Droga stali i nadzieiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bladosiny, chwiejący się, pokryty mułem Ramil szedł ku ognisku. Cicho i drapieżnie skradał się do śpiącej postaci, wczepił się w nią, szarpnął za głowę. I urażony, rozżalony, zaskomlał, nie rozumiejąc: zdobycz sama rozpadła się na części, zamieniła się w hełm, zardzewiały kanister i dwa bierwiona, które znaleźli na brzegu. Nie udało się związać Ramila, zginął od strzału w głowę. Spust nacisnął Azamat, a potem długo siedział obok ciała.

Niawkę, a dokładniej rodzinę niawek, znaleźli później. Nazwę utopcom nadał Siergiej Sanycz, najstarszy w oddziale, żołnierz po pięćdziesiątce. Powiedział, że niby były już takie bestie wcześniej, w różnych bajkach. A teraz pojawiły się w realu.

Cztery istoty, podobne do ludzi tylko z grubsza, oddział pokonał, tracąc ośmiu swoich. Po dwóch bojowników na każdego dziwnego mutanta, po dwóch przyjaciół za życie ciemnego, szarawozielonego wroga. Sam Pocisk uszedł z życiem dzięki cudowi i Miszce, który zdążył wyjąć APS. Dziewięciomilimetrowe naboje do stieczkina zatrzymały przywódcę grupy, tak że został praktycznie bez głowy. Ale i wtedy silne, zmieniające się w oczach ciało chciało się dobrać do Azamata, ściskającego w rozedrganych rękach AK, który kiwał się jak na wietrze. I ludzie mogli zobaczyć metamorfozy, jakie utopcom podarowała Wojna ze swymi następstwami.

– Ty, popatrz no… – Sanycz końcem lufy RPK trącił uda leżącego ciała. Te z plaśnięciem, niechętnie, odkleiły się jedno od drugiego, ale po paru sekundach zwarły się znowu, skleiły praktycznie w jedno, nie rozerwiesz. – No, jakie sukinsyny.

– I sukincórki. – Miszka śmiesznie poruszył rudym wąsikiem. – To przecież baba, nie?

– No, a kto by jeszcze? – Sanycz z obrzydzeniem tknął dwie wypukłości na klatce piersiowej. – Nie są to jakieś trytony, syreny czy szlag wie co, tylko ludzie w nie tak odległej przeszłości. Dzieci, o tu, zaraz widać, w brzuchu noszą, i rodzą potem.

– A co to za klej? – Azamat oparł się o wilgotną ścianę, całą w mętnej mazi. Nogi stworzenia jak się zeszły, tak do tej pory się nie rozkleiły. A ciało leżało na stareńkim plastikowym stole, z nóżkami, które prawie w całości utonęły w miękkim podłożu pieczary. – Żeby ogon się trzymał?

– Też coś, młody przyrodnik się znalazł. – Sanycz splunął i zadymił kozią nóżką. – Tego jeszcze nie było. Chociaż… wiesz, przed Wojną był taki sport. Wkładano ludziom na nogi taką ogromną płetwę, no, coś w rodzaju ogona, i pływali. A te tutaj, sam widzisz, jakie rzeczy idą po kostkach?

Azamat widział. Patrzył. Zapamiętywał. Ludziom przybywało wrogów, a skoro tak, warto było dowiedzieć się więcej.

Oddział nie zabrał z sobą zwłok. Utopce rozkładały się szybko, aż za szybko. Coś tam zapamiętali, Sanycz nawet zapisał i narysował. Dowództwo pochwaliło i zachęciło do dalszych starań. A Azamat, straciwszy kompana, znienawidził poronione płody Wojny jeszcze bardziej. I zapamiętał wszystko, co widział.

Słowo „niawka” przyjęło się od razu. Mutanty, którym Sanycz ponadawał nazwy, stroniły od takich dużych miast jak Nowa Ufa, za to koło mniejszych osad ich nie brakowało. Okazało się, że są jak płazy: ich naturalnym środowiskiem stała się woda, ale nie bały się suchego lądu. Dziwny, kleisty śluz, który wydzielały w wodzie, na amen zlepiał im nogi. Długie, skórzaste płetwy, które im wyrastały na kostkach nóg, oraz rozłożyste, szerokie stopy przekształcały się w ogon. No taki, który trudno zobaczyć… z boku.

Kiedy niawki wychodziły na ląd, modyfikacje ciała, w wodzie stanowiące dodatkowe przystosowanie do szybkiego rzucania się za ofiarami, w powietrzu traciły znaczenie, nie były potrzebne. Ponadto mutanty miały macki, a raczej coś bardziej podobnego do ogromnych pajęczych odnóży – najważniejsza broń niawki, przesądzająca o ich sposobie życia. Żywy mechanizm, zapewniający im stałe posiadanie sług – ludzi, którzy popadali w niewolę pod działaniem wstrzykiwanej im substancji.

