Dobre pochodzenie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diane Gaston
Dobre pochodzenie

Tłumaczenie:

Piotr Budkiewicz

Prolog

Paryż, 1816 rok

– Nie żyje? – powtórzyła Cecilia Lockhart.

Stała w drzwiach nędznego pokoiku w Paryżu, choć jej mąż uważał, że powinna dziękować Bogu za tak komfortowy lokal. Zza zamkniętych drzwi sąsiednich mieszkań dobiegały wrzaski niemowląt, odgłosy małżeńskiej awantury i zawodzenie starej kobiety. W powietrzu unosiła się ciężka woń gotowanego mięsa przemieszana z nieznośnym fetorem moczu i potu.

Kapitan 52 Pułku Piechoty tkwił na korytarzu, unikając wzroku Cecilii.

– Zginął z ręki Francuza, z którym się pojedynkował – oświadczył, nie kryjąc dezaprobaty. Cecilia wiedziała, że w tym pułku pojedynki były zakazane. – Wygląda na to, że wcześniej nie wylewał za kołnierz.

Ani trochę w to nie wątpiła. Duncan lubił sporo wypić.

– O co poszło? – Westchnęła. – Oszukiwał podczas gry w karty? Obraził francuską armię?

Kapitan, nim odparł, z zakłopotaniem przestąpił z nogi na nogę.

– Słyszałem, że Francuz zastał swoją żonę w łóżku z porucznikiem Lockhartem.

Poczuła ukłucie w sercu, choć właściwie nie wiedziała dlaczego. Jedno upokorzenie mniej czy więcej, co za różnica? To tylko kolejny policzek.

– Co teraz? – Spojrzała na kapitana.

– Pochowamy go, a pani może wrócić do domu. Czy wystarczy pani pieniędzy na podróż? – spytał bez cienia współczucia. Zapewne obawiał się, że będzie musiał wraz z kolegami wspomóc wdowę po poruczniku.

– Niczego nie potrzebuję. – W każdym razie nie od was, dodała w myślach. – Proszę robić, co do pana należy. Dziękuję za informację.

Skinął głową na pożegnanie i odszedł, a Cecilia zamknęła drzwi i przycisnęła do nich czoło. Niemowlęta darły się wniebogłosy, staruszka zawodziła coraz głośniej, małżeństwo wyzywało się od najgorszych.

Po chwili stukot kroków kapitana na drewnianych schodach ucichł.

Cecilia poczuła się tak, jakby zza ciemnych chmur, które od dawna ją spowijały, w końcu wyszło słońce. Odzyskała wolność. Duncan zniknął z jej życia i nigdy nie wróci. Nie musiała już obawiać się ciosu jego pięści. Nie będzie tłukł nią o ścianę. Koniec z cierpieniem i ukrywaniem sińców.

Zostało jej bardzo mało pieniędzy, a Duncan zadbał o to, by nie miała przyjaciół. Wiedziała, że nikt w Anglii nie powita jej z otwartymi ramionami.

A jednak choć samotna i niemal bez środków do życia przebywała w obcym kraju wśród ludzi, którzy jeszcze niedawno uważaliby ją za śmiertelnego wroga, wcale nie wpadła w czarną rozpacz ani nie ogarnęła jej panika.

Cecilia Lockhart oddychała pełną piersią i delektowała się wolnością.

Rozdział pierwszy

Paryż, sierpień 1818 roku

Oliver Gregory spacerował brzegiem Sekwany, obserwując, jak różowy świt spowija okoliczne budynki, a nieśmiałe promienia słońca odbijają się w wodzie. Pomyślał, że w przeciwieństwie do Paryża, o tej porze dnia Londyn kojarzył się raczej z mrocznym labiryntem uliczek i sklepów.

Natomiast Kalkuta… Och, miasta, w którym urodził się Oliver, nie można opisać słowami, chyba że wyszeptanymi w hindi.

Usiłował przypomnieć sobie egzotyczne dni dzieciństwa i uśmiechniętą kobietę w pastelowych jedwabiach, która trzymała go w ramionach, nazywając pyaare bete, swoim słodkim chłopcem.

