Droga stali i nadziei

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dlatego że było im wstyd. Dlatego że zapach strachu i grozy zamordowanych ostro dawał po nosie nawet teraz, choć minęły dwie doby – w powietrzu czuć było jatkę, cuchnęło wyprutymi kiszkami i bólem. Szczególnie tam, gdzie zabito gospodarza, sądząc po jednym starym bucie, na który też nikt się nie połakomił; jego właściciel przed śmiercią się sfajdał. Pocisk znał w życiu wielu, którzy kręciliby nosem na takie stwierdzenie; prawdę byli gotowi przyjąć nieliczni. Przyglądając się porysowanym ścianom i odłupanym z nich szczapom, Pocisk trochę zrozumiał. A jeszcze bardziej rozjaśniło mu się w głowie, kiedy uważnie obejrzał siekierę, która zostawiła te ślady.

Miszka do ostatniej sekundy rozpaczliwie walczył, próbując ratować nie siebie, lecz rodzinę, i uderzeniem wyszczerbionego zębem czasu ostrza zdołał rozrąbać czyjś łeb. Nie stchórzył, bił się do ostatka. A że się porobił w gacie? Pocisk nie chciałby nigdy w życiu poczuć jego bólu.

I dzięki przyjacielowi, który wraził stare żelazo tak głęboko, Azamat znalazł na metalu to, czego szukał. Drzazgą zdjął z ostrza śmierdzący i wciąż jeszcze lepki skrzep, powąchał, przyjrzał się. Odpowiedź przyszła od razu, ledwie drewienko musnęło kawałeczek mózgu, który przylgnął do wyszczerbionego ostrza. No, co ma na tyle płynów, żeby po dwóch dniach taki strzęp tkanki nie wysechł? Swego czasu chcąc nie chcąc musiał się nauczyć rozróżniać mutanty. I od razu wszystko stało się jasne.

Ciała we wnętrzu chaty znaleziono szybko, prawie całe, i śladów krwi było całkiem sporo. Bestie przecież nie przyszły po to, żeby tych ludzi zabić i zjeść. Gdyby chciały żreć, wzięłyby zdobycz z sobą, schowały gdzieś i pożarły później. Jednak nocni goście zabrali z zabitych i wynieśli to, co im było potrzebne – a raczej nie im samym. Napastnikom nie starczyło rozumu, żeby zaopatrzyć się w mięso na zapas, wypełnili jednak rozkaz swojego pana. Albo pani. Wątroby, śledziony, serca wydarte z dwóch dorosłych ludzi oraz dziewczynka, najprawdopodobniej mutant – temu komuś zapasów wystarczy na długo.

– Mówiłeś, że rzeka jest tam?

– Nie, nie o niej mówiłem. Tam jest starorzecze. – Iljas zwrócił się w stronę Azamata. – A co?

– To nie zwierzęta.

– Mutanty czy jakie licho? – Kamienna twarz nachmurzyła się, gospodarz zaczął okazywać gniew. – Mamy coś jeszcze innego w okręgu?

– Macie przecież we wsi konie, krowy, króliki. – Azamat zakończył przygotowania. – Tutaj chodzi nie o zwykłe, trochę zmutowane zwierzęta. Ile razy w ciągu kilku ostatnich miesięcy ginęli ludzie?

Iljas wykrzywił usta, rzucił mu złe, zakłopotane spojrzenie.

– Z naszych nie tak dużo.

– Ilu i kiedy to się zaczęło?

Tamten zamilkł, zamyślił się na chwilę.

– Od wiosny zginęło może z dziesięcioro ludzi. Trójka nowych, którzy przyjechali i osiedlili się za palisadą. Pozostali przechodzili obok, szli dalej, ale nie dotarli na miejsce czy jakoś tak. No i potem… znaleziono ślady, krew…

– Dlaczego tak długo milczeliście? – Azamat splunął. – Od wiosny… kupa czasu!

– Co się tu u nas dzieje?

– Panoszą się utopce. Rzeczka jest blisko i łączy się z głównym korytem, więc macie niawkę, i to taką najobrzydliwszą, wodną. Najprawdopodobniej jest młoda. Gdyby była stara, dawno by się pokazała.

– Co takiego?!

– Zobaczysz, jeśli Wszechmocny pozwoli. Zabierzcie moje konie do wioski, przyjdę za jakieś trzy godziny. Jeżeli nie wrócę do rana, przeszukajcie wszystko dookoła, a tam, gdzie mnie znajdziecie, wetknijcie gałązkę. I piszcie do Nowej Ufy, do SB ślijcie pisma. No, tylko nie pchajcie się tam w pojedynkę, co najmniej w pięciu. Idźcie już, przyjacielu, idźcie.

