastopolskiej dotarły niepokojące pogłoski o nowym przerażającym zagrożeniu, które zawisło nad WOGN-em, a może i nad całą pomarańczową linią: z powierzchni Ziemi schodziły tam tajemnicze i nieznane wcześniej mutanty, podobno potrafiące czytać w myślach, prawie niewidzialne i do tego praktycznie nie do wytępienia. Mówiło się, że stacja padła i że Hanza w obawie przed inwazją zarwała tunele za Prospektem Mira. Ceny herbaty poszybowały w górę, a potem, gdy niemal zniknęła z rynku, Istomin przestraszył się nie na żarty. Jednak po kilku tygodniach plotka sama z siebie wygasła, a karawany powracające na Sewastopolską z amunicją i żarówkami znów zaczęły przywozić również słynną aromatyczną herbatę. A cóż mogło być ważniejszego?

Nalewając dowódcy wywar do porcelanowej filiżanki ze złotą, miejscami obtłuczoną obwódką i wdychając aromatyczne opary, Istomin aż zmrużył na moment oko z rozkoszy. Potem nalał też sobie, opadł ciężko na krzesło i z brzękiem zamieszał srebrną łyżeczką, by rozpuścić pastylkę sacharyny.

Obaj mężczyźni milczeli i dobre pół minuty to mechaniczne dzwonienie było jedynym dźwiękiem, który rozlegał się w zasnutym tytoniowym dymem, pogrążonym w półmroku gabinecie. A potem przebiło go dobiegające z tuneli prawie w tym samym rytmie przenikliwe bicie dzwonów.

– Alarm!

Dowódca, niezwykle żywo jak na swoje lata, zerwał się z miejsca i wybiegł z pokoju. Gdzieś w oddali huknął pojedynczy wystrzał z karabinu, potem podjęły go automaty: jeden, drugi, trzeci, po peronie zadudniły podkute żołnierskie buty i już z daleka rozległ się dźwięczny bas pułkownika wydającego rozkazy.

Istomin też ruszył już w kierunku wiszącego przy szafie lśniącego milicyjnego automatu, ale potem złapał się za krzyż, jęknął, machnął ręką, usiadł z powrotem przy stole i wypił łyk herbaty. Naprzeciw niego dymiła, stygnąc, porzucona przez pułkownika filiżanka i walał się niebieski beret. Naczelnik stacji zrobił do niego minę i półgłosem zaczął się spierać z nieobecnym dowódcą, wracając do dawnych tematów z nowymi argumentami, o których zapomniał wspomnieć podczas dyskusji.


Na Sewastopolskiej opowiadano wiele mrocznych dowcipów o tym, dlaczego sąsiednia Czortanowska miała taką nazwę. Choć turbiny maleńkich elektrowni były umieszczone w głębi tuneli między obiema stacjami, nikt nawet nie pomyślał, by dla wygody zająć i skolonizować opustoszałą Czortanowską, tak jak stało się to z sąsiednią Kachowską. Ekipy inżynieryjne, podchodząc do niej pod osłoną żołnierzy, by instalować i doglądać najdalszych generatorów prądu, nie chciały zbliżać się do peronu na mniej niż sto metrów. Przed wyruszeniem na taką wyprawę niemal każdy, prócz ostatnich bezbożników, ukradkiem czynił znak krzyża, a niektórzy na wszelki wypadek żegnali się nawet z rodzinami.

Na tej stacji było coś niedobrego i czuł to każdy, kto zbliżył się do niej choćby na pół kilometra. Ciężkozbrojne oddziały uderzeniowe, które sewastopolczycy z niewiedzy posyłali kiedyś na Czortanowską, mając nadzieję powiększyć swoje terytorium, wracały przetrzebione, zdziesiątkowane, a najczęściej nie wracały wcale. Zahartowani żołnierze, przerażeni do szpiku kości, z cieknącą po brodzie śliną, nie mogli powstrzymać dreszczy, nawet kiedy siedzieli tak blisko ogniska, że zaczynało im płonąć ubranie. Z trudem przypominali sobie, co musieli tam przejść, a jedne wspomnienia nigdy nie były podobne do innych.

