Zachód słońca na Santorini

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Idę w kierunku kolejnej stacji metra – Metaxurgio. Niedaleko stamtąd, na placu Awdi, jestem umówiony z Tanasisem Kurkulasem, który też miał do czynienia z panią Skordeli. Obrzuciła go jajkami i pomidorami. Nie podarował jej, skierował sprawę do sądu i wygrał.

To już prawdziwe centrum Aten. Coraz szersze, coraz bardziej zatłoczone, coraz głośniejsze ulice, hotel na hotelu, szklane i betonowe biurowce. Jeszcze parę kroków i zza zakrętu wyłoni się plac Omonia ze swoim polem siłowym. Kiedyś rosły tam wysokie, rozłożyste palmy, można było się w ich cieniu schłodzić. Później palmy ścięto i na placu ograniczonym wielkim rondem rozprysła fontanna i wybiło jeziorko, ale gdy woda zaczęła ściekać i zawilgacać sufit metra, fontannę usunięto, jeziorko osuszono, plac zabetonowano. Minęło niespełna trzydzieści lat i na Omonii znów trysnęła woda. Nowa fontanna na rondzie, uruchomiona dwa tygodnie przed początkiem pandemii, wieczorami świeci na fioletowo, niebiesko lub zielono. Miało być nowocześnie, wyszło kiczowato (kolejny niekonsultowany społecznie projekt nowego burmistrza). Ale sedno Omonii to co innego. Z fontanną czy bez, Omonia jest sercem miasta – sercem po zawale, albo i kilku, zmęczonym, schorowanym, z arytmią, ale wciąż tętniącym. Na plac prowadzi sześć wielkich ulic, jak sześć potężnych rzek, jak sześć zdrowych, drożnych aort. Wyobraźcie sobie, co się z nich wylewa i co zabierają z powrotem. Każdy obraz, który podpowie wam wyobraźnia, będzie prawdziwy.

Wystarczy chwila nieuwagi, kilka fałszywych kroków i człowiek wchodzi w strefę zasysania Omonii, wpada w nurt. Dlatego ja się pilnuję, skręcam, gdzie trzeba, i zamiast na Omonię, idę na sąsiednie Metaxurgio.

Jest mi gorąco, bolą mnie plecy, dudni mi w głowie od tego całego spacerowania. Ratuje mnie kawa na zimno, kawałek słodkiej bugatsy i drzewa wyrastające pośrodku chodnika – na cienkich nóżkach nerantzia rodzące gorzkie pomarańcze, rozłożyste oleandry, ale przede wszystkim stare, wysokie akacje. Jakim cudem żyją w tym diabelskim mieście, skąd czerpią siły, skąd wodę? Wystarcza im tych parę grudek ziemi pod chodnikowymi płytami? Gałęzie pukają w okna lokatorów z pierwszych i drugich pięter bloko-kamienic, opierają się na brudnych, zakurzonych markizach. Korony sięgają jeszcze ciut wyżej i z tej wysokości rzucają na drogę błogosławiony cień. Ciężko te drzewa wyminąć, łatwo w nie przywalić, wyrżnąć przez ich wystające korzenie, łatwo się na nie zirytować. Ale nie wolno ich nie docenić. Bez nich Ateny byłyby betonową pustynią, byłyby nie do życia. Są naturalnym miejskim klimatyzatorem, dają wytchnienie.

Nazwa dzielnicy pochodzi od nieczynnej już dziwiętnastowiecznej fabryki jedwabiu (gr. metaxi). Później okolica słynęła z teatrów i kawiarni, ale dziś Metaxurgio kojarzy się głównie z burdelami i zapadłymi kamienicami, lub burdelami, które mieszczą się w zapadłych kamienicach.

