Droga stali i nadzieiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie. – Daria westchnęła cichutko.

– W uwadze i czasie. Musisz pilnować drania, chronić jego nikczemny organizm i takie tam. Głowa znacznie wygodniejsza, można ją po prostu włożyć do pojemnika, worka albo zawinąć w byle kawałek brezentu. Choć oczywiście są i minusy: może się mocno zepsuć. I pal licho, gdyby chodziło tylko o smród. Tam, za Kinielem, maski przeciwgazowej i tak często w ogóle nie zdejmujesz. Nie, psuje się wygląd towaru. Widziałaś głowy przy administracji?

Daria przytaknęła skinieniem głowy.

Morhołtowi coraz mniej podobał się jej niezmącony spokój.

– Posypałem je solą. Zawsze mam w plecaku sól, przydatna rzecz, chociaż bardzo droga, i potrzebna nie tylko do gotowania. Choć, oczywiście, lepiej wędzić. Potem trochę trudno rozróżnić, kto jest kim, jeśli klientów było sporo, ale za to nie lęgną się czerwie ani nic podobnego.

Dziewczyna kiwnęła głową.

– Nie mam nawet psa. A przecież psy, miła Dario, to stworzenia uniwersalne: mało tego, że same mogą znaleźć sobie coś do jedzenia, to jeszcze, chociaż nie zawsze, i tobie przyniosą, podzielą się. Milczą wtedy, kiedy należy, a rozdziawiają paszczę dokładnie wtedy, gdy trzeba. Jeszcze pogadać z nimi można. I to jak pogadać: sprawiają wrażenie, że słuchają, takie mądre.

– I co? – Wlepiła w niego wzrok, zupełnie nie rozumiejąc.

– Cholera… Chodzę sam, zawsze. Tak mi się podoba. Tak mi pasuje. Nie muszę o nikim myśleć, niepokoić się o nikogo ani martwić. Nie o kogoś, tylko o siebie, dlatego że przy mojej robocie zwichnięcie kostki u partnera sprowadzi na mnie kłopoty. Gdyby miał się pojawić wybór: wlec go albo porzucić, zgadnij, co wybiorę?

Daria uśmiechnęła się szeroko. Niedobrym, nie dziecięcym ani nie dziewczęcym uśmiechem. Wyszczerzyła się, jak przystało na tę, która nie doczekawszy się komórki i zadartej na głowę kiecki, przetrąciła szczękę synowi miejscowego kacyka.

– Zabijesz go. Nie tylko po to, żeby nie przeszkadzał, ale żeby nikt nie wpadł na twój trop i nie dowiedział się o tobie. I nawet nie będziesz na to tracił naboju, bo są drogie, po prostu poderżniesz mu gardło.

– A, podobasz mi się. – Morhołt wytrząsnął popiół z fajki. Tknął Darię cybuchem. – To zdrowy egoizm, kochana. Naprawdę niezbędny w obecnych realiach i cieszy mnie, że to rozumiesz. Wiesz, co mnie niepokoi?

– Tak. – Wzruszyła ramionami. – No tak… podejrzewam, że wiem.

– Zwierzysz się?

– Siedzę tu z tobą… I sama cię znalazłam. Ile to, z pięć godzin, nie mniej, jesteśmy we dwoje. Doskonale wiem, kim jesteś, inaczej nie mogłabym cię znaleźć, nawet nie podeszłabym blisko. Kiedy namacałam twój ślad, zobaczyłam otoczenie twoimi oczami i wezwałam cię, wtedy już zaczęłam cię poznawać.

Morhołt uśmiechnął się szeroko, też nieszczególnie miło, lekko wyszczerzył żółtawe i nie bardzo równe zęby.

– I… nikt o tobie nic nie wie. Tak, jest taki jeden, zajmuje się jakimiś ciemnymi sprawkami. No, ktoś w rodzaju stalkera, chodzi, włóczy się, nosi różne rzeczy. Dotrzymuje przyrzeczeń. Jeżeli ktoś go oszuka, z całą pewnością zostanie ukarany, okrutnie, i zadośćuczynienie będzie większe od wyrządzonej krzywdy. Tylko dobrego nikt nic nie mówił.

– To znaczy, moja droga, czegoś się dowiedziałaś i uznałaś, że jestem tym, kogo potrzebujesz? Posłuchałaś pogłosek, bajań, plotek? Dziwne by było, gdyby ktoś opowiadał o mnie coś dobrego, bo niczym takim się nie wyróżniam. I nie należy brać rozmowy z Kleszczem za dobry uczynek. Naprawdę jest mi nieprzyjemnie, gdy tacy jak on, młodzi i wyrywni, bezczelni, wykorzystują takie dziewczyny jak ty.

– Nie biorę tego za dobry uczynek. – Daria podciągnęła nogi, opierając brodę na kolanach. – Trudno pomylić te dwie rzeczy. Bardzo, tak że…

Morhołtowi drgnął policzek.

