Głosy

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III
Chaos
Reklama

W poniedziałek 15 sierpnia Tom Bunting od rana próbował się dodzwonić do „Jersey Evening Post”. Miał ważną sprawę. Tymczasem w sennej zwykle redakcji nie było komu odebrać słuchawki.

Wreszcie, po godzinie wiszenia na telefonie, Tom odniósł sukces.

Chodziło o reklamę, którą wykupił niedawno na łamach gazety. Miała ukazywać się dwa razy w tygodniu, co trzeci dzień. Teraz prosił, by pilnie usunąć z niej słowo „morderca”. Pomyśleli z żoną, że tak by wypadało. Wycieczka dla turystów miała się teraz nazywać „Śladami największych przestępców na Jersey”. Cena bez zmian: dziesięć funtów od osoby.

Jest bezpiecznie

Na porannej odprawie w kwaterze głównej policji nadinspektor Gull przekazał podwładnym, że jedynym podejrzanym jest człowiek po operacji. Trzeba czekać, aż się obudzi, żeby postawić mu zarzuty.

Jeden z funkcjonariuszy, który w nocy patrolował Victoria Crescent, został przewieziony do szpitala ze względu na ciężkie pogryzienie przez osy.

„Należy pamiętać, że na wyspie jest bezpiecznie” – Gull zakończył odprawę swoim zaklęciem. Tymczasem informacja o sześciu ofiarach nożownika stała się głównym newsem w mediach całego świata. Jersey była w centrum powszechnej uwagi po raz drugi w ciągu ostatnich dziesięciu dni – ci sami reporterzy, którzy opowiadali o kwiatowym festynie, teraz donosili o masowym mordzie.

Drugi telefon Jolanty

Agnieszka z Bydgoszczy odebrała telefon o 9.00. Dzwoniła przyszła teściowa. Mieszkała w tej samej kamienicy, ale w innej klatce. Pewnie jej się nudzi i chce przyjść na kawę, pomyślała.

Agnieszka spojrzała na zegarek.

– Teściowa – powiedziała – poczekaj chwilę, za godzinę będziemy z Krzyśkiem ogarnięci. Zadzwonię i przyjdziesz.

Lubiły się, ale wczesny telefon lekko Agnieszkę zirytował. Była w trzecim trymestrze ciąży, słabo spała.

– Dobrze – powiedziała Jolanta Garstka, ale zanim się rozłączyła, dodała, że nie odpowiada Skype u dzieciaków na wyspie. Od godziny próbuje i nic. Była umówiona i z Izą, i z Markiem.

– Może jeszcze śpią – rzuciła Agnieszka i weszła do łazienki.

Kiedy komórka odezwała się dwadzieścia minut później, Agnieszka wychodziła spod prysznica. Zirytowała ją niecierpliwość Jolanty.

– Halo, teściowa!?

Jolanta krzyczała:

– Damian zabił Marka, Izę i dzieciaki!

Potem słychać było już tylko skowyt.

Agnieszka spróbowała wziąć oddech, osuwając się po ścianie. Otwierała usta, ale słowa nie przychodziły.

Spanikowany Krzysztof zaczął dopytywać:

– Coś z dzieckiem, coś z twoimi rodzicami? Mów!

– Idź do matki.

Krzysztof wciągnął buty i pobiegł. Agnieszka dołączyła do niego po kwadransie.

Próby

W poniedziałek odezwały się osoby, o których na wyspie mówiło się „liderzy opinii”. Próbowały zrozumieć, co się stało, a potem dać wyraz swoim przemyśleniom.

Zadanie to było utrudnione z powodu braku precedensu. Śmierć na Jersey w wyniku morderstwa – bywało. Ale żeby naraz zginęło kilka osób z rodziny imigranckiej – nie zdarzyło się nawet w czasie wojennej okupacji.

Szef rządu Terence Le Sueur oraz minister spraw wewnętrznych Ian Le Marquand wyrazili więc krótko głęboki szok oraz smutek z powodu niedzielnego wypadku.

Proboszcz parafii katolickiej Nicholas France podzielił się refleksją, że biorąc pod uwagę napływ ludności do Saint Helier, można uznać za cud, że podobne przestępstwa zdarzają się tak rzadko.

