Małe miasto, wielkie kłamstwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

BIG LIES IN A SMALL TOWN

Copyright © 2019 by Diane Chamberlain.

All rights reserved.First published in the United States

by St. Martin’s Press,

an imprint of St. Martin’s Publishing Group

Projekt okładki

Danielle Christopher

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Źródło na okładce

© Ildiko Neer/Arcangel Images; Karina Vegas/Arcangel Images;

Fedorovekb/Shutterstock; Thomas Holt/Shutterstock

Zdjęcie autorki

John Pagliuca

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-544-5

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Książkę dedykuję Brittany Walls,

Alanie Glaves i Caitlin Campbell,

moim pasierbicom, artystkom

PROLOG

Edenton, Karolina Północna

23 marca 1940

W końcu przyszła wiosna, więc chociaż chłodne powietrze wciąż jeszcze szczypało w policzki, a przemarznięte trawy i chwasty kruszyły się z chrupotem pod stopami, dzieci pobiegły ochoczo na pola, piszcząc z radości: już niedługo będzie cieplej! Za polami ciągnął się las, a w lesie szemrał strumyk. Ciągnęło ich do wody, więc polecieli właśnie tam. Dziewczynka miała tylko trzy lata i nie była taka zwinna jak jej dwaj starsi bracia; potknęła się i wylądowała rączkami w zimnej wodzie, która trysnęła jej na buzię. Starszy z chłopców, nie chcąc, żeby mała zaczęła ryczeć, podniósł ją szybko i przytulił do piersi okrytej cienką marynarką, która w rodzinie przechodziła z kuzyna na kuzyna. I wtedy zobaczył, o co się potknęła. Odskoczył, wypuszczając dziewczynkę z rąk, chwycił brata za ramię i bez słowa wyciągnął rękę. Na ziemi leżał człowiek w przemoczonym do cna ubraniu. Jego twarz była woskowobiała, jak świece, które ich mama trzymała w domu i zapalała, kiedy nie było prądu, co zdarzało się często, mniej więcej co drugi dzień.

Młodszy chłopiec też się cofnął.

– Żyje? – zapytał szeptem.

Ich siostra wstała z ziemi i chciała podejść do leżącego, ale większy z braci złapał ją za rękę.

– A ty dokąd? – powiedział. – To zimny truposz. Patrzcie, o. – Pokazał palcem. – Głowę ma całą rozwaloną.

– Pryskajmy stąd! – zawołał młodszy i odwróciwszy się na pięcie, popędził ścieżką, którą przyszli. Starszy złapał siostrę pod pachę jak piłkę i szybko ruszył w jego ślady. Wiedział, że nie wolno nikomu pisnąć ani słówka. Nikomu, nawet mamie. Kolorowe dzieciaki i biały nieboszczyk? To nigdy nie wygląda dobrze. Lat mieli niewiele, ale tego zdążyli się już nauczyć.

Rozdział 1

MORGAN

Stanowy zakład karny dla kobiet

Raleigh, Karolina Północna

8 czerwca 2018

Ten korytarz zawsze tchnął chłodem, niezależnie od pory roku. Ściany z pustaków, a na podłodze linoleum, które niemiłosiernie piszczało pod podeszwami przydziałowych butów. Zamknięty tu człowiek nie domyślał się, że na zewnątrz jest czerwiec, wszystko kwitnie, idzie lato. Tylko że lato jest dla tych na wolności. Moje lato, już drugie, miało upłynąć za ścianami z pustaków. Starałam się o tym nie myśleć.

– Kto do mnie przyszedł? – zapytałam idącą obok strażniczkę. Nigdy nie miałam żadnych odwiedzin. Na rodziców przestałam już czekać, zresztą było mi wszystko jedno, przyjdą, czy nie przyjdą. Ojciec zjawił się raz, jakieś dwa tygodnie po tym, jak mnie zamknęli, ale chociaż nie minęło nawet południe, był już zalany i przez cały czas tylko się wydzierał, a potem zaczął się mazać po pijacku, co zawsze było dla mnie żenujące. Mama nie pokazała się nigdy. Dzień mojego aresztowania był dla nich jak lustro, w którym zobaczyli wszystkie swoje błędy i niedociągnięcia; odtąd przestałam dla nich istnieć, a oni dla mnie.