Wszystko to Azamat zapamiętał na zawsze.

Gdy palce chwyciły za nabój, po plecach Azamata pociekła zimna strużka. Jasne, spocił się już nie raz w życiu, i to bardzo mocno, lecz teraz chodziło o to, że nade wszystko pragnął poczuć coś innego – nabój, który ściskał w dłoni, okazał się stary. Zamiast trzeciego mosiężnego walca namacał lekko żebrowaną plastikową łuskę.

Niawka rzeczywiście była całkiem młoda. Chudziutka, nie zdążyła jeszcze wykształcić silnych mięśni, bardzo gibka. Wypadła gwałtowanie z korytarza niczym ciemna, milcząca błyskawica. I od razu zaatakowała, jak każda z jej krewniaczek. Uniosła się pod sufit, odepchnąwszy się ogonem, i wygięła w stronę Azamata.

Już podczas lotu śluz zaczął tracić swoją kleistość. Ciemny, błyszczący od wody ogon zamienił się w parę krzepkich, silnych nóg. Odłamki granatu przeszły po jej lewej stronie, rozorały bok, ciemny teraz od krwi, lecz bestii to nie zatrzymało – wręcz przeciwnie, tylko ją rozzłościło, przydając jej sił.

Azamat zareagował automatycznie, nacisnął spust. Gruby śrut, trafiając w górną część piersi i szyję, przechyliłby szalę zwycięstwa na jego stronę. Gdyby nie jedno „ale”: wystrzał nie nastąpił.

Bielejąc jaśniejszym brzuchem, mutant uderzył ręką uzbrojoną w spore pazury. Azamat zasłonił się obrzynem, który nieoczekiwanie stał się wyłącznie ciężarem, i wygodniej chwycił rohatynę. Siły niawce nie dało się odmówić, zwinności także, ale doświadczenie było po jego stronie.

Końcem drzewca uderzył ją w wewnętrzną stronę kolana, szarpnął na siebie, podciął. Kopnął mocno, prosto między wypukłe piersi, odrzucił na ścianę. Zdążył usłyszeć mokre kliknięcia, zauważyć pędzące ku sobie macki, poczuł uderzenia. W pierś, prawie w pachę, i w bok. Usłyszał ledwie uchwytny zgrzyt kości o metal. Wlepił wzrok w ciemne, ale wciąż jeszcze ludzkie oczy niawki, nawet przez maskę przenikliwie cuchnącej czymś ostrym, wodą i resztkami niedawnego posiłku.

– Ano, masz, suko! – Miał ochotę wyszczerzyć się jej w samą twarz. Efekciarsko, głupawo, ale się wyszczerzyć. – Nażarłaś się, bestio?!

Skórzaną kamizelkę z płycinami z tytanu i metalową siatką zamówił w Diomie już dawno. Często mu pomagała, przydała się również teraz. Gdyby na miejscu tej niawki był jej bardziej dorosły krewniak – kto wie, jak sprawa mogłaby się potoczyć. Lecz wyszło tak, jak wyszło: kolce nie poradziły sobie z metalem, zatrzymały się, nie dosięgły ciała człowieka.

Niawki były ludźmi. Jeszcze nie tak dawno – w tym Pocisk zgadzał się ze wszystkimi wywodami Sanycza. Zaledwie dwadzieścia lat powojennej niedoli, dzielące Azamata od młodziutkiej kobiety, dla nich obojga przekształciło się w miliony. Miliony lat ewolucji, które przemknęły w ciągu dwustolecia niczym błyskawiczny wybuch. Ale strach i u niej, i u niego pozostał taki sam. Azamat naparł całym ciężarem ciała, napięciem wszystkich mięśni, włożył w to swoją skondensowaną złość na bestię, która zabiła jego przyjaciela i żonę, porwała ich dziecko. Zaatakował, widząc wszystkie transformacje niawki, teraz już coraz bardziej podobnej do człowieka. Do kobiety. Całkiem młodej dziewczyny.

Mlecznobiała skóra, bo taka błyskawicznie zrobiła się z ciemnozielonkawej. Wysoko osadzony, mały biust i piękny brzuch, idealnie zbudowane ciało, szczupłe, z krągłymi mięśniami. Tak właśnie niawki zwodziły ludzi, spotykając idących w pojedynkę, wołając na pomoc okrzykami. I zaraz potem wbijały człowiekowi kolce, wstrzykiwały mu kilka miligramów przezroczystej substancji.

I tyle. Potem człowieka już nie było, był tylko posłuszny niewolnik, zwierzę wypełniające wszelkie polecenia swego pana.