Tak chciał poukładać sobie życie, by oderwać się od smutku po utracie tego, co kochał. Uznał, że może to osiągnąć, gdy założy organizację, która umożliwi dżentelmenom zaspokajanie cielesnych potrzeb. Oliver był współwłaścicielem Vitium et Virtus, czyli Rozpusty i Cnoty, ekskluzywnego klubu, który wraz z trojgiem przyjaciół otworzył jeszcze w Oksfordzie. Klub Rozpusta i Cnota specjalizował się w dostarczaniu członkom dekadenckich rozrywek, począwszy od pięknych kobiet i wybornej brandy, aż na hazardzie skończywszy.

I pomyśleć, że właśnie wyszedł z pewnego paryskiego klubu, przy którym Rozpusta i Cnota wydawał się nie tyle nawet umiarkowany, co wręcz pruderyjny! Wciąż był pod wrażeniem tego, co zobaczył. Specjalizowano się tam w dostarczaniu rozkoszy cielesnej poprzez zadawanie bólu. Potrafił to docenić, ale wszystko miało swoje granice. Ci żądni doznań paryżanie flirtowali ze śmiercią!

Przypomniał sobie, że w Indiach widział, jak niemal nagi mężczyzna połyka węża, a inny biega boso po rozżarzonych węglach.

Przenikliwy krzyk wyrwał go z rozmyślań. Chmara urwisów obskoczyła jakąś kobietę, ciągnęła ją za suknię i hałaśliwie domagała się pieniędzy. Oliver widział kiedyś, jak młodociani ulicznicy z Kalkuty napadli na przypadkowego przechodnia i w okamgnieniu rozebrali go do naga. Podobny los mógł spotkać każdego spacerowicza w Paryżu bądź Londynie.

Arretez! Arretez! – wrzasnął, rzucając się na pomoc nieszczęsnej damie. – Przestańcie!

– Nie! Nie! – Kobieta uniosła ręce, a dzieci rozpierzchły się na wszystkie strony.

Gdy Oliver dobiegł na miejsce, nieznajoma wzięła się pod boki.

– No i co pan najlepszego narobił?! – naskoczyła na niego.

– Jest pani Angielką? – wyjąkał zaskoczony.

– Uciekły! – Z irytacją wskazała pustą przestrzeń.

– To chyba dobrze, że zdołałem przepłoszyć tę zgraję uliczników – niepewnie tłumaczył się Oliver. – Zaatakowali panią!

Popatrzyła na niego ciężkim wzrokiem.

– Nikt mnie nie zaatakował – prychnęła. – Rozdawałam im pieniądze, żeby kupili sobie coś do jedzenia.

– Rozdawała pani pieniądze łobuzom? – spytał w osłupieniu. – Czy to roztropne?

– Z pewnością roztropniejsze, niż bezczynne przyglądanie się, jak kradną z głodu! – wycedziła, a jej oczy rozbłysły.

– Proszę mi wybaczyć – wydukał skruszony. – Hm… Może przywoła ich pani z powrotem?

– Wykluczone, są zbyt przerażeni. Uciekli.

– Strasznie mi przykro. – Pokręcił głową.

– Cóż, wrócę jutro – westchnęła dama i ruszyła przed siebie.

– Proszę zaczekać! – Dogonił ją. – Cóż takiego Angielka robi bladym świtem nad Sekwaną?

– Czy ma pan kłopoty z pamięcią? – W jej oczach zamigotały szelmowskie ogniki. – Rozdawałam monety łobuziakom, dopóki pan ich nie przepłoszył.

Pomyślał, że ta kobieta jest prześliczna. Miała piękne oczy z długimi, ciemnymi rzęsami oraz brwi wygięte w łagodny łuk. Do tego uwagę przyciągały jej pełne wargi, elegancki nos i owalna twarz. Nosiła czepek, ale w coraz mocniejszym świetle poranka zorientował się, że jej suknia jest granatowa i pięknie się komponuje z jej urodą.

– A cóż takiego Anglik robi bladym świtem nad Sekwaną? – spytała kpiąco.

– Usiłuję ratować damy w potrzebie – wyjaśnił z uśmiechem.

– Więc niech szuka pan dalej, bo ja w potrzebie nie jestem – roześmiała się.

– Niemniej pozostaję do usług. – Ukłonił się.

Nie zatrzymała się, więc szedł za nią.

– Jak mniemam, korzystając z zakończenia wojny, delektuje się pan rozkoszami Paryża? – odezwała się po chwili.

– Prawdę mówiąc, jestem tu w interesach. – Nie dodał, że jego interesy to w gruncie rzeczy czysta przyjemność. – A pani?

