Droga stali i nadziei

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Метро 2033: Дорога стали и надежды

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2013–2021

Copyright © Dmitrij Manasypow, 2014

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 © Dmitry Glukhovsky, 2009–2021

Przekład z języka rosyjskiego

Patrycja Zarawska

Redakcja i korekta

Tomasz Porębski, Anna Hadała-Żołnik, Piotr Mocniak

Projekt okładki

Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii

Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Mapa

Leonid Dobkacz

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Książka ta jest dziełem wyobraźni. Nazwiska, postacie i wydarzenia zostały wymyślone przez autora i są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń, miejsc lub osób rzeczywiście istniejących obecnie lub w przeszłości jest czysto przypadkowe.

ISBN 978-83-66575-90-5


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)


I nie mów mi, żeś zupełnie bez sił,

Nie mów, żeś już i tak się spóźnił.

Wszak coraz bliżej masz cel,

Choćbyś do niego pełzł.

I nie skarż się, żeś został jak palec sam,

Za toś teraz sobie jedyny pan.

Z piosenki Nie gawari (Nie mów) zespołu Czornyj Obelisk

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Nieco wcześniej

Za oknami, w ciemności, błocie i wietrze, podkradała się śmierć, na razie jeszcze nieśpiesznie i prawie niedosłyszalnie. Ania załkała, mocniej przytulając skuloną Lenoczkę, ścisnęła w wilgotnej dłoni pogrzebacz. Tam, w czerni, ledwie dostrzegalnie snuły się groza i ból.

Deszcz chlustał wodą w okna, bębnił, smagał je ciężkimi, grubymi strugami wody. Szyb do tych okien Miszka szukał wszędzie, niekiedy przepadając na pół dnia. Szyby… Zapragnął ich od razu po tym, jak się urządzili w dobrze zachowanym domku. Musieli tylko trochę go podłatać. „Żeby do środka zaglądało słońce, żeby ozłociło nasze życie… – Miszka z zadowoleniem uśmiechał się pod swoim rzadkim rudym wąsem. – …Niosło radość i nam, i Lenoczce”.

Lenoczka, córeczka, ich śliczna dziewczynka, bardzo lubiła świetliste zajączki wpadające z rzadka do izby, kiedy promykom słońca udało się przebić przez szarą zasłonę nieba. Uganiała się za nimi po miękko skrzypiących, starych deskach podłogi, łapała plamki rączkami. Miszka śmiał się, patrząc na nią, i nawet nieraz się przy tym rozchmurzył. Ania patrzyła na niego, takiego nieoczekiwanie kochanego, bliskiego, i cieszyła się w duchu.

Na co dzień bardzo często siedział zasępiony, nie dało się ukryć. Jednak ostatnio, gdy tylko do Cziszm dotarła pierwsza drezyna z Ufy… od prawej brwi w górę popełzła i wryła się głęboka, krzywa zmarszczka. Przecież na początku trzeba było zorganizować komunikację, potem do osady przybyły służby sanitarne. Miszka jednak nigdy nie ustępował. Nigdy i za nic w świecie.

Było o co się martwić. Długo nie mogli się zdecydować na ucieczkę z może i niezbyt dostatniej, ale przynajmniej bezpiecznej Nowej Ufy, chociaż tamtejszy spokój, wraz ze względnym dostatkiem powoli, ale wyraźnie dobiegały końca. Badanie lekarskie pięciolatka było obowiązkowe dla wszystkich. Ania płakała, głaskała córeczkę po miękkich pleckach, bała się każdego szelestu. Miszka, marszcząc brwi, starał się, jak mógł: nagromadził wszelkiego dobytku na wymianę, do gospodarstwa i rozpoczęcia życia od nowa, i uciekli.

Rodzinę przygarnęli kupcy ciągnący dużą karawaną na zachód, i tak dotarli do tej samej osady, do której kiedyś uciekł wujek Miszki. List od niego, napisany między wierszami na dwóch kartkach wydartych z jakiejś zupełnie pożółkłej książki, przyniósł Marat, zmęczony chłopczyna, kurier stale kursujący między Cziszmami a Demą. Za doręczenie dostał kawał hojnie solonej słoniny, westchnął, wzruszył ramionami i poszedł. Miszka się nawet uśmiechnął, patrząc na niego, i długo wyjaśniał Ani, czego i komu nie wolno spożywać i dlaczego mimo wszystko można, jeżeli pod dachem.

