Droga stali i nadziei

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fajka zgasła, zapomniana przez właściciela. Morhołt splunął i zaczął ją na nowo rozpalać. Daria zasępiła się, patrząc na niego. Stalker spoglądał na nią w milczeniu, starając się skryć uśmieszek.

Cokolwiek działo się w jego głowie z jej powodu, nie przeszkodziło mu w tym, by mu się podobała. Nie, nie miał na nią widoków, okazała się dla niego za młoda. Nie żeby stalker wątpił sam w siebie (słusznie sądził, że takiemu kopciuszkowi konieczna będzie ochrona dorosłego i poważnego człowieka), nie. Po prostu w ciągu ostatnich dziesięciu lat swoje potrzeby względem płci przeciwnej przyszło mu sformułować jasno i ostatecznie.

Zdecydowanie powinna mieć powyżej dwudziestu pięciu lat i wskazane, by nie była obciążona rodziną w rodzaju małoletnich trutni z czarującymi oczkami i obsranymi portkami, podobnie jak z zaszczepionymi od samego dzieciństwa „właściwymi” życiowymi zasadami. A wszystko, czego potrzebował, kiedy wracał z rajdów po martwych i dopiero zaczynających przychodzić do siebie okolicach, to najprostsze życiowe radości. Czysta, ciepła pościel, jadło, niekiedy się napić, no i samo w sobie ułożone i stabilne życie osobiste. I żeby bez następstw – dolegliwości zsyłane przez boginię miłości Wenerę-Afrodytę obecnie leczyło się nie tylko niełatwo, lecz także bardzo kosztownie.

A ta oto chudzieńka podfruwajka, która właśnie sobie podjadła na jego, Morhołta, koszt? Zwiążesz się z taką, wiele dobrego cię czeka? A gdzie tam, niby jak. Wydaje się wręcz, że dookoła nie tyle samo zło, ile wręcz króluje piekielna zadyma, hulająca z końmi i pseudopterodaktylami, no i co? A nic, jeden czort, nie brakuje osób pragnących romantyki i wiary. Chociaż (tu Morhołt nie chciałby się spierać) mało co zależało od wieku: sporo takich osóbek było zarówno wśród rówieśnic Darii, jak i wśród o wiele bardziej posuniętych w latach durnych marzycielek. To na pewno.

Chociaż… ach, te oczy. Stalker chrząknął, uświadomił sobie, że powinien zakończyć te wywody i nie popadać w dramatyzm. Bo widzisz, jeszcze od wysiłku coś jej się stanie, tak go hipnotyzuje, że oj.

– Ożeż ty. Tak czy siak, czarodziejko-dobrodziejko, proste to jest jak drut. Pralnia należy do Saszki, uważanego za skończonego schamiałego drania, buca i macho. Kto to taki macho? Em… No, jak by ci to wyjaśnić. Ej, ziomal!

Wywołany handlarz odwrócił się od razu, niczym nie dając poznać niezadowolenia z takiej bezczelności.

– Ja ciebie skądś znam, nie? Twarz boleśnie znajoma.

Tamten wzdrygnął się, pobladł nieco.

– Nie, nie jesteśmy znajomymi.

– Na pewno?

– Tak, tak.

– No, wybacz, widać się pomyliłem.

Daria, nie rozumiejąc, wytrzeszczyła na niego oczy.

– Co to było?

– Demonstracja maczyzmu w całej jego niestosownej krasie. – Morhołt wrócił do ostrzenia tasaka.

– Uważasz się za tego no… macho?

– Uchowaj, Panie Boże, Allachu miłosierny, Jahwe i wszystkie inkarnacje Buddy. – Morhołt chrząknął. – Jeśli nie zwróciłaś uwagi, nie tak dawno ten sam chłopak zachowywał się jak najważniejszy kogut w kurniku. Właśnie takie postępowanie to maczyzm.

– No, no. – Daria z niedowierzaniem pokręciła głową. – Zdawało mi się, że jest na odwrót.

– Tak? – Morhołt podrapał się po podbródku. – A to niefart. No i trudno. Tak więc, Dariuszka, o czym mowa. Jakie zwyczaje i charakter ma Saszka wszystkim wiadomo. W sensie, że nieszczególnie dobrze, jeśli spodoba mu się jakaś panna, bo jak raz zadrze jej tyłek, to… ale żeby tak? Tak, tak. Saszka przecież, w tym rzecz, tyle korzyści przynosi miastu, i jego papa też, prawda? I tu, a jak, w owym pańskim gnieździe samowładzy pojawia się dziewczyna Dasza, sama z siebie miła i sympatyczniutka. Czy chociaż początkowo zalecał się szarmancko?

– Co takiego? – Daria, nie rozumiejąc, wlepiła w niego wzrok.

– A niech cię… podarki dawał?