Szabloząb wstał leniwie, bardzo leniwie przeciągnął się i wyjątkowo leniwie rozdziawił paszczę, szczerząc zęby w dziko leniwym ziewnięciu. Żółte kły błysnęły śliną na tle czarnego podniebienia. Iljas wyraźnie się wzdrygnął.

Pocisk nie pogardził lalką, podniósł ją, nie pora na obrzydzenie. Podsunął Szablozębowi, kot z zainteresowaniem zaczął wąchać. Łatwiej będzie z nim złapać ślad, o ile, rzecz jasna, cokolwiek zostało. Bądź co bądź padał deszcz, minęły dwa dni, a miejscowi zdeptali ziemię na pół kilometra dokoła, zamieniając ją w błoto. Kot jednak nie zawiódł – poszedł, podrygując lekko, w stronę lasu.

Obwód orenburski, dawny poligon Donguski,

Zakon Odrodzenia (współrzędne tajne), AD 2033

Kiriłka ocknął się szybko: ot, dopiero co spał i… i wynurzył się z płytkiego koszmaru. Poranny chłód, przemieszany ze zwykłą nocną wilgocią, przeniknął do kości. Zęby podzwaniały, lewą nogę złapał skurcz. Obok cichutko poruszał się Kostia, zgrzytał ocalałą lewą stroną ust, konwulsyjnie pocierał sobie pierś i sapał przebitym nosem. Rwący się z głębi płuc kaszel męczył go od pięciu dni; sąsiad z niepokojem zerkał na ślinę, którą ten spluwał w dłoń. W nocy miał zmianę dziobaty strażnik, mający w zwyczaju wściekać się rano z byle powodu. Kostia nie spodobał mu się już dawno, zaraz po przybyciu, i często wyładowywał na niewolniku złość, czepiając się o najmniejsze przewinienie. Za kaszel mógł zwyczajnie przywalić pałką i jeszcze poprawić buciorami.

Na bloku budzili się ludzie. Przemarzli wszyscy, ale starali się nie robić hałasu. Leżeli, pojękiwali, siąkali i pociągali zapchanymi nosami, drapali się i popierdywali. Nawet jeśli nie liczyć błyszczącego zamarzniętymi zaciekami kubła w kącie, śmierdziało nielicho. Onucy, skarpet i pończoch nikt, rzecz jasna, nie zmieniał. Prali je, jak się dało, na noc rozpościerali na sobie albo wtykali pod szorstką, cienką podściółkę na pryczy. Ale najwyraźniej nie wszyscy.

Kiriłka westchnął. Chociaż urodził się już po Wojnie, trudno mu było przywyknąć do brudu. Tatko nie pozwalał kłaść się spać z uwalanymi nogami czy twarzą – gdzie tam, nie było szans. Nie umyłeś szyi i uszu, nie wyszorowałeś się pod pachami – zostawałeś na zewnątrz, jeżeli tatulek był nie w sosie. Bo jeśli był w lepszym humorze, to póki tlił się skręt z suchej, łamanej niepotrzebnej trawy, należało zadośćuczynić obrazie moralności, jakiej się dopuściło.

A tu? A tu śmierdziało – właśnie śmierdziało, a nie brzydko pachniało – bez przerwy. Zatęchłą wilgocią niemytych, gnijących od streptodermii i grzybicy stóp, z grubą i czarną skórą podeszew, z połamanymi, zerwanymi lub podeszłymi ciemniejącą krwią paznokciami. Ciężką zgnilizną ciągnęło od wszystkich butów – czy to wysokich, czy niskich – stojących, starannie ułożonych… czy zwyczajnie poniewierających się po wypaczonych deskach podłogi. Piwnicą, myszami i miriadami martwych owadów wionęło spod samych desek, które skrzypiały, rozszczepiały się i osiadały pod długimi pryczami. Zbijało z nóg wonią setek kruszących się, spróchniałych zębów, niestrawności, biegunki i gazów, które wydzielało zawszone stado leżące na nieheblowanych deskach, przykrytych cieniutkimi siennikami z trawy. Waliło jak w chlewie, tyle że od ludzi. A jeszcze chorobami, głodem, strachem i rozpaczą.

Szczęknęły zasuwy, jedna, druga. Mamrotania i skrzypienie ucichły. Zamilkł nawet – bo już zaczął swoją wieczną diatrybę – na wpół oszalały staruszek z zapleśniałą brodą do pasa, zawsze śpiący w czapie. Ranek mógł się rozpocząć różnie, ale najczęściej zapowiadał się kiepsko, zwłaszcza jeżeli zmianę miał dziobaty.

– Wstawać, wyrodki!

