Zachód słońca na Santorini

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fakt, że mają w samochodzie uciekiniera, który rozświetla na czerwono komputerowe systemy greckiej armii, zaniepokoił ciotkę Sułtanę i wujka Janisa. W drodze z dworca autobusowego do ich świeżo wykończonego domu na przedmieściach Salonik, zamiast sobie opowiadać o stanie rodziny, kto zachorował, kto wyzdrowiał, kto od ostatniego razu umarł, intensywnie milczeliśmy – ciszą niespokojną i niewygodną.

Było mi głupio, że zwalam się na nich z kłopotem i komplikuję plany. Miałem całymi dniami pracować, wychodzić z domu rano, wracać wieczorem, nikomu nie zawracać sobą głowy – ale kto by zatrudnił uciekiniera? To wbrew prawu. Za ukrywanie zbiega też pewnie groził jakiś paragraf. Miałem wrażenie, że nie tyle serwuję ciotce i wujkowi zmartwienie, co sam nim jestem. Pewnie poczułbym się lepiej, gdybym usłyszał, że wina jednak nie jest moja, że przecież nie wiedziałem, co czeka mnie na granicy, że jest lepszy kandydat na winowajcę – brat ciotki, a mój ojciec. On przecież musiał wiedzieć, to był jego obowiązek, żeby wiedzieć i żeby zawczasu się tą sprawą zająć. To jedno mógł zrobić! Pewnie dostawał pisma, wezwania, telefony. Tak bez niczego nie zacząłbym się wyświetlać w systemie na czerwono. Wyglądało na to, że byłem gdzieś zarejestrowany, zameldowany. Przy nim? Ja nawet przecież nie znałem jego adresu w Salonikach. Czy ktoś jeszcze do mnie na ten adres pisał? W każdym razie do Chojnowa – na ulicę Samorządową – żadne ponaglenia nie przychodziły. Żaden grecki żołnierz się tam po mnie nie wyprawił. Dlaczego stary nie reagował? Dlaczego nikogo z nas nie informował? To on zawalił i uprzykrzył nam wszystkim życie. Przez niego grozi mi sąd i więzienie! Przez niego nie zarobię ani euro. Przez niego! – myślałem. Ale Petros – jego imię – nie przerwało naszej samochodowej ciszy. Majestat ojca pozostał nieskalany.

Ciotka z wujkiem byli wkurzeni – i mieli prawo. Ale niechby swoje nerwy skierowali tam, gdzie trzeba. Akurat oni dobrze wiedzieli, gdzie ojciec mieszkał. Był już wtedy trochę chory: alzheimer w początkowej fazie. Można było się nad nim poużalać, no problem, ale wciąż można było mu też jeszcze wygarnąć przewiny. Jeszcze nie umierał.

Minie sporo czasu, zanim zrozumiem, dlaczego tej sprawy nie załatwił. I ja, i moje rodzeństwo, byliśmy zameldowani pod jego adresem, co dawało mu prawo do pobierania za nas zasiłku, jakiegoś rodzinnego dodatku. Gdyby ojciec nas wymeldował, gdyby uporządkował naszą nieobecność w Grecji, gdyby nas z Grecji wypisał, straciłby finansowo. Straciłby – jeśli zsumować forsę, którą dostawał za nas (na nas!) od momentu naszego wyjazdu do Polski, a więc przez z górą piętnaście lat – sumę całkiem pokaźną. Jeszcze gdyby oszukiwał greckie państwo dla naszego dobra, gdyby nam to nasze greckie „500+” regularnie przysyłał (albo nawet nieregularnie, od czasu do czasu, raz na rok, raz na dekadę!), miałbym może dla niego więcej zrozumienia. Poza tym w ósmej klasie miałbym zimą cieplejszą kurtkę, mógłbym pójść do dentysty na prywatną wizytę, nie musiałbym wypożyczać z biblioteki szkolnych podręczników.

– Jesteś głodny? – zapytała w końcu ciotka Sułtana. – Zrobiłam nadziewaną cukinię.

Czy Nikosa, swojego najstarszego syna – dziecko z pierwszego małżeństwa – ojciec też zameldował u siebie? Co czworo dzieci, to nie troje, zawsze parę stówek więcej. Nie wiem i Nikos też nie wie. Wie za to, że tak jak do nas nie dochodziły żadne alimenty od ojca, tak i do niego też – ani drachmy nie dostał.