– Tak. – Siorbnęła z kubka. Wrzątek, przyprawiony dziką różą, lebiodką i miodem, działał od razu. Na jej czole pojawiły się kropelki potu, błyszczące w świetle lampek oliwnych i świeczek. – Raz przyniósł kawał flaneli. Oddałam ją Lenie, ma w domu dwoje małych dzieci.

– Mhm… a potem, ni stąd, ni zowąd, nieoczekiwanie rzucił cię w kąt.

– Czemu ni stąd… nieoczekiwanie? – Dasza uśmiechnęła się. Drapieżnie, dziwnie jak dla jej całkiem jeszcze dziecinnie łagodnej twarzy. – Wręcz bardzo oczekiwanie.

– Młodzież… – Morhołt wytrząsnął popiół prosto do miski. Splunął na podłogę. – Cały czas zapominam o waszych dzisiejszych zwyczajach. I?

– Złamałam mu wałkiem szczękę.

– Mądra dziewczyna. I niczego mądrzejszego nie wymyśliłaś, jak schować się tutaj, w mieście?

Podniosła na niego oczy. Turkus zniknął, ustąpił miejsca szarej jesiennej mgle.

– Boję się wychodzić za umocnienia. Nie mam dokąd iść, no i zostać tu też nie mogę. Znalazłam cię, wezwałam, sama nie wiem jak. Strasznie tu jest. Bardzo strasznie.

Morhołt nie zdążył zapytać dlaczego.

– O, tam, to ona! – radośnie wrzasnął ktoś od samych drzwi mordowni. – Mówiłem, że znafiemy. Lekfandr Lekfieicz, tam fiefi wywłoka. Juf ja jej…

Dasza obejrzała się trwożliwie. Szło ku nim dwóch uśmiechniętych z zadowoleniem, niewysokich, lecz krzepkich chłopaków. W wejściu, zasłaniając prześwit, pojawiło się jeszcze kilku ludzi.

– Mówiłem, trzeba poczekać, jak zgłodnieje, sama wylezie. – Pierwszy, z drobnymi bliznami, najwyraźniej śladami pazurów, wyszczerzył się w złym uśmiechu. Morhołt poczuł woń zepsutych zębów, skrzywił się. – Ot, tania podściółka… znalazła sobie jakiegoś pijaczka, bestia. Ej, ty, paskudo, wstawaj, zaraz ci wlejemy, za Aleksandra Aleksiejewicza.

Szóstka, zgodnie z odwiecznym obyczajem swoich kolegów, robił wokół siebie zamieszanie i udowadniał, że jest niezbędny. Sam Saszka Kleszcz, ładnie nazywany Aleksandrem Aleksiejewiczem, już stał przy stole. Zwykły chłopak, jakieś siedem lat starszy od Darii, ustawił się za nią. Szczękę wciąż podtrzymywał hojnie nawinięty bandaż, opuchlizna klęsła, ale od czasu złamania jeszcze ani razu się nie golił. Odrastająca jasna bródka sterczała śmiesznie, lecz wykrzywione usta jej właściciela jakoś nie kwapiły się do uśmiechu. Handlarze z sąsiedniego stolika, jeszcze przed chwilą groźnie zerkający na Morhołta, zamilkli, w oczarowaniu czekając na rozwój wypadków.

– Dariuszka… – Morhołt uśmiechnął się. – Pamiętasz, co ci mówiłem o maczyzmie?

– T-t-tak… – Szara mgła w oczach zupełnie zbielała, ustępując miejsca przygasłemu strachowi. – Pamiętam.

– No więc tak, moja miła, mamy tu niniejszym jego żywy przejaw. W sensie, mówię właśnie o tym młodym człowieku, cały czas mającym podwiązaną szczękę. A tak przy okazji, właśnie ona świadczy o słabym uderzeniu. I to jeszcze wałkiem, mówisz?

Kleszcz wytrzeszczył na niego oczy. Skinął na czwórkę pachołków, czerwieniejąc na twarzy i rozdymając nozdrza.

– Dziwkę do mnie do domu. A tego… zatłuczcie, w cholerę.

Handlarze zerwali się z miejsc, zaszurali, odciągając na bok krzesła i ławki.

Daria, wlepiwszy wzrok w stalkera, zacisnęła palce na klapach szturmówki. Morhołt starannie położył fajkę na stole i zabębnił palcami po blacie, tuż obok naostrzonego tasaka. „Sześcioraczki” Kleszcza uśmiechnęły się całą drużyną i ruszyły do przodu. Pierwszy, śmierdzący próchnicą, napuszył się jeszcze bardziej, zabrzęczał obciążonym łańcuchem. Drugi, sepleniący, szczęknął solidnych rozmiarów majchrem. Zaraz potem nastąpiło nieco tylko głośniejsze „łup” i zamieniło się w łoskot, gdy Szóstka gruchnął na podłogę. Wrzask, jaki się przy tym podniósł, stłumił sam Kleszcz, nadeptując pachołkowi na twarz.

