Dobre pochodzenie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sir! – rozpaczał lokaj. – Proszę, niech pan się pośpieszy!

– Idę! Już idę. – W końcu posnuł się do drzwi i otworzył zdesperowanemu słudze.

Wiedział, że nigdy więcej nie zobaczy Cecilii.

Rozdział czwarty

Cecilia opuściła łóżko Olivera o świcie i w pośpiechu udała się nad rzekę, żeby przekazać monety wygłodniałym dzieciom.

Pomyślała, że ich widok już zawsze będzie się jej kojarzył z Oliverem. We wspomnieniach wiele razy powróci do niej scena, gdy biegnie jej na pomoc, i nigdy nie zapomni jego uśmiechu.

Kiedy zasiądzie w ławach Notre Dame zasłuchana w brzmienie dzwonów lub podczas mszy, również nieodmiennie wspomni Olivera. Tak samo jak w Luwrze, gdzie w skupieniu wysłuchiwał jej wyznań o miłości do sztuki.

Po powrocie do siebie dotknęła palcami perły i pomyślała, że ilekroć włoży ten naszyjnik, to zawsze pomyśli o Oliverze.

Dzień z nim spędzony tak dobrze się jej kojarzył.

Jej pokój był dwa razy mniejszy od hotelowego salonu Olivera, ale dbała o czystość i w miarę możliwości usiłowała ożywić swoje cztery kąty. Na stole postawiła wazon z bukietem kwiatów, które pod wpływem impulsu kupiła od ulicznej kwiaciarki. W oknach wisiały koronkowe firanki, na które tygodniami oszczędzała.

Sięgnęła za siebie i rozwiązała sznurki na plecach, po czym zdjęła suknię przez głowę i odwiesiła. Następnie oswobodziła się z gorsetu i ułożyła przed sobą rzeczy zakupione w aptece przed powrotem do domu.

Tuż po ślubie z Duncanem marzyła o dziecku, lecz szybko zaczęła się modlić o to, by nigdy nie zajść w ciążę. Dowiedziała się, co robić, żeby zapobiec zapłodnieniu, ale wielokrotnie nie mogła oczyścić się po stosunku. Na szczęście nic się nie stało. Podejrzewała, że ciosy wymierzane przez Duncana uszkodziły organy wewnętrzne i ciąża już jej nie grozi. W tamtych czasach uznała to za błogosławieństwo.

Wślizgnęła się do łóżka i ukryła pod kołdrą, którą pozszywała ze ścinków odzieży nagromadzonej w latach małżeństwa. Szycie pomogło jej przetrwać najgorsze chwile.

Pogrążyła się w rozmyślaniach. Ostatniej nocy zasnęła tylko na moment. Leżąc w ramionach Olivera, wyglądała przez okno i odpędzała sen, żeby wstać wcześnie i wymknąć się niepostrzeżenie.

Bladym świtem wyśliznęła się z objęć kochanka, choć czuła się w nich bezpiecznie i nie miała ochoty rezygnować z ich ciepła. Najciszej, jak się dało, odszukała ubranie i na palcach przemknęła się do salonu. Na stole dostrzegła stosik wizytówek Olivera. Postanowiła zabrać jedną z nich jako pamiątkę po mężczyźnie, z którym spędziła wspaniały dzień. Ubrała się, chwyciła buty i po raz ostatni zajrzała do sypialni.

Był taki przystojny… We śnie całkiem się odprężył, dzięki czemu wyglądał jeszcze lepiej niż podczas ich spotkania. Miał potargane włosy, co przy jego urodzie tylko dodawało uroku. Cecilia wpatrywała się w niego przez długi czas, żeby na zawsze wrył się jej w pamięć.

Zaproponował, by spędzili ze sobą więcej dni. Kusił ją, gdy wciąż delektowała się rozkoszą, którą jej zapewnił. Mogła jednak pozwolić sobie tylko na jeden dzień zapomnienia. Jeden wspaniały dzień.

Gdyby przedłużyła ten czas, zawisłaby nad nią groźba, że przywiąże się do Olivera. To prawda, w takim związku na pewno zaznałaby cudownych rozkoszy, ale i cierpienia. Bo to nieuniknione. Szybko poddałaby się urokowi Olivera i wmówiła sobie, że go potrzebuje niczym powietrza, a on, zanim by się obejrzała, przejąłby nad nią całkowitą kontrolę i już niczego nie musiałby udawać. Innymi słowy, ujawniłaby się jego prawdziwa, agresywna natura.