Z jednej strony placu Awdi grupa około dwudziestu osób ćwiczy tai-chi, z drugiej rodziny z dziećmi jedzą w restauracyjnych ogródkach wczesną kolację. A pośrodku placu trwa dyskusja w ramach antyfaszystowskiej kampanii „Nie są niewinni”. To, rzecz jasna, o złocistych i toczącym się przeciwko nim procesie.

Tanasis siedzi w ostatnim rzędzie. Ma czterdzieści kilka lat, siwiejące włosy i okulary w cienkich oprawkach. Jest nauczycielem informatyki w jednym z ateńskich liceów, a popołudniami i w weekendy wypracowuje pensum aktywistyczne – pomagał formować ruch Wykopać Rasizm i współtworzył niedzielną szkołę dla imigrantów. Szkoła mieści się w pobliżu – Tanasis ma klucze, idziemy tam, by móc porozmawiać w ciszy. Po drodze pytam go o pierwszą chryję ze Złotym Świtem.

To było w 2009 roku, niedaleko stąd, na Omonii – opowiada. Złociści próbowali zastraszyć mieszkańców jednego ze squatów. Najpierw pobili imigrantów, których znaleźli na placu, a później ruszyli do kolejnego ataku. Na czele pochodu szedł sam Michaloliakos i jako jedyny miał na sobie garnitur. Obok niego i za nim ciągnęli jego pretorianie w liczbie około pięćdziesięciu: ubrani w stroje bojowe, w ciężkich glanach i kaskach, uzbrojeni w kije do bejsbola, pałki i granaty hukowe. Kolesie od brudnej roboty. Ale rozkaz do rozpoczęcia zadymy, jak zawsze, wydał lider. Taką mieli zasadę, że o wszystkim decyduje archigos, wódz.

Tanasis pamięta, że zadyma była na całego. Zaatakowani imigranci, którzy mieszkali na squacie, postanowili walczyć. Pomagali im anarchiści. Obtłukiwali posadzkę i rzucali w neofaszystów kawałkami marmuru z taką zaciętością, że złociści musieli się wycofać. Wśród walczących byli też uczniowie niedzielnej szkoły.

– Działamy już szesnaście lat – mówi Tanasis, gdy wjeżdżamy windą na drugie piętro niezbyt wysokiego bloku. – Szkoła jest darmowa. Zapisać może się każdy, niezależnie skąd pochodzi, w jakim jest wieku i jaki ma status prawny; imigrantów bez papierów traktujemy identycznie jak uchodźców. Zajęcia odbywają się w niedziele od rana do nocy. Uczniów mamy ponad dwusetkę i w zależności od tego, co już umieją, dzielimy ich na cztery grupy zaawansowania. Ja uczę poczatkujących. Pomagamy im też wypełniać dokumenty, pisać podania, zażalenia, przygotowujemy ich do egzaminu, który trzeba zdać, ubiegając się o naturalizację.

Na ścianach największego pokoju, największej klasy, wiszą tablice ze zdjęciami absolwentów, plakatami, ulotkami lewicowych partii. Do kątów pomieszczenia poznoszono rozkładane kolorowe krzesła i flipcharty, a na podłodze schnie kilka świeżo namalowanych transparentów – bo siedziba szkoły to także miejsce spotkań kolegów i koleżanek z inicjatywy Wykopać Rasizm.

Co roku organizują w Atenach wielki Festiwal Antyfaszystowski. Tylko w tym roku im się nie udało – z powodu koronawirusa. Są też na wszystkich demonstracjach i kontr-protestach, gdy przez miasto próbują paradować neofaszyści. Kilka dni temu na przykład byli na placu Wiktorii, by zablokować protest Ilijasa Kasidiarisa, który chciał się polansować na tle uchodźców.

– Faszoli było może z pięćdziesięciu, nas tysiąc pięćset – mówi.