– Nie usłyszałaś o mnie nic dobrego, a mimo wszystko nie uważasz mnie za złego gościa?

– Dlaczego? Uważam. Po prostu, tak mi się widzi, że gdybyś był taki jak ten Kleszcz, już byś mnie sprzedał.

– Dobrze myślisz. Ile maleńkich twierdz i fortów znajduje się wokół Kinielu, wiesz? Nie? Powiem ci. To znacząco zmieni twoje pojęcie o samym Kinielu i możliwe, że o wiele łatwiej będzie ci budować własny los w przyszłości. Bez jakichś niedorzecznych wypraw w niebezpieczne i dalekie zadupia czy muchosrańskie rejony.

– Że jak? – Daria wytrzeszczyła oczy. – Gdzie?

– Aj… – Machnął tylko ręką. – W pobliżu twierdzy Kiniel, cudne, młode utalentowanie, znajduje się pięć dużych osad w rodzaju słobody, piętnaście fortów i ileś tam chutorków liczących po pięć, sześć rodzin. Na samym obrzeżu od jednej takiej dziury do drugiej pieszo idzie się około doby. I to bez niespodziewanych wypadków, a jak ich teraz uniknąć? I tam zawsze są gotowi kupić wszystko, co masz na sprzedaż, niechby się tylko okazało choć trochę przydatne: naboje, medykamenty, paczkę uchowanych strzykawek. A wszystko za jedzenie, skórę, futro i wiele innego wszelkiego towaru.

– Dlaczego mi to teraz mówisz?

– Słuchaj i nie odzywaj się. Przynajmniej na razie. Raz już udało ci się dobrać do mojej głowy, znaleźć mnie i przez cały ten czas niczego nie mówić, więc teraz choć nie przerywaj. Jesteśmy we dwoje nie pięć, tylko sześć i pół godziny, a ja wciąż nijak tego nie ogarniam: czego ty ode mnie chcesz? Właśnie tak, Dario Darmowaja, właśnie tam jest twoje miejsce. Nie tu, gdzie Kleszcz, lecz tam. A on najprawdopodobniej znajdzie i wykorzysta Daszę według pełnego programu, po czym tak czy siak sprzeda właśnie tam. Ludzie, miła dziewczyno, to po tamtej stronie najbardziej chodliwy towar: ręce do pracy, a także materiał konsumpcyjny dla mutantów, które przeszkadzają pracować na działkach i w przydomowych ogródkach. A już młoda dziewczyna, która może urodzić co najmniej dziesięcioro dzieciątek… Ooo, Dariuszka, za ciebie jakiś miejscowy bogacz z radością wyłoży cokolwiek, choćby niedawno kupione u mnie naboje, choćby broń, a nawet żywy inwentarz. I nie tylko wyłoży, lecz nawet wsadzi parę prosiaków do klatki i dowiezie do najbliższego fortu, w razie gdybym nie miał swojego transportu. Nie lepiej by ci było dotrzeć do nich samej? Akurat mam powód, żeby się wybrać w stronę tych chutorków, poszukać tam czegoś. Nawet nie wezmę żadnej opłaty za eskortę.

– Nie rozumiesz! – wykrzyknęła mu Daria w twarz, zrywając się z zaciśniętymi pięściami. – Potrzebny mi był taki mądrala jak ty? Myślisz, że jestem taka tępa, że tego wszystkiego nie wiem?

Morhołt otarł sobie ślinę z twarzy.

– Nie wiem, czyś ty tępa, czy nie, ale zmarnowałaś mnóstwo mojego czasu, a przyczyna tego tkwi tylko w moich snach. Więc teraz albo opowiadaj i postaraj się mnie zainteresować, albo idź w ciężkie diabły.

Uspokoiła się. Usiadła z wyprostowanymi plecami, zapatrzyła się w okno. Szyba, a właściwie jej nierówny kawałek, szarzała zmrokiem. Po dużym płacie sklejki, którym zasłonięto resztę otworu okiennego, bębnił deszcz. Wyraźnie ciągnęło chłodem, a chwilami nawet ostro ziębiło. Nieduży piecyk służący za ogrzewanie pokoiku pracował pełną parą, ale nie wystarczał dla tych kilku nieszczęsnych metrów kwadratowych.

– Ukrywałam się w slumsach południowej części miasta. Siedziałam, owinięta jakąś szmatą po same uszy, bojąc się nawet ruszyć. Jakaś szajka piła tuż za ścianą w swojej melinie, a ściany były cieniutkie, z blachy czy czegoś takiego. Siedziałam, słuchałam odgłosów. Powoli zaczęłam zasypiać. Wiesz, kiedy pierwszy raz usłyszałam człowieka, jak teraz sobie przypomnę, woziwodę na ulicy, tam, gdzie mieszkałyśmy z mamą, bardzo się wystraszyłam. Mama mnie uspokoiła, jak mogła, i poprosiła, żeby nikomu nie mówić. Nikomu więc nie mówiłam. A tu prawie już śpię… i raz! Szczęknęło, wokół solidny kokon ciszy i głos. Chory, kaszlała bardzo mocno…

– Ona?