Uważano, że gdzieś za Czortanowską boczne odnogi od głównych tuneli schodziły w dół i splatały się z labiryntem naturalnych jaskiń, które podobno roiły się od różnorakiego diabelstwa. Na stacji miejsce to nazywano umownie „Wrotami” – umownie, bo nikt z żywych mieszkańców Sewastopolskiej nigdy ich nie widział. Fakt, zdarzyło się, że jeszcze na początku kolonizacji linii Wrota zostały odkryte przez liczny oddział zwiadowczy, który minął Czortanowską. Grupa miała z sobą nadajnik – coś w rodzaju telefonu przewodowego. To właśnie za jego pomocą łącznościowiec poinformował Sewastopolską, że zwiadowcy stoją u wejścia do schodzącego prawie pionowo w dół wąskiego tunelu. Nie udało mu się przekazać nic więcej, ale jeszcze przez kilka minut, zanim urwał się kabel, zebrane wokół odbiornika dowództwo Sewastopolskiej słuchało, jak jeden po drugim rozlegają się przeszywające, pełne strachu i nieludzkiego bólu wrzaski żołnierzy. Żaden z nich nie próbował nawet strzelać, jakby dla wszystkich umierających było jasne, że zwykła broń nie jest w stanie im pomóc. Jako ostatni umilkł dowódca oddziału, najemnik-zabijaka z Kitaj-Gorodu, który kolekcjonował odcięte małe palce swoich wrogów. Najwidoczniej znajdował się w pewnej odległości od upuszczonej przez łącznościowca słuchawki telefonu, bo niełatwo było zrozumieć, co mówił. Wsłuchawszy się jednak w jego przedśmiertne jęki, naczelnik stacji rozpoznał modlitwę, jedną z tych prostych, naiwnych, których wierzący rodzice uczą małe dzieci.

Po tym wypadku porzucono wszelkie próby przebicia się na Czortanowską; zamierzano nawet porzucić Sewastopolską i wycofać się w kierunku Hanzy. Jednak przeklęta stacja była, jak się zdawało, tym właśnie słupem granicznym, który wyznaczał w metrze zasięg panowania człowieka. Przekraczające tę granicę stworzenia nękały mieszkańców Sewastopolskiej, ale przynajmniej można je było zabić i przy umiejętnie zorganizowanej obronie ataki były odpierane łatwo i prawie bez strat. Dopóki starczało amunicji.

Czasem do posterunków podchodziły takie monstra, że dawały się zatrzymać jedynie za pomocą pocisków rozpryskowych i pułapek pod wysokim napięciem. Najczęściej jednak wartownicy mieli do czynienia z mniej przerażającymi, choć też skrajnie niebezpiecznymi stworami. Nazywano je jakoś tak swojsko, jak u Gogola: upiorami.


– Jest, jeszcze jeden! Na górze, trzecia rura!

Reflektor, zerwany z zamocowania pod sufitem, kołysał się konwulsyjnie na jednym kablu, niczym wisielec, oblewając ostrym białym światłem przestrzeń przed posterunkiem, i to wychwytywał czające się w ciemności przykurczone postacie skradających się mutantów, to znów krył je w mroku i kierował oślepiające światło w oczy wartowników. Wokół wędrowały cienie, malejąc i nagle znów rosnąc, dziwacznie powykrzywiane zakłamywały rzeczywistość: ludzkie wyglądały jak zwierzęce, te zaś należące do potworów – jak ludzkie.

Posterunek był bardzo korzystnie położony. W tym miejscu schodziły się tunele: niedługo przed ostatnią wojną Metrobudowa rozpoczęła prace ulepszające, których jednak nie doprowadzono do końca. Na tym skrzyżowaniu sewastopolczycy stworzyli prawdziwą miniaturową fortecę: dwa stanowiska cekaemów, osłony z worków z piaskiem o grubości półtora metra, na szynach kolczatki i szlabany, na podjeździe do posterunku elektryczne pułapki i starannie obmyślony system sygnalizacji. Ale kiedy mutanty szły taką falą, jak tego dnia, wydawało się, że jeszcze chwila i obrona padnie.