Tydzień wędrówki, nieustanne popychanie grzęznących w wiosennym błocie taczek i wózków z towarem. Wilgotny, cierpki smród niemytego ciała, okutanego w wytarty kombinezon ochronny, kląskająca, lepka ziemia na stareńkich woderach. Znużenie, znużenie i znużenie. Lenoczkę niosła na plecach, zawiniętą w starą pelerynę ochronną, którą Miszka zszył żyłką wędkarską i nadtapiając materiał, posklejał tam, gdzie się rozłaziła podziurawiona kulami, pazurami czy zębem czasu. Zapocone szkiełka masek przeciwgazowych, świszczący oddech sąsiadki, plecy męża, który w charakterze opłaty taszczył starą maszynę do szycia na żeliwnej podstawie. Ale w końcu dotarli.

Tak ich rodzina znalazła się w Cziszmach, dużej, okrzepłej osadzie, która jako jedna z pierwszych stanęła na nogach. Życie toczyło się swoim torem, tym bardziej że przez ostatnie pięć lat tło promieniowania nie było już takie silne. Tu nie noszono masek przeciwgazowych i piwnice już dawno zamieniły się z powrotem po prostu w piwnice. W mieście – owszem, w mieście położonym nad rzeką Biełą było promieniowanie, choć nie bardzo silne. Walili obok, w obwód orenburski, walili też po republice, po jakichś oddziałach Drugiej Armii. Ale o Ufę jedynie zahaczyli, dając ludziom szansę. Mówiono, że dalej w stronę Uralu lasy dawnego rezerwatu oberwały gęsto i żyć się tam zupełnie nie da.

Dla Ani wiele rzeczy nie miało znaczenia. Mało ją interesowało, co się dzieje w Biełoriecku, Sibaju czy Uczałach*. Urodziła się trzy lata po Wojnie, dorastała z ciotką i po prostu chciała żyć. Z mężem, dwa razy od niej starszym, i z córką, której teraz nie zbada żaden lekarz. To, że pod sukienką rośnie Lenoczce jasna, jedwabista sierść, ani Miszce, ani jej samej nie przeszkadzało kochać ją nad życie. Ale po pierwszej drezynie były następne, i znów musieli uciekać, musieli, aż…

Za oknem zaszeleściło, trzasnęła kupka rozpałki pod ścianą. Ania zatrzęsła się, zadzwoniła zębami. Deszcz mocniej uderzył o szyby, a te już całkiem wyraźnie drgnęły pod jego naporem. Szyby przycięte i wstawione przez jej męża z miłością, ale nieosłonięte ciężkimi okiennicami. Szczypce do drewna zaczepiły się o pogrzebacz, hak ledwie słyszalnie zazgrzytał po drewnie, kiedy go przyciągnęła do siebie. Idiotka, przeklęta idiotka, głupia, tępa idiotka! Jak można było zapomnieć zamknąć okiennice?! Misza, Miiiszaa…

Wujek męża się ich nie doczekał: nieoczekiwanie zmarł, zginął na polowaniu, spoczął w ziemi spokojnych i względnie dostatnich Cziszm. Tak im powiedzieli sąsiedzi, nieliczni i ponurzy. Na pytania Miszki nikt i tak nie odpowiedział niczego konkretnego. Domek – stareńką dwuizbową drewnianą chatę – oddano im bez oporów. Mąż się ucieszył, marszczył brwi znacznie mniej niż zwykle i od razu wziął się do gospodarowania. Na Lenoczkę, wesoło uganiającą się po podwórku z pięciołapą Żuczką, sąsiedzi w ogóle nie zwracali uwagi. Ania przyczynę tego poznała nieco później, kiedy już się zapoznała z życiem wsi i z jej mieszkańcami: nie brakowało tu takich, jakich w Nowej Ufie SB wysyłało za kolczasty drut, zmuszając, by ponadludzką pracą odpokutowali za swoje mutacje, ułomności i inne pokraczne cechy odróżniające ich od „normalnych” ludzi.

Ania i Miszka cieszyli się, życie im się układa i nawet trzy króliki, wymienione za kilka dobrych łopat i porządne gumowce, miały wydać na świat pierwsze potomstwo. Cziszmy szczyciły się na nowo wyhodowanymi zwierzętami, na których porażenie promieniowaniem odbiło się tylko w postaci dużej masy i gęściejszego futra. Na mięso królików mieszkańcy okazali się całkowicie obojętni, w odróżnieniu do wielu innych hodowlanych zwierząt. Dlaczego im tak bezproblemowo odstąpili dom, nierozpadający się na kawałki, jedynie z nielicznymi dziurami w pokryciu dachu i przybudówce – nad tym uchodźcy się nie zastanawiali. Do dzisiejszej nocy.