Porównał też zabójstwa popełniane przy użyciu noża do tych z użyciem broni palnej. W strzelaninach, mówił, giną przypadkowi ludzie. Tutaj człowiek z nożem nie miał wątpliwości, kogo morduje. To był mord gorszy, bo osobisty. Proboszcz zapowiedział wspólne nabożeństwo dla wiernych wszystkich Kościołów, którzy chcieliby pomodlić się za dwie rodziny.

Wypowiedział się też Bob Key, dziekan Jersey, głowa Kościoła anglikańskiego na wyspie. Dla niego zbrodnia byłaby równie niewyobrażalna, gdyby zdarzyła się w Chicago. Choć oczywiście na spokojnym Jersey też robi wrażenie.

Przy okazji pytań o sposób przeżywania żałoby w Polsce ksiądz Stanisław Adamiak, polski duchowny z Saint Helier, wytłumaczył dziennikarzowi „Jersey Evening Post”, że Polacy prawdziwie wolni i bezpieczni czują się jedynie w kościele albo w domu.

Policja obezwładniła człowieka, który przed wejściem do szpitala wymachiwał długim kijem, wywrzaskując nieartykułowane dźwięki.

Jedyna gazeta na wyspie zapytała o zdanie szeregowych członków polskiej społeczności. Przemysław Poznański, kucharz z ulicy La Pouquelaye, który widział ogródek Rzeszowskich, gdy wychylał się z balkonu wynajmowanego pokoju, wyraził rozczarowanie z powodu sytuacji, w której znalazł się osiem lat po wyjeździe z ojczyzny. „W Polsce było wiele problemów i człowiek myślał, że ucieka do lepszego świata”. Niestety, nieodpowiedni Polacy wpadli na ten sam pomysł.

Kill me

W General Hospital w Saint Helier obudził się Damian. Wciąż pod wpływem środków przeciwbólowych i uspokajających. Jego lewy nadgarstek obejmowały kajdanki. Druga bransoletka była zaciśnięta na ręce policjanta, który siedział na krześle obok.

Piętnaście minut później Rzeszowski usłyszał zarzuty. Odwrócił się do lekarzy i powiedział: „Kill me”.

Zjadł śniadanie i obiad. Popłakiwał. Nie poprosił o adwokata.

Wezwano doktora Dale’a Harrisona, psychiatrę z Saint Helier. Obiecał, że przyjdzie w czwartek.

Jak ci to powiedzieć?

Kiedy Agnieszka weszła do mieszkania, Krzysztof siedział skulony w przedpokoju z telefonem w ręce. Teściowa, z różańcem w dłoni, klęczała przed świętym obrazem zawieszonym w przedpokoju. Agnieszka biegała od jednego do drugiego, nie reagowali.

Podeszła do męża i zaczęła wołać:

– Krzysiu, ty musisz wstać, bo ja nie wiem, co robić!

Dowiedziała się o telefonie od rodziców Damiana. Powiadomili Jolantę. „Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale Damian zabił Izkę i dzieciaki, i chyba kogoś jeszcze” – zakomunikowała matka Damiana.

Usłyszeli pukanie do drzwi, policja. Dwa patrole. Jeden do Krzysztofa, drugi do Garstkowej. Teraz policjanci stali w przedpokoju u Jolanty. Zapytali, czy Agnieszka jest rodziną. Krzysiek i Agnieszka nie mieli ślubu, więc najpierw jeden z policjantów uznał, że powinna wyjść z mieszkania i nie słuchać. W końcu zmienił zdanie, ale nie przekonała go Agnieszki ciąża z Krzysztofem, tylko fakt, że jako jedyna była w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. Uprzedzili Krzysztofa, że będzie musiał pojechać na wyspę, władze Jersey pokryją koszty. Musi zidentyfikować zwłoki.

Krew

Krzysztof Garstka pakował walizkę. Matka leżała na kanapie. Obudziła się właśnie z ciężkiego snu po środkach uspokajających i powiedziała, że musi zejść na dół po Izabelę i dzieciaczki. Nie można pozwolić, by czekali na podwórku. Sugerowała też synowi, że powinien oddać krew dla Izy. Kiedy zabronił jej wyjść z mieszkania, powiedziała, że wyskoczy oknem.