– Tak. Gulnaz. Kobieta z Ufy. Leżała i czekała na śmierć. Możliwe, że już nie żyje, miała jakąś ciężką chorobę i lekarze nie mogli jej pomóc. Jak jej się udało mnie wyczuć, nie wiem.

– Czekaj, czekaj! – Morhołt podniósł rękę. – Co rozumiesz przez „wyczuć”? Usłyszeć?

– No… jak by ci to wyjaśnić? – Daria przygryzła sobie paznokieć kciuka. – Czujesz przecież zapach człowieka, jeżeli jest silny?

– Nie, ale po grochu, ma się rozumieć, albo jeżeli ktoś jadł śmierdzące grzyby… – Morhołt zaśmiał się. – Rozumiem. A mnie jak wyczuwasz? O teraz?

– Teraz? – Daria wzruszyła ramionami. – Czuję ciebie i już. Jesteś blisko. Opanowany, spokojny, bez błysków. Nie to, co przy Kleszczu, chciałeś go zabić, ledwie się powstrzymałeś.

– Tak łatwo to poznać?

– No tak. W ogóle z Gulnaz rozmawiałam z pięć razy. Ostatnio najkrócej. To wtedy pokazała mi miejsce, gdzie na mnie będą czekać.

– Kto? – Brew stalkera uniosła się niedowierzająco, zupełnie jak żywa i od niego niezależna. Głęboka zmarszczka, którą Daria zauważyła wcześniej, zarysowała się jeszcze wyraźniej.

– Rozumiesz, taka sprawa. Mama mi mówiła, że przed Wojną mieszkał tam mój wujek. Wojskowy, oficer. I teraz też tam mieszka, Gulnaz go znalazła. Jest jakimś ważnym dowódcą i wysłał po mnie swoich ludzi.

– Dlaczego? – Morhołt zmrużył oczy jeszcze mocniej.

– Jestem jego siostrzenicą! – Daria wlepiła w niego nie całkiem rozumiejące oczy.

– Oczywiście, że też o tym nie pomyślałem, tiaa. – Morhołt kiwnął głową. – Jeżeli tak jest, no to dobrze. Załóżmy, biorąc pod uwagę moje sny, że z twoją głową wszystko w porządku i rzeczywiście z kimś rozmawiałaś. Gdzie pewność, że tej wiadomości nie przysłał ci jakiś dziwny mutant, który chce cię pożreć? Albo też, na przykład, najpierw zgwałcić, a potem pożreć?

Daria przygryzła wargi, westchnęła.

– Właśnie teraz bardzo mocno się ciebie boję. Przepraszam, że rano wpadłam do ciebie tak wcześnie i nie dałam ci uporządkować życia osobistego. Po co miałby mnie chcieć jakiś mutant i czy na długo bym mu wystarczyła?

 

– Podobasz mi się coraz bardziej, moja ty landryneczko! – Stalker zachichotał. – Nawet nie chce mi się więcej robić z siebie głupa. Co to za miejsce?

– Otradnyj.

Daria podniosła wzrok. Morhołt milczał chwilę.

– Nie mogę się doczekać, aż usłyszę twoją propozycję, ślicznotko. Co może mnie zainteresować na tyle, żebym wyprawił się z tobą do takiego pięknego, a co tam: wręcz radosnego miasta?

– Twoi krewni. Szukasz ich od bardzo dawna.

– Mówisz, że nie umiesz wejść do mojej głowy?

– Nie umiem. – Daria pokręciła głową. – Mimo to dowiedziałam się o tobie czegoś dobrego. Szukasz ich, przez wszystkie te lata próbujesz się dostać na południe.

Morhołt splunął, skulił ramiona, przygarbił się. Palce same nabijały fajkę.

– I?

– Postaram się ich znaleźć, jeżeli masz coś, co mogłabym namierzyć. Sygnał naprowadzający, rozumiesz?

Milcząco skinął głową, patrząc na nią rozbłysłymi oczami.

– Doprowadzisz mnie tam, gdzie będą na mnie czekali?

Morhołt pocmoktał cybuch, rozpalając fajkę. Zaciągnął się głęboko, odgonił ręką dym i pochylił się w przód. Oko w oko, nieco dłużej niż minutę.

– Dlaczego nie przyjdą prosto tutaj? Boją się czegoś?

Daria wzruszyła ramionami.

– Doprowadzisz?

– Tak. Teraz trzeba się położyć spać, jutro pojedziemy w tamtą stronę.

– Dobrze.