Morhołt nie żałował młodości, dalszego życia i tego, co jeszcze miałoby spotkać zgniłozęba, gdyby się potoczyło „jak u ludzi” – zostanie kaleką, tak to bywa. W powietrzu zaczął się rozchodzić smród prochu, mieszając się z tytoniowym dymem i swądem przypalonego w kuchni tłuszczu, wonnym potem handlarzy i innymi, nie tak silnymi zapachami. Krew z przestrzelonego kolana nie chlustała cienkimi, mocnymi strużkami, lecz równo, spokojnie sączyła się na podłogę. Rozorane mięśnie, bielejące odłamki kości, które poleciały na wszystkie strony… I nieduży, zgrabny pistolet, nietypowo gruby, wygodnie spoczywający w lewej dłoni Morhołta.

– Odsuńcie się, chłopcy… – Lufa drgnęła w lewo, zaganiając oszołomionych ludzi pod ścianę. – Nie ślimaczyć się. Daszeńka, no już, przesiądź się tu, koło mnie.

Wolną ręką poklepał ławkę obok siebie.

– Wiesz, kim jestem? – zapytał niezbyt głośno Saszka Kleszcz.

– Tak. – Morhołt skinął głową. – A ty mnie znasz?

– Powinienem?

– Nieobowiązkowo. Nazywam się Morhołt.

Twarz jednego z „sześcioraczków” wyraźnie wykrzywiła się z bólu. Kleszcz spojrzał na niego, znów przeniósł wzrok na stalkera.

– Słyszałem o tobie.

– Jak mnie to cieszy, młodzieńcze, po prostu bezgranicznie. A więc… – Morhołt dopił z kubka ostygłą ciecz. – Wydaje mi się, panowie, że teraz trochę się pomyliliście. No, albo się pośpieszyliście.

– A to dlaczego? – Kleszcz najwidoczniej nie zamierzał się poddać, stracić twarzy. – Nasze prawo…

– O, daj spokój, nie strzęp pyska! – Morhołt uśmiechnął się. W taki sposób, że jeszcze jeden z przyciśniętych do ściany całkiem młodych chłopaków pobielał. – Prawo mi będzie wykładał… Chociaż, kimże ja jestem, chodź, wyjaśnij mi, jakie to masz prawo.

Kleszcz zerknął na przewrócone w zamieszaniu krzesło.

– Siadaj, siadaj. W nogach prawdy nie ma. – Morhołt nie chował pistoletu. – Dalej, młodzieńcze, wykładaj. I pamiętajcie o tym, panowie, że jest taka nauka jak fizjonomika.

– Co takiego?

– Opowiadaj, głąbku, do czego masz prawo. W czym, że tak powiem, tkwi prawda, bracie?

 

Kleszcz zadarł podbródek, siadł ostrożnie.

– Nie jesteś moim bratem.

– I w tym miejscu wypadałoby wspomnieć o czarnodupej gnidzie, lecz ty zapewne nie jesteś obeznany z folklorem. No i trudno. A więc?

– Złamała mi szczękę. – Kleszcz się zasępił. Dziwaczny, groźny typ zapewne go drażnił.

Znane Morhołtowi plotki, opowieści i przypadkowo zasłyszane pogłoski wystarczyły, by wiedzieć, że Kleszcz jest niebezpieczny. Tak, niewątpliwie tatuś młodego drapieżnika poprze syneczka zawsze i we wszystkim, no i sama latorośl handlarza zapewne wiele mogła. Nie żeby teraz był czas chować się za plecami tatki.

– I? – Morhołt zdziwił się. – Co niby dalej?

– Złamała. Mi. Szczękę! – Kleszcz zmrużył oczy.

„Sześcioraczkom” normalny kolor wrócił na twarze i powolutku odklejali się od ściany. Morhołt zerknął na nich, poruszył mięśniami szczęk. Cofnęli się. Chociaż najprawdopodobniej nie chodziło o sadystyczny wyraz twarzy stalkera, tylko o to, że wciąż uparcie patrzył na nich PSS.

– Zaraz, po kolei. – Morhołt wrócił do przerwanej rozmowy. – Dziewczyna złamała ci szczękę, tak?

– Tak.

– Za to, że chciałeś jej tak zwyczajnie wlać, tak?

– Tak. – Kleszcz zasępił się jeszcze bardziej, sam poruszył mięśniami szczęk. – I co?

– I co? Widziałeś łby koło administracji? – Morhołt przechylił głowę na bok, skinął dziewczynie, wskazując swoją fajkę i kapciuch. Daria zaczęła niezdarnie nabijać główkę, wyraźnie zdenerwowana rozsypywała nietani tytoń. – Widziałeś?