Zadzwonił na pogotowie.

Mieszkanie, które Krzysztof Garstka z Agnieszką zajmowali w Bydgoszczy, formalnie należało do Izabeli. Wykupiła je po śmierci dziadka. We wtorek Krzysztof nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji prawnej tego stanu rzeczy.

W środę Jolantę Garstkę zobaczyła dziennikarka Bogna Jurek, która – jak wszyscy – chciała wywiadu. Kiedy wyszła z mieszkania, wiedziała, że musi działać. Zadzwoniła do psychiatry Aleksandra Araszkiewicza. Zgodził się zainterweniować, chociaż na wizytę prywatną czeka się dwa miesiące.

Jolantę Garstkę przyjęto na oddział szpitala psychiatrycznego w Bydgoszczy.

Ciała jej męża Marka i wnuka Kacpra nadal leżały na podłodze przy Victoria Crescent 3A.

Śledczy zabezpieczali ślady. Patolog dziecięcy lądował na wyspie. Policja przesłuchała co najmniej pięćdziesiąt osób.

Jak lalki z muzeum

Nazajutrz na Krzysztofa w Saint Helier czekała Lidia Szejko. Przywitali się, ale w drodze z lotniska nie rozmawiali. Radiowóz zaparkował przed domem pogrzebowym. W jednej otwartej trumnie leżały Iza i jej dzieci. Kinga po prawej, Kacper po lewej. Jak lalki z Muzeum Madame Tussaud. Szejko zrozumiała, że ten widok będzie jej towarzyszył przez resztę życia.

Wieczorem poszli na mszę ekumeniczną.

Neogotycki kościół pod wezwaniem Świętego Tomasza z wieżą wysoką na sześćdziesiąt metrów, najpiękniejszy na Jersey i największy na całych Wyspach Normandzkich, pachnący cytrusowym kadzidłem, dawno nie gościł takich tłumów. Zajęte były ławki i nawa główna. Półtora tysiąca osób. Lokalni politycy, duchowni wszelkich denominacji, goście z Guernsey, wysłanniczka polskiej ambasady w Londynie, przyjaciele Rzeszowskich, koledzy z pracy, Polacy z farm ziemniaczanych, znajomi i nieznajomi z całej wyspy. Wierzący i ateiści. Z fresków i witraży patrzyły na zgromadzonych kolorowe anioły, a z obrazu w nawie bocznej także Matka Boska Częstochowska.

Miejscowy chór śpiewał Psalm 23 – „Pan jest moim pasterzem”, a polonijny chór Miriam pieśń Kyrie eleison.

Dwujęzyczną mszę wspólnie celebrowali prałat Nicholas France i ksiądz Stanisław Adamiak. Pierwszy prosił w homilii, by ostateczny osąd niedzielnych wydarzeń pozostawić Bogu, polski ksiądz opowiadał o życiu wiecznym, naturze zła i śmierci: „Wydarzenia ostatniej niedzieli pokazały nam siłę zła. Ale my musimy pokazać, że dobro jest silniejsze. Zobaczyliśmy, jak słaba jest ludzka natura, jak niedaleko od normalności do szaleństwa”.

 

„W skupieniu nad przerażającą zbrodnią nie przeszkadzały ezoteryczne sposoby komunikowania charakterystyczne dla tego Kościoła [katolickiego] oraz niecodzienny język. Pokazaliśmy, że jesteśmy razem, silniejsi” – tak nabożeństwo relacjonował „Jersey Evening Post”. Dziennikarze gazety podkreślali też, że na wyspie przebywa jeszcze kilka tysięcy Polaków, którzy nie dokonali żadnej zbrodni, dlatego narodowość mordercy nie może być kluczowa w interpretowaniu tragedii.

Ale zdarzało się, że była. Antypolskich bluzgów – po raz pierwszy odkąd sześć lat wcześniej przyjechała na Jersey – wysłuchała pracowniczka socjalna Katarzyna Markiewicz.