Teraz długie macki z kilkoma stawami, tak podobne do pajęczych odnóży, jeszcze nie obwisły bezradnie i słabo. Niawka strzelała nimi dokoła jak biczami, rozpryskując kawałki mokrej gliny, mech, narośle ze ścian. Krzyczała, szeroko otwierając rybie, czarne usta z ostrymi, drobnymi zębami. A prosto w głęboki pępek, na gładką skórę pachwiny, na uwypuklające się silne mięśnie ud, bryzgając i pieniąc się, ciekła strużkami ciemna krew. Jej, niawki krew.

Azamat z mocą obrócił rohatynę, wrażając grot jeszcze głębiej, po poprzeczkę, i starając się zadać jak najwięcej bólu. Odsunął się, podziwiając efekt swojej pracy. Niawka nijak nie chciała umierać – przyszpilona do ściany, wciąż wrzeszczała i wyła. Pocisk zerknął w stronę kąta, skąd niedawno dobiegło chlipnięcie. Oczy Lenoczki, wciśniętej w kupkę sitowia i szmat, błysnęły i Azamat uspokoił się. Dziewczynka po prostu wystraszyła się, i nic dziwnego.

Przechylił głowę, patrząc w piękną twarz wodnego drapieżnika – nawet mimo czerniejącej szczeliny między cienkimi wargami niawka wyglądała pociągająco. Cholerny przyrodzony kamuflaż, cholerne życie po cholernej Wojnie. Pocisk nie wytrzymał, zdjął respirator, podniósł maskę na czoło. Skoro maleńka dziewczynka przesiedziała tutaj trzy doby, co może stać się z nim?

Niawka przymknęła usta, przyglądała się odsłoniętej twarzy wroga, z rzadka wydawała śmieszny chlupiący dźwięk.

– Lepiej by ci było nie pojawiać się na świecie. – Azamat pogmerał przy pasie. W sakwie zostało jeszcze trochę wapna. – Dla wszystkich byłoby lepiej. Albo gdybyś choć postanowiła uwić sobie gniazdo nie w tym miejscu, cholerna durna zmoro.

Niawka wlepiła w niego czarne paciorkowate ślepia, szybkim językiem oblizała sobie wargi, zachęcająco i pożądliwie. Azamat splunął, patrząc na nią. Bestia trzymała się życia, instynkty przeważały nad ostatkami rozumu i niawka, rozrywana bólem w rozoranej piersi, próbowała rozbudzić w nim zwykłego mężczyznę. Gadzina…

Wapno – resztki, jakie zachowały się na dnie sakwy – gęsto przylgnęło jej do twarzy i szerokiej rany. Krzyk mutanta przeszedł w wizg, wzleciał pod sufit, walnął po uszach. Niawka zachłystywała się wrzaskiem, płakała, miotała się na ostrzu rohatyny, chlastała samą siebie po twarzy. Wilgotna skóra syczała, pokryta pęcherzami burej piany, wapno przeżarło ciało do kości.

 

Pocisk przechylił głowę, przyglądając się dziełu swoich rąk. Odpiął od pasa toporek. Czy niawka zdążyła zauważyć zaostrzony metal? Azamat nie przejmował się tym.

Lenoczka pochlipywała, tuląc się do ramienia Azamata. Owinął ją w porwane palto znalezione w zakamarkach pieczary. Rzecz jasna, było wilgotne, lecz na dziewczynce już prawie wcale nie zostało ubrania. Zwłaszcza po tym, jak Pocisk musiał ją łapać i resztki sukienki, zaczepiwszy się o wystający ze ściany korzeń, podarły się zupełnie na strzępy.

Mimo wszystko niepotrzebnie zdjął maskę.

Mała miała dość sił, by biec, ale teraz nawet się nie wierciła. Należałoby to pewnie przypisać ogromnemu zmęczeniu, głodowi i śmierci, którą dziecko widziało z tak bliska. A Azamatem telepało. Chwiał się mocno, kilka razy rzuciło go na ściany, które nieoczekiwanie nabrały życia i skoczyły na niego. Oczy go piekły, łzawiły. Ale szedł naprzód, przyciskając do siebie maleńkie ciepłe ciałko. Dziewczynka oddychała głośno, ochryple, siąkała noskiem, to wciągając do środka, to wypuszczając gęste smarki.

– Cicho, cicho, maleńka. – Najłagodniej, jak umiał, pogładził jej miękki tył głowy. – Wszystko będzie dobrze, Lena… Lenoczka. Teraz już będzie dobrze. Nie pozwolę, żeby cię ktoś skrzywdził.

Po ciemności nawet szara mgła raziła białym, oślepiającym światłem. Pocisk zrobił kilka kroków i prawie runął na kolana.