Zabuczały lampy zapalające się przy wejściu. Do baraku wpadli trzej nadzorcy, syci, lekko podchmieleni. Przysadziści twardziele wbici w szare mundury, w podkutych buciorach, nocą wypucowanych przez któregoś z niewolników do lustrzanego blasku. Dzień się rozpoczął i jego sekundomierze, ciężkie i twarde, ebonitowe i błyszczące, zataczały kręgi w prawej ręce każdego z nich.

– Wstaaawaać!!!

Kiriłka zerwał się, by zdążyć założyć buty, wciąż jeszcze trzymające się jakoś, choć podeszwy domagały się już reperacji. Kostia zakrztusił się, zacharczał. Pozostali zaszurali, załomotali piętami, zeskakując na podłogę i przepychając się. Szare kierownictwo, kręcąc sekundomierzami, przechadzało się wśród chaotycznie obuwających się niewolników. Od czasu do czasu coś mignęło, rozległo się miękkie uderzenie, a po nim przytłumione jęknięcie z poświstem. Przy drzwiach stało jeszcze dwóch szarych, trzymających w pogotowiu AKSU butnie spoglądające wylotami luf.

Kiriłka wciąż skakał na jednej nodze. Dziobaty z uśmieszkiem zadowolenia właśnie ruszył w stronę pobladłego Kostika. A ten, wpychając sobie do ust pięść, próbował powstrzymać kolejny wybuch w piersi i chlupoczących flegmą oskrzelach. Skądś zza ciężkich, nadgryzionych u dołu rdzą drzwi doleciał do wnętrza budynku szelest – cichy i bardzo delikatny dźwięk toczących się gumowych kółek, miękko podskakujących na nierównej podłodze długaśnego korytarza. Szich, szich, szich… Kiriłka zastygł.

Szare kierownictwo nie umiało słuchać tak jak niewolnik Kiriłł. Mogło sporo podsłuchać, zmuszało ludzi do szeptu i rozwiązywało język każdemu milczkowi. Ale tak naprawdę słuchać – tak, żeby zrozumieć, zanim się coś pojawi – nie umiało. Kiriłkę, na jego nieszczęście, mama z tatką i naturą obdarzyli znacznie lepszym słuchem. Ale wkrótce usłyszeli i zobaczyli już wszyscy. Warknął i błyskawicznie wyprężył się facet z automatem, panowie w myszatego koloru mundurach z werwą odwrócili się na piętach. Niewolnicy zastygli, starając się nie podnosić oczu. Kiriłka, stojąc na swoim miejscu, nie odrywał wzroku od drzwi. Głucho dudniło serce.

Jak zawsze była przepiękna. Wydawała mu się – choćby myślał tylko o śnie, jedzeniu i ucieczce – boginią, szorstką w obyciu, okrutną, przeklinającą, lecz najcudniejszą na świecie władczynią.

Bogini Kiriłki miała na sobie całkiem sporo centymetrów i kilogramów. Lecz wszystkie one były potrzebne i wspaniałe. Zamiast szaromyszatej góry od munduru i zgrzebnego dołu – miękka głębia barw oliwkowej i khaki, srebro cienko wyprawionej skóry. Paski koalicyjek miękko owijały boską urodę jej silnego, groźnego ciała. Lekko złociły się krótko ostrzyżone włosy i zimno połyskiwały soczewki lazurowoniebieskich oczu.

 

W sali zapadła cisza, namacalna jak urobek w kopalni. Zamaszystym krokiem, obuta w skrzypiące wysokie buty, sięgające do krągłych, widocznych spod sukna kolan, weszła do środka bogini śmierci w piekle, w którym Kiriłka przeżył trzy miesiące. A nazywano ją, tę kobietę drapieżnika, nieopisanie pięknie jak dla jego aż nadto wrażliwych uszu.

Inga Wojnowskaja.

Kiriłł spoglądał na nią – nie patrzył pod nogi, nie zerkał na pajęczynę pęknięć pokrywającą przeciwległą ścianę, niebieskawozieloną, z białawymi plamami i wyszczerbieniami. I nie chciał zauważać nieodstępujących jej na krok przybocznych.

Szich… do sali wtoczył się pomalowany na biało metalowy szpitalny wózek. Szczęk… Obok niego zastygło trzech ludzi w ubraniach khaki, z czarnymi maskami na twarzach. Skrr… Jak zwykle, zaczepiając o stal niskiego progu, wszedł chudy i blady człowiek w niebieskim kombinezonie, sterylnie czystym, ale ciągnącym za sobą zapach dezynfekcji, krwi i bólu, który na zawsze wbił się w tkaninę. Szszcz… zaszeleścił w jego rękach papier, pożółkłe strony, kryjące się za tekturą teczki, jasna plama na niebieskim tle. Lekarz – ten, który zabiera i nie oddaje. Pies, wiernie stojący u długiej, przepięknej nogi swojej bogini, pani życia, szczodrze szafującej śmiercią.