Mama Nikosa, Elefterija Stawrakaki, razem z matką przyjechała do Polski w połowie lat pięćdziesiątych do swojego ojca, który trafił tam już kilka lat wcześniej jako wojenny uchodźca. Wśród czternastu tysięcy przybyszów z Grecji była i rodzina Sturisów z wioski Lagkadia na północ od Salonik, przy granicy z Macedonią Północną, i Stawrakakisów z Karoti pięćset kilometrów na wschód – znad rzeki Ewros przy granicy z Turcją. Sturisowie zameldowali się w Chojnowie, Stawrakakisowie w Legnicy. W Grecji by się raczej nie spotkali, w Polsce dzieliło ich tylko czternaście kilometrów. W obu miastach, a także w Zgorzelcu, Wrocławiu, Szczecinie, Łodzi, Warszawie, Nowej Hucie i Krościenku, uchodźcy prowadzili greckie świetlice – mężczyźni spotykali się tam po pracy, dyskutowali o polityce, planowali przyszły powrót do Grecji, czytali greckie gazety. Ich dzieci grały w ping-ponga, uczyły się greckiego i greckich tańców, wystawiały greckie przedstawienia. Ich żony zjawiały się rzadziej – gdy trzeba było przygotować grecką imprezę sylwestrową, czyjeś imieniny, urodziny, wesele. Grecy chojnowscy mieszali się z legnickimi, wrocławskimi, zgorzeleckimi i vice versa. Bo razem raźniej, bo łatwiej znaleźć córce greckiego męża, synowi grecką żonę. Małżeństwa grecko-polskie nie były zakazane, zdarzały się dość często, ale lepiej widziane były te grecko-greckie – nie przez niechęć do Polaków, a z powodu wyobrażonych problemów logistycznych, które miały się pojawić, gdy wygnanie się zakończy i przyjdzie wracać do Grecji.

Petros Stouris i Elefterija Stawrakaki pobrali się na początku lat siedemdziesiątych. Zamieszkali w Chojnowie z jego rodzicami, moimi dziadkami. Ojciec pracował w Dolzamecie jako tokarz, a po pracy imprezował. Po jednym z takich całonocnych dansingów złamał żonie nos, nabił kilka guzów, narobił siniaków. Elefterija była wtedy w ciąży z Nikosem. Wylądowała na kilka dni w szpitalu i zanim wyszła, postanowiła, że wniesie o rozwód.

Opowiedziała mi o tym z górą czterdzieści lat później, gdy dziwnym zrządzeniem losu poznaliśmy się podczas zjazdu „polskich Greków” w mieście Trikala w środkowej Grecji. Elefterija usłyszała, jak się przedstawiłem, jak ktoś pytał: „Skąd jesteś, z Chojnowa? Skąd był ojciec?”, a ja odpowiedziałem: „Sturis, Chojnów, Saloniki, Lagkadia”. Wszystko jej się nagle ułożyło, wszystko do niej wróciło. Ucięliśmy sobie na tym wyjeździe kilka płaczliwych pogawędek[21].

– Przepraszał – tłumaczyła mi wtedy Elefterija. – Obiecywał, że nigdy więcej. Wysyłał do mnie Sułtanę, wysyłał matkę, żeby za niego ręczyły, ale ja nie wierzyłam ani jemu, ani im.

Nikos urodził się w 1972 roku. Cztery lata później – już po tym, jak w Grecji upadła junta czarnych pułkowników i nowy, demokratyczny rząd pozwolił dawnym uchodźcom na powrót do ojczyzny – chłopiec razem z matką i jej rodzicami opuścił Polskę na dobre. Państwo Stawrakakisowie wrócili do Karoti, a Elefterija z synem została w Atenach, bo uznała, że w stolicy będzie mieć szansę na lepszą pracę i lepsze życie. Zatrudniła się jako kasjerka w domu towarowym przy ulicy Ermu, odchodzącej od placu Syntagma i ciągnącej się do stacji metra Monastiraki. Wieczorami i w weekendy dorywczo pracowała w tawernach – nie miała wyjścia wobec braku alimentów od byłego męża. Z pomocą rodziców i banku udało jej się wkrótce kupić mieszkanie w dzielnicy Kukaki – kilkaset metrów od Akropolu. Do dziś spędza w nim zimy, bo na wiosnę, lato i jesień migruje do Karoti, do rodzinnego domu z wielkim ogrodem.

Elefterija nigdy nie poznała mojej mamy – pierwsza żona nie poznała drugiej. Być może mijały się w Chojnowie albo w Legnicy, albo może nawet minęły się w Atenach. Ojciec zabrał raz mamę do Aten na wycieczkę. Spędzili w stolicy kilka dni i zwiedzali. Na Akropol mama wybrała się sama. Wspominała później w żartach, że jak typowa turystka źle dobrała buty i ślizgała się w czerwonych szpilkach po wytartych marmurach.

Po kolacji zadzwoniliśmy z newsami do mojej mamy – że nareszcie dojechałem. I niech przyjedzie na przysięgę, jak już mnie wezmą Grecy w kamasze, albo w odwiedziny, jak zaaresztują. Mama była stoiczką, nie miała w zwyczaju panikować. Ale czułem, że i ona się zmartwiła. Była zaskoczona, że ojciec – jej były mąż – dopuścił się takiego zaniedbania.

– Petros nie wiedział? – spytała ciotkę. – Musiał wiedzieć. Przecież wojsko wysyła wezwania. Nie mógł się zająć nawet tą jedną sprawą?