– Nie wiem, Blondi – odpowiedziała strażniczka. Była u nas nowa i nie wiedziałam, jak się nazywa, a identyfikator wisiał jej na szyi jakoś tak, że nie mogłam zobaczyć imienia, ale proszę, okazało się, że zna już moją więzienną ksywkę. Zresztą widać było, że ta praca to dla niej nie pierwszyzna. Zbyt swobodnie się czuła na tym więziennym korytarzu, a poza tym zdradzały ją oczy, z których dało się wyczytać wypalenie, znudzenie i zgorzknienie.

Szłam prosto do sali widzeń, ale strażniczka chwyciła mnie pod ramię.

– Nie tam – powiedziała. – Dzisiaj mam cię zaprowadzić tutaj. – Obróciła mnie w stronę salki do prywatnych odwiedzin, co natychmiast obudziło moją czujność. Czemu właśnie tam? To nie mogło oznaczać nic dobrego.

Za stołem przedzielającym ciasne pomieszczenie siedziały dwie ciemnoskóre kobiety. Obie w wieku czterdziestu–pięćdziesięciu lat. Zamiast więziennych uniformów miały na sobie eleganckie urzędowe kostiumy, jedna granatowy, druga jasnobrązowy. Spojrzały na mnie bez uśmiechu, a z ich twarzy nie dało się wyczytać absolutnie niczego. Usiadłam naprzeciwko, nie spuszczając z nich wzroku. Czy dostrzegły w moich oczach niepokój? To miejsce nauczyło mnie, że nikomu nie wolno ufać.

– O co chodzi? – zapytałam.

Kobieta w jasnobrązowym kostiumie wyprostowała się na krześle, kładąc dłonie na blacie stołu, starannie i równo.

– Nazywam się Lisa Williams – przedstawiła się. W klapie marynarki miała wpięty znaczek w kształcie małego domu i przypominała mi trochę Michelle Obamę. Włosy do ramion. Idealnie wyprofilowane brwi. Brakowało jej jednak niewymuszonego uśmiechu Michelle. Była jakby znudzona, a jednocześnie spięta.

– A to jest Andrea Fuller – dodała. – Adwokatka.

Andrea Fuller skinęła mi głową. Ona była jednak starsza, niż mi się wydawało. Pięćdziesiąt kilka lat, może nawet sześćdziesiąt. Nosiła krótkie afro, przetykane srebrnymi nitkami. Takie uczesanie nadawało jej poważny, zasadniczy wygląd. Na ustach miała ciemnoczerwoną szminkę.

– Nie rozumiem. – Potrząsnęłam głową, wodząc wzrokiem po tych niespodziewanych gościach. – Czemu zawdzięczam tę wizytę?

– Mamy propozycję, która pozwoli pani wyjść z więzienia – powiedziała kobieta, która przedstawiła się jako Lisa. Zauważyłam, że wpadł jej w oko mój tatuaż, wystający spod krótkiego rękawa jasnoniebieskiej więziennej koszuli. Sama zaprojektowałam ten wzór: misterna czarna koronka ozdobiona sznurami maleńkich perełek i błyszczącymi wisiorkami. – W przyszłym tygodniu upływa dla pani termin najniższego wymiaru kary, wynoszący jeden rok. Zgadza się? – zapytała, oderwawszy wzrok od mojej ręki.

Skinęłam lekko głową, czekając na ciąg dalszy. Owszem, odsiedziałam już minimalny wyrok, ale pełny wymiar mojej kary wynosił trzy lata. Z tego, co mi mówiono, wynikało, że zostanę tu jeszcze długo.

– Złożyłyśmy… Andrea i ja… wniosek o zwolnienie pani – powiedziała Lisa Williams.

– Dlaczego? – Zrobiłam wielkie oczy. – Przecież w ogóle się nie znamy.

Wiedziałam, że studenci prawa mają jakiś program, w ramach którego próbują wyciągać z więzienia niesłusznie skazanych ludzi, ale mnie to nie dotyczyło. Tylko ja uważałam, że ten wyrok był pomyłką.

Andrea Fuller odchrząknęła i odezwała się w końcu.

– Uzasadniłyśmy nasz wniosek tym, że posiada pani wyjątkowe kwalifikacje do wykonania pewnej pracy, którą chce pani zlecić Lisa. Wyjdzie pani na wolność pod warunkiem, że podejmie się pani tego zadania i…

– Wykona je w terminie – wtrąciła Lisa Williams.