Ale dekadę wcześniej zdarzało się, że proporcje były niemal odwrotne. Szczególnie na Ajios Pandelejmonas. Tanasis bywał tam niemal codziennie, bo tego wymagała sytuacja – trzeba na przykład było iść z pobitymi imigrantami na posterunek, bez Greka u boku nie mieli czego tam szukać. A drugi powód był taki, że antyfaszyści z Wykopać Rasizm spotykali się wtedy nie w szkole, a w biurze, które wynajmowali obok komendy.

– Próbowaliśmy wtedy na różne sposoby integrować mieszkańców, także tych, którzy podawali się za „zaniepokojonych”, z imigrantami, przekonywać, że mogą zgodnie żyć obok siebie i wzajemnie sobie pomagać. Jednego razu zaprosiliśmy na plac Ajios Pandelejmonas znanego pisarza, który pochodzi z Albanii i kiedyś też był w Grecji imigrantem. Nazywa się Gazmend Kaplani, a jego książka to Krótki podręcznik przekraczania granic[16].

To było na wiosnę 2009 roku. Rozstawili już stoliki i krzesła, ludzie się powoli schodzili, aktorzy z zaprzyjaźnionego teatru w ciszy czytali fragmenty książki, które później mieli odczytać na głos. Kaplani też już był na miejscu. Nagle wpadli złociści. Z Tanasisem było ze czterdzieści osób, złocistych prawie dwa razy tyle. I z mordą – że mają się wynosić, że to ich teren. Zaczęli kopać, przewracać stoliki. Paru policjantów stało obok i nie reagowali.

– Podszedłem do nich i mówię, hej, pomóżcie nam. A oni do mnie: spierdalaj! Była tam też Temida Skordeli, stała z boku i wszystko filmowała. Te jej nagrania trafiały później na stronę internetową Złotego Świtu. Taka z niej była „zaniepokojona mieszkanka”.

Czasami Skordeli tylko filmowała ataki, a podczas innych wcielała się w rolę rozkazującej krzykaczki i głównodowodzącej. Prowokowała imigrantów, wyzywała ich od najgorszych, nie pozwalała, by siadali na publicznych ławkach, matkom z dziećmi blokowała wstęp na plac zabaw przy kościele.

– Imigranci często przychodzili do naszego biura z prośbą o pomoc. Gdy złociści ich pobili lub okradli, bo okradali bez przerwy, szliśmy z nimi na komendę, dzwoniliśmy po zaprzyjaźnionych prawników. Policjanci oczywiście bardzo niechętnie przyjmowali zgłoszenia, kazali nam czekać godzinami, musieliśmy się wykłócać o ludzkie traktowanie.

Tanasis pamięta próbę podpalenia meczetu przy Aristomenus. Zadzwonili do niego znajomi i przyjechał tak szybko, jak mógł. Pamięta osmaloną ścianę, którą złociści ze Skordeli na czele oblepili ulotkami wyborczymi Michaloliakosa. „Zaniepokojona mieszkanka” przypomniała o sobie kilka dni później. Była jesień 2010 roku, zbliżały się wybory samorządowe, w których Kurkulas też był kandydatem. W kampanii pomagał mu znany lewicowy polityk Alekos Alawanos. Chodzili razem po dzielnicy, rozmawiali z ludźmi, rozdawali ulotki. Wypatrzyli Skordeli w tłumie na placu Wiktorii. Była na skuterze z jedną ze swoich koleżanek. Obserwowały polityków z odległości kilkunastu metrów. Oni krok do przodu, one podjeżdżają, oni krok w prawo, one są tam chwilę później. Kurkulas widział je przez całą trasę spaceru, na każdym przystanku. Wreszcie wyminęły ich, gdy zbliżali się do Ajios Pandelejmonas.

– Okazało się, że czekają na nas na placu razem z resztą brygady. Zaplanowali sobie ten atak. Jeszcze się dobrze nie odezwaliśmy, a już leciały w naszym kierunku jajka, pomidory, jogurty, zapalniczki. Nie chcieli nas fizycznie zranić, tylko upokorzyć i zastraszyć. Wyzywali nas, szturchali. Oczywiście, poszliśmy z tym do prokuratury.