Ciotka była w niezręcznym położeniu. Kolejny raz – już nie wiem który – musiała się wstydzić za starszego brata. To znaczy: nie musiała, a mimo to się wstydziła. Tak ją wychowała babcia: że siostra, choćby młodsza, odpowiada za brata, matka za syna, żona za męża, generalnie kobieta za mężczyznę. Odpowiada, czyli bierze na siebie winę, czyli naprawia, co brat, mąż, syn, facet popsuje. Bo jemu wolno więcej, prawie wszystko.

Gdy mama uciekła od ojca siedemnaście lat wcześniej, ciotka też się pewnie wstydziła. Ojciec szalał – bo mu zupełnie nie pasowała nagła decyzyjność i sprawczość nieposłusznej żony, a ciotka pewnie czuła wstyd.

– Nie martw się, Zosiu. Coś wymyślimy – odpowiedziała.

Ich nowy dom był imponująco wysoki, z małym ogrodem od ulicy, z poletkiem na zioła, z dziką winoroślą pnącą się po drewnianym rusztowaniu, z którego zwisały klatki z rozśpiewanymi kanarkami. Parter zajmował wujek z ciotką, pierwsze piętro ich syn (mój kuzyn oraz imiennik) z żoną – mieli własną kuchnię, łazienkę, dwie czy trzy sypialnie i osobne wejście z ogrodu; drugie piętro, równie obszerne, przeznaczone było dla córki, mojej kuzynki Elektry, choć ona wolała stare mieszkanie w centrum Salonik i w nowym domu rzadko nocowała. Wpadała na obiady i pogaduszki, a wieczorami wracała do siebie. Nie miała jeszcze wtedy prawa jazdy, ale miała skuter. Wszędzie na nim jeździła. Była większa i od filigranowej matki, i od niskiego ojca, i gdy kolejny raz próbowali jej tłumaczyć, że ryzykuje – pacyfikowała ich srogą miną albo puszczała im wiązankę. Głośną, ale chyba niezbyt groźną, bo nikt się nie obrażał. Bywało, że wrzeszcząc, puszczała do mnie oko i uśmiechała się, jakby mówiła: ty jesteś młody, ty mnie rozumiesz, nie to, co te stare grzyby. Nie miała nic przeciwko, gdy ciotka zainstalowała mnie w jej sypialni.

 

Filiro to małe miasteczko lub duża wieś na północno-zachodnich, górzystych przedmieściach Salonik. Niezbyt urokliwe. Jedynie wzdłuż krętej, ciągnącej się w górę drogi zdarzają się robiące wrażenie panoramiczne obrazki wielkiego portowego miasta. Po Turkach, którzy zajmowali ten teren do 1912 roku, nie ma ani śladu. Kiedyś ponoć zjeżdżali się tam gruźlicy, bo służył im mikroklimat. Wynajmowali pokoje od miejscowych i wdychali chłodne powietrze. Centrum Filiro to platija, plac, z przystankiem autobusowym, kilkoma tawernami, z cukiernią, piekarnią i warzywniakiem. Żeby dojechać do domu ciotki i wujka, trzeba się wspiąć jeszcze wyżej – na sam szczyt filirskiego wzgórza.

Taki spacer latem to mordęga, ale z nudów spacerowałem chętnie. Nic innego nie miałem do roboty. Nic poza czekaniem. Ciotka nauczyła mnie, jak poprosić w kiosku o papierosy, więc zostałem jej dostawcą tytoniu. Potrafiłem też kupić chleb i arbuza. Wieczorami chodziłem na boisko do pobliskiego gimnazjum, ćwiczyłem dwutakt i rzuty za trzy punkty. Albo na cmentarz, na grób babci. Nie żyła od trzech lat. Zmarła nagle – chociaż miała już dziewięćdziesiąt kilka lat (nikt dokładnie nie wie ile) i trudno powiedzieć, by jej śmierć była szokiem, ale przyszła praktycznie niepoprzedzona chorobą, pogorszeniem stanu zdrowia czy samopoczucia. Zmarła, jedząc zupę. Miałem z nią tylko pojedyncze wspomnienia. To za mało, by podtrzymać więź, która teraz mogłaby owocować smutkiem, choćby miniżałobą. Z tych kilku rozmów z nią i z opowieści jej córek wiedziałem, że życie miała dość podłe: musiała uciekać z Grecji w czasie wojny domowej (jej rodzina aktywnie wspierała lewicową partyzantkę), zaczynać od nowa jako uchodźczyni w Czechosłowacji, później raz jeszcze w Polsce i jeszcze raz, gdy ćwierć wieku później wróciła do Grecji. Musiała być odważna i sprytna, skoro dała radę ochronić i utrzymać siebie i całą rodzinę. Przeżyła kilkuletnie rozstanie z dwójką dzieci (które z kontyngentem innych małych uchodźców trafiły do ośrodka wychowawczego w Policach, niedaleko Szczecina), co było dla niej może najtrudniejsze ze wszystkiego. W Chojnowie pochowała drugiego męża, mojego dziadka (pierwszy zginął jeszcze przed wojną, wracając z innej wojny, jednej z tych, o której nikt już dziś nie pamięta, o której nie pisze się książek), i nosiła się na czarno przez kilka kolejnych dekad, aż do własnej śmierci. Ciotka Sułtana przekonała resztę rodzeństwa, że najlepiej będzie, jeśli pochowają matkę właśnie w Filiro. Ma blisko na cmentarz, będzie opiekować się grobem. Razem wybrali zdjęcie, które zdobi teraz marmurowy, biało-szary nagrobek. Cztery lata później na tym samym cmentarzu odbędzie się pogrzeb mojego ojca. Przypadnie mu kwatera dwa rzędy za grobem matki.