Moi? – Zatrzepotała rzęsami. – Mieszkam tutaj.

– Można przypuszczać, że tak piękna angielska dama jak pani mogłaby długo opowiadać o tym, co skłoniło ją do zamieszkania w Paryżu.

– Właściwie dlaczego uważa mnie pan za damę? – Podejrzliwie zerknęła na niego.

– Łatwo to wywnioskować. Nosi się pani w szlachetny sposób i wysławia jak na bywalczynię salonów przystało.

Wzruszyła ramionami i oświadczyła kapryśnie:

– I tak nic panu nie powiem.

Nie zamierzał nalegać. Rozumiał jej potrzebę prywatności, ale nie chciał jeszcze odchodzić.

– Mam propozycję. Zapraszam panią na śniadanie.

– Dlaczego miałabym jeść śniadanie z nieznajomym? – spytała z kpiącym uśmieszkiem.

– Racja. W takim razie pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Oliver Gregory, moim ojcem jest markiz Amberford. – Nigdy nie dodawał nic więcej. Ludzie, którzy nie znali jego ojca, zwykle dochodzili do wniosku, że Oliver jest młodszym synem arystokraty. – Formalności stało się zadość.

Tym razem w jej śmiechu słychać było szczere rozbawienie.

– Teraz znam jedynie pana godność, a przynajmniej tę, którą raczył mi pan podać.

– Gwarantuję, że to moje prawdziwe imię i nazwisko. – Gdy uniosła brwi i pokiwała głową z demonstracyjnym powątpiewaniem, dodał z naciskiem: – Mówię prawdę, zapewniam panią.

– To bez znaczenia.

– No dobrze… – Westchnął. – Więc co z tym śniadaniem? Obiecuję tryskać dowcipem. Możemy zasiąść w kawiarnianym ogródku, jeśli poprawi to pani humor.

– Zaprasza mnie pan do kawiarni? – upewniła się.

– Wedle pani uznania. Proszę wybrać tę, która pani najbardziej odpowiada.

– Doskonale – odparła po namyśle. – Ale musi pan także dać mi kilka monet dla dzieci. Jutro będę jeszcze bardziej wygłodniałe.

– Proszę. – Wyjął z kieszeni skórzaną sakiewkę i wysypał monety na dłoń.

Dama zgarnęła pieniądze, włożyła je do torebki i oznajmiła:

– Znam jedno miejsce, gdzie możemy zjeść śniadanie.

Poprowadziła go obok La Fontaine du Palmier, pomnika ku czci napoleońskich bitew w Egipcie, na Place du Chatelet, do kawiarenki, która właśnie otwierała podwoje. Usiedli na zewnątrz, gdyż robiło się ciepło i niebo było błękitne, więc zapowiadał się idealny dzień.

– Mają tu wyborne ciasta – stwierdziła dama.

 

– Ciasta. – Przewrócił oczami. – Dokądkolwiek pójdę w Paryżu, wszędzie tylko ciasta i ciasta. A ja nie przepadam za słodyczami.

– Może zatem chleb z serem? – zaproponowała.

Ah, oui. C’est bon. – Uśmiechnął się. – I kawa.

Kelner zjawił się niemal natychmiast, a z jego szerokiego uśmiechu Oliver wywnioskował, że doskonale znał jego towarzyszkę. Wybrała dla siebie ciastko i czekoladę, a dla niego chleb z serem i kawę.

– Proszę mi powiedzieć, jakież to interesy sprowadziły pana do Paryża? – spytała uprzejmie.

Ze zdziwieniem poczuł, że nie chce wyjawiać prawdy z obawy przed dezaprobatą nowej znajomej. Zjawił się w Paryżu, by bliżej poznać dekadencję miejscowych klubów dla dżentelmenów i sprawdzić, jakie rozwiązania i pomysły można by wykorzystać w Rozpuście i Cnocie. Wyprawa nie okazała się równie owocna jak poprzednia, gdy poznał dorodną francuską śpiewaczkę o tycjanowskich włosach, gotową podjąć pracę w londyńskim przybytku.

Oliver zwykle nie przejmował się obiekcjami dam. Dla tych niewiast, które miały wobec niego zastrzeżenia, klub dla panów był najmniejszym problemem.

– Badam grunt i sprawdzam możliwości – odparł wymijająco.

– Możliwości? – W jej oczach dostrzegł nikły cień zainteresowania.