– Pani… – Dziobaty podskoczył i zaraz się zaciął, wyprężony jak struna.

Wygięte i z jakiegoś powodu ciemne (bo przecież miała złote włosy!) brwi drgnęły, pojawiła się maleńka zmarszczka.

– Potrzebny mi…

Oprócz czułego słuchu i miłości do dziwnej i strasznej kobiety Kiriłka – od niedawna noszący na karku siedemnaście lat – mógł się pochwalić różnymi ukrytymi talentami. Na przykład miał świetny wzrok, zmysł obserwacyjny i pamięć. Nieco zgięty róg teczki, rozwarstwiony brzeg, plamki po rozgniecionym i nie do końca zeskrobanym z tektury karaluchu, pożółkła tasiemka. Widział to wszystko raz w życiu i zapamiętał na zawsze. Serce zabiło mu szybciej.

– Kiriłł…

Bum… bum… buuuum. W skroniach dudniło coraz mocniej. Kiriłł Iwanow, Kiriłł Majkin, Kiriłł Satiejew, Kiriłł… właśnie on, Kiriłł Zamiatin.

– Zamiatin.

Serce na chwilę zamarło, zacięło się, ucichło i uderzyło silniej. Po plecach wilgotnych od gryzącego siennika i przepoconego ubrania, potoczyła się w dół mała, lodowata kropla potu, aż ciarki poszły. Popełzła do stojących dęba włosków na krzyżu, wśliznęła się pod gumkę zupełnie przemoczonych majtek, wsiąkła. Jej siostrzyczki okazały się zwinniejsze, popędziły szybko i dogoniły swoją poprzedniczkę.

Dziobaty z jakiegoś powodu uśmiechnął się radośnie i zaraz podskoczył, jak kleszcz wpił mu się w rękę, wyciągnął go z nierównego, drżącego szeregu. Kiriłł nie mógł się powstrzymać, by na nią nie spojrzeć, stojącą teraz kilka kroków od niego, tak blisko. Trochę zbyt głośno wciągnął powietrze pachnące mydłem, wypolerowaną, natłuszczoną skórą butów i pasów, a także ledwie uchwytną wonią czegoś ostrego, kojarzącego się z nią. I podniósł oczy, napotykając w końcu jej wzrok.

Celownik gwintówki tatulka, stary i niezawodny, niezastąpiony w zabijaniu zwierząt i nie tylko, był cieplejszy i nie taki groźny. Zakończyła się iluzja życia, trwająca – od łapanki i wzięcia w niewolę – nieco ponad trzy miesiące. Nie było żadnej bogini, żadnego żywego piękna. Zostało już tylko trochę czasu do pustki. Kiriłł posiadał także ukryty talent wyczuwania kłopotów swoim chudym tyłkiem.

– Co to takiego? – łagodnie i miękko zainteresowała się Inga. – Co to?

Dziobaty podskoczył, spojrzał, nagle pobielał na twarzy. Niezbyt dokładnie ogolony podbródek zatrząsł mu się, drżał.

– Michaił!

Przyskoczył lekarz, przyjrzał się Kiriłłowi.

– Hm, no, nic strasznego. Na twarzy tygodniowy krwiak, najwyraźniej od uderzenia ręką, pięścią, możliwe, że łokciem. Chociaż nie, wątpliwe, żeby łokciem. Dostał o tu, brew rozcięta i zagojona nie dalej jak dziesięć dni temu. Podnieś ubranie, Zamiatin.

Podniósł ciężką, kostropatą tkaninę, nie odrywając wzroku od niebieskich oczu.

– Cóóż… – Lekarz pokręcił głową. – Mówiłem, Inga, mówiłem, i to nie raz: oddzielne pomieszczenie, reżim i wyżywienie potrzebne są wszystkim, choćby ledwie mieścili się w parametrach. Młodzieńcowi poszczęściło się, mógł umrzeć od nieco bardziej celnego i silniejszego ciosu.

Mógł umrzeć, jakie to interesujące. A teraz co, nakarmią, dadzą się wyspać, umyją i wyślą do domu? Kiriłka o mało nie parsknął śmiechem.

– Zgadza się. Drugi! – Zza drzwi bezszelestnie i szybko wychynął jeszcze jeden oliwkowego koloru. – Zmienić wartę, dowódcę zmiany i tych dwóch do wyciorów w trzecim batalionie. W sam raz są przygotowani do jutrzejszych strzelań i czyszczenia broni. Zamiatin!