Jeśli nie kupowałem papierosów, nie spacerowałem i nie grałem w koszykówkę, to albo oglądałem grecką telewizję, z której nic nie rozumiałem, albo przypatrywałem się gotującej ciotce. Polskie zupy lub warzywna sałatka nie robiły na mnie wrażenia – dla ciotki i wujka były za to jak zaświadczenie wystawione przez Urząd do spraw Skomplikowanej Tożsamości Powojennej i Uchodźczej, Pokręconych Gustów Kulinarnych i Językowego Misz-maszu. Były łącznikiem z przeszłością, z młodością spędzoną w Polsce oraz dowodem na pogodzenie się z kulturowym niedopasowaniem, z odstawaniem od reszty, z „greckością-nie-do-końca-polskością”. W poniedziałek mogli jeść krupnik, „prawdziwym” Grekom nieznany, we wtorek musakę, a we środę schabowego z ziemniakami i tzatzikami. Ciotka jest porządną kucharką – „kucharką na oko”, z przepisami w głowie, z kolejnością czynności w małym palcu. Z cienkim długim wałkiem do „otwierania” ciasta filo. Po polsku ciasto się rozwałkowuje, po grecku otwiera. Więc patrzyłem, jak na blacie kuchennego stołu ciotka otwiera kolejne kawały ciasta i jak z małej kulki robi się cienki, prześwitujący, sprężysty placek, obły lub prostokątny, w zależności od formy, jakiej zamierzała użyć. Do prasopity – ciasta z porem i serem feta, używała największej prostokątnej formy, jaką miała.

Gdyby mi Grecy dali za moją dezercję z wojska dożywocie, ale obiecali zaserwować czasami prasopitę ciotki Sułtany – mój dramat byłby mniej dotkliwy. Tamtego lata ciotka piekła ją co najmniej raz na tydzień. Kroiła na kilkanaście kwadratowych kawałków, przechowywała pod płócienną ścierką i proponowała jako śniadanie lub kolację. Dwa kawałki to porcja szczodra, trzy to rozpusta. Zwykle prosiłem o trzy.

Złoto-brązowe ciasto jest tłuste, wilgotne, chrupiące, delikatne. Usmażony, słodkawy por i słona feta to piekielnie smaczny duet. Filo, którego cienkimi jak papier warstwami przekłada się farsz, musi być własnej roboty. Kupne jest niezłe, ale daje zupełnie inny efekt. Oliwa z oliwek, woda, mąka, łyżeczka octu – wymieszać, zagnieść, odstawić, by odpoczęło, otworzyć.

Patrzyłem i patrzyłem, wzrokiem notowałem, co i jak – aż w końcu skutecznie wszystko zapamiętałem i mam wyryte w pamięci do dziś. Przyznaję, zdarzały mi się czasami transgresje – a to zmieniłem proporcje, a to dodałem do fety innego sera, a to zaszalałem z jakąś przyprawą. Jednak w końcu zrozumiałem, że nie warto. Przepis, którego ciotka Sułtana nauczyła się od swojej mamy i którego nauczyła mnie, jest idealny. Schodzi mi na tej picie prawie pół dnia. To nic.


Płynę na Eginę. Umówiłem się tam z pewną polityczką i jednocześnie archeolożką, która prowadzi na wyspie wykopaliska. Chcę ją zapytać o to, skąd są dzisiejsi Grecy – jak bardzo ze starożytności, jak bardzo z XIX wieku. Oraz o to, co z ideą greckości uczynił jeden nieżyjący brytyjski lord.

To krótka wycieczka, kilkugodzinna – mamy się spotkać o siedemnastej, a prom powrotny odpływa dwie godziny później – ale ponieważ męczą mnie hałaśliwe, rozpalone Ateny, ruszam w nią jak po oddech. Jakbym gnał do apteki po pilnie potrzebne lekarstwo utarte z morza, wiatru i ciszy, podane w formie zielonej, słodkiej pasty pistacjowej. W całej Grecji nie ma lepszych pistacji ani lepszych pistacjowych przetworów.