– Byłam w supermarkecie, stałam w kolejce do kasy. Kobieta przede mną rozmawiała przez telefon i opisywała komuś, co się wydarzyło na Victoria Crescent. Poniosło ją i nagle powiedziała: „Zebrać wszystkich cholernych Polaków, wsadzić na statek i niech płyną. Fucking immigrants”.

Pamiętam, jak sięgam po nóż

Damian Rzeszowski nie odpowiedział na wszystkie pytania psychiatry Dale’a Harrisona, w tym na te osobiste.

Po powrocie ze szpitala psychiatra zanotował w zeszycie: „W czasie badania popłakiwał, leżał na łóżku i cytował to, co mu powiedział wcześniej lekarz: »Moje dzieci, żona, teść, przyjaciółka mojej żony i jej córka. Oni wszyscy nie żyją. Ja to zrobiłem. Nie pamiętam wszystkiego. Pamiętam, jak sięgam po nóż, długi nóż, pamiętam tylko nóż i jakieś drobne fragmenty, jak biegnę za moją żoną, nie pamiętam, żebyśmy się kłócili, nie pamiętam, jak zaatakowałem dzieci, ale pamiętam teścia w tym wszystkim i to, że goniłem Izę. Fragmenty, tylko fragmenty«. Pacjent pamięta, że był z rodziną na promie i później, że położył się w domu spać. Pamięta, że wcześniej wypił dwieście mililitrów whisky, że nie brał żadnych leków. Pytany o zwyczaje alkoholowe, odpowiedział, że średnio tygodniowo wypijał kilka piw, może osiem, plus dwa inne drinki. W domu miał zwykle butelkę whisky, wódki lub wina. Twierdził, że pije jedynie w weekendy. Niektórzy mówili, że pije za dużo, ale on sam nie uważał, żeby miał problem”.

Ocena: zaburzenie depresyjne bez objawów psychotycznych, zatem bez urojeń i halucynacji smakowych, zapachowych, wizualnych czy akustycznych, a więc bez głosów.

Mimo to Harrison zaordynował silne leki antypsychotyczne i uspokajające. Przekazał też policjantom, że na przesłuchanie podejrzanego powinni poczekać jeszcze dziesięć dni.

Morderstwo/zabójstwo

Każdy z początkujących adwokatów na Jersey przez pierwszych piętnaście lat podejmuje się spraw pro publico bono. Obowiązuje lista kolejności. Jak w pudełku pralinek – młody prawnik nie wie, na jaką sprawę trafi. Juliana Gollopa z firmy Baker & Partners ta pańszczyzna już od dawna nie dotyczyła – odsłużył ją lata temu i jeśli miał się podjąć sprawy z urzędu, to wyjątkowo atrakcyjnej. Siwiejący, z wydatnym brzuchem, jeden z najlepszych prawników na wyspie – w przeszłości zdarzyło mu się już bronić człowieka, który pozbawił życia współobywatela, a to na Jersey rzadkie doświadczenie. Do tego umiał radzić sobie z mediami.

Sprawę Rzeszowskiego Gollop uznał za obiecującą.

Kiedy udał się do szpitala, by poznać nowego klienta, ten nie był zbyt rozmowny. Dopiero do niego docierało, co zrobił.

Ponieważ policja dość wcześnie ustaliła, co się stało, Gollop założył z góry, że jego praca może polegać wyłącznie na „częściowej obronie” – uniewinnienie będzie wykluczone. Jedyne, co mógł zrobić, to zawalczyć o obniżenie wysokości kary. A do tego potrzebna była zmiana kwalifikacji czynu z morderstwa (murder) na zabójstwo (manslaughter). To pierwsze może zostać popełnione z zimną krwią. To drugie – wynikać z prowokacji: „tak mi działałaś na nerwy, tak mnie prowokowałaś, że cię zabiłem”, albo z zaburzenia umysłowego, skutkującego utratą samokontroli, a w konsekwencji chwilowym bądź długotrwałym ograniczeniem poczytalności.

Gollop zaczął skupiać się na tej właśnie opcji.