– Nie zapomniałaś mi jeszcze czegoś powiedzieć?

Potarła sobie nos.

– Chyba nie. Chociaż jest jeden problem. I, jak mi się zdaje, bardzo poważny.

– Tak… skoro poważny, to i myśleć o nim trzeba na świeżą głowę. Tu masz śpiwór, kładź się koło pieca. Tam ciepło. A teraz, małoletnia, spadaj z mojego łóżka. Mam cię jeszcze doprowadzić w nie najlepsze miejsce, dlatego muszę odpocząć. No i ten wiek, sama rozumiesz.

Post mortem (negatyw minionych dni)

Deszcz

Na deszcz można patrzeć różnie. Najważniejsze, żeby po prostu umieć patrzeć na deszcz. Nie lubić go ani nienawidzić – głupie i jedno, i drugie. Deszcz, jak napisał ktoś mądry w niegdysiejszej, dziś popadłej w zapomnienie Wikipedii, to opad atmosferyczny spadający z chmur w postaci kropli cieczy różnej wielkości. Ciekawe, jakiej dokładnie średnicy są krople deszczu.

Dokładność jest dobra przy próbnej serii z KPWT – poślesz nie tam, gdzie trzeba, i mało to się narobi? Co kogo obchodzi kwestia średnicy kropli deszczu? Zwłaszcza jeżeli się po prostu patrzy na deszcz.

Deszcz łatwo sprawia, że zaczynasz myśleć o wieczności. Na przykład jeśli się zadumać o dachu nad głową, o ciepłych grzejnikach, wpuszczonych w ścianę, o suchej i ciepłej pościeli. Kiedy w szkło uderzają krople, duże, zimne, bardzo dobrze jest zagotować wodę w czajniku i popić herbaty. Mocno zaparzonej, jak to mówią, z dymkiem, tak po cygańsku. I z cukrem, żeby była słodka. A jeśli gdzieś nagle znajdzie się miętowy piernik, choćby i taki, że można by nim gwoździe przybijać, to w gorącej herbacie rozmoczysz, odgryziesz; smacznie i dobrze. A czy jedno się z drugim połączy, czy nie, to już każdy stwierdzi sam.

Zupełnie co innego obserwować deszcz nie przez okno ani nie przez wydłubany kawałek ściany, ani nie spod daszku nad gankiem. Kryjąc się pod już przemokniętą, stareńką pałatką, człowiek obserwuje deszcz niepomiernie żywiej: jeży się pod mokrą tkaniną wojskowej albo zwyczajnej kurtki, czuje przez skórę stęchliznę podpinki, przebiera palcami w przemoczonych butach czy buciorach. Jeśli jeszcze do tego leży na rozmiękłej, gliniastej ziemi, jego doznania stają się znacznie wyraźniejsze.

Tak że obserwować deszcz można na różne sposoby. Jemu najbardziej podobała się ulewa oglądana przez okna pociągu podmiejskiego.

A przecież trzeba pamiętać, że takich elektryczek było coraz mniej: czy to ubywało letników jeżdżących na daczę, czy Koleje Rosyjskie zupełnie dały się ponieść chciwości. Pięć, sześć pociągów na dobę, długość składów nie więcej jak sześć wagonów. Jeżeli naszło cię pragnienie pojechać do domu właśnie tym środkiem lokomocji, pragnienie pojawiające się kilka razy do roku, przychodziło cierpieć do Kinielu. Stać przy drzwiach, słuchać w słuchawkach ochrypłego głosu Krupnowa i czekać, aż zwolni się miejsce siedzące. Ale nawet to wydawało się piękne.

Policjantów też najwyraźniej zredukowano, bo po składzie tam i z powrotem włóczyli się tylko kontrolerzy i ochrona. Tych najczęściej zupełnie nie obchodziło, że ktoś pali mimo zakazu. Bilet jest? Kupujecie na miejscu, miłej podróży. Palcie na zdrowie.

Chciałoby się jeszcze raz zaciągnąć? Palenie szkodzi zdrowiu, może się z niego wywiązać melanoma albo gangrena, albo impotencja czy coś jeszcze gorszego. Obrazki na paczkach zamiast odstraszać, rozdrażniały. Rzucić palenie, pomyśleć o zdrowiu podobno byłoby dobrze, tyle że filtr tkwiący między zębami był mostem. Mostem łączącym z przeszłością, podobnie jak chlaszczący po szybie deszcz.

Za plecami kilometry dróg i niedopałków, litry spirytusu i opadów, kilogramy zbędnego ciężaru i jeszcze ciepłych gilz. Tych dróg, które teraz są jednakowe dla każdego – ani wygody, ani bezpieczeństwa, ani nawet papierosów. Tylko stal, tylko wiara w siebie i nadzieja, że „jakoś się uda”. W przyszłości – nawet zupełnie króciutkiej – niepewność, niemierzalna w żadnym systemie, czy to metrycznym, czy w calach. Niekiedy warto obejrzeć się za siebie, by zobaczyć coś przed sobą.