Wypływając z Pireusu, mijamy stare portowe baraki – na ścianie jednego z nich zawisła niedawno kolorowa płachta przypominająca o wielkiej bitwie morskiej pod Salaminą, długa na sześćdziesiąt metrów, szeroka na dwadzieścia. Musiała kosztować dobrych kilka euro. Chwilę później mijamy samą Salaminę. Człowiek ma myśleć: tłukli się tu już starożytni! W tym samym miejscu, na tym samym morzu, pod tym samym niebem. Tu! Dwa i pół tysiąca lat temu Grecy pokonali tu flotę groźnych Persów. Co prawda nie Grecy, a Ateńczycy, Spartanie, Chalcydyjczycy, Koryntczycy, Egińczycy i wojownicy z innych polis – ale i tak duma. Nasi – myślą o nich współcześni Grecy. Nasi przodkowie, a więc: my. Stawiają im pomniki, uczą o nich w szkołach, rozwieszają na cześć dzielnych bohaterów olbrzymie płachty. Co bardziej niedouczeni mówią o cywilizacyjnym przedmurzu, pozwalają sobie na uwagi typu: gdybyśmy perskich barbarzyńców nie zatrzymali u brzegów Salaminy, nie byłoby Europy, jaką znamy. Rzadziej za to wspominają i mniej chętnie o tym, że chwilę wcześniej ze strachu przed nadciągającym wrogiem – perskim szachinszachem – dzielni ateńczycy swoje miasto porzucili i uciekli na pobliską wyspę; że Kserkses I kazał wyludnione Ateny zrównać z ziemią, że z dymem puścił Akropol i zburzył stojące na nim świątynie, w tym także bogato zdobiony Pre-Partenon (zostały po tej budowli tylko fundamenty i fragmenty kolumn, którymi umocniono północne zbocze wzgórza; do dziś je widać, ustawione w rzędzie, jeśli wiedzieć, z której strony spojrzeć). Trzydzieści lat później, w ramach wielkiego programu odnowienia Akropolu, w miejscu starej świątyni zburzonej przez Persów, a dziś kompletnie zapomnianej, stanęła nowa, świątynia świątyń – właściwy Partenon. I znów: nasz Partenon! Nasi go zbudowali – nasz Perykles, nasz Fidiasz! I dalej siłą rozpędu: nasz dramat, nasza demokracja, nasza filozofia, nasz złoty wiek. Kolebka, fundament, cywilizacja. Wszystko to my! Wszystko to nam zawdzięczacie dziś wy – nie-Grecy. Pamiętajcie o tym. Możecie zapomnieć, że w VI wieku Partenon przerobiono na chrześcijański kościół, że tysiąc lat później, gdy Osmanie zdobyli Ateny, kościół zamieniono w meczet – my też wolimy o tym nie myśleć. Zaakceptujcie te dziury w narracji, tę niewygodną wielowiekową ciszę. Wszystko, co najważniejsze na Akropolu – na naszej „Świętej Skale”, a więc wszystko, co składa się na naszą grecką duszę, działo się wcześniej, powiedzmy, do V wieku przed Chrystusem, i później – od wieku XIX. To wtedy brytyjski hrabia ograbił Partenon z najcenniejszych dzieł, wywiózł do Londynu połowę świątynnych marmurów. Nam ukradł! Nam! Nasze!

Rejs trwa godzinę. Idealnie, by rozsiąść się w zacienionym miejscu z kawą na zimno, a później chwilę zdrzemnąć. Ryk silnika, śpiew mew i odgłos fal całkiem nieźle się dopełniają. Prom widmo – myślę, rozglądając się po pokładzie. Jest nas garstka, może trzydzieści osób. A dostępnych miejsc pewnie z pół tysiąca. Wyspiarze wracający do domów i paru zagranicznych turystów, którym niestraszna pandemia. Jadą po pistacje, po doświadczenie wyspy, żeby popatrzeć na ruiny świątyni Afai na wschodnim wybrzeżu. Przewodniki w rozdziałach o Eginie rzadko kiedy wymieniają inne atrakcje, nie rozpisują się też o tym, co miejscowi uważają za kwestię fundamentalną i powód do nieskończonej dumy – że oto Egina, nie Nafplio, jak chce Wikipedia i niedouczeni historycy, była pierwszą stolicą nowożytnej Grecji. Właśnie tak! Egińczyków wkurzają te przekłamania i ludzka niepamięć, bo przecież działy się na ich wyspie rzeczy ważne i przełomowe.