Dziobaty runął na kolana. Ktoś z jego szarych kumpli-towarzyszy postanowił wyrazić sprzeciw. Nie wyszło, trzask łamiących się kości był krótki, lecz głośny. Nadzorca zsunął się po ścianie niczym miękka pacyna ciągliwych, gotowanych pomyj, które dawano niewolnikom na śniadanie, obiad i kolację. A Kiriłł Zamiatin spokojnie ułożył się na szpitalnym wózku, nie okazując ani odrobiny strachu. Nieprawda o życiu zakończyła się trzy miesiące temu, uleciała wraz z gorzkim, tłustym dymem płonącego małego chutoru, jego rodziny i przyjaciół. Do spotkania z nimi było mu już całkiem blisko.

Nie kręcił głową na boki, leżał cicho i spokojnie patrzył w górę. Nie brakowało nad nim sufitów, układających się w dziwną, niepowtarzalną mozaikę. Wózek szeleścił gumowymi kółkami, miękko podskakując po nierównych, zniszczonych i idealnie gładkich podłogach, wstrząsając człowiekiem na stykach i złączkach, odrobinę grzechocząc na metalowych odcinkach. Kiriłka patrzył na migający mu przed oczami obraz i pozostawał oderwanym widzem.

Gęsta sieć cieniutkich szczelin i niewielkie płatki łuszczącego się wapna, zielona farba przejść, ozdobiona zaciekami nierówno naniesionej gładzi, proste i równe linie styków betonowych płyt, wypukłe łączenia metalowych płycin, pajęcze plątaniny rur, zakamarki, ciemniejące puste hangary. Zmieniała się mozaika elementów, zmieniało się światło: to padało z rzadko rozmieszczonych w suficie świetlików z brudnymi szybami, to miękko sączyło się z chronionych siatką plafonów, to ostro, do bólu waliło po oczach z długich, jarzących się prawie na biało świetlówek.

Tam, w przeszłości, Kiriłł miał okazję podziwiać światło elektryczne zaledwie dwa razy: na wielkim bazarze, gdzie mieszkańcy zniszczonego miasteczka przysposobili ożywiony i raźno pomykający Ural pod prymitywną, ale działającą hydroelektrownię, oraz w solidnym blokhauzie nafciarzy, którzy wydobywali olej skalny – mieli parę kubików rafinowanej ropy naftowej i generator Diesla. Tutaj, w podziemnym schronie Zakonu Odrodzenia, elektryczność była pod ręką przez całą końcówkę jego życia, nie takiego znowu długiego.

Na zakręcie wózkiem nieco zarzuciło, światło zrobiło się żółte, ukazał się kanciasty prostokąt windy. Miękko zamruczał dźwig, windą lekko wstrząsnęło i gładko poszła w dół. W kopalni ściany wind zrobione były z pordzewiałej drucianej siatki, tutaj kabina błyszczała umytym, litym brązowym plastikiem. Ukazało się przepiękne lico jego bogini, gdy z niepokojem zapytała lekarza, który również znalazł się w polu widzenia:

– Wszystko z nim w porządku?

– Dokładnie, Ingo. – Lekarz poświecił cieniutką jasną latarką. – Po prostu pacjent nie jest głupi i coś tam pojmuje. Więc? Hm, jasne. To stan szoku, zupełnie niegroźny dla procedury, więc… puls w normie, oddech równy… praca serca bez przyśpieszenia i bez arytmii. Nie trzeba się martwić. A na miejscu…

– Zrozumiałam.

Rozmowę przerwano. W opuszczającej się windzie słychać było szum silnika i delikatne poskrzypywanie. Kiriłka patrzył na kratę, na migające za nią żarówki, w głowie miarowo stukały mu sekundy.

Sufit znów zmienił kolor – stał się matowy, żółtawy, jasno oświetlony. Z boku brzęczało i dźwięczało coś metalowego. Syczało, gulgotało, przelewało się i szemrało.

– Mistrzu, jak się pan miewa? – Inga zastukała obcasami gdzieś z przodu.

– Już lepiej. Dziewczyno moja, czy to ten sam egzemplarz?

– Tak. Winni ponoszą już karę.

– Słusznie… – Znów lekko zasyczało, głos stał się bardziej głuchy. – Tak należy. Niekiedy szeregowi bracia zapominają się. Właściwie postąpiłaś, Ingo. Panowie medycy, prosiłbym, abyście się pośpieszyli, nastawili sprzęt, a potem zostawili nas z panią major samych.

Wózek drgnął, miękko zaszczękał naoliwiony mechanizm w okolicy pasa Kiriłki, a on sam zaczął się unosić. Wierzch szorstkiego podłoża pod plecami poszedł do przodu, sufit więc – odpowiednio – uciekł w tył.