Sprawa ciągnęła się prawie siedem lat – w tym czasie część zarzutów zdążyła się przedawnić, a Skordeli zdążyła popełnić kolejne przestępstwa. Mimo to, gdy przyszło do ogłaszania wyroku, prosiła o ulgowe traktowanie, bo rzekomo miała czystą kartotekę. Za niesprowokowany atak „zaniepokojona mieszkanka” i troje pozostałych oskarżonych dostali karę czternastu miesięcy więzienia w zawieszeniu.

 

Kurkulas nie wszedł do rady Aten, ale Nikos Michaloliakos – owszem. W ten sposób lider złocistych uzyskał swój pierwszy polityczny mandat. Zdobył ponad dziesięć tysięcy głosów, z czego jedna czwarta pochodziła od wyborców z Ajios Pandelejmonas. Opłaciło się inwestować w „zaniepokojonych mieszkańców”, opłaciło się fabrykować strach przed imigrantami i pozować na jedynego odważnego obrońcę „greckości”. Przemocowa taktyka działała. Złoty Świt wyrwał się z wieloletniego politycznego niebytu i wywindował do politycznego mainstreamu.

Wódz Michaloliakos zaprosił wierną wojowniczkę na jedno z pierwszych posiedzeń rady miasta. Skordeli opowiedziała o imigranckim smrodzie, który spowija jej dzielnicę: „Są jak karaluchy. Jak widzisz w domu karalucha, musisz go rozgnieść podeszwą buta”[17]. Kilka lat później, zeznając w sądzie, powie, że nie miała nic złego na myśli i przeprasza.

Nigdy nie przeprosiła jednak Aliego Rahimiego za to, że razem z grupą złocistych prawie go zabiła. Był wrześień 2011 roku, Rahimi, afgański uchodźca, najemca kawałka piwnicznej podłogi przy Ajios Pandelejmonas, czekał na kolegów, z którymi umówił się na piłkarski trening.

„Apo pu ise?” – warknęła Skordeli w kierunku chłopaka, który ją zirytował, bo tak bezczynnie i bezwstydnie siedział na ławce. Jak zwykły człowiek. Jakby mu było wolno! W jej dzielnicy! Obok jej domu! W jej Grecji! „Śmierdzi od ciebie! Apo pu ise?”

„Z Afganistanu” – odpowiedział przestraszony chłopak, ale pierwsze uderzenia, w tym butelką po piwie, już lądowały na jego głowie. Nieważne, skąd był. Ważne, że nie był Grekiem. Rahimi dostał też dwa ciosy nożem – w podbrzusze i w okolice serca. W rozmowie z organizacją Human Rights Watch opowiadał, że gdy zobaczył tę drugą ranę i tryskającą z niej krew, był pewien, że umiera[18]. Pamięta, że dał sobie kilka minut, czekał na śmierć. Przeżył cudem. Proces ciągnął się sześć lat, bo psychiatra sympatyzujący ze Złotym Świtem wystawiał oskarżonej lewe zwolnienia lekarskie. Prokurator postawił Skordeli dość błahy zarzut współudziału w niebezpiecznym uszkodzeniu ciała – o próbie zabójstwa, ku oburzeniu prawniczki Rahimiego, nie było nawet mowy. Oskarżona znów prosiła o łagodny wyrok i zarzekała się, że jest wzorową obywatelką – mimo tego, że próbowała spalić żywcem czterdziestu mężczyzn i mimo wyroku w sprawie Kurkulasa. Sędzia przychylił się do jej prośby. Wyrok: trzy lata więzienia w zawieszeniu.