Zwłaszcza że do gazety zaczęły przeciekać strzępy z przesłuchań świadków, które świetnie pasowały do linii obrony, jaką układał sobie powoli prawnik. Newsem było na przykład to, że Damian całkiem niedawno celowo najadł się antydepresantów. Nieprzytomnego znalazła go żona. Lekarze w General Hospital potwierdzili, że smutny Polak ma na koncie nieudaną próbę samobójczą – zgłosił się w lipcu, na trzy tygodnie przed zdarzeniem. Zrobiono mu płukanie żołądka, a rano oświadczył, że to była pomyłka i przeprasza za zamieszanie. Po śniadaniu dostał wypis i wyszedł do domu.

Oraz (to akurat nie obchodziło Gollopa) rozniosły się plotki, że Marcie de la Haye tydzień wcześniej zakazano zbliżać się do własnego męża ze względu na szarpaninę podczas sobotniej domówki, zakończoną podrapaniem twarzy. Polka miała też podnieść rękę na policjanta, którego sąsiedzi wezwali do rodzinnej awantury.

Byli zadowoleni

W Bydgoszczy oraz później w Saint Helier Krzysztof Garstka odpowiadał dziennikarzom na pytania o ojca, siostrę i siostrzeńców.

„Byli u nas tydzień temu. Byli zadowoleni”.

„Planowali osiedlić się w Polsce. Damian zainwestował w budowę domu w Nowym Sączu”.

„Poznali się z Izą w Bydgoszczy. Damian służył w wojsku. Po roku znajomości przeprowadzili się na Jersey. Tata dojechał i chciał zostać jeszcze kilka lat, żeby mieć emeryturę”.

„Nic nie wskazywało, że to zrobi”.

Nie wszyscy dziennikarze potrzebowali kontaktu z Krzysztofem, żeby wskazać przyczyny tragedii. Informacja o polskim nożowniku znalazła się w serwisach informacyjnych na całym świecie, więc rozmaite teorie spływały z najbardziej oddalonych redakcji.

W Kapsztadzie poinformowano o morderstwie honorowym, mającym związek z masową przynależnością Polaków do Kościoła katolickiego, w którym wierność żony jest ważniejsza niż jej życie.

Bardziej przyziemne teorie, cyrkulujące w irlandzkich i francuskich mediach, to bankructwo Damiana i niezauważona przez system opieki choroba psychiczna.

Brytyjskie dzienniki interpretowały zdarzenie zgodnie ze swoją linią polityczną. W „The Sun” podkreślano, że Damian przyjmował anaboliki i że wystarczy już imigrantów. W „Daily Mail”, że żona była w ciąży z innym, a Polki w Wielkiej Brytanii tracą przyzwoitość. Postępowy „The Guardian” tłumaczył, że męski szowinista wolał zabić, niż pozwolić żonie odejść.

W polskich mediach dominował smutek. Załamywano ręce nad ofiarami i biednym góralem, który chciał wrócić w rodzinne strony, ale oszukał go zły deweloper. Oraz żona.

Nad życie

Ostatnie wpisy Izabeli na profilu facebookowym pochodziły z końca lipca. Były skierowane do męża:

„Niewielu mężczyzn dostaje to, czego pragnie, niewielu mężczyzn zasługuje na to, co dostaje”.

„Nie ma nic cenniejszego niż ŻYCIE!!!! DZIĘKUJĘ przyjaciołom za to, że mogłam na was liczyć”.

„Kocham cię nad życie. Razem trzymając się za ręce, zniesiemy wszystko, bo jesteś moją miłością, wiarą, pokorą, a przede wszystkim moją drugą połową”.

Do tej deklaracji Iza dołączyła link do piosenki Varius Manx Dziękuję.

Tak więc okazało się, że relacje między małżonkami były skomplikowane.

Zły pan z nożem

Wobec zbliżającego się początku roku szkolnego minister edukacji Mario Lundy zapewnił, że uczniowie oraz ich rodzice będą mogli skorzystać z porad specjalistów. Zwłaszcza że dzieci na Jersey zaczęły zadawać pytania.

„Czy jak pójdę spać, ktoś przyjdzie z nożem?”

„Czy zły pan chce mnie zabić?”

„Czy sąsiad z Polski jest zły?”