Kiedy papieros dopiero zaczyna się tlić i popiół obejmuje swoje pierwsze pięć milimetrów brązowych wiórków o nieznanym składzie, można delikatnie potrzeć jego końcem o coś twardego, koniecznie po okręgu. Wtedy rakowa pałeczka przez chwilę przypomina nabój. Nie pięć czterdzieści pięć, nie siedem sześćdziesiąt dwa, nie. Zaledwie dziewięć milimetrów okryte mosiężną otoczką. Czas oddziaływania na organizm mają różny, lecz nie wiadomo, co gorsze – dostać w płuca kawałkiem metalu, czy osobiście dzień po dniu zapaskudzać je smogiem i innym szajsem?

Takie myśli są dobre przy obserwowaniu deszczu, gdy stoisz na balkonie, trzymając w rękach ciepły kubek z herbatą, kawą, kakao czy chociażby gorącym mlekiem z miodem. Kiedy deszcz bębni po standardowym wojskowym hełmie, który okryto brzegiem pałatki, podobne rzeczy wydają się niestworzoną bzdurą…

Sznurowane buty z wysoką cholewą, nazywane glanami – rzecz dobra i jeśli się o nie zadba, nawet ładnie wyglądają. I jeszcze same cholewy, mocno zasznurowane, całkiem nieźle chronią staw skokowy przed zwichnięciem. Ale nie zawsze. Jednak jeżeli już wypadło miesić nogami błoto, to trudno wymyślić coś lepszego od butów z cholewą. Zwłaszcza jeżeli glany są dobrej jakości, skórzane. Najważniejsze, aby pamiętać, że wojskowych butów nie wkłada się na skarpetki, od tego są onuce. Na deszcz o wiele lepsze: ściągasz but i dolną, wilgotną część onucy dajesz na wierzch, a górną, całkiem suchą, na dół – i żadnego pociągania nosem. Przecież herbaty z maliną i ciepłej pościeli na wojnie nie ma. A papieros? To jak przepustka do domu. Bilet do zostawionej za plecami, ciepłej przeszłości.

Deszcz pada tylko wtedy, kiedy sam ma taką potrzebę. Bardzo głupio jest uważać krople za łzy nieba – niebo nie ma żadnego interesu w opłakiwaniu tego, co się wyrabia na ziemi.

Niebo wyzwoliło się od ludzi: nie rozrywają go białe smugi kondensacyjne, niebo pachnie deszczem lub śniegiem, a nie oparami paliwa lotniczego, nie dziurawią go już rakiety. Niebo jest wolne. Szare chmury doskonale znają przyszłość.

Niegdyś ludzie wierzyli w kryształ nad głowami i w bogów, którzy spoglądają w dół. Jeśli nawet bogowie byli, to wątpliwe, by teraz chcieli patrzeć na popiół pozostały po życiu.

Popiół. Taki szary jak z papierosów, które zostały w przeszłości.

Szarość. Taka jak pleśń zasnuwająca ruiny miast.

Miasta. Martwe szkielety domów patrzących wypalonymi oczyma okien.

Okna. Czarne zapadliny, w które nigdy już nie zabębnią krople.

Krople. Gęste i leniwe, ściekające szkarłatnymi strużkami po rękach.

Palce. Czarne od brudu, z połamanymi paznokciami, naciskające na spust.

Broń – jedyne, co daje jako taką szansę. Intelekt pomaga, ale myślą nie zabijesz prześladowców albo tych, których prześladujesz sam.

Morhołt przesunął ręką po jedynej ocalałej szybie jęczącego ze starości wagonu pociągu elektrycznego. Miał ochotę zapalić, ale dym by go wydał. A już posłuchać Krupnowa chciało mu się diabelnie. I jeszcze chciał po prostu choćby na minutę wrócić do domu.

ROZDZIAŁ 4

Kto dobrowolnie idzie do piekła

Baszkortostan, Nowa Ufa

(współrzędne 54°41’49,2’’N, 55°50’03’’E), AD 2033

Pocisk patrzył na ścianę. Farbę, zgodnie z regulaminem zieloną, położono tylko pod samym sufitem. Od malowania minęło sporo czasu i zdążyła się złuszczyć, tu i tam poodpadała zabawnymi kawałkami. Z górnego lewego kąta na Azamata srogo spoglądał profil wypisz, wymaluj historycznego działacza Zekiego Velidiego Togana, którego podobiznę parę razy widział na starych płaskorzeźbach w opuszczonym mieście za rzeką. Poniżej, na samej granicy starannie położonych płytek, jawił się jakby dziwny mutant podobny do ogromnej stonogi.