Wkrótce po ataku na Rahimiego ruszyła kampania wyborcza. W uznaniu zasług Skordeli dostała miejsce na liście Złotego Świtu – marzył jej się poselski mandat. Kandydatka na swoich ulotkach wspominała karierę w bankowości i przyrzekała, że tak jak mieczem walczyła o dzielnicę, mieczem zawalczy o całą Grecję. Jeśli zostanie posłanką, „poszatkuje zdrajców narodu”[19] – obiecywała. Nie przekonała wyborców.

W maju 2012 roku na Złoty Świt zagłosowało czterysta czterdzieści tysięcy osób, czyli siedem i pół procenta uprawnionych. Partia odniosła sukces, o jakim jej lider nawet nie śnił, zdobyła dwadzieścia jeden mandatów na trzysta możliwych. Utrudniło to zbudowanie koalicji rządowej, przez co wybory trzeba było powtórzyć miesiąc później. Między jednym głosowaniem a drugim złociści postanowili dokręcić śrubę. O dodatkowe głosy chcieli zawalczyć między innymi w portowym mieście Perama niedaleko Pireusu.

Perama, Kieratsini, Nikea, Pireus – przylegające do siebie miejscowości na zachodnich obrzeżach Aten – to miało być ich drugie zagłębie. Neofaszyści otworzyli tam partyjne biuro i liczyli, że uda im się powtórzyć eksperyment zakończony sukcesem na Ajios Pandelejmonas. W okolicy było wystarczająco wielu imigrantów i wystarczająco dużo biedy – ale były też różnice i wyzwania. Ta część Attyki zawsze uchodziła za bastion lewicy, bo zamieszkiwała ją przede wszystkim klasa robotnicza: pracownicy portów, stoczniowcy, mechanicy, marynarze, rybacy, niezbyt zamożni, ale dumni ze swego etosu. Miejscowi imigranci integrowali się szybciej niż gdzie indziej, uczyli języka, mieszkali nieco wygodniej, pracowali razem z Grekami, dla Greków albo zamiast nich – w sektorach, które stały się mniej dochodowe, jak choćby rybołówstwo. Przybysze z Afryki Północnej, a w szczególności z Egiptu, dominowali w rybnym biznesie i nikomu to nie przeszkadzało. Nikomu poza złocistymi.

Na pięć dni przed czerwcową powtórką wyborczą kandydat Złotego Świtu, urodzony w Peramie Janis Lagos, poinformował na wiecu, że wkrótce skutecznie zajmie się egipskimi rybakami, którym wydaje się, że mogą się bezkarnie panoszyć. Polityk powiedział, że dostaje od „zaniepokojonych mieszkańców” i przedsiębiorców liczne prośby w tej sprawie – więc czas zrobić z Egipcjanami porządek.

Jeśli łysy i brodaty Panajotaros uchodzi za postawnego, to Lagos jest po prostu wielki – widziałem go z bliska w 2020 roku na grecko-tureckim pograniczu – nie postarzał się, nie skurczył. Wysoki, zwalisty, z dłońmi jak bochny chleba. Zanim poszedł w politykę, był agentem ubezpieczeniowym, ogrodnikiem, a gdy przybyło mu mięśni, został bramkarzem w nocnych klubach, prywatnym ochroniarzem, stręczycielem i szantażystą[20]. Pływał też na statkach na niebezpiecznych wodach wokół Rogu Afryki i uzbrojony w karabin strzegł ich przed somalijskimi piratami. Gdy wstąpił do Złotego Świtu, zwrócił uwagę samego lidera i został jego prywatnym ochroniarzem, a niedługo później awansował na członka ścisłej partyjnej wierchuszki, czyli pięcioosobowej Rady Politycznej (razem z Panajotarosem, rzecznikiem Kasidiarisem, szefem partyjnej młodzieżówki Jorgosem Jermenisem oraz samym liderem Michaloliakosem). Był też szefem zbrojnego skrzydła partii, czyli lokalnej brygady uderzeniowej dzielnicy Nikea, uważanej za wzorcową i szczególnie okrutną. Jej członkowie jeździli w góry na tajne szkolenia z obsługi broni czy sztuk walki, prowadzone przez byłych wojskowych lub policjantów na emeryturze. Na rozkaz Lagosa wsiadali na motocykle, zakładali kaski i bez oporu pałowali imigrantów.