Takich miejsc Kiriłł jeszcze nie widział. Żeby było tak czysto, z bijącymi blaskiem ścianami i podłogą, z ogromną ilością metalu, groźnego, przelewającego się w zimnym świetle dużych jarzeniówek przemyślnymi kantami, wygięciami i ostrymi koniuszkami. Błyskały szyby drzwiczek jednakowych białych szaf, matowo połyskiwały plastikowe boki sprzętu i ciągnęło tą samą dezynfekcją i sterylnością, w którą nieuchwytnie, ukradkowo wplatał się słaby zapach wielu litrów krwi i bólu.

Obok, omotany misterną, skomplikowaną plątaniną wężyków, przeźroczystych giętkich rurek i przewodów, podwieszony na sprężystej konstrukcji nośnej dyndał ten, kto rozmawiał z Ingą, nazywając ją dziewczyną.

Wychudzony, owinięty bandażami i elastycznymi opaskami, z kośćmi wystającymi spod żółtawej, owrzodzonej skóry. Syczenie dało się wyjaśnić prosto: połowę twarzy zakrywała mu maska respiratora z setkami membran generujących dźwięk. Obok, błyskając chromowanymi elementami, chwiała się tam i z powrotem grubaśna kiszka z gufrowanej gumy, doprowadzająca tlen, jeśli sądzić po napisie na podłączonym balonie. Oczy, prawie czarne, zmrużone pod nieistniejącymi brwiami, wpatrywały się twardo w Kiriłka. Do sterylnej czystości doszła nowa woń: umierającego za życia ciała.

Podwieszony – wszystko wskazywało na to, że właśnie Mistrz – skinął głową i przestał wpatrywać się w chłopaka. Koło niego nagle znaleźli się dwaj w gumowych rękawiczkach i maseczkach z gazy, od stóp do głów okutani w niebieskość i czystość. Zabrzęczeli, zaszczękali, rozeszła się ostra, odurzająca woń. Kiriłka patrzył w milczeniu. Serce przestało mu walić bezrozumnym galopem, zwolniło, pot przysechł. Z tyłu coś brzęknęło, po plecach zawiało chłodnym powietrzem, połaskotało czymś mokrym i zimnym, zapachniało alkoholem. Obok pojawił się jeden z niebieskich, przetarł Kiriłce zgięcia łokcia, sprawnie wbił igłę. Chłopak spojrzał w dół.

Krew pobierali mu już parę razy, ostatnio przedwczoraj. Wtedy i jego, i jeszcze kilku innych oglądali ci sami lekarze. Dokładniej: któryś z nich.

– Sprawdzić ciśnienie. Sprawdzić…

Krzątali się, biegali, coś nakładali, przylepiali, ściskali, macali.

– Stan dobry, ekspresowa analiza potwierdziła dane z poprzednich pobrań. Zgodność…

– Chrzanić to… – zasyczał wiszący, zwracając głowę w ich stronę. – Nie pierwszy raz, dam radę. Zaczynajcie szybciej.

Lekarze zbili się w ciasną niebieską gromadkę, poszeptali. Jeden coś im wykładał, pozostali pomrukiwali cicho. Podeszła Inga, żywo i niezrozumiale rzuciła kilka zdań. Głowy w maskach i czapeczkach pokiwały aprobująco. Lekarze rozeszli się, do czegoś się przygotowując. Jeden został obok Kiriłki, przypiął mu do łóżka grubymi pasami ręce, nogi, głowę, tułów. Kiriłł się nie sprzeciwiał, nie chciał uciec do swoich z tym bólem i krwią wyciekającą z kilku zbędnych dziurek w organizmie.

– Relanium, dożylnie. Dodajcie roztwór czerwony pięć i odczynniki, ruchy! – Niebieski odsunął się. – Obserwujemy stan ogólny. Przygotujcie ustrój…

Dźwięcznie wybuchła naciągnięta do granic, rozpalona lustrzana pajęczyna, którą Kiriłka miał przed oczami. Jego świat nieoczekiwanie wyrwał się na zewnątrz, wypełnił sobą wszystko dookoła, wchłonął i tę dziwną salę (operacyjną, tak, tak, podpowiedział mu w duchu czyjś głosik), i tych ludzi, i tego dziwacznego staruszka z owrzodziałą skórą oraz złotowłosą Ingę. Wchłonął, rozdął się niczym ogromna bańka mydlana z refleksami z żywej rtęci i prysł, rozrzucając i rozbryzgując na wszystkie strony jego życie. Kiriłka uśmiechnął się.

– Reakcja standardowa… – Głosy dobiegały z daleka, cienkimi igłami przebijały się przez gęstą mgłę powietrza. – Wszystkie układy pracują w normalnym trybie. Organizm obiektu w pełni gotów.

– Rozpoczynamy. Gotowość zero jeden.

– Wchodzę.

 

– Wchodzę.