Nie mogła ponownie przechodzić przez to piekło.

Mimo to, leżąc na swoim małym łóżku, marzyła o tym, by ponownie znaleźć się w objęciach Olivera. Tylko jemu udało się otworzyć drzwi, które Duncan zatrzasnął, zdawać by się mogło, na zawsze.

Musiała ponownie zamknąć je na klucz wraz z tak nagle i gwałtownie uwolnionymi uczuciami.

Tego wieczoru weszła do klubu przez tylne drzwi. Maison d’Eros znajdował się w pobliżu Palais-Royal, który o tej porze zmieniał się nie do poznania. Cecilia należała do tego świata i cieszyła się, że Oliver nigdy nie pozna tej bolesnej prawdy. Kurtyzany nocami wychodziły z teatru i spacerowały ze swoimi patronami, dzięki którym miały pewną, żeby tak to nazwać, pozycję. Natomiast prostytutki przechadzały się nieśpiesznie, polując na klientów.

Cecilia najpewniej stałaby się jedną z tych nieszczęsnych istot, gdyby nie uratował jej Vincent, jej jedyny sprzymierzeniec we Francji. Kiedy natknął się na nią w Palais-Royal, właśnie wydała ostatnie sou. Na próżno szukała jakiejkolwiek pracy. Żaden Francuz nie chciał zatrudnić angielskiej damy, chyba że do najgorszego i najbardziej niewdzięcznego zajęcia. Właśnie w takiej sytuacji znalazła się tamtej nocy.

Na szczęście Vincent ulitował się nad nią.

Kochany Vincent. Tylko przy nim czuła się bezpiecznie. Stał się jej przyjacielem od serca. Nigdy wcześniej nie spotkała kogoś takiego jak on. Uwielbiał wszystko, co kobiece, ale wolał mężczyzn. Wziął ją pod swoje skrzydła i sprowadził do Maison d’Eros, gdzie przekonał dyrektora, że warto dać jej posadę. Niedługo po tej rozmowie Cecilia zaczęła serwować drinki w zamian za napiwki.

– Musisz flirtować z bogatymi dżentelmenami, żeby kupowali więcej drinków i zostawiali ci wyższe napiwki – wyjaśnił Vincent i zademonstrował, jak należy to robić.

Radziła sobie, udając, że jest kimś innym, nie Cecilią Lockhart. Goście nazywali ją Coquette, i tak już zostało.

Coquette była odważna. Coquette zaczepiała mężczyzn i pokazywała, gdzie jest ich miejsce. Śmiała się z ich niemądrych żarcików i podziwiała ich za przechwałki. Potrafiła śpiewać wyzywające piosenki i uwodzicielsko tańczyć. Coquette mówiła tylko po francusku.

Stała się rozpoznawalna i panowie zabiegali o jej względy, ale Vincent obmyślił inny plan.

– Wiem, co musisz zrobić, żeby zyskać sławę w Paryżu! Zostaniesz najbardziej ekskluzywną kurtyzaną w mieście – poinformował ją.

Rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy, gdyż napiwki ledwie wystarczały na życie, mimo to pokręciła głową.

– Powiedziałam ci już, Vincent. Nie chcę być kurtyzaną. Sypianie z obcymi mężczyznami to dla mnie coś okropnego. – Wzdrygnęła się z obrzydzeniem.

– Dla ciebie okropnym, dla mnie rozkosznym. – Przyłożył rękę do serca. – Ale mniejsza z tym. Zaręczam ci, że nie będziesz musiała z nikim dzielić łoża.

– Jak można być kurtyzaną i nie uprawiać seksu? – zapytała zdumiona.

Wszystko jej wyjaśnił.

I tak oto Coquette została Madame Coquette, najbardziej wybredną kurtyzaną w Paryżu, która sprzedawała swoje wdzięki tylko dwa razy w tygodniu, w rzeczywistości wcale tego nie robiąc.

Tego wieczoru Vincent powitał ją w pokoiku na zapleczu. Był ubrany w fioletowy frak, granatową kamizelkę i jaskrawożółty fular. Taki strój wkładał do pracy. Jasne włosy kręciły się wokół jego chłopięcej buzi, usta i policzki podkreślił na bladoróżowo.