Mężczyzna obsługujący cekaem mruczał coś monotonnie, puszczając nosem krwawe bańki i przyglądając się ze zdziwieniem swym mokrym szkarłatnym dłoniom. Powietrze wokół zablokowanego pieczeniega drgało od gorąca. Strzelec zachrapał, ufnie wtulił twarz w ramię swojego sąsiada, potężnie zbudowanego komandosa w zamkniętym tytanowym hełmie, i ucichł. Sekundę później z przodu rozległ się rozdzierający wizg: atak upiora.

Komandos w hełmie odsunął leżącego na nim zakrwawionego strzelca, wychylił się zza przedpiersia, poderwał automat i puścił długą serię. Wstrętna żylasta bestia, pokryta matowoszarą skórą, rzuciła się już do przodu, rozpościerając węzłowate przednie łapy i szybując lotem koszącym na rozciągniętych fałdach skórnych. Upiory poruszały się z wprost niewyobrażalną szybkością, nie dając czasu na najmniejsze wahanie, dlatego tego posterunku bronili tylko najzręczniejsi i najlepsi.

Grad ołowiu uciszył potwora, ale siłą inercji martwy już upiór leciał dalej: stukilogramowe cielsko głucho uderzyło w osłonę, wzbijając z worków z piaskiem chmurę pyłu.

– To chyba tyle…

 

Pozornie niekończący się strumień potworów, który jeszcze parę minut temu chlustał z podwieszonych pod sklepieniem ogromnych uciętych rur, rzeczywiście przestał płynąć. Wartownicy zaczęli ostrożnie wychodzić zza umocnień.

– Dajcie nosze! Lekarza! Natychmiast zanieść go na stację!

Zwalisty żołnierz, który zabił ostatniego upiora, przymocował bagnet do lufy karabinu i rozpoczął niespieszne oględziny zabitych i rannych stworów, porozrzucanych po strefie ostrzału; przyciskał każdą najeżoną zębami paszczę butem do ziemi i krótkim pewnym ruchem wbijał im w oko bagnet. Potem, zmęczony, oparł się plecami o worki z piaskiem, obrócił twarz w kierunku tuneli, wreszcie podniósł przyłbicę hełmu i przyssał się do manierki.

Posiłki ze stacji przybyły, gdy wszystko już było rozstrzygnięte. Pojawił się też, ciężko dysząc i przeklinając swoje dolegliwości, sam dowódca w wyciągniętej żołnierskiej bosmance.

– No i skąd ja mu tutaj wezmę trzech ludzi? Z piersi mam sobie wyrwać?

– O co chodzi, Denisie Michajłowiczu? – niemal zaglądając dowódcy do gardła, spytał jeden z wartowników.

– Istomin pilnie potrzebuje wysłać trzech zwiadowców na Sierpuchowską. Boi się o karawanę. Ale skąd ja mu ich niby wezmę? I to jeszcze właśnie teraz…

– O karawanie nadal nic nie wiadomo? – nie odwracając się, spytał ten, który przed chwilą zaspokajał pragnienie.

– Nic – potwierdził starzec. – Ale przecież nie minęło jeszcze tak dużo czasu. W końcu co jest groźniejsze? Jak ogołocimy dziś z ludzi odcinek południowy, to za tydzień nie będzie miał kto tej karawany witać!

Komandos kiwnął głową i umilkł. Nie odezwał się też, kiedy dowódca po kilku kolejnych minutach zrzędzenia spytał pozostałych na posterunku żołnierzy, czy któryś z nich nie chciałby być jednym z tych trzech ochotników, których jednak trzeba będzie wysłać w kierunku Sierpuchowskiej, bo inaczej naczelnik stacji wyrwie staremu ostatnie włosy z głowy.

Ze znalezieniem chętnych nie było żadnych problemów: wielu wartowników zasiedziało się na miejscu, a niełatwo im było wyobrazić sobie coś jeszcze niebezpieczniejszego niż obrona południowych tuneli.