Kiriłł pływał w łagodnych wodach słonecznego morza, radośnie uśmiechając się do skaczących po falach plamek świetlnych. Coś go musnęło w plecy, zamarło, obróciło się lekko, po czym poszło dalej, w głąb. Kiriłka zainteresował się… lecz oto jeden z zajączków świetlnych skoczył mu prosto w ręce.

– Wszystko ustawione? Jak pracują aparaty? – Inga z obrzydzeniem zerknęła z ukosa na wychudzonego kocmołucha. Nie zdążyli go obmyć, dobrze, że potraktowali roztworem i zwyczajnym spirytusem. Jak mu tam… Kiriłł Zamiatin, jeden ze stada separatystów, śmierdzący gorzej niż świnia, niepodejrzewający swojej wielkiej roli, chociaż ta rola ograniczała się do bycia kompletem części zamiennych dla Mistrza, a dokładniej zestawem niezbędnych płynów, które teraz przetaczały się do wycieńczonego długoletnią walką organizmu.

Obecnie chłopaczek, mocno przypięty do podnoszonej części szpitalnego wózka, uśmiechał się i puszczał bańki. Nawet się zaciekawiła, to widowisko miała zaszczyt oglądać po raz pierwszy. Wcześniej Mistrz nigdy nie wołał jej na rozmowę podczas regularnej dla niego procedury. Młody, dziki zasraniec radośnie się uśmiechał, zupełnie nie przejmując się tym, że traci niezbędne do życia części składowe własnego organizmu: krew, osocze, szpik kostny. Cewniki, grube igły do pobierania, przezroczyste rurki już się zaczęły napełniać.

– Tak, wszystko pracuje w trybie normalnym, pani major. – Starszy lekarz wyprężył się jak struna. – Żadnych nieprzewidzianych powikłań.

– Idźcie stąd wszyscy… – zaskrzeczał Mistrz. – Inga, podejdź bliżej i posłuchaj mnie uważnie, dziewczyno.

Kiriłka polatywał na obłokach z czegoś puszystego i słodko pachnącego. Dokoła było cicho, migały jakieś cienie, kilka razy stuknęły zamykające się drzwi sali operacyjnej. Uśmiechnął się, pogrążył w miękkim, ciepłym śnie i zaczął odpływać, zupełnie się nie wsłuchując w kołyszące dźwięki rozmowy, przerywane rytmicznym syczeniem pracującego respiratora.

– Inga, moja dziewczyno, słuchaj uważnie… Po zakończeniu tej procedury masz do zrobienia tylko jedną rzecz.

– Tak, mistrzu?

– Zbierz swój oddział, weź najlepszych ludzi i sprzęt. Koniecznie zabierz z sobą Ilję Szarego i Szatuna. Nie sprzeciwiaj się, majorze! A więc tak, nakłoń swą piękną i mądrą głowę, zgódź się ze mną, umierającą, nędzną podobizną samego siebie. Tak więc, majorze Wołnowskaja, wypełnij mój rozkaz. Wyruszysz w stronę pieprzonego Kinielu, wylęgarni mrówek, które jak na razie nie chcą przyjąć lepszego dla siebie losu. Tam znajdziesz dziewczynę, Darię Darmową, i sprowadzisz ją tutaj. Wysłałem już człowieka, a on uprzedził naszych agentów w Kinielu. Możliwe, że zadanie okaże się nawet prostsze i po prostu ją tutaj przywieziesz. Ale…

– Ale co, Mistrzu?

– Tylko że zupełnie nie chce mi się wierzyć w taki bieg wydarzeń.

– Po co nam ta Daria?

– Po co… Umieram, dziewczyno. Ile jeszcze pociągnie moje ciało, nie wiesz? Nigdy ci o tym nie mówiłem, uważałem, że to głupio. Kiedyś byłem na tyle zarozumiały i głupi, że… że nie wyszedłem z komory doświadczalnej w czasie ataku rakietowego. Jednego jedynego impulsu, który unicestwił aparaturę sto kilometrów stąd, starczyło, by skok napięcia zniszczył system energetyczny. Autonomiczne obwody nie zadziałały od razu, kto mógł podejrzewać taką usterkę przed prawdziwym, a nie ćwiczebnym uderzeniem? Dziesięć sekund we wnętrzu sarkofagu, nieratującego przed promieniowaniem przenikliwym i jednocześnie poddanego silnemu promieniowaniu elektromagnetycznemu, bez ochrony. Tak, moja siła pojawiła się dokładnie w tym momencie i tylko dzięki temu zaistniał nasz Zakon.

– Rzeczywiście, nigdy pan nie opowiadał… – Inga podeszła do wiszącego w kokonie człowieka. Przesunęła ręką po jego policzku, po części widocznej między respiratorem a metalizowaną maską, którą w ostatnich czasach zakładano Mistrzowi coraz częściej. – Tyle lat cierpienia, męki w nieustannym bólu… czy to nie zbyt wygórowana cena?