Usłyszawszy przenikliwy króliczy krzyk – nie pisk, tylko krzyk, prawie dziecięcy – Miszka nie poleciał na łeb, na szyję do klatek. Mięso mięsem, futro futrem, ale życie droższe. Tego dnia chodził już w stronę wsi sprawdzić, czy nic się nie dzieje i choć wszystko dokoła wydawało się ciche, nie chciał ryzykować. Ania uścisnęła mokrą córeczkę, zasłoniła jej uszy i wzdrygnęła się, podążając za wzrokiem Miszki.

Wieczorem naniósł wody, nagrzał ją w piecu i zaczął kąpać Lenoczkę w niedawno naprawionym dużym korycie. I zajmując się rozchichotaną, szczęśliwą córeczką, zapomniał zamknąć okiennice. A Ania, zabiegana przez cały dzień przy praniu, zagapiła się i też wyleciało jej to z głowy. Światło kilku płonących szczap** drżało i drżało w przeciągu, rzucając odblask na szyby niezasłoniętych okien. Pierwsze wpadło do wnętrza domu okno wychodzące na podwórko. Miszka zdążył wepchnąć Anię z córką do drugiego pokoju, zatrzasnął drzwi. Przestawić stół i otworzyć klapę w podłodze – już nie zdążył.

 

Stojący pod ścianą ciężki kufer nie chciał się ruszyć z miejsca. Ania naparła na niego nogą, pchnęła go do przodu. W plecach jej coś strzyknęło, rozlało się gorącym, suchym bólem i zaraz, nieco słabiej, odezwało się w ręce. Zamrugała i w półmroku zupełnie spokojnie powiodła wzrokiem za zerwanym, opadającym na podłogę paznokciem. Kufer, zgrzytając po deskach, przesunął się w przód, bezpiecznie podpierając drzwi. Lenoczka płakała, patrząc błyszczącymi oczyma na mokrą od potu matkę, a ta…

Usłyszała jego krzyk, przeszywający uszy, unoszący się ku górze, dziki, wyrywający się z piersi jej silnego męża – człowieka, który nikogo się nie bał, potrafił wyjść w pojedynkę naprzeciw trzem przeciwnikom. Do krzyku nieco później doszło błogie sapanie i mokre, mlaszczące dźwięki, jakiś niepojęty trzask, od którego zadrżała jeszcze mocniej.

Ktoś miękko trącił drzwi, naparł na nie, parsknął z niezadowoleniem, zabełkotał urywanym, gorączkowym szeptem. Ania przyciągnęła do siebie kwilącą córeczkę, sięgnęła po pogrzebacz, który niezauważenie wrzucił za nią do pokoju Miszka. Teraz już jej dawny Miszka. Cisza nastąpiła odrobinę później. I nie na długo.

Deszcz cały czas siekł strugami niezakryte szyby, bębnił po dachu, dzwonił w metalowy daszek i zardzewiałą rurę pieca. A za oknem – co było słychać pomimo ulewy – chodzili ci, którzy przed chwilą mamrotali i ciamkali za ścianą. Wśród wilgoci i czerni, w tłustym, lepkim błocie, po całkiem zamokniętej rozpałce.

– Mama? – pisnęła Lenoczka, przywierając do Ani.

Za oknem coś się gwałtownie poruszyło, bladym kręgiem przylgnęło do szyby, zajrzało zapadniętymi ślepiami. Ciężki, kuty pogrzebacz łatwo wpasował się w rękę, nieoczekiwanie wygodnie i zwyczajnie. Okno wyleciało zaraz potem, wpuszczając do środka zapach ziemi, wody lejącej się z szarego, ołowianego nieba, i zgnilizny.

Ania krzyknęła dziko, bojąc się, że nie zdąży. Odepchnęła córkę, uderzyła krótkim ruchem, bez zamachu. Wiele trzeba maleńkiej dziewczynce? Jej własna śmierć nadeszła sekundę później, a okazała się znacznie straszniejsza i bardziej bolesna.

* Miasta w Baszkirii (Baszkortostanie).

** Zapalona cienka szczapa (żagiew) umieszczona w żelaznym uchwycie to tańsze i łatwiej dostępne źródło światła niż świeca. Dawniej takie szczapy były w powszechnym użytku, w Rosji jeszcze na początku XX wieku.

ROZDZIAŁ 1

Z objęć nocnego koszmaru

Baszkortostan, Nowoufijska Republika Komunistyczna,

przyłączona osada Cziszmy (współrzędne: 54°35’38’’N, 55°23’42’’E), AD 2033

– Pomyliłeś się.

– E? Coś powiedział?