Pocisk starał się rozluźnić mięśnie. Jak długo przyjdzie mu siedzieć, milczeć i czekać – nie wiedział. Rwała go rozorana uderzeniem kolby potylica, bolał policzek, którym uderzył w ziemię.

Ocknął się na zimnym metalu silnikowej drezyny, szparko sunącej po niedawno położonym torze. Po co go wieźli do miasta, Azamat nie miał pojęcia – nie popełnił żadnych przestępstw uwzględnionych w dekretach Nowoufijskiego Komitetu Wykonawczego Partii Komunistycznej. Chyba nie. A w każdym razie oficjalnie.

Wypytywać sanitariuszy siedzących obok na ławkach nie było warto. Jeśli już mu spętali ręce i nogi i rzucili prosto na podłogę, to zapewne nie będą się z nim ceregielić. A tam czas pokaże, co i jak. Niepokoiła nieobecność Lenoczki. Ale wkrótce malutka pisnęła gdzieś z przodu i Pocisk odetchnął z ulgą. Skoro mała żyje, wątpliwe, żeby zrobili jej coś złego zaraz po dotarciu na miejsce. Gdyby chcieli, toby ją zabili od razu w Cziszmach. Któryś z sanitariuszy, najprawdopodobniej znający go z wojny ze Sterlitamakiem, nawet się nad nim zlitował. Narzucił na niego z wierzchu własny płaszcz, a pod głowę podłożył kamizelkę. A spać na niej, ignorując szorstką, twardą wyściółkę, Azamat nauczył się dawno. Martwił się o Szablozęba, ale zmęczenie wzięło górę.

Noc przyszło mu spędzić na dołku ukrytym w głębinie jednego z bunkrów administracji, a teraz siedział i patrzył na ścianę pomieszczenia, do którego przyprowadzono go z dziesięć minut temu. Ściana i podłoga nie podobały się Azamatowi.

Kafelki gdzieś tam skuto i dostarczono tutaj. I właśnie tu, przy oświetleniu w postaci mętnej żarówki palącej się pod sufitem, kawałek po kawałku, wyrównując i naprawiając szczerby, obłożono nimi podłogę i ściany. W czym dobre są płytki, jeśli gładkie i równe? Bardzo łatwo je zmywać.

Z czegokolwiek, bez różnicy. Z rozlanej zupy, brudu, smarków, mózgu czy krwi. Zwłaszcza jeżeli ręce, trące o brudnoturkusową powierzchnię, usiłują zadośćuczynić najdrobniejszemu przewinieniu wobec partii i narodu Nowoufijskiej Republiki Komunistycznej.

Azamat z jakiegoś powodu nie miał wątpliwości co do przeznaczenia pokoju. Jakoś od razu przychodziła na myśl SB. A sąsiad tylko utwierdzał go w tym przekonaniu. Chociaż, dokładnie rzecz biorąc, to jednak sąsiadka – w niektóre dni nie można się pomylić. Jeśli zdać się na nos i wiedzieć, co węszyć. Co prawda z dwojga śmierdzącego nie wiadomo co gorsze, ale mężczyznę dało się odróżnić od kobiety, młodej albo i nie bardzo czy zresztą nawet babiny.

Pocisk starał się być uczciwy wobec dziewczynek, dziewczyn i kobiet. Oszukiwanie ich w niektórych kwestiach uważał po prostu za niemożliwe i zdecydowanie głupie, zwłaszcza jeśli chodziło o określenie statusu związanego z ich wiekiem. Młodsza od piętnastki? Dziewczynka. Nie ma jeszcze dwudziestu pięciu? Naciągane, ale zawsze dziewczyna. A już dalej, choć wiele z nich się obrażało, to wyłącznie kobiety.

I oto sąsiadkę, siedzącą spokojnie w przyciemnionym kącie z tyłu, Pocisk, choć jej nawet nie widział, zaliczył do kobiet. Ale młodych. Wątpliwie, żeby siedziała tam tak po prostu, zatem zapewne miała bezpośredni związek z SB. A w SB, jak wiedział nie ze słyszenia, rzadko służyły kobiety po czterdziestce. Przyczyny tego nie znał, ale tak było.

Milczała, szeleszcząc papierami. Azamat nie miał ochoty odzywać się pierwszy. Jeśli ją zagadnie, to znaczy, że okaże własną słabość i strach. Czekać przyszło niedługo. Ujrzawszy mężczyznę, który wszedł zamaszyście i usiadł za stołem, Pocisk upadł na duchu. Spotkanie z Piotrem Iljiczem Darmowym, zastępcą dyrektora SB, zwłaszcza jeśli siedzisz naprzeciw niego w kajdankach, nie wróżyło nic dobrego. Nawet jeżeli on, Azamat, niczego chyba nie przeskrobał.

 

– Dlaczego towarzysz Abdulmanow siedzi w kajdankach? – zainteresował się Darmow. – Ukołowa?