Z szóstki, która zgłosiła się na wyprawę, pułkownik wybrał tych, których według jego mniemania Sewastopolska potrzebowała teraz najmniej. Myśl okazała się słuszna, bo z wyprawionej na Sierpuchowską trójki na stację nie wrócił nikt.


Minęły trzy dni, odkąd zwiadowcy wyruszyli na poszukiwania karawany, i pułkownikowi zaczęło się zdawać, że ludzie szepczą za jego plecami, i wszędzie dostrzegał spojrzenia spode łba. Nawet najbardziej ożywione dyskusje cichły, kiedy przechodził w pobliżu. I w tym pełnym napięcia milczeniu, które zapadało, gdziekolwiek się pojawił, zdało mu się, że wyczuwa niewypowiedziane żądanie, aby to wyjaśnił i rozwiązał.

Wykonywał po prostu swoją pracę: chronił przed zagrożeniem granice Sewastopolskiej. Był taktykiem, nie strategiem. W sytuacji, gdy liczył się każdy żołnierz, pułkownik zwyczajnie nie miał prawa nimi szafować, wysyłając ich na wątpliwe, jeśli nie bezsensowne akcje.

Trzy dni wcześniej pułkownik był o tym święcie przekonany. Ale teraz, kiedy wszystkie te przepełnione strachem, nieprzychylne, pełne wątpliwości spojrzenia smagały go po plecach, jego pewność zachwiała się. Poruszający się bez ciężkiego sprzętu oddział zwiadowczy nie potrzebowałby nawet doby, żeby pokonać całą drogę do Hanzy i z powrotem – i to wliczając możliwe potyczki i oczekiwanie na granicach niezależnych stacji. To znaczy, że…

Pułkownik rozkazał nikogo nie wpuszczać, po czym zamknął się w swoim pokoiku i mrucząc pod nosem, po raz setny odtworzył sobie wszystko, co mogło się stać z handlarzami i zwiadowcami.

Nikt na Sewastopolskiej nie bał się ludzi, oczywiście z wyjątkiem wojsk Hanzy. Zła sława stacji, wielokrotnie przesadzone opowieści nielicznych naocznych świadków o tym, jaką cenę płacą tu, by przeżyć, opowieści podchwycone przez straganiarzy i ich słuchaczy rozprzestrzeniały się po całym metrze i robiły swoje. Władze szybko zrozumiały wynikające z tej reputacji korzyści i same przyłożyły rękę do jej ugruntowania. Informatorzy i uczestnicy karawan, podróżnicy i dyplomaci dostali oficjalne błogosławieństwo, by pleść bzdury – im straszniejsze, tym lepiej – na temat Sewastopolskiej i w ogóle całego odcinka linii, który zaczynał się za Sierpuchowską.

Tylko jednostki potrafiły dostrzec za tą zasłoną dymną urok i rzeczywiste znaczenie stacji. W ciągu ostatniego roku bandyci zaledwie parę razy próbowali siłą przedrzeć się przez posterunki, ale doskonale naoliwiona sewastopolska machina wojenna bez najmniejszych trudności ścierała w proch rozproszone oddziały.

Tak czy inaczej, wysłani na rekonesans żołnierze mieli wyraźne instrukcje, by w przypadku napotkania niebezpieczeństwa nie walczyć z przeciwnikiem, lecz jak najszybciej wycofać się na stację.

Była oczywiście Nagorna – nie tak paskudna jak Czortanowska, ale wciąż bardzo niebezpieczna i złowieszcza. No i Nachimowski Prospekt, gdzie zaklinowane górne wrota nie pozwalały w pełni odgrodzić stacji od intruzów z powierzchni ziemi. Sewastopolczycy nie chcieli zasypywać tych przejść – z „podejścia” na Nachimowskim korzystali miejscowi stalkerzy. W pojedynkę przez Prospekt, jak nazywali go na stacji, nikt nie miał odwagi chodzić, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby trzech ludzi nie potrafiło obronić się przed zamieszkującymi to miejsce stworami.