Słońce, pokazujące się z rana, już się schowało. Jesień, ledwie rozpoczęta w kalendarzu, postanowiła na dobre zadomowić się w naturze. Zieleń, jaka się jeszcze uchowała, nagle ustąpiła miejsca złocistożółtej ochrze, wyblakłej niczym pajęczyna szarości i rzadkim przebłyskom szkarłatnego aksamitu. Aż żal było lata, które uciekło pośpiesznie jak koniokrad. I chociaż maska z lustrzanymi szkiełkami zdążyła już obetrzeć skórę w ciągu ciepłych miesięcy, i tak było ich szkoda…

– Zadałem ci pytanie, mały.

Azamat westchnął. Wszystko jak zawsze.

Jeśli jesteś wyższy, szerszy w barach i wyraźnie cięższy, to zrozumiałe, że powinieneś okazać się też silniejszy. Zwłaszcza jeżeli naprzeciw ciebie stoi nie krzepki mężczyzna, tylko taki sobie człeczyna, prawie chłopczyk. A chłopczyk ten wygląda faktycznie na wyskrobka: niewysoki, chuderlawy, nawet wąsy i broda jeszcze mu nie rosną. Jak się tu zachować, skoroś sam nieszczególnie dobry, za to wielki i silny? No i działo się tak jak zwykle.

– Pomyliłeś się – powtórzył spokojnie i dokładnie, jak debilowi. – Małego masz w spodniach. Mam na imię Azamat. Dla przyjaciół. A dla pozostałych po prostu Pocisk.

Osiłek chrząknął i zaczął powoli, demonstracyjnie odwodzić prawą rękę. Stojący po bokach dwaj kumple zachichotali i odsunęli się nieco. Zanosiło się na niezłą zabawę, a potem pewnie jeszcze dostanie im się jakaś zdobycz z gratów tego niewyrośniętego głupka. Nie wyszło. Przynajmniej na razie.

Dom, wzniesiony z poszarzałych bierwion, wyglądał na solidny, a kiedy słońce stało wysoko, zapewne prezentował się wręcz ładnie. Ktoś pomalował na zielono naczółki i ramy okien, okiennice i drzwi – i to całkiem niedawno, ponieważ farba nie zdążyła wyblaknąć, złuszczyć się ani pokryć pęcherzami. W tej chwili jednak – podobnie jak wszystko wokół – straciła intensywność koloru. Krótko mówiąc: jesienne dni, oczarowanie oczu.

Mało tego, nagle ta trójka, ledwie rano wstała, nieoczekiwanie zatęskniła właśnie za jesienią: przed nimi zima z jej mrozami, śniegiem po pas, chłodem w domach, stałym brakiem drewna na opał i zwierzętami podkradającymi się pod osadę. I – nie daj Wszechmocny – głodem. A tutaj Azamat ze swoimi konikami i może niepozornym, ale jednak dobytkiem. Tak że nawet ich trochę rozumiał. Tylko nie śpieszył się, żeby to przyznać. Tym bardziej jeśli w charakterze argumentów chcieli się posłużyć pięściami: i tak wokół nie brakowało rzeczy, które skutecznie mogły zepsuć nastrój.

Stuk, stuk, stuk. Po zardzewiałym wiadrze, zgniecionym, dziurawym, z zachowaną zaledwie jedną trzecią okrągłego denka, zabębniły krople – rozpadało się. Zrobiło się wilgotno, na kurtce i spodniach błyskawicznie osiadła drobniutka mżawka. Gdzieś niedaleko, w lesie, tęsknie zakrakała wrona. Trawa, jeszcze rano radośnie szmaragdowa, zamieniła się w coś nieprzyjaznego, szeleszczącego ociężałymi źdźbłami, które – zdawało się – szeptały coś do siebie. Chociaż nie, dźwięk był rzeczywisty, taki złowrogi pomruk, a dochodził właśnie z trawy.

I z niej, wysokiej, sięgającej po kolana nawet drabom, dobiegły syk i parskanie. Zaraz potem na zdezorientowanego osiłka wyskoczyło coś dużego, kudłatego i dziko wyjącego. Szara, pasiasta kula wylądowała prosto na granatowej kufajce, ciasno opinającej wypukłą pierś zbira. Pisnął cienko, jak dziewczynka, i zamachał potężnymi rękami. Poleciały ruda wata, strzępy wełnianej koszuli, krew.