Na szczęście nadarza się okazja do koniecznych historycznych sprostowań. I to okazja nie byle jaka: dwusetlecie rewolucji, która doprowadziła do powstania nowożytnej Grecji. 1821–2021. Nieważna pandemia, kryzys gospodarczy, nieważne polityczne napięcia z tureckim sąsiadem o wpływy na morzu – rocznica ma przebiegać z pompą, jakiej w Grecji nie było co najmniej od Igrzysk Olimpijskich w 2004 roku. O Grecji znów ma być głośno, świat ma o Grecji usłyszeć i się nią zachwycić. Rządy nie przepuszczają dziś podobnych okazji do ugrania na patriotyzmie i etnocentryzmie kilku sondażowych punktów. Politycy ględzą o pojednaniu, umacnianiu narodowej zgody, o dumie! Dumie, która ma nas przepełniać, którą jako „dumni Polacy” czy „dumni Grecy” winniśmy otwarcie manifestować. Stulecie niepodległości, dwusetlecie rewolucji, ćwierćwiecze takiej a takiej bitwy, powstania czy wojny – im dalej w przeszłość, tym łatwiej o tanie mitologizowanie, „wielkie” słowa i ścieranie kantów historii, bo uczestnicy historycznych wydarzeń od dawna nie żyją, nie mogą świadczyć, prostować, niuansować, przedstawiać równoległych i równoprawnych perspektyw. Z rocznicowego obrazka znikają pojedyncze ofiary, niegodziwości i nieludzkość, blednie przelana krew. Zostają „bohaterowie” na pomnikach. Wystarczy stanąć obok pomnika, wygłosić bombastyczne przemówienie i już – paru wyborców przekabaconych.

Premier Mitsotakis, cały rząd i partia, prezydentka Sakelaropulu, posłowie całej opozycji, samorządowcy, liderzy diaspory i grecki Kościół – wszyscy angażują się w obchody i liczą na kawałek rocznicowego tortu. Powstaje specjalny, napakowany ekspertami i wolontariuszami komitet, który ma się zająć tą superrocznicą. Kierowanie nim rząd zawierza zaprawionej w organizacyjnym boju Janie Angelopulu-Daskalaki – tej samej, która odpowiadała za „sukces” ateńskich Igrzysk. Z pochodzenia Kretenka, ale od lat mieszkająca w Londynie. Mówi się o niej: bogaczka (żona jednego z greckich armatorów i machera w przemyśle paliwowym) z niebotycznym ego, ekscentryczka, lubiąca zakurzyć kubańskie cygaro. Chętnie świeci światłem odbitym – jej autobiografia, podobno bestseller „New York Timesa”, pełna jest zdjęć z Clintonami, Putinem, Mandelą, Sorosem, brytyjskimi royalsami. Za treść książki służą opowieści o prywatnym samolocie, markowych ciuchach, butach, drogiej biżuterii, dywanie, który należał do Grety Garbo, a teraz głaszcze delikatne stopy Jany w luksusowym domu w Chelsea, niegdyś probostwie, gdzie ślub brał Karol Dickens i którego obsadzony wiśniami i magnoliami ogród rozmiarem ustępuje jedynie ogrodom Pałacu Buckingham – to sprawdzone info, podzielił się nim podczas pierwszej proszonej kolacji sam książę Karol, znany miłośnik ogrodów i przyjaciel rodziny. Mówi się: apodyktyczna, nieustępliwa, pamiętliwa pozerka, ale też odważna, konkretna, skuteczna w działaniu, kreatywna, z energią, jakby bez przerwy jechała na dopalaczach. Zaczynała jako skromna prawniczka, specjalistka od prawa karnego, później poszła w politykę – podczas pierwszej kampanii w wyborach do rady miejskiej w Atenach rozesłała wyborcom ziarna bazylii. Ci je zasadzili, wystawili doniczki na balkony i nagle – czytam dalej w autobiografii – grecka stolica, nękana od lat koszmarnym smogiem, wypełniła się powietrzem czystym, rześkim i pachnącym… Jana dostała mandat, a następnie, startując z ramienia konserwatywnej Nowej Demokracji, dwukrotnie wywalczyła miejsce w parlamencie. Wycofała się z polityki po zamążpójściu. Kilka lat później o pomoc w staraniach olimpijskich poprosił ją premier i lider lewicowego Pasoku. Zgodziła się. Pomogła wywalczyć Atenom prawo do organizacji Igrzysk i wróciła do Londynu. Ponieważ przygotowania się ślimaczyły, szef rządu znów wezwał ją na pomoc. Przyleciała, została prezydentką komitetu organizacyjnego (pierwszą w historii igrzysk kobietą na tym stanowisku!) i ku powszechnemu zdziwieniu dała radę nadgonić stracone lata. Nazywano ją „żelazną Janą”, albo „Jana, the bitch”, suką, bo taka była wymagająca – jak sama pisze.