– Iljas! – Położył osłabłą dziewczynkę na trawie i w tym momencie wywróciło mu wnętrzności. Żrące wymiociny zatkały mu jamę nosowo-gardłową, aż zachłysnął się rozpaczliwym kaszlem. Głos ledwie się przebijał przez spazmy, słaby i ochrypły. – Iljas!

Zaszeleściło suche sitowie. Usłyszeli go, szli do niego. Chciało mu się wierzyć w jakąś szlachetność czy coś.

– Ba, a oto nasz bohater! – Głos zdawał się bardzo znajomy. Ogarniająca Azamata czerń odganiała rozsądek gdzieś w głąb, lecz on pragnął go sobie przypomnieć. – I nawet z taką niespodzianką.

Tuż przed jego oczami zatrzymały się czyjeś buty. Nie takie wojskowe, jakie nosili najemnicy Iljasa, i nie takie porządne, wyczyszczone jak u ich dowódcy ani też nie stare, wytarte, ale solidne brezentowe buciory jak u dwóch pozostałych mieszkańców wioski. Nie.

Przez łzy, które płynęły same z siebie, Azamat wpatrywał się w błyszczący, wypucowany chrom, polerowane lustro i idealnie dopasowaną cholewkę. Już wszystko rozumiał, tyle że nie chciał wierzyć.

– Sam Pocisk, we własnej osobie. – Dowódca sanitarnej grupy oczyszczającej Nail Chusnutdinow, zagorzały bojownik o czystość ludzkiej krwi, zachowywał ostrożność. Stał nieco dalej, wyraźnie obawiając się półmartwego Azamata. – Bohater, no, no. Siema, weź dziewczynkę, tylko nie zabijaj, najpierw trzeba ją odwieźć do laboratorium. Nada się do doświadczeń.

Pocisk zaszlochał. Złość, uwolniona ze śmiercią niawki, wracała. Zataczała kręgi lodowatą spiralą, każąc ciału dźwignąć się, rwać do przodu, bić się. Podniósł się na kolano, namacał i przyciągnął toporek.

– No, uspokój go już. – Nail splunął. – Widzisz go, ledwie dycha, a skacze. OSNAZ, kurna’szit, swoich nie porzuca, nie, nie…

Cios był mistrzowski. Nie rozpłatał mu czaszki, ale łupnął mocno i skutecznie. Azamat chrząknął i zapadł w ciemność.

Obwód orenburski, dawny poligon Donguski,

Zakon Odrodzenia (współrzędne tajne), AD 2033

– Wszystko załatwione? – Inga okrążyła od tyłu „Niszczyciela”. Silnik stalowej bryły cicho mruczał. – Pytam was.

– Wszystko gotowe do wyjazdu, majorze. – Starszy technik smętnie spojrzał na szpicrutę w jej ręce. Major, idąc wzdłuż czołgu, raz po raz uderzała się nią po cholewie. – Układy pracują w normie, usterkę usunęliśmy, paliwo na zasięg taki, jaki nam polecono, amunicja załadowana.

– Bystrzak. – Wojnowskaja ostro obróciła się na pięcie i nagle stanęła z nim twarzą w twarz. – Nie można było tak wcześniej i samemu?

Technik nie odezwał się, z poczuciem winy spoglądając na czubki własnych butów. Wojnowskaja poklepała go po ramieniu.

– Dobra robota. Zrobiliście wszystko, co konieczne do wykonania rozkazu. Wiecie przecież, że od wypełniania woli Mistrza zależy nasza przyszłość. Wiecie czy nie?

– Tak, majorze. – W gardle technika zabulgotało. – Oczywiście. Ja i moja rodzina jesteśmy wdzięczni Zakonowi za możliwość dobrego życia. Zrobimy dla niego wszystko, co w naszej mocy.

Inga skinęła głową. Bojownicy z jej grupy już się szykowali i należało do nich podejść. Do wyruszenia zostało niewiele czasu i nie warto było tracić go po próżnicy. Z powodu tej naprawy wszystkim im przyjdzie zacząć misję za dnia, ale to nic strasznego, początkowo ich podwiozą, i to podwiozą spory kawałek. Szkoda, że przywrócone do użytku szlaki kolejowe nie sięgają daleko, ale oddział dotrze na wyznaczone miejsce nawet pieszo, jeśli tego wymaga zadanie. Gdzie się zatrzymają na odpoczynek i tankowanie – major już określiła.

Oddział, dwa plutony, stanął w szyku przed pojazdami – pięćdziesięciu bojowników, nie włączając samej Ingi Wojnowskiej. Tam, za hermetyczną bramą, czekają na nich wrogowie. I liczebnie znacznie przewyższają jej ludzi, w tych ostatnich jednak major wierzyła całkowicie.