Kumple gościa w granatowej kufajce pobledli i wzięli nogi za pas. Azamat im na to nie pozwolił, jednym susem znalazł się obok nich. Świsnął kańczug i chociaż krótki, chlasnął pierwszego po nogach. Ten wrzasnął, poleciał głową naprzód. Drugiego, który najwyraźniej postanowił spróbować sił w walce, trafiła rękojeść nahajki, ozdobiona pokaźną metalową kulką. Czaszka odezwała się głucho, wchodząc w kontakt z rękojeścią bicza, oczy wiejskiego zabijaki zbiegły się w stronę nasady nosa, a on sam zapadł się gdzieś w siebie – głęboko i na długo. Tymczasem pierwszy uciekinier zerwał się na nogi i odwrócił do Azamata; palce nerwowo gmerały u pasa, próbując dobyć noża. Nieco później oszalałe oczy skoczyły w stronę źródła ucichłego już syku i warkotu i mężczyzna zamarł, wlepiając wzrok w Szablozęba.

Kot siedział na osiłku i najwyraźniej nie wierzył w otaczające go życie i siebie w tym życiu. Wywrócone oczy zbira spoglądały gdzieś w głąb niskiego, szarego nieba, ręce ledwie dostrzegalnie podrygiwały. Ogólnie rzecz biorąc, typ się roztropnie nie ruszał. I nic dziwnego – Szabloząb ważył prawie tyle co roczny owczarek środkowoazjatycki, ale wydawał się o wiele straszniejszy, zwłaszcza z bliska, gdy tak bezczelnie rozwalał się na podartej kufajce i wylizywał sobie łapę. Tylną, u jej nasady, a także wszystko, co w jej pobliżu. Czerwony język migał pomiędzy długimi górnymi kłami.

– Nigdzie się nie ruszaj. – Azamat kopnął przeciwnika w łydkę. Kumpel zbira zasyczał i usiadł, zwijając się w kłębek. – Przyjdzie ci do głowy wiać, tępaku, napuszczę na ciebie kota.

Trzeci wciąż leżał w trawie, tyle że zaczął się lekko poruszać. Na czaszce w pobliżu czoła nabrzmiał mu niemały guz. Pierś poruszała się ledwie zauważalnie – znaczy: żyje, i dobrze. Azamat chrząknął pod nosem, zwrócił się ku koniom. Te stały spokojnie, spętane, i nawet nie myślały o próbie oswobodzenia się. Myszata kobyłka cicho i łagodnie chrzęściła suszoną rybą w treptuchu. Ogier, przez całą drogę nerwowy, teraz też wyglądał na rozdrażnionego: łypał na Azamata zaczerwienionym okiem, przestępował z nogi na nogę, rył ostrymi kopytami ziemię, szczerzył podpiłowane zębiska. Ogon, krótki, szorstki, monotonnie śmigał z lewa na prawo, chlaszcząc to jeden, to drugi bułany bok zwierzęcia. Szich, szlep, sziiich, szlep.

– Już, już, ciii, kochany, cichutko. – Azamat podszedł, mocno chwycił za uzdę, poklepał konia, pogłaskał. – Spokojnie.

Od strony palisady, która otaczała wieś, śpiesznie toczyły się dwa konne wózki. Na dwóch różnej wielkości grubych kołach od jakiejś poważnej limuzyny, połatanych na wszystkie strony, podskakiwała dwukółka egoistka. Siedzący w niej wujaszkowie, przyodziani w fartuchy, sami także podrygiwali, ostrożnie trzymając w rękach broń palną. W większym wozie, skleconym krzywo i nieudolnie, cisnęło się siedmiu ludzi z dzidami, widłami i innym nieskomplikowanym sprzętem. Azamat słusznie podejrzewał, że całe to gospodarskie żelastwo najwyraźniej zmierza w jego stronę i nie jest w tej chwili przeznaczone do jakiejś pilnej roboty w polu. No i nie pora na prace polowe, jesień niepodzielnie panowała nad światem.

Lecz jeśli przeczucie go nie myliło, o wiele ważniejsza zdawała się trójka jeźdźców, która wyprzedzała grupę towarzyszy kołchoźników i już całkiem jawnie kierowała się w stronę niewielkiego pobojowiska. Ci rzeczywiście wyglądali niepokojąco.

Dwóch było podobnych do siebie jak jaja jednej wrony: wygodne krótkie kurtki, szare, z kapturami; własnej roboty, choć całkiem zgrabne kamizelki taktyczne; za plecami coś w rodzaju AK-74. Znajomy typ delikwentów, psy wojny, najemni żołnierze. Interesująco przedstawiał się pierwszy, najwyraźniej dowódca; był już całkiem blisko, rzut kamieniem.