– Madame Coquette, cherie! – Ucałował ją w oba policzki. – Wyglądasz olśniewająco.

– Podobnie jak ty, mon cheri. – Z nieskrywaną sympatią pocałowała go w równie afektowany sposób.

– Kogóż to zabawiasz dziś wieczorem, ma belle?

– Pana Legranda.

Legrand był bogatym kupcem i za wszelką cenę usiłował wkupić się w łaski osób, które doszły do władzy po restauracji monarchii. Powiadano, że nadskakiwał samemu księciu Wellingtonowi, ale gdy okupacja dobiegała końca, zwrócił się ku Francuzom szykującym się do przejęcia rządów. Bez wątpienia zarezerwował noc z Madame Coquette po to, by zrobić wrażenie na wpływowych znajomych.

– Legranda – powtórzył Vincent. – Nie jest dla ciebie żadnym wyzwaniem. W okamgnieniu owiniesz go sobie wokół palca.

Cecilia zmarszczyła brwi i spytała na wszelki wypadek:

– Ale Hercule będzie w pobliżu, prawda?

Hercule, wielki, mocarny i groźny mężczyzna, pracował jako wykidajło. Pilnował, by żadnej z pracujących dziewcząt nie spotkała krzywda i zawsze przebywał w zasięgu głosu.

– Ależ oczywiście. – Vincent wziął ją pod rękę. – Pora przeistoczyć się w Madame Coquette.

Weszli po schodach dla pracowników do pokoju na pierwszym piętrze, gdzie garderobiana ułożyła włosy Cecilii i lekko uróżowiła policzki oraz usta.

– Którą suknię wybierasz na tę noc, Coquette? – spytała.

– Poproszę o czerwoną.

Czerwona suknia była uszyta z delikatnego jedwabiu, z haftowanymi na złoto rękawami, dekoltem i rąbkiem. Cecilia nie zdecydowałaby się na tak głęboki dekolt, ale dla Madame Coquette wydawał się idealny. Jej suknie doskonale pasowały do luksusowej kurtyzany, lecz nie były jej własnością. Zapłacił za nie dyrektor klubu.

Ubrana w suknię i pantofelki Cecilia powiedziała garderobianej „au revoir” i wyszła z Vincentem na korytarz. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko spotkać się z klientem.

Vincent stanowczym gestem położył dłonie na ramionach Cecilii i popatrzył jej głęboko w oczy.

– Weź głęboki oddech – zakomenderował. – Wciągnij powietrze, Madame Coquette!

Posłusznie nabrała powietrza w płuca, zamknęła oczy i w jednej chwili przemieniła się w swoje alter ego. Dumnie uniosła brodę, otworzyła oczy i skinęła głową Vincentowi, który obrócił ją ku drzwiom prowadzącym do salonu i lekko pchnął.

Zmysłowo kołysząc biodrami, weszła do środka i ruszyła prosto do klienta.

Na jej widok wytrzeszczył oczy i rozchylił usta, niemal wylewając wino z kieliszka. Dopiero kiedy znalazła się tuż przy nim, przypomniał sobie, że dobry obyczaj nakazuje stać w towarzystwie damy.

– Panie Legrand – powiedziała głosem niższym niż zazwyczaj, dobitnie akcentując „grand”. – Mam przyjemność zabawiać pana tej nocy.

 

Legrand był mężczyzną po pięćdziesiątce i niewątpliwie lubił konsumować owoce swojej pracy. Jego zaokrąglony brzuch napierał na guziki starannie skrojonej kamizelki. Nos Legranda przybrał czerwoną barwę, typową dla wielbiciela wina, a tłuste, obwisłe policzki przysłaniały szyję. Mimo to zachowywał się tak, jakby wiedział z niezachwianą pewnością, że kobiety uważają go za adonisa. Nic dziwnego, że wiele kurtyzan zaczynało karierę w teatrze. Trzeba być nie lada aktorką, aby udawać przed takim mężczyzną, że w jego towarzystwie czują się wprost wniebowzięte.