– Rozmawia pani ze mną jedynie przez grzeczność – zauważył wyzywająco.

– Owszem. – Gdy jej oczy rozbłysły, pomyślał że są koloru pierwszorzędnej brandy. – Niemniej i tak chciałabym wiedzieć, cóż to za możliwości.

– Biznes, proszę pani. – Odwrócił wzrok. – Niewiele jednak wskórałem.

Kelner przyniósł dzbanek z kawą, dzbanuszek ze śmietanką, cukiernicę, a także dzbanek z czekoladą i filiżanki, które zręcznie napełnił, po czym ukłonił się i odszedł niemal bezszelestnie.

Oliver dodał do kawy odrobinę śmietanki i skosztował napar.

– Wyborna – mruknął z uznaniem.

– Dlatego często tu przychodzę. – Uraczyła się czekoladą i westchnęła z zadowoleniem.

– Rozmowy o interesach nieodmiennie mnie nudzą – oznajmił, bawiąc się uszkiem od filiżanki. – Może chciałaby pani spytać mnie o coś innego?

– Jak rozumiem, mam wyrazić zdumienie, że nie wygląda pan jak Anglik?

Nie wiedział, czy to pytanie, czy stwierdzenie faktu.

Cóż, mógł się tego spodziewać. Kobiety zawsze interesowało, dlaczego ma tak ciemną skórę i włosy, a ta dama była po prostu bezpośrednia.

– Innymi słowy, zastanawia się pani, dlaczego syn markiza wygląda jak przybysz z egzotycznego kraju.

– Doprawdy? – Uniosła brwi. – A może wcale się nad tym nie zastanawiam, tylko pan ma ochotę mi o tym opowiedzieć?

Doszedł do wniosku, że w istocie chciałby wyjawić tę cząstkę prawdy o sobie.

– Mój ojciec jest markizem, lecz matka pochodzi z Indii.

Zawiesił głos. Kobiety, z którymi spędzał większość czasu, uważały, że jest atrakcyjny dzięki egzotycznej powierzchowności, lecz tym razem rozmawiał z damą, a nie z kimś, kto chce tylko dzielić z nim z nim rozkosze nocy.

Szlachetnie urodzone matrony robiły, co mogły, by izolować go od córek na wydaniu. Nie zważały nawet na jego spory majątek. Inna sprawa, że niejedna z nich sama chętnie wskoczyła mu do łoża.

– To wiele tłumaczy. – Upiła łyk czekolady. – Czy urodził się pan w Indiach?

– Owszem. Wyjechałem stamtąd jako dziesięciolatek.

– Sporo pan pamięta. – Teraz wydawała się naprawdę zainteresowana.

– Jak najbardziej. – Wspominał dzieciństwo podczas porannej przechadzki, dopóki nie zauważył tajemniczej damy.

– Chętnie posłucham.

Zlizała czekoladę z warg, a Oliver niemal zapomniał o Indiach.

– Pamiętam dźwięki, zapachy i jaskrawe barwy – zaczął, gdy ponownie udało mu się zebrać myśli, i opowiedział jej o mężczyźnie zaklinającym węża, o fakirach, którzy sypiają na łożach nabijanych gwoździami lub spacerują po rozżarzonych węglach. Mówił o muzyce, śpiewie i tańcu, a także o rzeźbionych i malowanych podobiznach bogów, o wonnych ogrodach i chłodnych domach z miękkimi poduszkami.

Nie wspomniał jednak o matce ani o tym, że ojciec dzielił czas między dwa domy, indyjski oraz angielski, który stał po drugiej stronie ogrodu.

– Trudno mi to sobie wyobrazić. – Na jej twarzy malowało się ożywienie. – Chętnie pojechałabym zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Poczuł ucisk w brzuchu. Wiedział, że nigdy nie powróci w rodzinne strony i nie odświeży wspomnień z dzieciństwa.

– Paryż to dla pani za mało? – Uśmiechnął się z wysiłkiem.

– Paryż… nie okazał mi braku gościny – odparła zagadkowo, a na jej twarzy zagościł smutek.

Pomyślał, co może ukrywać ta fascynująca dama.

Kelner przyniósł jej ciastko francuskie z bitą śmietaną oraz konfiturą, a przed Oliverem postawił deskę serów i bochenek jeszcze ciepłego chleba.