Dosiadał zacnego wierzchowca – konisko było pociągowe, wysoki, silny ogier, bez rzucających się w oczy modyfikacji. Azamat był gotów założyć się, stawiając nabój na to, że zwierzę jest rasowe, i to względnie czystej krwi. Jego własna kobyłka wytrzeszczała na świat dwa dodatkowe ślepia, kryjące się po bokach łba pod zmierzwioną szczotką grzywy, niedorozwinięte i niewidzące. Ogier od czasu do czasu nie tylko dobywał z siebie dziwne dźwięki, nie – bułanek najwyraźniej urodził się z dodatkowym kompletem jakichś tam narządów, to z tego powodu był taki pełen ikry, że o wytrwałości nie wspomnieć. No i fakt, że zęby koniom wyrastały jak u psów – cóż, życie. Jak nie ty kogoś zjesz, to ciebie zeżrą.

Skórzana kurtka stara i wytarta, ale bardzo dobrze skrojona. Zamiast w zwyczajnych, cholera wie z jakiej kryjówki dobytych kamuflażowych gaciach wujaszek paradował w prawdziwych bryczesach, skrojonych do jego figury i tak dalej. Azamat, wiele czasu spędzający w siodle, już z daleka ocenił i skórzaną uprząż, i dobrej jakości sukno w oliwkowym kolorze. Rzemienne koalicyjki były obciążone z obu stron i jeśli z prawej od razu rzucała się w oczy kabura z jakąś fabryczną produkcją, to z lewej równie dobrze mogła wisieć poważna broń biała.

Pierwszy jeździec niczym nie okrywał głowy, tylko potwierdzając i wskazania dozymetru, i plotki: w Cziszmach, jak się okazuje, naprawdę jest czysto. I dlatego wujaszek tak swobodnie wystawiał twarde, grubym dłutem wyrzeźbione lico na świeży wiatr, który mierzwił mu czarne, z ledwie widoczną domieszką siwizny, gęste, niepokorne loki. I w tym momencie Azamat doznał olśnienia – wiedział już, kto z taką stanowczością pędzi w jego stronę.

Stalowy Iljas, jeden z przywódców południowych separatystów republiki, były wódz i były komendant Mieleuzu i Kumiertau, który jednym posunięciem przesądził o wyniku wojny sprzed pięciu lat, uderzając w zupełnie zezwierzęcone główne skrzydło wrogów Nowoufijki. Azamat słyszał o nim, właśnie tym tutaj człowieku, ale nie sądził, że zobaczy legendę tak po prostu, zwłaszcza w tak rozwojowej sytuacji, dla niego układającej się niezbyt pomyślnie. Chociaż nie trzeba się było jeszcze martwić.

– Salam. – Iljas zatrzymał się i zeskoczył na ziemię, przytrzymując najprawdziwszą w świecie szaszkę, wiszącą po lewej stronie u pasa. Tymczasem obaj jego przyboczni odjechali nieco dalej i wzięli pod obserwację teren dookoła. Na leżących w pobliżu ziomków i Szablozęba, który natychmiast nastroszył sierść, żaden z nich nie zwrócił uwagi. – Jestem Iljas.

 

– Salam. – Azamat poczekał, aż starszy od niego rozmówca wyciągnie rękę, uścisnął ją. Nie brakowało siły w dłoni niemłodego, stojącego przed nim człowieka. – Jestem Azamat. Przyjechałem do przyjaciela.

– Do przyjaciela, mówisz? – Iljas kiwnął głową w stronę ofiar bójki. – A z tymi zawadiakami czym się nie podzieliłeś?

– No… rzeczami.

– Swoimi, co? – Gospodarz osady zacmokał z niezadowoleniem. – A Stiopa cię prosił, tak?

Jeżeli nie liczyć powitania, mówił po rosyjsku. Tutaj przywiązywano do tego duże znaczenie: ludzie napływali zewsząd, różni, i z pochodzenia, i z charakteru. Wspólny język – zrozumiały dla wszystkich od dzieciństwa, tak samo jak rodzime: tatarski, baszkirski czy czuwaski – łączył ich, spajał. Stalowy Iljas najwyraźniej bardzo szanował wszystkich mieszkających w Cziszmach. Bo inaczej czy zacząłby przy swoich rodakach, choćby i przyłapanych na grabieży, mówić z obcym nie po tatarsku czy baszkirsku?

– Bydlaki. – Iljas splunął, chlasnął się po cholewie taką samą nahajką, jaką miał Azamat. – Odpowiadać.

Jedyny z trzech leżących, który mógł się poruszać, skwapliwie pokiwał głową.

– Tak właśnie myślałem, że nie jesteś przejazdem – dodał Iljas. – Przyjechałeś do… jak mu tam… Miszy?