 

Igrzyska okazały się sukcesem sportowym i organizacyjnym, wstrzyknęły w greckie żyły sporą dawkę narodowej dumy i zadowolenia, pomogły na chwilę zakopać społeczne podziały i wywołały ogólnonarodowe kefi – trudny do opisania i wyjaśnienia stan uniesienia, zwykle przynależny jednostkom, gdy się przy muzyce najedzą, napiją i wytańczą. Taki, powiedzmy, grecki haj. Jednak wkrótce przyszedł gospodarczy megakryzys, a wraz z nim pytania o to, czy rozsądnie było wolną ręką wydawać pożyczone miliardy na imprezę trwającą siedemnaście dni. Nikt nie krytykował budowy nowego lotniska, autostrad, metra, linii tramwajowej, kupna nowych autobusów i trolejbusów, ale już opustoszałe hale sportowe i stadiony budziły wątpliwości, podobnie wioska olimpijska czy centrum medialne – stawiane w pocie czoła przez albańskich imigrantów harujących na trzy zmiany, na gwałt, na już, pod dyktando „żelaznej Jany”, byle zdążyć, byle uniknąć kompromitacji. Czy Ateny aby na pewno potrzebowały sztucznego toru kajakowego, nowej hali do podnoszenia ciężarów, nowych boisk do siatkówki plażowej, softballu i hokeja na trawie – obiektów do uprawiania dyscyplin, których w Grecji nikt nie uprawia? Obiektów, które jeden raz zaledwie gościły zawody, a później zostały zamknięte i oddane na żer rdzy i wilgoci. Może tymczasowe instalacje lepiej by się sprawdziły? Czy na serio trzeba było budować ekstrawaganckie lekkoatletyczne i piłkarskie stadiony, zamiast wyremontować te już istniejące? Nikt nie wie, ile to wszystko kosztowało – sześć miliardów euro czy może dwadzieścia siedem[22]. A co z dodatkową forsą na utrzymanie obiektów? Zabrakło. „Ateny w ruchu”, oficjalne hasło na czas przygotowań do Igrzysk, zastąpił lament: „Obiekty w ruinie”. To, co w ekspresowym tempie zakwitło na placach budowy, równie szybko zwiędło. Dziś aż smutno na te rudery patrzeć. Moja bratowa Wiwi, miłośniczka wodnego aerobiku, na zajęcia dojeżdża do pobliskiego olimpijskiego kompleksu Ajios Kosmas. Mówi, że na basenie nie działa ogrzewanie, więc zimą marzną – a jeśli pada deszcz, to na nich też pada, bo dach jest dziurawy.

Wkurzona Jana na zarzuty odpowiada: nie moja wina. I pewnie ma rację. Bardziej zawinił jakiś element greckiej duszy u wszystkich zaangażowanych, jakieś greckie „zastaw się, a postaw się”, grecki odpowiednik „jakoś to będzie”. Ona sama była tylko częścią systemu. W dodatku ma raport, z którego jasno wynika, że jako prezydentka komitetu organizacyjnego nie zrobiła długów, ba – skończyła pracę na plusie! Z puli, jaką dysponowała, oddała do budżetu ponad sto dwadzieścia trzy miliony euro! A że sama zleciła raport i zań zapłaciła? No cóż.

Teraz władze znów proszą ją o pomoc. Dwusetlecie rewolucji coraz bliżej, trzeba zorganizować imprezę. A ona najlepiej wie, jak wyreżyserować narodowe kefi.

Angelopulu zjawia się w Atenach i zabiera do roboty z taką samą werwą jak dwie dekady wcześniej. „– Dwieście lat – wzdycha na okolicznościowym filmie nagranym nieprzypadkowo w Muzeum Akropolu. – Ta rocznica to szansa, żebyśmy oderwali się od codzienności, żebyśmy świętowali i bawili się, jak tylko my, Grecy, potrafimy. Ale także żebyśmy sobie przypomnieli, skąd pochodzimy, żebyśmy zrozumieli, dokąd doszliśmy, i zdecydowali, dokąd pójdziemy w przyszłości. Owszem, nasze wspomnienia się różnią, mamy inne marzenia, inne życia, ale wszyscy tworzymy Grecję”[23].

Chodząc po telewizjach w świetnie skrojonych garniturach, udzielając wywiadów, Jana przekonuje, że rocznica rewolucji jest nawet ważniejsza niż Igrzyska, bo dotyka bezpośrednio greckiej duszy, i trudniejsza w przygotowaniu, bo rząd nie przeznaczy na nią ani euro. Kasę wykładają banki, fundacje, zamożni filantropi, firmy i bogacze z diaspory. Honorowi członkowie komitetu – kilku historyków, ale także socjolodzy, lekarze, genetycy, informatycy, ekonomiści, specjaliści od filmu czy folkloru – jak i sama szefowa, zgadzają się pracować za darmo, ku chwale ojczyzny.