– Tak.

– A toś lakoniczny, co? Czekaj, czekaj. O tak, palcem, no co, przybij… o, o, właśnie tak trzeba. Aha, dawaj tutaj. Teraf zapaf zapafkę i przypaf. Tak…

Stalker otoczył się dymem, zmrużył oczy.

– O czym tośmy rozmawiali? Faktycznie, o głowach. Za te właśnie świadectwa mojej roboty jeszcze mi zapłacono, wyobrażasz sobie? Sasza, ja mam pracę, nawet nie tak: nie uwierzysz, ale mam ulubione zajęcie. Aż strach, rozumiesz, jak ja lubię zabijać wszelakie zbiry. No i po prostu, zgadnij, podoba mi się moje hobby. Uwielbiam, wyobraź sobie, smród prochu, swąd palonego mięsa i włosów. A już świeży zapach napalmu o poranku to, mmm, po prostu bajka.

– I? – Kleszcz się wyraźnie denerwował. Patrzył błyszczącymi oczami na stalkera i jego rozdęte nozdrza i tracił nerwy.

– Tamte chłopaki dostały to, na co zasłużyły. Przyczyny, jak sam wiesz, były różne: grabieże z zabójstwem, napady na karawany i podróżników na terytorium Kinielu i okolic. A także za gwałty. Rozumiesz mnie, dobrze słyszysz?

– Tak.

– Tak… – Morhołt pokręcił głową. Daria nawet nie zdążyła zauważyć ruchu. Tasak, dopiero co leżący na blacie, śmignął w powietrzu i rąbnął, zdawało się, prosto w twarz Kleszcza. I z chrzęstem wbił się w deski, ledwie widocznie wibrując w drewnie. – Tą właśnie maczetą odrąbałem im śmierdzące łby. Choć najpierw, z ooogromnym zadowoleniem poodcinałem co innego. Bandaż? No, wszystko jedno, i tak ci już niepotrzebny.

Klaszcz przełknął ślinę, przesunął sobie ręką po policzku, popatrzył na cieknącą z rozcięcia krew.

– Nienawidzę, kiedy ktoś napastuje dziewczyny, byku. To jest moja prerogatywa, dotarło do ciebie?

– Tak. – Strach przed śmiercią, która go właśnie musnęła, mignął w oczach Kleszcza prawie od razu, teraz jednak zaznaczył się szczególnie wyraźnie. Czoło rozbłysło mu drobnymi kroplami potu, ostro i nieprzyjemnie zaleciało moczem.

– Zlałeś się czy co? – Morhołt przygryzł cybuch. – Ach, jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Spadaj stąd, szczylu, i zabierz swoją gromadkę. To moja dziewczyna i jeśli trzeba, potnę cię za nią na kawałki. Kumasz?

– Kumam.

– Są pretensje?

– A?!

– Jaki ten naród tępy się zrobił, a?! Mówię do ciebie po rosyjsku, ty pało nieociosana, czy masz do mnie jakieś swoje wąty albo co.

– Nie, nie mam. – Kleszcz nieoczekiwanie mocno pobladł. – Zupełnie nic.

– Ej, przydupasy! – Morhołt zwrócił się do stojących pod ścianą. – Wszyscy wszystko słyszeli? Świetnie. Dowódca słyszał? To tyle, Alejandro, synu Alioszy, spadaj stąd na ryj.

„Sześcioraczki” z wodzem na czele wytoczyły się szybko z lokalu. Na koniec jeszcze zwalili z nóg wchodzącego do mordowni żołnierza patrolu i parę stołków. Morhołt wyszczerzył się i zwrócił do dziewczyny.

– To się nazywa porozmawiać. Powiesz mi, miła, jak wlazłaś do mojej głowy, co?

Daria kiwnęła potakująco. Popatrzyła na niego i po prostu kiwnęła głową.

* Tradycyjne rosyjskie płytkie naczynie do picia z jednym uchwytem; miało kształt wodnego ptaka albo wikińskiej długiej łodzi, służyło głównie do picia miodu.

** Tatarski zwrot grzecznościowy, dosłownie „brat”.

*** W języku maryjskim wyraz oznaczający m.in. zdziwienie.

**** Jezus, przez muzułmanów uważany za proroka.

ROZDZIAŁ 3

Koszmar na jawie

Baszkortostan, Cziszmy

(współrzędne 54°35’38’’N, 55°23’42’’E), AD 2033

Azamat zstępował w stronę niepozornego zagłębienia w skłonie wzgórza nad brzegiem. Szedł bardzo ostrożnie, starając się niczego niepotrzebnie nie ruszyć. Pod nogami nie brakowało łajna (i dobrze by było, gdyby tylko jego) gałązek, suchej trawy i grud błota. Jak miejscowym umknęło to miejsce, nie rozumiał – pod podeszwami chrzęściły odłamki kości, kawałki kości oraz całe kości. Jasne, że nie wszystkie ludzkie – były też ptasie, drobne i puste w środku, a także jakichś innych zwierząt, wyraźnie większych od zająca albo nawet miejscowego ogromnego królika.