– Nie mówił pan o żadnych szczególnych środkach względem zatrzymanego, Piotrze Iljiczu. Zdjąć?

– Mmm, zaczekajmy na razie. Popatrzymy na zachowanie naszego gościa. Daj to tu, też przejrzę.

Wstała, przeszła koło Azamata. Tak, nie pomylił się – młoda kobieta. Wysoka, koścista, z długaśnymi nogami i podobnie długimi włosami zebranymi w koński ogon. W dzisiejszych czasach mieć taką grzywę to rzadki luksus. Co do wieku Azamat też miał rację – na pierwszy rzut oka nie mniej niż trzydziestka. Darmow otworzył teczkę, żółtą, starą, z plastiku. Popatrzył na gościa.

– Uszanowanie, Azamat.

– Wzajemnie. – Pocisk skinął głową. – Za co mnie tak twardo?

– Funkcjonariusze sanitarnego pionu zagalopowali się, bywa. Poleciłem im, żeby cię po prostu znaleźli, kiedy się dowiedziałem o włóczędze, który postanowił wojować z mutantami. I jeszcze z kociskiem wielkości psa. Tak, rozumiesz, stwierdziłem, że to ty, nikt inny. Kazałem, żeby się zaprosili w gości, zorganizowali dojazd, no a wyszło, jak wyszło. Sam rozumiesz, robotę mają nerwową, ten twój zwierzak nienormalny… w dodatku pojawiłeś się z taką dziewczynką, mającą wyraźne oznaki mutacji. No i uzbrojony, i jeszcze w stanie afektu.

– Ledwie się trzymałem na nogach… Piotrze Iljiczu?

– Tak, Azamacie?

– Może przejdziemy do rzeczy?

Darmow, bodaj najstraszniejszy człowiek w Nowej Ufie, uśmiechnął się. Tak po prostu błysnął dobrotliwym, ojcowskim uśmiechem, patrząc łagodnie na byłego bojownika republiki, siedzącego naprzeciw niego w kajdankach. Od przymrużonych oczu rozbiegły się drobne, pełne zadowolenia zmarszczki, zabawnie uniosły się opuchnięte policzki.

– Domyślasz się?

– Jestem pewien.

Darmow chrupnął palcami. Azamat zmarszczył brwi, i to bynajmniej nie z powodu dźwięku. Zastępcy szefa SB nawet ktoś niedowidzący nie nazwałby sympatycznym – no, co poradzić, skoro w wyglądzie Piotra Iljicza brakowało rysów, które byłyby choć trochę przyjemne dla oczu? I nie był przerażający, nie, po prostu zwyczajny, tylko… coś w nim kazało się denerwować. A już ręce Piotra Iljicza…

Azamat widział w życiu niemało rąk. Co zrozumiałe, zadbanych, białych i gładkich, pięknych i wymuskanych nie zdarzało mu się spotykać zbyt często. Nie mówiąc już o pryszczach, sieci drobnych zacięć, w które wbijały się plamki i kropki brudu, o chorobowych krostach, nabrzmiałych żyłach i odciskach od łopat czy siekier – tego było aż nadto, życie po wielkim Gównie bardzo temu sprzyjało. Cienkie palce z przeźroczystą, niebieskawą skórą, palce podobne do tłustych gąsienic, palce-cęgi, sękate i silne. Manikiur, taki prawdziwy, z zadbanymi skórkami i lakierem do paznokci, widział tylko dwa razy. Teraz, po dwudziestu latach od światowej ognistej rzezi, ręce pozwalały przejrzeć ich właściciela na wylot.

Zwróć uwagę na niebieskie kropki na palcach, a zrozumiesz, że masz przed sobą nie świniopasa, lecz ślusarza, któremu na zawsze wbiły się pod skórę drobniutkie wiórki metalu. Zauważ brzydkie, wypukłe odciski od ołówka lub długopisu na pierwszych paliczkach palca wskazującego i środkowego, a poznasz po nich urzędnika albo księgowego. Dostrzeż ciemny odcień skóry szorstkiej od stale wiejącego wiatru i przywitaj się z takim samym swobodnym włóczykijem jak ty sam. Azamat nie lubił i bał się tylko krzepkich, zawsze czystych i pachnących mydłem bądź fenolem dłoni lekarzy.

Ogromne graby Darmowa wywoływały u Azamata nerwowość. Silne, z wypukłymi knykciami, białe i gładkie. Spod rękawów ciemnozielonej koszuli wystawały szorstkimi kępkami gęste, rudawe włosy, ale na dłoniach i palcach nie było owłosienia. A już patrząc na same palce, z rozpłaszczonymi, tępymi owalami paznokci, Azamat cieszył się, że Piotr Iljicz nie pracuje jako urolog w jedynym miejskim lazarecie. On, Pocisk, nigdy nie nabrałby ochoty na badanie prostaty.