Projekty – tym razem nie faraońskie, zapewnia Jana – zgłaszają szkoły, uniwersytety i samorządy. Więc poza podniosłymi przemowami polityków i składaniem wieńców, szykują się konkursy plastyczne (narysuj Bubulinę lub oblężenie Akropolu[24]), konkursy historyczne (w trzystu słowach wyjaśnij znaczenie rewolucji dla Grecji i świata), wykłady („Rola Kolokotronisa w walce o niepodległość”, „Filhellenizm a sprawa grecka”), konferencje („Tesalia w okresie rewolucji. Echa polityczne, kulturowe i społeczne”, „Herosi 1821 roku”), wystawy (autentyczna broń z epoki; stroje z epoki; dziecięce zabawki z epoki; rewolucja oczami dzieci – rysunki, wyklejanki, kolaże), prezentacje okolicznościowych monet i znaczków, pokazy i kursy tradycyjnych tańców, koncerty (uliczny koncert na lutnie, skrzypce, bębny i dudy) oraz setki innych tego typu wydarzeń. Ma się w tym garze wygotować danie o nazwie „greckość” i albo będzie mdłe i nijakie, nudne jak tradycyjna bieda-zupa z soczewicy jedzona trzeci dzień z rzędu, albo intrygujące i zaskakująco smaczne jak wegetariańska musaka z pomidorami zamiast mięsa, doprawiona cynamonem.

Zatem lud dorzuca składniki, co kto uzna za stosowne i znaczące, swoje dodają politycy, a Jana miesza zawiesinę wielką gospodarską łychą. Miesza i wizytuje – wizyty, wizyty, wizyty: we wsiach, miastach i miasteczkach, na wyspach, w kościołach, w parlamencie, u pani prezydent, w Banku Centralnym, mennicy, w siedzibach partii. Wszędzie. I wszędzie powtarza te same frazesy. „– Chodzi o naszą tożsamość – tłumaczy wielbicielka patosu w liście otwartym do rodaczek i rodaków na okolicznościowej stronie Greece2021.gr. – Ale przede wszystkim chodzi o nasze jutro. Jak wyobrażamy sobie Grecję w 2031 roku, w 2051, Grecję przyszłości? Dzięki tej symbolicznej rocznicy sami chcemy spojrzeć na nas i nasz kraj, a jednocześnie chcemy pokazać się światu jako państwo nowoczesne, demokratyczne, wolne od dyskryminacji i uprzedzeń, jako integralna część Europy, którą od zawsze oświecaliśmy i która zawsze oświecała nas”[25].

Na Eginę Angelopulu przypłynie dokładnie tydzień po mnie. Na okoliczność jej wizyty władze wyspy na pewno każą uprzątnąć teren wokół pomnika Kapodistriasa. Przynajmniej ten stary fotel biurowy na kółkach niech tak obok nie leży rozkraczony, niech znikną opakowania po czipsach. Bo wstyd. W końcu Kapodistrias to jeden z „ojców założycieli” nowożytnej Grecji i jedyny, jak dotąd, grecki „gubernator”.

Od morza wieje lekki wiatr, chmury czasami zasłaniają słońce, gdzieniegdzie jeszcze kwitną bugenwille. Do spotkania z archeolożką mam kilka godzin. Sprzed pomnika Kapodistriasa w pobliżu portu idę do katedry – to tylko parę kroków, bo wyspiarska hora – stolica – jest kompaktowa, zwarta, dominują w niej wąskie uliczki, jakby pomyślana była dla pieszych, rowerzystów, ewentualnie skuterowców. Janis Kapodistrias znalazł się w tym ładnym kościele z trzema czerwonymi kopułami zaraz po tym, jak zszedł na ląd z pokładu brytyjskiego okrętu wojennego. Był styczeń 1828 roku (rewolucyjne walki trwały już prawie siedem lat). Drogę do świątyni wyspiarze przystroili gałązkami wawrzynu i mirtu, wiwatowali na widok nowego wodza, który obiecywał, że zakończy wojnę z Osmanami i postawi na nogi rodzące się państwo. Nigdy wcześniej nie był w Grecji, urodził się na weneckim wówczas Korfu. Studiował w Padwie medycynę, filozofię i prawo, ale to polityka okazała się jego żywiołem. Nie miał nawet trzydziestu lat, gdy stanął na czele nowo powstałej, seminiepodległej Republiki Siedmiu Wysp – efemerycznego państewka na Morzu Jońskim (po siedmiu latach Francja wchłonęła wyspy, a republika zniknęła z map Europy). Później młody Grek wstąpił do rosyjskiej służby dyplomatycznej i jako wysłannik Aleksandra I do Zurychu pomagał Szwajcarom napisać nowoczesną konstytucję. Piął się po szczeblach kariery, aż doszedł na szczyt i został rosyjskim ministrem spraw zagranicznych. Wpływowy i doświadczony, dla członków Filiki Eterija, tajnej organizacji narodowowyzwoleńczej założonej w Odessie, był wymarzonym kandydatem na przywódcę nowego państwa. Przyjmując ofertę, Kapodistrias wiedział, że czeka go wyzwanie życia, prawdziwa orka na ugorze, bo nowo powstały kraj był w ruinie: bez instytucji, bez pieniędzy, z szalejącą biedą i co najważniejsze – wciąż w stanie wojny (sułtan uznał grecką państwowość dopiero trzy lata później).