Szablozęba trzeba było przywiązać linką do drzewa, przyjaciel rwał się, żeby z nim iść. Automatu nie wziął, nie dowierzając cudzej broni; postanowił posłużyć się nabytą u Pałycza rohatyną. No i niebezpiecznie strzelać, jeżeli jest szansa na to, że córka Miszki żyje. Jak jej tam… Lenoczka, tak, na pewno. Widział ją tylko raz, dopiero co zaczęła się podnosić na rączkach i trzymać główkę. Maleńkie, śmieszne stworzonko, na swoje nieszczęście pokryte lekkim, złocistym puszkiem.

Tak że obrzyn, załadowany loftkami, Azamat miał pod ręką, ale posłużyć się nim zamierzał w ostateczności. A pracować czymś długim, z ostrym zakończeniem, nauczyli go tam, gdzie zaprzyjaźnił się z Miszką. Władze Nowej Ufy oszczędzały na amunicji, wśród byłych żołnierzy Drugiej Armii udało się znaleźć sporo dobrych instruktorów walki wręcz.

„Rohatyna, a to ci dopiero”. Azamat zachichotał w duchu. Jeśli dojdzie do użycia mieczy i toporów, zrobi się jeszcze weselej. Póki co wszystkim wystarcza prochu i ołowiu, a to oznacza, że ludzie jak na razie są silni. Ale właśnie teraz… właśnie teraz przyjdzie mu puścić w ruch dawno zapomnianą, zdawałoby się, broń drzewcową.

Kto mógł wykuć grot, tego Pałycz nie powiedział, uśmiechnął się tylko pod wąsem i tyle. Jasna sprawa, jeśli gdzieś pojawi się naprawdę dobry kowal, warto o tym milczeć. Zręczni rzemieślnicy są dzisiaj na wagę złota; jeśli się ich trzymać, można wiele zdziałać, o ile tylko zostaną na miejscu. A ten mistrz wyraźnie miał złotą rękę – długie pióro w kształcie liścia połyskiwało ostrymi krawędziami, płynnie przechodząc w poprzeczkę przy tulei. Krótkie drzewce zrobił już sam Pałycz według wskazówek Azamata.

Z mutantami utopcami i ich sługami Pocisk miał wcześniej do czynienia dwukrotnie, za każdym razem na brzegach Biełej. Wtedy był jeszcze na służbie. Pamiątkę z pierwszej pieczary, która stała się leżem krewnych miejscowej bestii, nosił z sobą stale. Trzy głębokie, poszarpane blizny idące od lewego ramienia w dół. Wtedy nie musiał się bać o czyjeś życie i nie był sam. Lecz w ciasnej podziemnej kiszce, z niskim sklepieniem, jednakowo kiepsko było robić dwie rzeczy: przeżyć i obrócić się. Doświadczenie zapadło mu w pamięć i dlatego teraz drzewce jego broni miało zaledwie nieco ponad metr długości.

Azamat zatrzymał się przed zapadliskiem wlotu. Wciągnął wilgotne powietrze, łowiąc podejrzane zapachy. Słudzy niawki – ludzie, którzy na swoje nieszczęście popadli w niewolę mutanta – nie żyli zbyt długo. I woń umierającego ciała łatwo ich zdradzała. Bo jak tu żyć, mieszkać w mokrej norze, pełnej oparów unoszących się z zabagnionego starorzecza? Nie zwracać uwagi na rany i podrapaną przez gałęzie, kamienie i co tam jeszcze skórę i ciało pod nią? Utopce wysługiwały się jeńcami, wymuszając na nich posłuszeństwo do chwili, kiedy z żywego organizmu praktycznie już nic nie zostawało. A jeść padlinę… były przyzwyczajone.

Tak, lecz oto był już na miejscu. Niespodzianka dla niawki powinna teraz zająć wyznaczone pozycje. I taki też był powód tego, że przyszedł tu sam – ktoś powinien stać na zewnątrz i czekać. Nawet jeśli coś pójdzie nie tak, jak zaplanowano, i Azamat zginie, niawka w pierwszej kolejności spróbuje uciec. Czy ktoś powinien wyjść jej naprzeciw?