– Nie. Cena jest nawet mała w porównaniu z rezultatem. Czuć i odczytywać myśli, poznawać to, co ukryte w głębi, manipulować i sterować… przed Wojną wielu o tym marzyło. Żałuję dwóch rzeczy, dziewczyno… Wątpliwe, bym zobaczył wywyższenie, prawdziwe wywyższenie Zakonu. Żałuję również tego, że poznałem cię, będąc już w takim stanie. Ale przynajmniej mogłem uczynić cię taką, jaka jesteś…

Kiriłł słabo już rozumiał to, co się z nim dzieje. Zostały tylko dwa głosy, jasno i wyraźnie rozprawiające o czymś tuż obok. Ciepło i łagodna miękkość puszystych obłoków ustępowały, przeradzając się w szkarłatnopurpurowe, przerażające ścianki, które zaciskały się wokół niego.

– Mistrzu… – Inga cofnęła się nieco. – Dziękuję ci. Co powinnam wiedzieć o tej dziewczynie?

– Tak, rzeczywiście. Ma około piętnastu, może siedemnastu lat, jak mi się wydaje, choć przypuszczam, że nawet ciut więcej. Jest ładna bez względu na okoliczności, bez względu na szarość życia. Jeden z agentów mieszkających w Kinielu ma się z tobą spotkać, przekazać ci jej portret albo i ją samą. Jest silna, choć tego nie podejrzewa, na tyle silna, że należy wziąć się za nią już teraz i przekształcić w naszą nową broń. Popełniłem zuchwałą głupotę, która już dużo nas kosztuje… Znalazłem ją, wszedłem jej do głowy i zostawiłem ślad.

Inga milczała, obracając w głowie słowa założyciela Zakonu. Umiejętności Mistrza, który przed Wojną był dobrze rokującym naukowcem pracującym nad genomem człowieka, zawsze ją porażały. On sam, mówiąc o sobie i podobnych mu ludziach, z którymi żołnierze Zakonu rzadko mieli styczność, posługiwał się dziwacznym i niepojętym terminem: skanerzy. I uśmiechał się z jakiegoś powodu. Możliwości, jakimi obdarowała go Wojna, przerażały.

Mistrz umiejętnie kierował najlepszymi wojskowymi podziemnej części obiektu – zostali oni pierwszymi komandorami Zakonu – i naginał słabą wolę szeregowców. Bez najmniejszego skrępowania czytał w myślach tych, którzy dostali się pod jego wpływ. Inga nie była tego pewna, lecz uważała, że jej wola nie daje Mistrzowi podobnej możliwości zabawy z nią samą.

Mistrz, jeszcze pięć lat temu bardziej żwawy i zdrowszy, nieustannie starał się ćwiczyć swoje zdolności. A skoro wspomniał o dziewczynie obdarzonej podobnymi cechami… to znaczy, że rzeczywiście jest mu potrzebna. W takim razie nie pozostawało nic innego, jak ją sprowadzić, choćby i spod ziemi.

– Ona mnie wykryła… – Mistrz z niezadowoleniem szarpnął głową. – Wystraszyła się, wyczuła aurę Zakonu, naszą siłę, nasze metody. Tak, tak, moja dziewczyno, kanał łączności jest, ujmijmy to tak, dwustronny. I choć go zasłoniłem, jak tylko mogłem, swoim, jak by to powiedzieć, firewallem, coś tam do niej dotarło.

– Czym to grozi?

– Daria zdołała wykryć jeszcze jednego skanera, dokładniej skanerkę. Okazuje się, moja miła, że w byłej Baszkirii nie jest aż tak źle. W każdym razie ta zdzira, która się odezwała, akurat jest stąd. I ta parszywa bestia doradziła naszemu wrażliwemu kwiatkowi, by uciekł z Kinielu. Co z jednej strony jest nam na rękę, a z drugiej nam zaszkodzi. Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tępa owca, uważająca samą siebie za nie wiedzieć jak silną, nie zatroszczyła się o własną skórę i zdradziła dziewczynie potrzebną mi informację, choć nie całą.

– Wiemy, dokąd i kiedy dokładnie ucieknie?

– Niezupełnie… Ale coś nam wiadomo. Mamy niedużą przewagę czasową i ty ją wykorzystasz.

– Wobec tego co jest nie tak? – Inga wyłowiła w głosie Mistrza… niepewność?!!

– Dziewczyna skontaktowała się z kimś, udało jej się znaleźć maleńki nadajnik naprowadzający w głowie jakiegoś wypierdka. A ja, JA!!!, nie zdołałem przeniknąć do jego myśli i zupełnie nie mam pojęcia, co on kombinuje.