Jeden z rozkazów dotyczył rybaków z Peramy – czterech kolegów, którzy razem mieszkali i codziennie rano wyprawiali się łódką na połów. Złociści znali ich dokładny adres. Zjawili się przed ich domem o trzeciej nad ranem. Przyjechali w dwudziestu, po dwóch na motorze. Akcją dowodził Anastasios Pantazis, właściciel sklepu z dekoracjami ślubnymi i ubrankami na chrzest. Mężczyźni zdjęli kaski i ruszyli do ataku. Świadkowie powiedzą, że napastnicy byli ubrani w czarne T-shirty z meandrem – symbolem partii. Abuzeid Embarak – dwadzieścia osiem lat, ojciec trzech małych córek – spał tamtej nocy na tarasie, bo w środku było mu zbyt gorąco. Usłyszał krzyki, otworzył oczy i zobaczył, że jest otoczony przez bandę nieznanych mężczyzn. Bili go metalowymi prętami i kijami bejsbolowymi, krzycząc przy tym: „Teraz zrozumiesz, co znaczy Złoty Świt!”. Abuzeid miał złamaną szczękę i nos, obrzęk mózgu i zapadnięte płuco. Stracił mnóstwo krwi. Gdy złociści uznali, że nie żyje, próbowali z tarasu dostać się do wnętrza domu. Nie dali rady wyważyć drzwi, za to wybili okna i wrzucili przez nie gaśnice, celując w pozostałych lokatorów. Zdemolowali dwa samochody należące do rybaków i odjechali. Abuzeid spędził w szpitalu ponad dwa tygodnie i przeszedł kilka operacji. Nie wydobrzał – zostały mu problemy z koncentracją i chroniczne bóle kręgosłupa.

W czerwcowych, powtórzonych wyborach Złoty Świt stracił ledwie kilkanaście tysięcy głosów, ale osiemnaścioro posłów w parlamencie to i tak wielki sukces. Mandaty zdobyli między innymi Lagos, Panajotaros, Kasidiaris, sam Michaloliakos oraz Eleni Zarulia, jego żona.

Wieczór wyborczy dobrze zapamiętał mój rozmówca Janis Papadopulos, dziennikarz i szczupły maratończyk. Redaktor naczelny wysłał go do sztabu Złotego Świtu, żeby opisał reakcje na pierwsze, sondażowe wyniki. Biuro złocistych mieściło się niedaleko Ajios Pandelejmonas – przy dworcu głównym, zwanym Laryskim. Dziennikarz był jedną z pierwszych osób na miejscu. Przedstawił się, powiedział, w czym rzecz, zapytał, czy może wejść i zaczekać w środku. Usłyszał, że nie ma mowy.

– Mówili, że mam się oddalić, a de facto spierdalać, oni wiedzą, kim jestem, że Ta Nea to szmatławiec. Znają moje artykuły. Odpowiedziałem, że stoję na chodniku i będę tu sobie stał, ile zechcę. Nie mogą mi rozkazywać. Wtedy do mnie podeszli, wzięli pod ręce, podnieśli do góry i przenieśli kilkadziesiąt metrów w stronę skrzyżowania. Dasz wiarę? Gdy mnie tak nieśli, mówiłem: natychmiast mnie postawcie, nie macie prawa, chodniki nie są waszą własnością. Jeden z nich odpowiedział: „Ty wciąż nie rozumiesz. Teraz nawet chodniki należą do nas”.