Rodzice dzwonili do Community Bereavement Service, który działa przy miejscowym hospicjum i zapewnia pomoc psychologiczną osobom w żałobie. Jego szefowa radziła, by umiejętnie wyważyć odpowiedź: powiedzieć dziecku prawdę, ale nie podać za dużo informacji.

Departament Zdrowia i organizacja Samarytanie uruchomiły dwie całodobowe „niebieskie linie”. Można było też pobrać ulotkę wyjaśniającą, jak krok po kroku poradzić sobie z tragedią.

Burmistrz Saint Helier stwierdził, że już sam spacer relaksuje i może pomóc. Jako środek terapeutyczny i sposób na wyrażenie żałoby Crowcroft zalecał też wizytę w ratuszu, gdzie wyłożona była księga kondolencyjna. Niektórzy skorzystali.

Krystian: „Zbaw ich, Boże! Wybacz mu, Boże!”.

Karolina: „Tak bardzo za Wami tęsknię. Zawsze będę Was kochać”.

Tracy: „Szok i smutek! Nie mogę uwierzyć, że taka tragedia wydarzyła się na naszej pięknej wyspie. Biedne aniołki. R. I. P.”.

Richard: „Dlaczego, ach, dlaczego musiało dojść do podobnej zbrodni?! A już szczególnie w naszej małej społeczności. To krzywda dla nas wszystkich”.

Burmistrz dodawał, że mniej formalna, cyfrowa księga działa też na facebookowej stronie Ofiary niech spoczywają w pokoju, na której już we wtorek zarejestrowano siedem tysięcy wpisów.

Policjanci z Saint Helier zaczęli się przyglądać trzem innym facebookowym profilom, które założono jeszcze w niedzielę. Wszystkie trzy zachęcały do wpłacania datków na rzecz ofiar „potwornej tragedii”. Pierwszy powstał w Stambule. O żadnym z nich nie mieli wiedzy członkowie rodzin ofiar, urzędnicy na wyspie ani wolontariusze z organizacji pozarządowych.

Jak w zegarku

Premier zaoferował pomoc finansową dla rodzin, które miały ponieść koszty transportu zwłok lub prochów do Polski. Jolanta Garstka – czterech osób do Bydgoszczy. Tamara Jaciubek, matka Marty de la Haye – dwóch osób do Gniewu niedaleko Malborka.

Magdalena Chmielewska zapowiedziała, że zorganizuje kwestę wśród Polonii oraz koncert, żeby dołożyć się do wydatków.

Mobilizacja mieszkańców Jersey – a zwłaszcza ochotnicza policja, aktywni parafianie, wolontariusze z hospicjum – zachwyciła wyjeżdżającego właśnie Daniela Kawczynskiego. Jego kilkudniowa wizyta biznesowa przypadła na czas tragedii, ale społeczeństwo obywatelskie na wyspie chodziło jak w zegarku. Kawczynski obiecał, że poinformuje premiera Davida Camerona, że znalazł Idealne Społeczeństwo, najlepszy przykład dla Dużej Wyspy, która przechodzi obywatelski kryzys. Największy, jaki Kawczynski widział w ciągu całego swojego życia.

W sobotę uczestnicy festiwalu Rock in the Park uczcili pamięć zmarłych trzema minutami ciszy, a zawodnicy z Jersey Rugby Football Club grający przeciwko drużynie z angielskiego Loughborough – minutą. Rugbyści dodatkowo wciągnęli na ramiona czarne przepaski.

Najdłuższa – sześciominutowa – cisza zapanowała na centralnym placu Royal Square, gdzie na nocne czuwanie ze świecami przyszło sto pięćdziesiąt osób.

Prałat Nicholas France odczytał oświadczenie Craiga de la Haye, który nie był w stanie wziąć udziału w uroczystości:

„Ta tragedia zrujnowała moje życie, moje serce jest w tysiącu kawałków. Moje jedyne pocieszenie bierze się stąd, że wszyscy zamordowani są razem, że nic nie zniszczy ich przyjaźni, a dzieci mogą bawić się teraz bezpiecznie i nigdy nie będą już cierpiały. Tęsknię za wami i kocham was. Craig, mąż, ojciec i przyjaciel”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?