Kombinezon ochronny, nowiutki, kupiony na rynku w Nowej Ufie, był w sam raz. Leźć w zwykłym ubraniu do mutanta stale żyjącego w środowisku wodnym to zwykła głupota. Niawka ma cztery macki z ostrymi kolcami i przebija nimi ludzką skórę, wstrzykując swój jad. Jedno ukłucie, paraliż i tyle, jesteś pod jej władzą. Pełna kontrola nad człowiekiem, pełne panowanie nad jego umysłem. Ale oprócz nich były też niespodzianki: śluz, który bestia wydziela z gruczołów, czasem niezauważalny, jest słabszy od koncentratu czekającego na swoją porę w kolcach, ale nawet on, zmieszany z kropelkami wody unoszącymi się w powietrzu i osiadłymi na ścianach, starcza, by zwalić z nóg jednego jedynego dzielnego durnia, który postanowił zapuścić się w barłóg mutanta. Tak że strój ochronny teraz nie zaszkodzi. Jasne, gorąco, jasne, niewygodnie, ale lepiej wyjść z nory mokrym od własnego potu, aniżeli zostać w środku.

Okulary zdjął jeszcze przed wejściem i w oczy nawet nie raziło. Chmury, które z samego rana zasnuły niebo, okazały się bardzo na rękę. Ustnik ciasno przylegał do skóry. Oczy osłaniała gruba maska z tej samej gumy, z przeźroczystym plastikiem. Pas, futerał z obrzynem, nóż z tyłu, toporek po lewej. Niczego nie zapomniał? Azamat wyszczerzył się, macając sakwę i otwierając ją zawczasu. Myśl przyszła mu do głowy już wieczorem i wątpliwe, by okazała się głupia. Wilgoć tylko pomoże jasnożółtemu proszkowi zrobić swoje szybciej. Maleńka niespodzianka dla włóczących się po powierzchni i póki co jeszcze żywych sług zmutowanej bestii, a możliwe, że i dla niej samej. Albo dla niego, kto wie.

– Bismillachi-r-rachmani-r-rahim… – Podniósł rohatynę, odsuwając na bok gęsty bury dywan zasłaniający wejście. I wszedł.

Oczy od razu przywykły do mroku. Rzuciła się ku niemu ciemna sylwetka, a on zamachem lewej dłoni posłał jej pełną garść niegaszonego wapna. Sługa niawki pociągnął nosem i złapał się za twarz, natychmiast poparzoną w wyniku rozpoczętej reakcji chemicznej. Pocisk nie chciał go dręczyć, chlasnął ostrzem broni, przerzynając gardło i uwalniając nieszczęsnego człowieka. Z drugim sprawa okazała się trudniejsza.

Proszek poleciał w powietrze, wręcz namacalnie wilgotne, aż gęste. Sam Azamat od razu zaliczył dwa ciosy i miotnęło nim – rąbnął czubkiem głowy w wilgotną ścianę, aż mlasnęła. Pojechał w dół na śliskiej glinie. Żeby nie pokoziołkować dalej, zaparł się, wbijając koniec drzewca w ziemię. Stwora, jeszcze nie tak dawno będąca człowiekiem, skoczyła na niego, próbując uderzyć czymś, co miała w prawej ręce, i sama nadziała się na wystawiony grot rohatyny.

Metal wszedł głęboko, zachrzęściły żebra, które bezlitośnie łamał sam właściciel, usilnie rwący się naprzód, do ataku. Azamat walnął nogą, o mało nie ujechawszy znów na chlupoczącym błocie. Chciał odepchnąć napastnika. Nie zdążył.

Co działo się z ludźmi, którzy popadli w niewolę u niawki, Pocisk nie wiedział. Zdarzyło mu się zaledwie raz widzieć sam moment schwytania człowieka, gdy zza jej pleców wyleciały do przodu macki, strzelając jak z bicza, niczym żywe gałęzie. Ostre, ciemne, lekko wygięte kolce, błyszczące od jasnego, gęstego śluzu, przebiły grubą wojskową kurtkę, po czym ze strasznym cmokającym dźwiękiem weszły w ciało. Człowiek wygiął się w zupełnie niepojęty sposób, niewiarygodnie wyprężył w tył, pobielał, szeroko otwartymi ustami łapczywie wciągał powietrze. Co było potem? Azamat nie wiedział.

Wtedy, w starej rzecznej przystani, niawka złapała Ramila. Szli pomostami, ostrożnie, sprawdzając każdy metr. Jak wytrzymały deski, ułożone na brązowych, pokrytych plamami grzyba rurach? Nie wiedzieli, po prostu szli naprzód, wypatrując czegokolwiek, co byłoby w całości.

 

Trzech ludzi z trzema AK-74 z pełnymi magazynkami. Prawie żadna z łodzi się nie uchowała – żelazo przerdzewiało, plastik skruszał i popłynął w dół rzeki, z drewna została próchnica. Samotny jacht, zapewne drogi, sterczał jako ostatni, spowity kurtynami szarej pajęczyny, która dwadzieścia lat temu była farbą czy jakimś tam innym pokryciem. Czarna woda stała usłana śmieciami, listowiem, gałązkami i pniami drzew. Na gładkiej powierzchni leniwie i po części dostojnie kołysał się i nie tonął trup jakiegoś wielkiego ptaka, a raczej skrzydłożera. Panowała martwa cisza, dusząca i groźna. Doszli do końca przystani, odwrócili się, mieli już wracać do oddziału.