– To prawda, zlecenie ma swój nieprzekraczalny termin – przytaknęła adwokatka. – Rzecz jasna, przez cały czas pracy będzie pani pozostawać pod nadzorem kuratora sądowego i wciąż obowiązuje panią spłata zadośćuczynienia rodzinie Emily Maxwell, czyli poszkodowanej przez panią dziewczyny, a poza tym…

– Zaraz. – Uniosłam dłoń, ale szybko opuściłam ją z powrotem, bo się trzęsła. Dziwne. – Nie tak szybko, proszę. Nie nadążam.

Pogubiłam się kompletnie, bo mówiły o wszystkim naraz. Moje wyjątkowe kwalifikacje? Niby jakie? W więzieniu pracowałam w pralni, gdzie nauczyłam się składać prześcieradła w równiutki kwadrat. Zmywałam też naczynia w kuchni, a było ich zawsze tyle, że od gorącej chlorowanej wody szczypały mnie oczy. Innych kwalifikacji nie posiadałam.

Lisa Williams zatrzymała rozmowę, unosząc dłonie, tak jak ja chwilę wcześniej.

– Zacznijmy od początku – powiedziała, wpatrując się we mnie. – Czy wie pani, kim był Jesse Jameson Williams?

Każdy to wiedział. Słysząc to nazwisko, momentalnie przeniosłam się myślami do National Gallery w Waszyngtonie. Cztery lata temu. Nie, pięć. Miałam siedemnaście lat i byłam jeszcze w liceum. Pojechaliśmy do Waszyngtonu na wycieczkę. Moja klasa już wychodziła z muzeum, ale ja koniecznie chciałam zostać, bo nowoczesna sztuka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Schowałam się więc w łazience, chociaż nie wiedziałam, dokąd idą. Zresztą w ogóle mnie to nie obchodziło. Mogłam być pewna, że oberwie mi się za to, ale powiedziałam sobie, że później będę się martwić. Dzięki temu mój pierwszy kontakt z malarstwem Jessego Jamesona Williamsa nastąpił sam na sam. Ten obraz dosłownie zwalił mnie z nóg: na szczęście stała tam ławeczka, jedyna w całej galerii. Przysiadłam na niej, żeby przyjrzeć mu się dokładniej. Nosił tytuł Spojrzenie. Rama była wysoka, miała co najmniej metr osiemdziesiąt, za to dość wąska. Mężczyzna i kobieta w czarnych wieczorowych strojach stali plecami do siebie na srebrzystym, rozmigotanym tle, tak blisko, że jego marynarka zlewała się w jedno z jej długą suknią. Oboje mieli ciemną skórę, ale cera mężczyzny była o kilka tonów jaśniejsza. Stał ze spuszczoną głową, jakby starał się spojrzeć za siebie, na swoją towarzyszkę, natomiast ona miała oczy szeroko otwarte i patrzyła prosto na mnie spłoszonym wzrokiem, jakby nie wiedziała, czy chce brać udział w tej scenie. Gdyby mogła mówić, pewnie wzywałaby pomocy. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, obeszłam galerię i znalazłam jeszcze kilka prac Williamsa, a potem w sklepie firmowym przejrzałam album z jego twórczością. Niestety, nie było mnie stać na niego, bo kosztował siedemdziesiąt pięć dolarów.

 

– To jeden z moich ulubionych malarzy – odpowiedziałam Lisie.

– Aha. – Po raz pierwszy na jej twarzy pojawiło się coś, co mogło uchodzić za uśmiech. – To bardzo dobrze, ponieważ moja propozycja ma wiele wspólnego z jego osobą.

– Nie rozumiem – powtórzyłam. – Przecież on nie żyje.

Czytałam o śmierci Williamsa w gazecie, już po wyroku, w więziennej bibliotece. Miał dziewięćdziesiąt pięć lat, a jego życie z całą pewnością można było uznać za spełnione, lecz mimo to zrobiło mi się smutno.

– Zmarł w styczniu – odparła Lisa, po czym dodała: – Jestem jego córką.

– Naprawdę? – Wyprostowałam się na krześle.

– Ostatnich dwadzieścia pięć lat swojego życia Jesse Williams poświęcił pomocy dla młodych twórców.

Skinęłam potakująco głową. O jego działalności charytatywnej też czytałam.

– Wspierał dobrze zapowiadających się artystów, którzy przeżywali trudności w domu albo w szkole, ale też takich, którzy po prostu szli w złym kierunku.