Legrand zapłacił krocie za tę noc z Madame Coquette, ale dyrektor Maison d’Eros zgarnął lwią część zarobku Cecilii. Oszczędzała na skromne lokum, najlepiej w Anglii, za którą bardzo tęskniła. Po pięknych chwilach spędzonych z Oliverem jeszcze bardziej zapragnęła tam wrócić. Wiedziała, że czeka ją jeszcze dużo wyrzeczeń i lata oczekiwania. Przez ostatnie półtora roku umacniała reputację Madame Coquette, ale zdołała uskładać tylko na podróż do Anglii.

– Czy przejdziemy do mnie? – Wzięła Legranda pod rękę.

– Tak. Tak… – wyjąkał.

Zaprowadziła go na drugie piętro, do pokoju, z którego nie tylko ona korzystała. W inne noce bywał tu Vincent.

Skinęła dłonią, żeby Legrand otworzył drzwi, po czym wyminęła go i weszła pierwsza. Na ścianach wisiały draperie z czerwonego jedwabiu, a szezlong i sofy były obite biało-złotym adamaszkiem. Mahoniowe stoliki inkrustowano złotem w egipskie motywy, które stały się popularne po wyprawie Napoleona do Egiptu. W zasięgu ręki były kryształowe karafki z winem i brandy, butelki szampana, a także półmiski winogron i sera.

Najważniejszym meblem w pomieszczeniu było imponujące łoże z kapami oraz białym baldachimem, z gustownym wykończeniem w postaci złotych frędzli. Suknia Cecilii znakomicie pasowała do wnętrza, niczym element przemyślanego wystroju.

Legrand zamknął drzwi i rzucił się na Cecilię, próbując przywrzeć ustami do jej ust.

Odepchnęła go stanowczo.

– Ależ mój panie! – zawołała z wielkim oburzeniem. – To niedopuszczalne! Zachowuje się pan jak podniecony ogar! Nie zgadzam się na taki brak szacunku.

– Proszę o wybaczenie – wymamrotał skruszony Legrand. – Nie mogłem się powstrzymać. Już sam pani widok rozbudza we mnie ogień, którego nie sposób ugasić.

Cecilia poprawiła suknię.

– W takim razie proponuję, żeby wziął się pan w garść – oznajmiła wyniośle. – Proszę pamiętać, na jakie warunki pan przystał. Zapłacił pan za mój czas, lecz to koniec. Jeśli pan pragnie czegoś więcej, musi pan mnie zdobyć.

Właśnie na tym polegał fenomenalny podstęp Vincenta. Klienci musieli przekonać Cecilię, by zgodziła się z nimi zlec w łożu rozkoszy, a ona obiecywała im niesłychane uniesienia.

Naturalnie, nigdy nie dała się skusić.

– Cóż mogę zrobić, by sprawić pani przyjemność? – dopytywał się Legrand.

Cecilia opadła na jedną z sof.

– Przede wszystkim niech pan naleje mi szampana i zabawi mnie błyskotliwą pogawędką.

– Tak, naturalnie. – Legrand niemal potknął się o własne nogi, gdy w pośpiechu szedł otworzyć butelkę.

Szampan zawsze sprawiał, że Madame Coquette łatwiej było udźwignąć swoją rolę.

Legrand paplał o tym, że swego czasu był doradcą Talleyranda, francuskiego polityka, który potrafił utrzymać się w kręgach władzy od Ludwika XVI, przez rewolucję i czasy napoleońskie, aż do obecnej restauracji.

Cecilia pomyślała kpiąco, że Talleyrand z pewnością nie miał nic lepszego do roboty, jak tylko przyjmować rady od tak śmiesznego jegomościa.

– Talleyrand. – Prychnęła wzgardliwie. – To ten, któremu nie ufa nikt, kto ma choć trochę oleju w głowie, prawda? Zdradził Francję, i to niejeden raz. Czy mam pana podziwiać za bliskie kontakty ze zdrajcą?

Gdyby zmieszał Talleyranda z błotem, wtedy wychwalałaby tego polityka jako wybitnego męża stanu i żarliwego patriotę. Legrand nie wiedział, że cokolwiek powie lub zrobi, Madame Coquette zawsze będzie niezadowolona. Nie miał szans zdobyć jej względów. Na tym polegała cała sztuczka.

Niezrażony próbował dalej. Usiłował zrobić na niej wrażenie swoim bogactwem oraz sukcesami kupieckimi. Cecilii może i zrobiłoby się żal tego człowieka, gdyby nie to, że zapłacił za względy kobiety tylko po to, by popisywać się przed znajomymi.