Temida Skordeli nie miała szczęścia w wyborach, ale dostała obietnicę, że partia poprze jej kandydaturę następnym razem, w kolejnych wyborach samorządowych. Usłyszała, że nadal ma działać w dzielnicy i walczyć o przyszłe głosy. Okazja nadarzyła się już kilka miesięcy później. Wczesną jesienią złociści zorganizowali na Ajios Pandelejmonas zbiórkę krwi – od Greków dla Greków. Promując wydarzenie, zapewniali potencjalnych dawców, że żaden imigrant nie załapie się na choćby kroplę ich krwi. To czysty rasizm – zawołali ateńscy lekarze w proteście i oświadczyli, że nie będą sprawdzać papierów potrzebującym. Przy kościele stanął krwiobus, do którego ustawiła się długa kolejka, stanęli w niej między innymi Panajotaros i Kasidiaris. Obok trwała akcja rozdawania żywności ubogim – ubogim Grekom. Finansowana rzekomo z budżetowych dotacji, jakie partia otrzymała, wchodząc do parlamentu. Żeby dostać oliwę, pomidory, ryż, ziemniaki czy kilogram małych rybek do smażenia, trzeba było się wylegitymować greckim dowodem. Dane spisywały wolontariuszki ubrane w czarne koszulki z napisem Złoty Świt – wśród nich pani Skordeli. Dzień był ciepły, atmosfera piknikowa. Dzieci dostały niebieską kredę i wyrysowały nią u schodów kościoła wielki napis: „Obcy, won z Grecji”.

To samo hasło złociści wielokrotnie wykrzykiwali w kolejnych miesiącach. Podzielili się na liczące maksymalnie pięć osób brygady uderzeniowe, piesze lub motorowe, i „patrolowali” teren zagłębia. Codziennie między dziewiętnastą a czwartą rano spacerowali między placem Attyki, Ajios Pandelejmonas a placem Wiktorii. Przechadzali się i a to włamali się do siedziby związku Tanzańczyków, a to podpalili bar prowadzony przez imigranta z Kamerunu, a to wybili wszystkie okna w banglijskim markecie.

W trakcie jednego z takich „obywatelskich patroli” – 17 stycznia 2013 roku – zginął Shahzed Luqman. Pakistańczyk, który mieszkał w Grecji blisko cztery lata. Dzielił pokój ze swoim szwagrem. Co miesiąc wysyłał rodzicom dwadzieścia euro „money transferem”.

Javed Aslam, przewodniczący Związku Pakistańczyków w Grecji, znał go osobiście, widywał na imprezach integracyjnych, które organizował. To on wyciął z jego paszportu zdjęcie, które później ilustrowało artykuły na temat brutalnego morderstwa. Dwadzieścia siedem lat, piękne, gęste, czarne włosy, łagodna twarz. Przystojny jak bollywoodzki amant. Aslam powiedział mi, że jego rodaka zabili, gdy nad ranem jechał rowerem na targ w pobliżu Akropolu, gdzie pracował przy rozładowywaniu ciężarówek z pomarańczami. Dostał siedem ciosów nożem. Było ich dwóch. Zadźgali go, wsiedli na motor i odjechali. To nie był przypadek – twierdzi Aslam. Upatrzyli go sobie. Shahzed skarżył się szwagrowi tydzień wcześniej, że musiał uciekać przed facetami na motorze. Za drugim razem nie dał rady uciec.

Aslam wysłał trumnę z ciałem Luqmana do Pakistanu i przez telefon pocieszał jego rodziców. A później organizował marsze i demonstracje przeciwko przemocy ze strony Złotego Świtu. Tym razem greckie media przejęły się martwym imigrantem – bo byli świadkowie, którzy nie bali się pójść na policję i opowiedzieć, co widzieli, oraz dlatego, że Aslam narobił szumu. Politycy wyrażali oburzenie, a policja wszczęła dochodzenie i szybko zatrzymała obu morderców. W ich domach znaleziono ulotki wyborcze złocistych w ilościach hurtowych oraz broń w postaci noży, kastetów, metalowych i drewnianych pałek. W pierwszej instancji zostali skazani na dożywocie. Sąd apelacyjny zmniejszył im wymiar kary do dwudziestu jeden lat więzienia.