Czy to miało być o mnie? Że niby Jesse Williams zobaczył gdzieś moje prace i dostrzegł w nich coś obiecującego, coś, co umknęło moim nauczycielom?

– Czytałam kiedyś, że kilka lat temu pomógł jakiemuś nastolatkowi – powiedziałam. – Ale nie wiem, gdzie…

– Takich osób było wiele. – Lisa Williams machnęła dłonią ze zniecierpliwieniem. – Ojciec nigdy nie zajmował się więcej niż jednym młodym twórcą naraz. Zapewniał mu – czy też jej, bo były to również kobiety – fundusze i wsparcie potrzebne, aby zdobyć wykształcenie. Zajmował się wystawianiem prac tego artysty i robił wszystko, aby jego kariera nabrała rozpędu. – Przekrzywiła głowę. – Miał wielkie serce, ale lubił też manipulować ludźmi.

– To znaczy?

– Niedługo przed śmiercią zwrócił uwagę na panią – ciągnęła. – Miała pani zostać jego kolejną podopieczną.

– Ja? – Zmarszczyłam czoło. – Przecież nawet go nie znałam. Poza tym jestem biała. – Jakby na dowód tych słów uniosłam w palcach kosmyk moich prostych, jasnych włosów. – A on chyba pomagał tylko Afroamerykanom?

Lisa Williams potrząsnęła głową.

– Najczęściej, ale nie tylko. – Wzruszyła ramionami. – Mówiąc szczerze, to nie mam zielonego pojęcia, dlaczego zwrócił uwagę akurat na panią. Często wspierał artystów z Karoliny Północnej, więc to chyba był jeden z powodów… Bo pani pochodzi z Cary, prawda? Miał jednak mnóstwo innych osób do wyboru. Dlaczego postanowił być dobrym samarytaninem właśnie dla pani – tego nie wie nikt.

To było kompletnie bez sensu.

– Ale nawet gdyby nosił się z jakimiś zamiarami wobec mnie… czy też kogoś innego… – zająknęłam się – to chyba jego śmierć przekreśliła te plany?

– Niestety, nie. – Westchnąwszy ze znużeniem, Lisa Williams założyła za ucho kosmyk ciemnych włosów à la Michelle Obama. – Mój ojciec nawet zza grobu musi wszystkim rządzić. – Rzuciła okiem na adwokatkę i potrząsnęła głową, a ja czekałam, kurczowo splatając palce. Ta kobieta jakoś nie budziła mojej sympatii.

– Mieszkałam z nim – podjęła po chwili. – Byłam jego pierwszą opiekunką, a on nikł w oczach. Wiedząc, że koniec się zbliża, poprosił o spotkanie ze swoją adwokatką. – Wskazała skinieniem głowy Andreę Fuller. – I zmienił testament. Budował właśnie galerię sztuki w naszym rodzinnym Edenton. Oprócz własnych obrazów zamierzał tam wystawiać dzieła innych artystów i trochę prac studentów.

– Aha – mruknęłam, tak samo pogubiona co przedtem. – Czyli chciał wystawić jakiś mój obraz?

Może o to właśnie chodziło. Dowiedział się o mnie w ten czy inny sposób i postanowił pomóc mi w karierze – jeśli można to tak nazwać – poprzez swoją galerię. Nie, to absurd. Gdzie niby miał o mnie usłyszeć? Owszem, studiowałam na Uniwersytecie Karoliny Północnej, ale jakoś trudno mi było sobie wyobrazić, że któryś z moich nauczycieli mnie chwalił. Zresztą, co miałabym dać do wystawienia w tej galerii? Przejrzałam w pamięci moje obrazy. Wszystkie były u rodziców… o ile jeszcze ich nie wyrzucili, co wcale by mnie nie zdziwiło.

– Nie, to byłoby zbyt proste – odparła Lisa Williams. – Chciał zlecić pani renowację malowidła ściennego z lat czterdziestych zeszłego wieku i zastrzegł, że galeria nie może zostać oficjalnie otwarta, jeśli odnowione malowidło nie znajdzie się na swoim miejscu w głównym hallu. A otwarcie jest zaplanowane na piątego sierpnia.

To na pewno pomyłka. Z pewnością chodzi o kogoś innego. Moja szansa odzyskania wolności rozwiewała się w oczach. Odnowić malowidło ścienne? W dwa miesiące? Ja? Po pierwsze, nie miałam żadnego doświadczenia w konserwacji, a po drugie, przez blisko trzy lata studiów tylko raz namalowałam coś na ścianie. Była to prosta abstrakcja, nieduża, metr z hakiem na dwa i pół metra. Stworzyłam ją do spółki z kolegą, na pierwszym roku.