Szturmowcy i wywiad. W większości urodzeni i wychowani tu, w Zakonie, w ciągu minionych dwudziestu lat. Jej grupa nigdy nie była monolityczna, nie składała się z ludzi jednakowego wzrostu, do czego tak usilnie dążyli liczni mędrcy w Zakonie. Ingę zawsze śmieszył dobór przeprowadzany wśród dwunastoletnich podrostków – starano się wybierać najwyższych, najsilniejszych, naj…

Nigdy się nie sprzeciwiała, nie wdawała się w sprzeczki ze starszymi od niej rangą oficerami i robiła tak, jak sama uważała za stosowne. Z milczącą, a czasami nawet głośną zachętą Mistrza, Wojnowskaja postępowała po swojemu. Zawsze i każdej materii.

Inga Wojnowskaja urodziła się nie tutaj, nie na terytorium byłego poligonu Donguskiego z jego wszystkimi tajemnicami. Przyszła major w wieku pięciu lat przyjechała wraz z rodzicami z najważniejszego miasta kraju, ze stolicy. Rodzice zginęli w pierwszych atakach: ojciec znajdował się wtedy na poligonie, a mama pojechała do dziadka i babci, natychmiast, starając się zdążyć. Inga nigdy nie myślała o tym, że mogłaby się wybrać z nią, gdyby nie zwyczajna grypa.

Nie widziała sensu w podobnych rozmyślaniach. Jej dzieciństwo minęło w ciemnych kazamatach pod poligonem, wśród setek tak samo wystraszonych dzieci. Oto jak wpłynęło na jej życie przebywanie w ważnym obiekcie wojskowym. Wybuch, drżenie ziemi, gwałtowny wiatr – tam, na powierzchni. I bardzo wiele sierot.

Mistrz jakoś opowiedział jej o tym, że przed Wojną dzieci było mało – tak się w każdym razie zdawało. Dlaczego było ich mało, nie mówił. Ataki rakietowe wniosły niezłą korektę, za jednym zamachem umniejszając szanse jednym i niebotycznie podwyższając je drugim, okopconym i pokrytym popiołem umierającej ziemi. I nieoczekiwanie okazało się, że dzieci może w zupełności wystarczyć. Rzecz jasna, do ustalonych celów.

Cele Zakonu okazały się jak najbardziej przyziemne: przetrwać, wzmocnić się, objąć swoim władaniem wszystkie okoliczne terytoria. Zasada przetrwania zawsze jest prosta: nie zjesz sam, pożrą cię inni.

Czy była to wojna globalna? Teraz, mając dostęp do zapisów ówczesnych negocjacji, z dokumentami stacji monitoringu, z protokołami oddziału IT, Inga znała odpowiedź. Tak, wojna miała zasięg globalny. Tak, ludzkość zachłysnęła się własnymi krwawymi wymiocinami, zmieszanymi z radioaktywnym kwasem, który wypalił większą część planety. Czy winę ponosili sami wojskowi, ponieważ powinni byli bronić ojczyzny, wyprzedzić wrogów? Inga i na to pytanie znała odpowiedź. Tak, ponosili.

Wszyscy byli winni, włączając jej ojca. Winni własnego lenistwa, tchórzostwa, braku umiejętności, przymykania oczu nie w porę. Problemy, z powodu których rozpoczęła się Wojna, stały się nieistotne, ważny był rezultat. Na wojnie jest tylko jedna zasada: zwycięża silniejszy. Czy wrogowie zwyciężyli? Co do tego Inga nie była przekonana. Krajobraz rozpościerający się z posterunku obserwacyjnego numer dziesięć zapamiętała na całe życie.

Szara goła ziemia. Czarne wyspy budynków. Okopcony beton i cegły. Stopione, zastygłe na podobieństwo sopli pojazdy opancerzone. Podnosząca się przy silnym wietrze ściana pyłu. Martwa pustynia, a nie wojskowe miasteczko w/nr 65…

Zakon naprawiał błędy swoich poprzedników. Wprowadzał porządek, dawał ludziom pewność co do przyszłości, przygotowywał się do objęcia świata z powrotem. I potrzebnych do tego żołnierzy miał pod dostatkiem.

Jej ludzie… do oddziału Ingi nigdy nie przyjmowano tylko na podstawie określonych fizycznych parametrów. Miała gdzieś wzrost, długość rąk czy nóg, masę rozwiniętej muskulatury. Stosowała jedno kryterium: przydatność. Dwa plutony po dwudziestu ludzi, po czterech specjalistów i dowódca, oto cały oddział, nie licząc załogi „Niszczyciela”, Szatuna i Ilji Szarego. I ona sama.

– Pierwsza, Drugi! – Dowódcy pojawili się przed nią prawie od razu. Niewysoki i bardzo krzepki Drugi, wysoka, nieco niższa od samej Ingi, Pierwsza. – Zaraz podstawią platformy. Początkowy odcinek pokonamy po torach kolejowych. Grzać maszyny, wsiadać, maskować. Paliwo? Amunicja?