Azamata odrzuciło na bok; spadając, walnął się w głowę. Obok przeleciał kawałek deski, od dołu czarny, z przylepionymi jakimiś ślimakami i rozbiegającymi się na wszystkie strony stonogami. Jedna z nich, nie krótsza od kciuka, wylądowała prosto na masce Azamata. Zamachała łapkami, pobiegła, po drodze o mało nie ładując mu się za kołnierz.

Pocisk dźwignął się na kolana, czując w potylicy gorący ból, podniósł automat. Olega, trzeciego z ich trójki, nie zobaczył. Po wodzie rozpełzała się połyskująca matowo plama. Coś tam, bielejąc, wypływało z głębiny, dziwnie przezroczyste, pokryte szybko zbiegającymi się czerwonymi zaciekami. W głowie mu dzwoniło, nie mógł się powstrzymać, szczególnie po rudych strzępach, które wypłynęły z dziury w rozerwanej kiszce – marchew, duszoną z dużymi kawałkami mięsa, jedli na obiad niedawno.

Nie dało się strzelać i rzygać równocześnie. No i strachu, choćby z grubsza porównywalnego, Pocisk nie pamiętał, jak długo żył. Ramil, który został na końcu pomostu, cierpiał bardziej. Odłamek przeszedł mu po twarzy, zdzierając skórę i o mało nie rozrywając tętnicy szyjnej. Zalany krwią, ruszył chwiejnie w stronę Azamata. Czarna tafla, choć dopiero co się uspokoiła, wybuchła, wypuszczając długie, połyskujące ciało. W głowie dzwoniło i kule nie trafiły do celu, a potem utopiec znalazł się tuż za Ramilem i Azamat opuścił kabłąk spustowy. Wypluł resztki obiadu i próbował odpełznąć w stronę zbliżających się okrzyków pozostałych kolegów z oddziału. Ramil nie miał już szans na nic.

Dorosły utopiec przewyższał go o głowę, a Ramil miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Azamat nie zdążył przyjrzeć się dobrze mutantowi, dostrzegł tylko ciemną skórę i dziwnie mieniące się ciało, szczęki poruszane potężnymi mięśniami w przód i w tył. Zdążył zobaczyć, jak mignęły czarne bicze, wbiły się przyjacielowi między żebra i ciut nad pachwiną. Po dwie z każdej strony. Zdążył usłyszeć wilgotny dźwięk, kiedy ich końce weszły w ciało. Zdążył usłyszeć zdławiony ochrypły jęk, zobaczyć dzikie i wystraszone spojrzenie, które Azamat skierował gdzieś w dal. I tyle. Mutant zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zamazany ruch niewyraźnego cienia, krótki plusk, uderzenie po wodzie czymś w rodzaju ogona. I tyle. Ramila już nie było na pomoście.

Grot wszedł w ciało sługi jeszcze głębiej. Ten rozdziawił usta, wrzeszcząc i plując czerwoną śliną. Azamat pchnął go nogą jeszcze raz, napierając całym ciałem, tyle że ześliznął się i pojechał w brei pod podeszwami. Oczy już zupełnie przywykły do mroku, starczały lekkie odbłyski od sprytnie splecionych próchniejących kawałków drewna. Lecz niawki póki co nie widział.

Błoto zalepiło mu wizjer, dostało się pod ustnik, śmierdzącą strużką wciekło między wargi. Azamat zaatakował rohatyną, orientując się według szamotania. Ostry stalowy liść natrafił na coś podatnego i miękkiego, wdarł się w głąb i zatrzymał, chrupiąc czymś twardym. Sługa przestał się miotać.

– Kurwa twoja mać. – Azamat wstał. Żywym ogniem piekły go więzadła prawej łydki. To źle. Dziwne, ale gdzie jest niawka? Jeżeli uciekła, to dlaczego nie słychać niespodzianki, którą dla niej zgotowano?

Oparł się na drzewcu i zrobił krok w przód. Półżywy trup przyłożył mu porządnie, do tej pory przed oczyma śmigały mu szybkie czarne muszki, co za zmora. Azamat zatrzymał się. Ukłuło go głupie przeczucie, dopadło, każąc zmrużyć oczy, rozejrzeć się po norze. Co? Coś nie tak, tylko co?!