Rozmowa dobiegła końca, więc Legrand postanowił uciec się do pochlebstw.

– Madame… – Westchnął z zachwytem. – Pani piękna skóra aż się prosi o to, by ją głaskać. Jest pani najbardziej olśniewającą spośród wszystkich paryskich kurtyzan. Za tę noc z panią chętnie dałbym dwakroć, nawet trzykroć więcej.

Cecilia żałowała, że dyrektor nie podwyższył ceny. Postanowiła z nim porozmawiać, żeby nie sprzedawał jej wdzięków zbyt tanio.

– Doprawdy, bardzo mi pan pochlebia. – Skłoniła głowę i zgodnie z sugestią Vincenta zatrzepotała rzęsami.

– Proszę, błagam panią. – Wpatrywał się w nią pożądliwie. – Proszę przy mnie usiąść.

– Z przyjemnością. – Kryjąc niechęć, Cecilia usiadła na szezlongu.

Legrand otoczył ją ramieniem.

– Teraz lepiej – zamruczał. – O wiele lepiej.

Udała, że wzdycha.

– Czy zechciałby pan nalać mi jeszcze trochę szampana? – spytała.

– Więcej szampana? – Wydawał się zarazem zaskoczony i rozczarowany. – Jak pani sobie życzy.

– Niech pan naleje także sobie. – Uśmiechnęła się słodko.

Legrand odkorkował drugą butelkę i napełnił dwa kieliszki.

– Za tę uroczą noc. – Stuknęła kieliszkiem w jego kieliszek.

Wyprostował się z nadzieją.

– Za tę noc – powtórzył.

Wypił jednym haustem i ponownie otoczył ją ramieniem. Gdy Cecilia sączyła bez pośpiechu, pogłaskał ją po ręce, a potem zebrał się na odwagę i położył dłoń na jej kolanie.

– Czy mogę panią pocałować? – spytał i zachęcony brakiem sprzeciwu ze strony Cecilii, zaczął ugniatać jej udo.

Spokojnie dopiła trunek i uśmiechnęła się przyzwalająco.

– Ależ naturalnie – odparła.

Przycisnął suche, cienkie i zwiotczałe wargi do jej ust, jednocześnie chwytając ją w ramiona.

Cecilia znieruchomiała, a moment później zakasłała raz, drugi i trzeci. Stropiony Legrand puścił ją i odsunął głowę.

– Czy mogę coś dla pani zrobić? – zaniepokoił się. – Może jeszcze szampana?

Skinęła głową i ponownie zaniosła się kaszlem.

Ręce Legranda się trzęsły, kiedy nalewał następny kieliszek. Cecilia wyjęła mu go z dłoni i wypiła szybko, jakby dręczyło ją pragnienie.

– Proszę mi wybaczyć, panie Legrand – powiedziała z trudem, gdy tylko doszła do siebie. – Próbowałam… Starałam się…

Zawiesiła głos i nadstawiła się do następnego pocałunku, a Legrand ochoczo skorzystał z okazji. Tym razem otworzył usta.

Cecilia parsknęła i znowu się odsunęła.

– Czy pan umył zęby? – zapytała.

– Czy ja… zęby? – Wyraźnie był zbity z tropu.

– Bardzo mi przykro, ale ten smak… ten zapach z pańskich ust… przyprawia mnie o kaszel! – Ponownie sięgnęła po szampana.

Legrand przyłożył dłoń do ust i chuchnął, usiłując powąchać własny oddech.

– Niestety, nie mogę pana całować. – Zmarszczyła brwi. – Bardzo żałuję, lecz to wykluczone.

Przysunął się do niej.

– Możemy kontynuować bez całowania – zauważył.

Nie protestowała, kiedy ją głaskał, pieścił piersi i przesuwał po niej dłonie. W końcu jednak odepchnęła go z niespodziewaną stanowczością i oznajmiła:

– To na nic, panie Legrand – oznajmiła. – Ponad wszelką wątpliwość jest pan dżentelmenem w każdym calu i zrobił pan na mnie ogromne wrażenie swoim majątkiem oraz wpływami. Tak się jednak składa, że muszę coś czuć do mężczyzn, których wpuszczam do łóżka. Muszą wywoływać we mnie głębokie emocje, a pan, i mówię to z żalem, nie zdołał tego uczynić.