– Wszystko na miejscu, majorze. – Drugi mówił nieco przez nos, który złamano mu podczas bokserskiego sparingu i jeszcze się nie zagoił. Poza tym maska, zakrywająca twarz jak u pozostałych bojowników, niezbyt dobrze przepuszczała dźwięk. – Jesteśmy gotowi.

– Tak – potwierdziła Pierwsza. – Prowiant dostaliśmy, zapas amunicji też.

– Bardzo dobrze. – Wojnowskaja zerknęła z ukosa na stojących za szeregiem Szatuna i Ilję. – Miejcie oko na tych dwóch. Drugi?

– Tak, majorze?

– Czy moje rzeczy są już na miejscu?

– Jak zawsze, majorze. Dyżurny komplet i plecak z odzieżą ochronną zabraliśmy z kwatery. Broń pobrałem, wyczyściłem i przygotowałem potrzebną amunicję.

– Dziękuję. A oto transport. Zaczynajcie załadunek.

Do hangaru, sycząc wypuszczanym powietrzem, powoli wpełzła spalinowa lokomotywa manewrowa. Lory, siedem sztuk, brzęcząc i podzwaniając łańcuchami, podtoczyły się do miejsca załadunku grupy.

Zakon dysponował sporą kolumną transportową, używaną na podlegającym mu terytorium. W swoim czasie Mistrz dołożył niemało wysiłku, by znaleźć, wyremontować i skompletować skład, a także aby przywrócić do użytku odcinek torów idących w obie strony. Tylko że tego nie starczało.

Bojownicy zakrzątnęli się, przygotowując kliny i liny mocujące ładunek. Platformy pojadą do wyznaczonego punktu pod osłoną kilku wagonów artyleryjskich, tym niemniej Pierwsza już pokazywała punkty rozmieszczenia kaemów. Wojnowskaja nie zamierzała się wtrącać, plutonowa dobrze znała się na swojej robocie.

Zwrotne wydry zaparskały z rur wydechowych, zawracając prawie w miejscu. Lekkie terenowe pojazdy opancerzone zostały złożone z trzech, czterech sztuk. I to znalezionych tu, na poligonie.

Tajfuny, potężne opancerzone maszyny na podwoziu przedwojennych kamazów, wtaczały się na wyznaczone miejsce nieśpiesznie i dostojnie. Głucho warczały basem silników, kołysały się nieco, lecz okazywały się niezawodne i bardzo przydatne. Rycząc wzmocnionym silnikiem, nieśpiesznie, dostojnie potoczyła się cysterna. Drobnicę, czyli pięć quadów, umieszczono na naczepach wysokich ciągników. No i zgodnie z rozsądkiem największą platformę zostawiono dla „Niszczyciela”, którego wtoczono oddzielnie.

– Major Wojnowskaja! – Obok wyrósł goniec z centrum koordynacyjnego, wyprężył się na baczność. – Wzywają panią.

– Dobrze. – Inga skinęła głową. Minutę później zauważyła, że żołnierz cały czas stoi w tym samym miejscu. – O co chodzi?

– Właśnie teraz, pani major… – zająknął się. Maska ukrywała nie tylko wyraz twarzy. Zmieniała też zabarwienie przechodzącego przez gumę głosu. Indze wydało się jednak, że żołnierz albo się denerwuje, albo jest zakłopotany. – Przykazano mi uprzedzić panią o tym.

No proszę, interesujące. Major uśmiechnęła się szeroko. Ciekawe, do czego jest teraz potrzebna w centrum koordynacyjnym? I czy rzeczywiście musi tam iść?

Telefon z tarczą znajdował się niedaleko. Wykręciła kod koordynatorów, zaczekała, aż ktoś podniesie słuchawkę.

– Tu Wojnowskaja. Jestem zajęta, mogę przyjąć informację przez telefon.

– Majorze… – Głos wydał jej się znajomy. Jasne, to przecież Karpow, zastępca Mistrza. – Nie do końca rozumiemy przydzielone pani zadanie i chcielibyśmy ocenić je w gronie wyższych członków Zakonu.

Inga zdumiała się. Mistrz, rzecz jasna, mocno niedomaga. Ale chyba nie na tyle, żeby ci ludzie kwestionowali jego polecenie?

 

„Dziewczyno moja…” – Cichy głos odpowiedział jednocześnie na pytanie Ingi o to, czy Mistrz może gmerać w jej głowie. „Wybacz, ale wątpliwe, żeby udało mi się w inny sposób”.

Zamarła. Głos Mistrza brzmiał jakoś tak… realnie?