– Do Miszy. – Azamat wskazał domek, do którego zdążył zajrzeć, zanim spotkał się ze Stiopą i jego towarzyszami. – Niedawno?

– Tak. Przedwczoraj w nocy. Dobry był z niego przyjaciel?

– Jedyny. – Azamat wzruszył ramionami. W środku naraz zabolało go mocniej. Poprawił sam siebie: – Ostatni. A rodzina?

– Wszyscy. – Iljas pokręcił głową. – Mieszkali na uboczu, nocą nikt nie odważył się wyjść. Mnie nie było, sanitariusze…

– Sanitariusze sprzątali stodołę, jakżeby inaczej? – Azamat zgrzytnął zębami. Kiedy zabijano Miszę, który w dzieciństwie pomagał mu w nauce, kiedy zabijano jego żonę z córeczką, sanitariusze, uzbrojeni po zęby, nie śpieszyli się z pomocą. – Napadły ich mutanty?

– Tak. – Iljas splunął. – I nie tylko ich.

– Nie tylko? – zdziwił się Azamat.

Iljas znów splunął. Pod smagłą skórą twarzy zarysowały się węzły mięśni. Jeśli Azamat się nie mylił, wszystko się powoli wyjaśniało: takich domów w okolicy zapewne było więcej, a o przychodzących nocą mutantach we wsi musieli wiedzieć. Ale nie mówili o tym przybywającym osadnikom, milczeli, wydając ich na żer bestiom.

– Dwie trzecie oddziału mam rozstawione wzdłuż linii kolejowej. – Iljas odwrócił wzrok. Nahajka nerwowo smagała cholewę. – Jeszcze tego brakuje, żeby o, tych wywozić w pole, pilnować bydła i odkrywać jakieś sekrety po lasach dookoła.

„O, ci”, załadowani na wóz i dwukółkę, już zniknęli za zakrętem. Azamat znowu wzruszył ramionami. Nie jego sprawa. Życie go nauczyło, żeby szanować zasady miejscowych, gdziekolwiek by się znalazł.

– Ale nie ma ich szczególnie dużo, jak rozumiem?

– Nie. – Iljas poruszył mięśniami szczęki. – Pojawiają się raz czy dwa na miesiąc, nie częściej. Powiedzieliśmy sanitariuszom, a oni…

– A oni dawaj, zaczęli szukać mutantów wśród mieszkańców, nie? – Azamat chrząknął znacząco. Obraz wyglądał znajomo. – Nieźle. Zabiję te bestie.

– Sam?

– Dam radę. Jakiejś pomocy będę potrzebował, ale spróbuję sam.

– A odpocząć, podjeść sobie, zajść do łaźni?

– Najpierw robota. Muszę jeszcze raz zajrzeć do domu. Ciała spalono?

– Tak. Tylko… – Iljas postanowił nie owijać w bawełnę. – Wiele zapłacić nie mogę. Co wolisz? Mamy skóry, futra, wełnę, naboje też się znajdą. Mogę dać nowe ubranie i buty.

– Mam się targować o przyjaciela… nie wypada. Zajdę do domu, rozejrzę się, a potem powiem, co i jak.

– A twój mutant to co za jeden? Agresywny?

– Nie, przy mnie jest spokojny. Popilnuje koni. A co za jeden? No kot… tylko duży.

Gdy Pocisk wyszedł z domu, awanturników już nie było. Iljas, siedzący na nie do końca spróchniałym pieńku, czekał przy małym ognisku, rozpalonym z wyłamanych z niewysokiego płotu desek. Został również jeden z jego przybocznych, usadowił się w koronie krzywego wiązu, który bezlitosna przyroda powyginała w korkociąg. Gdzie włóczy się jego partner, Azamata nie interesowało. Szabloząb, śpiący na ziemi koło koni, ocknął się, zerknął leniwym żółtym okiem z dwiema źrenicami.

– Córeczka miała cztery lata, nie mniej? Nie widziałem jej, no i żonę Miszki słabo znałem.

Iljas wyjął z ust zastrugany patyczek, splunął czymś wydłubanym spomiędzy zębów.

– Pięć lat, dziewczynka. Mutant.

– To nie ma żadnego znaczenia. – Azamat zdjął z kobyły siodło, rzucił je na ziemię, siadł koło Iljasa. – W sensie to, że była mutantem. Wiek odgrywa ważną rolę. Dioma* niedaleko płynie?

– Tędy, prosto przez ten lasek, stąd jakieś dwadzieścia minut pieszo. A co?

– A więc… – Azamat zerknął na zegarek, swój drogocenny poljot. – Już pora obiadu, za pół godziny się ściemni?

– Nieco później.