– Paryż to piękne miasto. – Spróbowała śmietany. – O ile mi wiadomo, wiele budynków, pomników i dzieł sztuki mogło ulec zniszczeniu podczas rewolucji. Sporo przepadło, ale większość ocalała. Chwała za to Napoleonowi.

– Bez przesady – mruknął sceptycznie Oliver, a ona uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – Niemniej miasto jest rzeczywiście wspaniałe i powinienem zwiedzić je gruntowniej. – Dotąd bywał w miejscach cenionych za walory rozrywkowe, a nie architektoniczne. – Niestety został mi tylko jeden dzień…

– Doprawdy? – Opuściła widelczyk z kęsem ciastka.

– Jutro wyjeżdżam. Proszę mi powiedzieć, jakie miejsca powinienem zwiedzić w tym krótkim czasie.

Dama poprawiła się na krześle i odparła z zapałem:

– Po pierwsze Notre Dame. To najpiękniejsza i najwspanialsza katedra w Paryżu. Musi pan też zajrzeć do Luwru, gdzie zgromadzono najważniejsze dzieła sztuki, które przed rewolucją były w pałacach arystokratów. Warto też obejrzeć Palais-Royal. Obecnie są tam sklepy i restauracje

Opowiadała jeszcze przez kilka minut, a gdy dokończyli posiłek, Oliver zapłacił kelnerowi iż ociąganiem wstał. Mógłby spędzić cały dzień w towarzystwie tej kobiety, choć jeszcze nie powiedziała mu ani słowa o sobie.

– Dziękuję za śniadanie – oznajmiła. – Bardzo dobrze się bawiłam.

– Podobnie jak ja, tajemnicza damo.

– Chyba nadszedł czas rozstania. – Ona również nie wydawała się zachwycona tą perspektywą.

– Chyba tak…

Zwolnili stolik, ale przystanęli na chodniku. Miasto już tętniło życiem, na ulicach zaroiło się od powozów. Wszędzie było pełno ludzi śpieszących do swoich zajęć.

Oliver chwycił tajemniczą damę za łokieć i odsunął na bok.

– Proszę jeszcze nie odchodzić. – Spojrzał na nią błagalnie. – Zależy mi na pani towarzystwie. Moglibyśmy razem obejrzeć miejsca, o których tak cudownie pani opowiadała.

Cecilia popatrzyła mu w oczy. Miał twarz, która łatwo zapadała w pamięć, a w dodatku był przystojny, lecz nie to ją zafascynowało. Duncan też uchodził za atrakcyjnego mężczyznę i nic dobrego z tego nie wynikło. Teraz wiedziała już dobrze, że miły dla oka wygląd to za mało. Od mężczyzny należało oczekiwać czegoś więcej.

Nie zadawał jej zbędnych pytań, jakby czekał, aż sama się przed nim otworzy. To jej się spodobało. Zastanawiała się, czy spędzić dzień w jego towarzystwie. Nie miała żadnych planów czy zobowiązań na dzisiaj, a pan Gregory jutro wyjeżdżał. Egzotyczny wygląd Olivera przypadł jej do gustu i z przyjemnością wsłuchiwała się w jego angielski akcent, za którym tęskniła.

– Dobrze, oprowadzę pana po Paryżu – usłyszała swój głos i poczuła, jak uginają się pod nią nogi. – Zaczniemy od Notre Dame, gdyż jest w pobliżu, nawet stąd widać jej wieże.

– Zanim wejdziemy do środka, okrążymy świątynię, gdyż z każdej strony wygląda inaczej – powiedziała Cecilia, gdy zbliżyli się do katedry. – Aż trudno uwierzyć, że to jedna i ta sama budowla. Wzniesiono ją na planie krzyża, podobnie jak wszystkie katedry.

– Zna się pani na tym – zauważył z przyjaznym uśmiechem.

– Trochę… – Dziwne, ale jakby się speszyła tą pochwałą.

Miała sporo wolnego czasu, a najbardziej lubiła przychodzić do katedry, bo odnajdywała tu wewnętrzny spokój. Bywało, że odległa od zewnętrznego świata i głęboko zadumana krążyła tu całymi godzinami.

– A to są łuki przyporowe – wskazał palcem Oliver wyraźnie zadowolony z siebie. – Widzi pani? Też znam się trochę na architekturze.

Spacerując wokół katedry, rozmawiali o jej wyglądzie, budowie i historii, a gdy w końcu weszli do środka, dzwon wybił pełną godzinę i przed ołtarzem pojawił się ksiądz z ministrantami. Nadeszła pora mszy.

– Nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli zostaniemy? – Wiedziała, że wielu Anglików za nic nie wzięłoby udziału w katolickiej mszy.

– Ani trochę, zapewniam.

Zajęli miejsca w tylnej ławie z dobrym widokiem na ołtarz.

Lubiła uczestniczyć w nabożeństwie, gdyż czuła się trochę jak w kościele w swoich rodzinnych stronach. Wysłuchiwanie prowadzonej po łacinie mszy uspokajało ją i pomagało oderwać myśli od codziennych bolączek. Przynajmniej na ten krótki czas zapominała, jak dziwnie potoczyło się jej życie i jak bardzo doskwiera jej samotność.

Gdy msza dobiegła końca, Oliver ujął dłoń Cecilii.

– Cieszę się, że zostaliśmy – wyznał szczerze.

Spacerowali po wnętrzu, zachwycając się witrażami i posągami, aż wreszcie mieli już dosyć i ruszyli do wyjścia.

– Mam na imię Cecilia – przedstawiła się wreszcie, uznając, że nikomu nie stanie się krzywda, jeśli ten sympatyczny dżentelmen pozna jej imię.

Odkąd powiadomiono ją o śmierci męża, nie wyjawiła nikomu w Paryżu, jak naprawdę się nazywa. Teraz jednak zapragnęła przedstawić się dżentelmenowi, który w istocie rzeczy był dla niej kimś obcym, ale choć przez jeden dzień chciała być sobą, jak w tamtych czasach, gdy jeszcze nie uległa urokowi Duncana.

On zaś zachował się tak, jakby nie dostrzegł nic dziwnego w tym, że nagle wyjawiła mu swoje imię, tylko stwierdził rzeczowo:

– Skoro mam mówić ci po imieniu, to tego samego oczekuję od ciebie.

– Dobrze, Oliverze – wyszeptała.

– Cecilio. – Uśmiechnął się.

Nie wypadało, by dżentelmen i dama zwracali się do siebie tak poufale, chyba że znali się od dzieciństwa. Poznali się zaledwie kilka godzin wcześniej, ale w swoim towarzystwie czuli się jak starzy znajomi.

– Teraz powinniśmy udać się do Luwru – zasugerowała.

Chodziła tam, gdy pragnęła sobie przypomnieć, jak wiele niewiarygodnego piękna skrywa ten świat. Uwielbiała sztukę renesansu, w szczególności portret Mony Lisy. Pomyślała przy tym, że żaden ze znanych jej mężczyzn nie wybrałby się do muzeum, a jeśli już, to demonstracyjnie okazywałby niezadowolenie i znudzenie.

Czy Oliver naprawdę był taki, jakim się jej wydawał? A może tylko udawał, starannie skrywając prawdziwą naturę? Przecież sama dzień w dzień udawała kogoś, kim nie była.

Na zewnątrz usłyszeli, jak dzwon z wieży Notre Dame wybija czwartą, co uświadomiło Cecilii, że od wielu godzin nie mieli nic w ustach.

– W Palais-Royal są restauracje, jeśli zgłodniałeś – oznajmiła, chociaż sama przywykła do burczenia w brzuchu.

Gdy towarzyszyła Duncanowi podczas wojskowych misji, przyznawano jej połowę jego racji żywnościowych, ale przy każdej nadarzającej się okazji kochający małżonek zjadał także jej przydział, więc najczęściej obywała się smakiem. Do tego przekonała się na własnej skórze, że nie warto utyskiwać, bo można oberwać.

– Zjadłabyś coś? – zapytał troskliwie.

Przez cały dzień dbał o nią i spełniał jej zachcianki. Nie wiedziała, czy to jego technika uwodzenia, czy też naprawdę zależało mu na jej samopoczuciu.

– Szczerze mówiąc, umieram z głodu – wyznała.

– A zatem musimy coś przekąsić.

Podał jej ramię i spokojnym krokiem ruszyli w kierunku Palais-Royal, w którym niegdyś zamieszkiwał książę Orleański, a wcześniej kardynał Richelieu. Pałac znajdował się nieopodal miejsca, gdzie zarabiała na życie.

Nie. Cecilia Lockhart, która szła u boku prawdziwego dżentelmena z Anglii, nie zarabiała pieniędzy.

Tym zajmowała się Madame Coquette.