Lekki zielonkawy blask próchnicy kładł się miękko, kryjąc najciemniejsze miejsca. Leże niawki okazało się nie takie znowu duże, ale zadziwiająco wysokie. W najdalszym kącie czerniała plama zalanego wodą tunelu. Tędy bestia musiała wyskoczyć na samym początku. Czy słyszał plusk? Nie mógł sobie przypomnieć. A bo to wiele usłyszysz w kapturze kombinezonu? Co jeszcze? Nieduża sterta w kącie – zapas jadła. Plama nieco dalej – legowisko. Obok jeszcze dwa. I kolejne widniało koło wylotu korytarza. Jeszcze jedno. A więc tak…

Nora, chociaż wysoka, była norą – ciemną pustką pod grubą warstwą ziemi, zamkniętą przestrzenią odbijającą każdy dźwięk. Ryk jednego z poruszających się cieni, choć przytłumiony przez gumę, uderzył znienacka, przygwoździł Azamata do podłoża. Czerń ożyła, rzuciła się na niego, kanciasta, straszna w swoim gniewie. Ogromny kawał ciemności, ze sterczącymi na boki dziwacznymi wypustkami, lecący ku samotnemu durniowi gwałtowny pocisk, pałający żądzą jego śmierci. Trzeci sługa, najsilniejszy i, sądząc po naroślach na ciele, najstarszy. I niebezpieczny.

Nie warto było żałować loftek. Ale Azamat nie zdążył. Obrzyn już skoczył do ręki, gdy z góry spadł silny cios. Przyszło strzelać na oślep, z nadzieją na trafienie, i nie myśląc o dziewczynce, o ile tu była, rzecz jasna. Własnego życia Pociskowi nikt by nie zwrócił.

Gruchnęło solidnie, huk przebił się przez niesłabnący ryk. Bestię – przysadzistą, z beczkowatą piersią porośniętą jakimiś białawymi, ostrymi grzebieniami – odrzuciło w bok, jednak zbyt blisko.

Stwora, nie bacząc na zranienia, z miejsca zerwała się znowu. Skoczyła, celując prosto w szyję Azamata. Rozdziawiła przy tym szeroko usta i wyciągnęła ręce, w których trzymała coś ostrego. Trzeba było zużyć drugi nabój. Sługę trafiło prosto w twarz, oderwało mu połowę głowy i Azamat zamarł, łowiąc pustkę nory – nasłuchując, odsunął kaptur z lewego, niezbyt ogłuszonego ucha. I tylko dzięki temu usłyszał plusk.

Niawka czekała. Cierpliwie wyczekiwała końca walki. A to jednocześnie i dobrze, i źle. Dobrze, ponieważ teraz stało się jasne: jest niedoświadczona i nie taka silna jak jej krewniacy, z którymi miał do czynienia wcześniej. A źle, bo co, jeśli niespodzianka nie zadziała i mutant wróci… Pociskowi przyjdzie się zmierzyć z oszalałą z bólu i strachu bestią. Chytrą, przebiegłą, po prostu stworzoną do zabijania.

– A niech cię… – Podniósł rohatynę, pośpiesznie otarł drzewce z błota. Nie mogła mu się ślizgać w ręce, jeden niewłaściwy ruch i po wszystkim. Oderwał kawałek tkaniny od czegoś przypominającego kurtkę, co miał na sobie drugi z zabitych sług. Skręcił materiał, ułożył w pętlę, przywiązał do drzewca i przełożył sobie przez dłoń. Zrobił krok do przodu, w ruchu postanowił załadować broń. I nie usłyszał, lecz raczej poczuł wybuch, który poszedł przez wodę w korytarzu. Samym barłogiem wyraźnie wstrząsnęło. Jasna sprawa, wychodzisz na brzeg, a tu lecą na ciebie granaty.

Cała niespodzianka składała się właśnie z nich i ze szpulki nylonowej żyłki, znalezionej wśród skarbów zapobiegliwego Iljasa. Jego najemnicy, uzbroiwszy się w zaostrzone kije, zrobili kilka pułapek tam, gdzie Azamat im pokazał. Wyjście odkrył jeszcze wczoraj, całkiem przypadkowo, widząc wypływający kłak włosów z resztkami skóry. Teraz jedna z niespodzianek zadziałała. Pałycz nie zawiódł, zabezpieczył zapalnik jakąś chytrą smołą, nieprzepuszczającą wody. Tylko że… ile szkody wyrządził jeden jedyny granat RGD? W tym momencie w odległym zakamarku ktoś chlipnął.

Azamat wzdrygnął się, rzucił okiem w tamtą stronę. Zdążył zauważyć maleńką postać, kiedy korytarz wypluł właściciela nory. Chociaż, jak Azamat zdołał pojąć w lot, była to jednak właścicielka.

Ramila szukali dwa dni. Ale i tak nie znaleźli… nie wtedy. Przyjaciel, który przestał być człowiekiem, przyszedł sam, wpadając w zasadzkę. Mimo że tę zasadzkę Miszka, dowódca oddziału, zastawił nie na niego.