– Na pewno chodziło mu o mnie? – zapytałam.

– Bez dwóch zdań.

– Czemu on uważa… Skąd ten pomysł – poprawiłam się – że mam jakieś „wyjątkowe kwalifikacje” do takiej pracy? – Przypomniałam sobie sformułowanie, które padło. – Skąd w ogóle o mnie wiedział?

– Któż to odgadnie? – odparła Lisa Williams, wyraźnie poirytowana ekstrawagancjami swojego ojca. – Ja wiem tylko tyle, że mam panią teraz na głowie.

Zjeżyłam się, bo nie było to ani grzeczne, ani miłe, ale siedziałam cicho. Skoro mogły mnie stąd wyciągnąć, nie wolno mi było ich do siebie zrażać.

– Domyślam się, że przez „kwalifikacje” Jesse rozumiał pani wykształcenie plastyczne – wtrąciła Andrea Fuller. – Studiowała pani na wydziale sztuk pięknych, zgadza się?

Przytaknęłam. Rzeczywiście, ale tworzenie dzieł sztuki nijak się ma do ich konserwacji. Ta dziedzina wymaga zupełnie innych umiejętności. A poza tym ostatni rok studiów nie był dla mnie najlepszy. Opuściłam się w nauce, i to mocno, bo absorbował mnie Trey. Poświęcałam mu mnóstwo czasu i energii, zakochana w nim do porzygania, szczęśliwa, że mam kogoś, kto o mnie myśli i chce planować ze mną wspólną przyszłość. Trey opowiadał mi o pierścionku zaręczynowym swojej nieżyjącej już babci, dając do zrozumienia, że niedługo znajdzie się on na moim palcu. Uważałam go za ósmy cud świata. Przygotowywał się do studiów prawniczych. Był czarujący. Zniewalająco przystojny. Straciłam dla niego głowę. Tego wszystkiego nie mogłam jednak powiedzieć kobietom, które chciały wydostać mnie z więzienia. Lepiej było nie przyznawać się do braku kwalifikacji.

– Więc… Gdzie jest to malowidło? – zapytałam.

– W Edenton. Będzie pani musiała tam mieszkać – wyjaśniła Lisa Williams. – Ze mną. Mam duży dom… po ojcu. Nie będziemy sobie przeszkadzać.

Nie wierzyłam własnym uszom. Wyjść na wolność, a do tego zamieszkać w domu Jessego Jamesona Williamsa? Nagle zachciało mi się płakać. Boże, jak bardzo chciałam się stąd wyrwać! Ten ostatni rok był tragiczny. Chodziłam cała pobita, posiniaczona, pokaleczona. W końcu nauczyłam się oddawać, ale robiłam to wbrew sobie, bo nie należałam do takich, co szukają guza. Inne więźniarki śmiały się ze mnie, że jestem młoda, że jestem szczupła, że mam jasne, platynowe włosy. Żyłam w ciągłym strachu. Nie czułam się bezpieczna nawet we własnej celi. Siedziała ze mną kobieta, która milczała jak głaz. Nigdy nie słyszałam, żeby powiedziała choć jedno słowo, ale w jej oczach czaiła się bezbrzeżna pogarda. Spałam czujnie jak zając pod miedzą, tak się bałam, że poderżnie mi gardło ukradzionym na bloku nożem.

Śniła mi się też Emily Maxwell, ale podejrzewam, że te koszmary dręczyłyby mnie wszędzie.

– Pracować będzie pani na miejscu, w galerii. W tej chwili budowa nie jest jeszcze ukończona. – Lisa Williams przerwała mi rozmyślania. – Główny hall jest przestronny. Ojciec życzył sobie, aby obraz wisiał właśnie tam.

– Wisiał? To on nie jest namalowany na ścianie?

– Nie, to obraz na płótnie. Nigdy nie był… wystawiony, czy jak to się tam mówi.

– Wyeksponowany – podpowiedziała Andrea Fuller.

– Właśnie. Wyeksponowany.

– Kto jest jego autorem?

– Malarka Anna Dale – wyjaśniła Lisa Williams. – Obraz pochodzi z czasów Wielkiego Kryzysu. Wie pani, jak to wtedy wyglądało? Rząd zatrudniał artystów do malowania dekoracyjnych murali dla budynków użyteczności publicznej.