– No, jak do rzeczy, to do rzeczy… – Piotr Iljicz nacisnął guzik wmontowanego w stół dzwonka. Drzwi skrzypnęły, wpuszczając dyżurnego. – A przynieś nam, bracie, herbatkę, co? Azamat, nie odmówisz naparu z ziółek? I jeszcze z miodkiem? Od razu tak pomyślałem, że nie odmówisz. Taaak, były bojowniku oddziału OSNAZ, opowiedz mi, jakim to sprytnym sposobem domyśliłeś się sprawy, która ma z twoją osobą tak bardzo bezpośredni związek.

Azamat lekko poruszył zdrętwiałymi ramionami. Nadgarstki powoli zaczynały sztywnieć, a to wrażenie mieszało się ze swędzeniem, które jak ogień przebiegało po naczyniach krwionośnych.

– Też mi tajemnica poliszynela… – Pocisk pokręcił się na krześle. Twarde brzegi bardzo nieprzyjemnie wbijały mu się w siedzenie. – Oczywiście, że opowiem, ale bardzo interesują mnie dwie rzeczy.

– Jakie?

– Gdzie dziewczynka? I gdzie mój kot?

Darmow znowu rozpłynął się w uśmiechu. Azamat miał ochotę splunąć ze złości albo zrobić cokolwiek, byle ten ze swoim uśmiechem i zadowoleniem siedział dalej.

– Twoja dziewczynka, córka Michaiła Sosnowcewa, znajduje się teraz w budynku SB. Przynajmniej na razie. A gdzie jest mutant, który wszędzie się z tobą włóczy, nie mam pojęcia. Mało tego, że kociak żyje i nie zastrzeliłeś go osobiście z powodu jawnego naruszenia genomu i niebezpieczeństwa, jakie stanowi dla mieszkańców republiki, to jeszcze zwiał, jak raportowali sanitariusze.

Azamat ze złości zgrzytnął zębami. Niedobrze, co tu gadać. Skoro Lenoczka jest tutaj, to znaczy, że Darmow ma do niego wyraźnie nieczystą sprawę. Iść w zaparte, twierdzić, że niby mała nic dla niego nie znaczy, głupio, bo gdyby nic nie znaczyła, nie lazłby za nią w pojedynkę do niawki.

– Więc jak, funkcjonariuszu w stanie spoczynku, zdradzisz Jewgienii i mnie swoje przypuszczenia co do powodu twojej wizyty w SB?

– Muszę coś dla was zrobić. Cicho i niepostrzeżenie.

– Jaki domyślny, no! – Darmow trzasnął grabą o stół.

Dyżurny, który właśnie wszedł, ze strachu o mało nie upuścił imbryka. Piotr Iljicz zerknął na niego z dezaprobatą i ofuknął krótkimi zdaniami: – Postaw tutaj. Kubki mam. Wyjdź.

– A ma pan słomkę, żebym mógł się napić? – spytał Azamat.

Darmow nachmurzył się, ale zaraz znowu rozpłynął się w uśmiechu. Tyle że nie był on życzliwy, prędzej fałszywy.

– Ukołowa, rozkuj Azamata. Nie będziesz od nas uciekać, wszczynać burd?

– Nie będę. – Pocisk poczekał na szczęk bransoletek i z zadowoleniem zaczął sobie rozcierać nadgarstki. Zamrowiło, krew popłynęła szybciej. – Smacznie pachnie. Mięta?

– Mięta też, rodzima, tylko jej niedużo. Szkodzi przecież, co zrobisz? – Piotr Iljicz rozlał do kubków trawiasty napar. Liście porzeczki, drogocenna poziomka, lebiodka, nieco dziurawca i mięta, jakżeby bez niej.

Normalnej herbaty Azamat nigdy nie próbował, tylko o niej słyszał. Niekiedy udawało się siorbnąć naparu nie z miejscowego zielska, lecz czegoś innego. Smak napoju, ciemnego i z jakiegoś powodu wionącego grzybami, podobał mu się. A pił go u wodniaków, tak, tak.

Nie było mu jednak śpieszno dzielić się swoimi wrażeniami wywoływanymi przez niezły gorący napój z kimś tutaj, w miejscu nazywanym domem.

Po pierwsze, nie wiedział, skąd się to wzięło u wodniaków, przypuszczał jednak, że ojczyzna suchej mieszanki leży dość daleko od koryta Wielkiego Kinielu, nie mówiąc już o Samarce czy samej Wołdze. A skoro tak, to geografia względnie znanych i zamieszkanych ziemi tu, w Przeduralu, w orenburskim stepie, a także na Zawołżu, rozszerzała się. A takie informacje są ważne, należy je niezwłocznie przekazać, komu trzeba. Tylko że właśnie komu trzeba Azamat nie chciał donosić. Zupełnie. Absolutnie. Ani trochę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?