Zrobił taką minę, jakby go spoliczkowała.

To był niebezpieczny moment. Musiała bardzo uważać z roznamiętnionymi mężczyznami, których odtrąca. W takich chwilach często przydawał się Hercule.

– Jestem przekonana, że nigdy dotąd nie znalazł się pan w podobnej sytuacji – ciągnęła. – Tak wspaniały mężczyzna jak pan… Sama nie wiem, co jest ze mną nie tak.

– W istocie, nigdy mnie to nie spotkało – prychnął. – Kobiety mnie lubią i cenią. Liczne kobiety.

– Wcale w to nie wątpię – odparła kojącym tonem.

– Może jednak spróbujemy kontynuować? – Popatrzył na nią z nadzieją. – Nie będę miał pani za złe, jeśli… jeśli ominie panią przyjemność.

– Ależ panie Legrand! – Udała, że jest zbulwersowana. – Mam pana zaspokoić cieleśnie i nie czerpać przy tym satysfakcji?

– Cóż…

– Nie. – Pokręciła głową. – To nie wchodzi w grę. Chyba pamięta pan umowę? – Zasady towarzyszące nocy z Madame Coquette były jasne. – Muszę poczuć to w sobie i zapragnąć kochać się panem, a teraz po prostu nie mogę. Dostanę kolejnego napadu kaszlu, a wiem, że nie życzyłby pan sobie tego, prawda?

– Prawda… – Potarł twarz. – Ale ja już powiedziałem wszystkim swoim przyjaciołom…

– Powiedział pan przyjaciołom, że spędzi ze mną noc? – spytała, jakby nie wierzyła własnym uszom.

Skinął głową. Wydawał się przerażony widmem kompromitacji.

Cecilia poklepała go po dłoni.

– To nie pana wina. Wszystko przeze mnie.

Zawsze starała się wziąć winę na siebie. Wolała nie upokarzać mężczyzn, nawet tych, których uważała za szczególnie antypatycznych.

– Nikt w to nie uwierzy. – Legrand wydął wargi niczym rozkapryszone dziecko. – Wielu z nich przyszło tu ze mną, są w pokoju karcianym. Jeśli zobaczą, że tak wcześnie wychodzę…

– A więc w żadnym razie nie powinien pan jeszcze wychodzić! – zawołała stanowczo. – Pozostaniemy tutaj przez całą noc, aż do brzasku. Czy to panu odpowiada?

– Do brzasku – powtórzył po namyśle. – To ma sens. Mniej więcej o tej porze żona będzie oczekiwała mnie w domu.

Cecilia pomyślała, że na tych mężczyzn zawsze czeka w domu nieszczęsna małżonka.

– I niech pan powie przyjaciołom to wszystko, co zrobi na nich wrażenie – dodała. – Natomiast jeśli o mnie chodzi, to tym wszystkim, których to zaciekawi, wspomnę o pełnych namiętności chwilach spędzonych z panem, a bardziej dociekliwym wyjawię, że pański kunszt w sztuce kochania jest po prostu imponujący. I jestem pewna, że nie skłamię, bo mam absolutną pewność, że jest pan wytrawnym, pełnym inwencji i temperamentu niestrudzonym kochankiem. Dlatego tak bardzo ubolewam, że kaszel nie pozwolił mi się o tym przekonać. Sam pan rozumie, ten zapach…

– W istocie, damy bardzo mnie chwalą.

– Również i ja bardzo bym pana chwaliła, to pewne. – Znowu poklepała go po tłustej dłoni.

Zarumienił się z dumy, jakby dzięki niemu wspięła się na wyżyny rozkoszy.

Cecilię nieodmiennie zdumiewało, jak łatwo można zniechęcić dżentelmenów do amorów, gdy wmawia się im rzekomą jurność. Może w głębi ducha zaczynają się obawiać, że nie sprostają tym oczekiwaniom? Było coś jeszcze. To, co przyjaciele Legranda pomyślą o jego nocy z kurtyzaną, ma dla niego większe znaczenie, niż prawdziwe łóżkowe wyczyny.

– No tak, ale co będziemy robili przez resztę nocy? – zapytał już nieco odprężony Legrand.

Cecilia wysunęła szufladę i wyjęła z niej talię kart.

– Będziemy grać w pikietę! – oświadczyła entuzjastycznie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?