Skinęłam głową, chociaż o historycznych instytucjach w rodzaju WPA1 miałam jedynie mgliste pojęcie.

– Ten obraz miał się znaleźć na poczcie w Edenton, ale Anna Dale oszalała czy coś w tym rodzaju… Nie pamiętam dokładnie, co ojciec o tym mówił. Stało się to podczas pracy nad tym zleceniem, więc gotowe dzieło nigdy nie zawisło na przeznaczonym dla niego miejscu. Od kilkudziesięciu lat znajduje się w posiadaniu mojego ojca, który chce… chciał – poprawiła się – umieścić je w hallu tej nowej galerii. I powiedział, że w dniu jej otwarcia musi już być na miejscu.

– Piątego sierpnia – dodała Andrea Fuller, chyba na wszelki wypadek, gdybym nie usłyszała za pierwszym razem. Usłyszałam, oczywiście, że usłyszałam.

– To tylko dwa miesiące od dzisiaj, nawet niecałe – zauważyłam.

Lisa Williams wydała z siebie długie, zatroskane westchnienie.

– Otóż to – powiedziała. – I dlatego właśnie musi pani natychmiast zabrać się do pracy.

– W jakim stanie jest ten obraz?

Wzruszyła ramionami.

– Nigdy go nie widziałam. Przeleżał te wszystkie lata zwinięty w szafie w pracowni mojego ojca. Jest ogromny. Nie wiem, czy dobrze się zachował, ale chyba da się go uratować, skoro ojciec uznał, że poradzi sobie pani z renowacją.

Trudno mi było wyobrazić sobie, jak bardzo zniszczone musi być olbrzymie płótno, które leżało siedemdziesiąt lat w szafie. Tutaj był potrzebny profesjonalny zespół konserwatorów, a nie jedna nieopierzona malarka. Może i tak, ale to była dla mnie szansa wyjścia na wolność.

– Dostanę jakieś pieniądze? – Spojrzałam na adwokatkę. – Skoro mam płacić odszkodowanie…

– Mój ojciec przeznaczył na ten cel pięćdziesiąt tysięcy dolarów – wtrąciła Lisa Williams.

– Na budowę galerii?

– Nie – odparła. – Na pani honorarium za renowację obrazu. Pięćdziesiąt tysięcy plus jeszcze kilka na materiały, których będzie pani potrzebować.

Pięćdziesiąt tysięcy dolarów? Niewiarygodne. Nawet gdybym miała już dyplom, to takich pieniędzy nie zarobiłabym nawet w rok, a co dopiero w dwa miesiące. Tylko że nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Starałam się panować nad mimiką, nie okazać zwątpienia. Wyjątkowe kwalifikacje? Nie sądzę.

– To jest coś takiego jak karta „wychodzisz z więzienia” w Monopoly. – Andrea Fuller pochyliła się lekko w moją stronę, a jej czerwone wargi powoli i starannie wypowiadały każde słowo. – Jeśli wywiąże się pani z umowy i do piątego sierpnia zakończy pracę – na odpowiednim poziomie – pozostanie pani na zwolnieniu warunkowym i już nigdy nie wróci za kraty. Na pani miejscu zabrałabym się do czytania podręczników dla konserwatorów.

Spojrzawszy w stronę drzwi ciasnej salki, wyobraziłam sobie, jak je otwieram i maszeruję korytarzem do głównego wyjścia, gdzie czeka na mnie wolność. Oczami duszy zobaczyłam, jak kręcę piruety pod gołym niebem, rozkładając szeroko ręce i zaciągając się świeżym powietrzem. Ale to było zbyt piękne. Jedną nogą już na zawsze miałam pozostać w więzieniu. Nawet teraz, chociaż droga do wyjścia rysowała się tak wyraźnie, że już widziałam się za bramą, czułam wokół siebie grube mury.

No cóż, lepsze wymyślone więzienie niż zatrzaśnięta krata prawdziwej celi.

– Dobrze, zrobię to – powiedziałam w końcu, prostując się na krześle.

Nie miałam tylko pojęcia, jak mam tego dokonać.

1 WPA (Works Progress Administration, Zarząd Rozwoju Zatrudnienia) – amerykańska instytucja rządowa działająca w latach 1935–1943, zatrudniająca miliony bezrobotnych Amerykanów do robót publicznych, a także do działalności artystycznej oraz naukowej.