– Weźcie moje konie do wioski. Przejdę się, porozglądam. Ciała były pogryzione, poszarpane, wypatroszone, ale znaleźliście je prawie całe?

Iljas kiwnął głową. Do czego zmierzał ten chłopak zachowujący się jak doświadczony wojak, tego jeszcze nie wiedział.

– No tak. Kobietę… ją, tak w ogóle, najmocniej pociachały. A do czego potrzebny ci wiek dziewczynki?

– Ona żyje. Możliwe, że jeszcze żyje.

– Kurna’szit! – Iljas splunął. – Skąd wiesz?

Skąd…

Azamat nie odpowiedział. Zdjął z kobyłki plecak desantowy, zarzucił go sobie na ramiona. Maska przeciwgazowa po lewej stronie, obrzyn po prawej, ładownica pomiędzy nimi. Dozymetr, podregulowany przez fachowców w Diomie, schował w futerale za plecami. Iljas, nie doczekawszy się odpowiedzi, w milczeniu przyglądał się przygotowaniom. Niewielki toporek za pas, mniejszy nóż za cholewę buta, duży – do pochwy obok maski. Chłopak szykował się pośpiesznie, wykonując precyzyjne ruchy. Pocisk nie patrzył w stronę gospodarza wioski, układał sobie w głowie to, co zobaczył we wnętrzu chaty.

Ciała spalono, nie czekając na niego, to zrozumiałe. Tylko na tyle stać było sanitariuszy, którzy zwykle pojawiali się wkrótce po przyłączeniu osady do republiki. Nie, może gdzieś tam te chłopaki postępowały bardzo umiejętnie i trafnie, ale im większe tereny zajmowała Nowa Ufa, tym mniej miała profesjonalistów: wielu szybko ginęło, niektórzy zostawali kalekami. Jemu, Azamatowi, tak jak Miszce, nieraz proponowano wstąpienie do służby. Odmawiali, i jeden, i drugi. I oto rezultat: ani Miszki, ani jego żony, ani… córki. Chociaż kto wie, co by było, gdyby przyjaciel został sanitariuszem, a potem urodziła mu się taka córeczka…

W okręgu nie było tak wiele drapieżnych mutantów jak jeszcze niedawno, ale wciąż ich nie brakowało. Do czuwania przy zwłokach nie znalazłoby się chętnych, bo i po co? A gdyby zostawić je na noc, to nie wiadomo kogo przyciągnęłaby świeżo przelana krew. Zapewne zleciałyby się drobne drapieżniki w rodzaju łasic czy tchórzy, choć jasne już było, że chodziło nie tylko o nie. W osadzie na wiele spraw przymykano oczy – wieśniacy milczeli, nie zdradzali tajemnic przyjezdnym, płacili cudzym życiem za własny spokój.

Włożył rękawice z grubej skóry, zaciągnął zębami rzemyki na nadgarstkach. Nigdy nie wiadomo, co prawda jeszcze był dzień, ale po nocnych drapieżnikach różnych rzeczy się można spodziewać, tak że skoro zanosi się na walkę, to lepiej mieć jak najmniej zadrapań. Tężec nie rozróżnia, wszystkich zabija jednakowo szybko.

Azamat zerknął z ukosa na Iljasa, który z niezadowoleniem posapywał obok, na pieńku. Dobry gospodarz, surowo trzymający w ryzach wysepkę jako takiego spokoju, dostatku i ciepła, a więc prawdziwą rzadkość. Robić mu wyrzuty? Bez sensu.

Chociaż… Azamat odegnał od siebie głupią myśl, zmarszczył brwi i wyjął paczkę naboi. Wypadało wymienić te, które już dość długo nosił nieużywane w ładownicy. Jednak w paczce znajdowały się te, których o mało nie utopił w Kutułuku i Kondurczy, a to znaczy… A to znaczy, że z amunicją jest jeszcze gorzej, niż się spodziewał. Będzie dobrze, jeżeli choć pięć z nich okaże się zdatnych do użytku.

Iljas wstał i odszedł na bok. Rozdrażniony, jeśli nie rozzłoszczony. Człowieka, co by nie mówić, od środka zżera sumienie. Chłop czy baba, a do diabła z nimi, ale żeby dziewczynkę? Azamat przypomniał sobie brudną szmacianą lalkę poniewierającą się w kącie naprzeciwko drzwi. Gdyby nie gruba skorupa zaschniętej krwi i przylepionych do niej pasm włosów, wątpliwe, czy ktoś by ją rano tak po prostu zostawił. Nie te czasy, żeby pogardzić może i byle jaką, ale jednak zabawką dla dzieci. Mimo to jej nie zabrali.