– Tak, rozumiem. Ale nie mogę odejść od ustalonego planu. Konsekwencje? Odpowiem za nie, gdy wrócę. Chwała Zakonowi. – Słuchawka trzasnęła o aparat. Inga, rozumiejąc, że nie ma odwrotu, wsłuchała się w cichy głos rozbrzmiewający w jej głowie.

„T-tak, to ja”. – Mistrz westchnął. „Ruszaj niezwłocznie. Powinienem zwrócić uwagę na naszych wspólnych przyjaciół, próbujących wyrwać się spod kontroli. Coś idzie nie tak i nie dam rady ci pomagać. Zapamiętaj, Ilja może wyczuć dziewczynę z daleka, ale tylko wtedy, gdy nie będzie chroniona czymś metalowym. Dałem mu wszystko, co niezbędne, i naprowadziłem na ślad, jaki ona zostawia dla tych, którzy to rozumieją. Ilja podejmie trop. Potrzebna jest mi żywa, dziewczyno moja, pamiętaj o tym. Tylko żywa”.

Major podeszła do pociągu. Jeżeli mistrz ma rację, nie warto czekać. Rada Zakonu od dawna zajmowała się własnymi sprawami, nie myśląc o celu, jaki Mistrz postawił im wiele lat temu. Doraźne życzenia i potrzeby wyjaśniano koniecznością i dążeniem do stabilizacji. W ciągu ostatnich trzech lat Zakon nie przyłączył ani jednej ludzkiej enklawy. Inga była przeciwna takiej polityce, ale do tej pory nie wyrażała tego na głos.

Zakon już dawno stał się sensem życia. Surowy porządek, utrzymywany przez wojskowych, wart był każdej ceny.

Żadnych niebezpiecznych mutantów w pobliżu dużych skupisk ludzkich. Zaprowadzenie obecnego porządku Zakon wymusił ogniem i stalą, przelewając krew istot niepodobnych do niczego.

Żadnych band w okolicy sporych osad. Nie żałowali naboi na unicestwienie dwunogich hien… póki na nie polowali. A potem wielu zbójom przyszło zazdrościć losu swych poległych towarzyszy.

Pętla, stos, pal.

Żadnych kompromisów, żadnej litości. Co do tego Inga zawsze zgadzała się z Mistrzem. Ludzie słabi, wiedzeni pokusą, często nie potrafią wyjaśnić swoich postępków. A tak, jeśli człowiek nie może sam zmusić się do służenia jednemu celowi, to jego zmuszą.

Nie chcesz słuchać słów?

Posłuchasz wystrzałów żołnierzy lub uderzeń pałki nadzorcy. Wszystko bardzo proste: albo porządek, albo chaos. Innego wyjścia nie ma.

Obwód samarski, twierdza Kiniel

(współrzędne 53°14’00’’N, 50°37’00’’E), AD 2033

– Interesujące. – Morhołt podszedł do okna, wyjrzał na ulicę. Piętrowy dom, do którego przenieśli się po wizycie Kleszcza w jadłodajni, stał obok sześciu podobnych budynków. Szara uliczka, ciemne kałuże, szelest siąpiącego niestrudzenie deszczu, kilka postaci dokądś za czymś brnących przez błoto. – Bardzo interesujące.

Daria siedziała na materacu – cienkim, gruzłowatym i pokrytym plamami. Plamy jej nie przerażały, po zbadaniu okazały się zwykłą pleśnią i nie do końca spraną krwią. Patrzyła na stalkera, który przechadzał się tam i z powrotem po pokoju w samych butach i spodniach.

– Tak.

– Bardzo. – Morhołt zapalił. – Słuchaj, czy tu można by zrobić ciaśniej?

– Oczywiście.

Daria podeszła i zajęła się tym samym co kilka minut wcześniej. Mocno zaciągnęła bandaż grubo owijający pierś stalkera. Ostatnia misja bardzo się na nim odbiła: kilka poważnych i głębokich cięć, zdarty do mięsa kawał skóry wielkości sporego befsztyka. Jednak ciało już radziło sobie samo, rany się goiły.

Dziewczyna zerknęła z ukosa na jego ramiona, ale się nie odezwała.

– I tak, Dariuszka, kontynuujmy. – Morhołt zmarszczył brwi. – Czy dobrze rozumiem, że możesz na odległość kontaktować się z pewnymi ludźmi?

– Nie ze wszystkimi. – Wróciła na swoje miejsce. – A dlaczego wynieśliśmy się z tego hotelu, w którym się zatrzymałeś? Przecież chyba nie boisz się Kleszcza?

– Nie boję się. – Wzruszył ramionami. – Inna rzecz, że nie należało tak machać tasakiem. Zezłościł mnie, to prawda. Ale na wszelki wypadek, a ten, jak wiadomo, bywa różny, warto było zmienić punkt stałego pobytu. Zwróciłaś uwagę: po prostu punkt, nie nasz?