Zawał tunelu? Wylew wód gruntowych? Sabotaż? Atak Hanzy bez wypowiedzenia wojny? Teraz to on, nie Istomin, był w obowiązku powiedzieć coś żonom zaginionych zwiadowców, które przychodziły do pułkownika, by smutnym, poszukującym wzrokiem, niczym porzucone psy, zajrzeć mu w oczy w nadziei, że zobaczą w nich pociechę, obietnicę. Musiał wszystko wyjaśnić niezadającym zbędnych pytań, na razie jeszcze wierzącym w niego żołnierzom garnizonu. Uspokoić wszystkich zalęknionych ludzi, zbierających się wieczorami po pracy pod stacyjnym zegarem, na którym oznaczono godzinę wyjścia karawany.

Istomin mówił, że w ostatnich dniach ludzie go coraz częściej pytali, czemu na stacji przygaszono oświetlenie, i żądali przywrócenia wcześniejszej jasności lamp. A przecież nikt nawet nie pomyślał, by zmniejszyć napięcie, żarówki cały czas świeciły z pełną mocą. Ciemność gęstniała nie na stacji, a w ludzkich duszach, i nie mogły jej rozproszyć nawet najjaśniejsze lampy rtęciowe.

Ciągle nie udawało się przywrócić łączności telefonicznej z Sierpuchowską i w ciągu tygodnia, jaki minął od dnia, w którym wyruszyła karawana, pułkownik, jak i wielu innych sewastopolczyków, stracił bardzo ważne i rzadkie wśród mieszkańców metra poczucie bliskości z ludźmi.

Póki działała łączność, póki regularnie chodziły karawany i do Hanzy był niecały dzień drogi, każdy mieszkaniec Sewastopolskiej mógł odejść lub zostać, każdy miał świadomość, że ledwie pięć przystanków od jego stacji zaczynało się prawdziwe metro, cywilizacja… Ludzkość.

Tak pewnie czuli się niegdyś zagubieni w Arktyce polarnicy, w imię odkryć naukowych bądź wysokich zarobków dobrowolnie skazujący się na długie miesiące walki z zimnem i samotnością. Do stałego lądu są tysiące kilometrów, ale jest on jednak gdzieś obok, póki działa radio, a raz w miesiącu nad głowami słychać ryk silników samolotu zrzucającego na spadochronach skrzynki z mielonką.

Lecz teraz kra, na której stała ich stacja, odłączyła się od reszty i z każdą godziną dryfowała coraz dalej: w lodową zamieć, w czarny ocean, w pustkę i nieznane.

Oczekiwanie przeciągało się i nieokreślony niepokój pułkownika o los wysłanych na Sierpuchowską zwiadowców stopniowo zmieniał się mroczną pewność: więcej tych ludzi nie zobaczy. Zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić, żeby zdjąć z umocnień kolejnych trzech żołnierzy i tak samo jak tamtych rzucić ich na spotkanie nieznanego niebezpieczeństwa, a nawet, co całkiem możliwe, na pewną śmierć, i nadal nie znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Zamknięcie zapory, odcięcie południowych tuneli i zebranie silnej grupy uderzeniowej wciąż jednak wydawało mu się przedwczesne. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto podejmie teraz decyzję za niego… Decyzję, która z pewnością okaże się błędna.

Dowódca westchnął, uchylił drzwi i obejrzawszy się niczym złodziej, zawołał wartownika.

– Nie poczęstowałbyś papieroskiem? Ale to już ostatni, więcej mi nie dawaj, choćbym nie wiem jak prosił! I nikomu o tym nie mów, w porządku?


Nadia, przysadzista, gadatliwa baba w dziurawej wełnianej chustce i poplamionym fartuchu, przyniosła gorący garnek z mięsem i warzywami i strażnicy się ożywili. Kartofle i pomidory z ogórkami uważało się tu za najbardziej wyrafinowany przysmak – poza Sewastopolską warzywa serwowało tylko parę najlepszych restauracji Linii Okrężnej i Polis. Rzecz była nie tylko w skomplikowanych instalacjach hydroponicznych, niezbędnych, by wykiełkowały zachowane nasiona, ale i w fakcie, że w metrze mało kto mógł tracić całe kilowaty energii elektrycznej, by urozmaicić żołnierskie menu.