Pewnego dnia Aslam odebrał telefon od nieznajomego starszego pana z Salonik. Powiedział, że jest mu przykro i wstyd, i chciałby coś zrobić. W wiadomościach usłyszał, że Shahzed pomagał finansowo rodzicom i on też chce w ten sposób pomóc. Zastrzegł, że warunkiem jest jego anonimowość.

 

– Matka Shahzeda musiała sobie założyć konto bankowe, bo pieniądze poszły przelewem. Było ich tyle, że wystarczyło na kupno małego sklepu. Cała rodzina teraz z niego żyje.

Dzielnica Ajios Pandelejmonas już kilka lat temu przestała być rentierskim eldorado. Piwnice i sutereny znów służą za składziki na miotły, a nie za sypialnie dla imigranckich biedaków i pseudomeczety. Imigrantów ubyło, ale nie zniknęli. Niektórzy żyją tam już dobrą dekadę, zadomowili się, zakorzenili, pracują i wynajmują całe mieszkania.

W jednej z kawiarni przy placu zamawiam kolejną mrożoną kawę. Jest wczesny wieczór, zrobiło się chłodniej, a przez to znośniej. Myślę o tym, czy dekadę temu jako zagraniczny reporter, kaleczący grecki w co drugim zdaniu, byłbym tak samo nieinteresujący dla kelnera i sąsiadów ze stolika obok. Czy z sąsiedniej knajpy Portes nie wyszedłby nagle zaalarmowany Panajotaros? A co by było, gdyby wyszedł teraz? Mój grecki jest całkiem niezły – po uniwersyteckim kursie w Warszawie i ośmiomiesięcznym stypendium językowym w Joaninie kilka lat temu, po zakodowaniu w pamięci tekstów kilkudziesięciu piosenek. Czytam, piszę, śpiewam, rozmawiam, potrafiłbym się nawet po grecku pokłócić, czasami po grecku myślę. Umiałbym i z Panajotarosem porozmawiać, choć dziś, wiedząc, co wyprawiał razem ze złocistymi przez ostatnie lata, wolałbym tego nie robić. Nie mam do niego już żadnych pytań. Żadnych złudzeń.

Skwer przed kościołem został sprzątnięty, wyremontowany, na placu zabaw dokazują dzieciaki – greckie i imigranckie, pół na pół. Jednak na ścianach okolicznych budynków tu i tam straszą jeszcze wyblakłe swastyki albo meander, niektóre zamalowane tak, by przypominały anarchistyczny symbol. Gdy pytam mieszkańców o Skordeli, gdzie mogę ją znaleźć, co u niej słychać, wzruszają ramionami i twierdzą, że ostatnio jakoś rzadziej ją widują.

Koniec spaceru, koniec tej wspaniałej miejskiej udręki. Wsiadam w trolejbus i dojeżdżam na plac Syntagma. Tuż obok Nikos, mój brat, prowadzi sklep z osprzętem do smartfonów i jednocześnie elegancki warsztat, gdzie wyszkoleni technicy – wśród nich pracująca dorywczo Anastasia, moja bratanica, córka Nikosa i Wiwi, studentka dziennikarstwa – na oczach klientów wymieniają stłuczone szybki, oliwią, co zardzewiało, wymieniają karty pamięci, wskrzeszają zdechłe laptopy, czyszczą, lutują, rozkręcają i składają. Nikos prowadzi sześć takich salonów w całej Grecji, Wiwi pomaga mu w księgowości. Idealny biznes na kryzysowe czasy. Jest wieczór, a ja tym razem zatrzymałem się u brata. Razem jedziemy do Glifady.