– Zwróciłam. – Daria wpatrywała się w paznokcie swojej prawej dłoni. Na serdecznym palcu paznokieć złamał się do mięsa, do krwi. Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Zdążyłeś mi pomóc. Dziękuję.

– Bardzo proszę. – Morhołt wyjął z kabury duży rewolwer. Pewnym ruchem otworzył bębenek, dokładnie obejrzał naboje. – Wszystko to liryka, Daria. Tymczasem pora przejść do rzeczy, bo sprawa jest naprawdę interesująca. Ale może uważasz, że nie miałem nic innego do roboty, jak telepać się do tej dziury w takim deszczu przez pół byłego wołżańskiego rejonu?

– Nie wiem. Absolutnie nie mogę ci nic powiedzieć, co dotyczyłoby twoich spraw. Tak, mogę się kontaktować z niektórymi ludźmi, ale nie z tobą. A dostukałam się do ciebie jakoś… przypadkowo. I kiedy zrozumiałam, kim jesteś, spróbowałam porozmawiać.

– Mhm – burknął Morhołt. – No dobrze. Pytanie brzmi następująco, miła… Czego konkretnie ci ode mnie trzeba?

Daria wlepiła wzrok w ścianę, westchnęła, poruszyła ramionami, jakby ją przeszedł dreszcz.

Morhołt patrzył na nią, ssąc cybuch; puszczał dym przez nos. Bok go swędział, niewielkie zranienia zaczynały się goić. To cieszyło, biorąc pod uwagę, że jakoś nie chciało mu się wierzyć w spokojne najbliższe dwa tygodnie. Nie wierzył w nie, choćby nie wiem co.

– Muszę stąd uciec. – Daria spojrzała na niego. Nie żałośnie, nie. W jej oczach dostrzegł determinację. Czyżby coś zdradzało w nim jakąś niepojętą skłonność do… wielkoduszności? – Wiem dokąd, ale sama dotrzeć tam po prostu nie dam rady.

– Tiaa… – Morhołt pyknął z fajki, podrapał się po niegolonym gardle. – To już coś. A jaki w tym mój interes?

– Mogę zapłacić.

– Zapłacić…

Przyjrzał się jej uważniej. Zapłacić. Jemu, człowiekowi, który z zasady nie trudni się pracą przewodnika. I czym zapłaci? Co może mu dać ta niezupełnie już nawet małoletnia chudzina, śmieszna nawet przez te zaciśnięte i pełne determinacji, jak zapewne jej samej się wydaje, usta?

Morhołt wziął jedyne, koślawe krzesło, które do tej pory podpierało drzwi. Wątpliwe, by Kleszcz i jego gromadka zdecydowali się na kolejny ruch. A usłyszeć ich i tak usłyszy, gdyby jakaś głupota przyszła im do głowy: stopnie prowadzące na piętro skrzypiały nie gorzej od lewego kolana samego Morhołta. To zaś strzykało i poskrzypywało oj, jak głośno.

Usiadł naprzeciw niej, położył ręce na wierzchu oparcia.

– Czym ty mi możesz zapłacić, dziewczyno? Nie zrozum mnie źle, Dariuszka, ale nie możesz mi zrekompensować nawet mojej interwencji w twoje sprawy z tym drobnym cwaniaczkiem, Kleszczem. Jeśli się boisz dokądś wybrać, to sądzę, że będzie to albo niebezpieczna, albo daleka wyprawa. Popraw mnie, jeżeli się mylę.

– Daleka. Niebezpieczna. – Kiwnęła głową. – Ale mam coś dla ciebie.

– Śmiem mieć nadzieję, ślicznotko, że zupełnie nie chodzi o twoje lekko chuderlawe wdzięki, co?

– Nie. – Podrapała się po koniuszku nosa. – Ale powinno ci się spodobać.

– Mhm, rozumie się. – Morhołt przygryzł cybuch. Patrząc na nią, zakręcił młynka palcami. – Przede wszystkim, i ty na pewno to rozumiesz, przecież mądra z ciebie dziewczyna, nigdy dla nikogo nie jestem przewodnikiem. Trzeba, pójdę, znajdę, przywlokę. Albo samego człowieka, albo na przykład głowę. Głowę, rzecz jasna, wiezie się znacznie wygodniej: nie chce żreć, pić, spać ani srać. Pomaleńku, szczerze mówiąc, organizm po drodze przywyka, w biegu wyschnie i znowu przemoknie, i to niejeden raz. Ale czasami zleceniodawcy trzeba dostarczyć żywego człowieka, i choćbyś zdechł, musisz go wlec. Wiesz, w czym tkwi trudność, nie licząc przyrodzonych potrzeb tego człowieka, włącznie z nieprzepartym pragnieniem, żeby dać drapaka?