Chcę Cię usłyszećTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

BREAKING THE SILENCE

Copyright © 1999 by Diane Chamberlain

Revised text copyright © 2009 by Diane Chamberlain

All rights reserved

Projekt serii

Olga Reszelska

Opracowanie graficzne okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Jake Olson/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8097-449-4

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Telefon zadźwięczał w Wigilię, kilka minut po dwudziestej trzeciej. Laura jak zwykle siedziała przy komputerze. Szybko sięgnęła po słuchawkę. Wiedziała, kto dzwoni.

– Chce się z panią zobaczyć – usłyszała głos pielęgniarki. – Niech pani nie zwleka.

– Już jadę.

Przemknęła z gabinetu przez salon z pociemniałą choinką i wbiegła na piętro. Starała się poruszać cicho jak duch, ale drzwi sypialni i tak skrzypnęły, gdy je otwierała.

Ray uniósł głowę z poduszki. Zawsze miał lekki sen.

– Dzwonili ze szpitala – rzuciła, ściągając koszulę nocną. Z szuflady komody wyjęła dżinsy i naciągnęła je w pośpiechu. – Jadę.

Ray usiadł i zapalił lampkę nocną.

– Czy on... – Nie dokończył. Sięgnął na szafkę po okulary. Sprawiał wrażenie mało przytomnego, mrugał raz po raz, jakby raziło go miękkie, stłumione światło.

– Jeszcze żyje. Ale chyba to już końcówka. – Słyszała brak emocji w swoim głosie. Natura naukowca wzięła górę nad uczuciami.

– Jadę z tobą. – Ray odrzucił kołdrę. – Obudzę Emmę...

– Nie, nie. – Wciągnęła sweter przez głowę, nachyliła się nad łóżkiem i pocałowała męża w czoło. – Zostańcie. Nie ma sensu jej ciągać. Poza tym muszę się pospieszyć.

– No dobrze. – Ray przeciągnął ręką po przerzedzonych ciemnych włosach. – Gdybyś zmieniła zdanie, zadzwoń.

W pasiastej piżamie, otulony pościelą, wyglądał jak chłopczyk z obrazka, tyle że był większy. Laurze zrobiło się ciepło na sercu.

– Dobrze. W razie czego zadzwonię.

Na zewnątrz było mroźno i bezwietrznie. Dość szybko wydostała się z dzielnicy szeregowych domków, zostawiając za sobą drzewa ustrojone w kolorowe lampki, ale już na głównej ulicy Leesburga stawała na każdych światłach, choć wokół było prawie całkiem pusto.

Ojciec Laury nie życzył sobie heroicznej walki o utrzymanie go przy życiu. Laura w teorii zgadzała się z jego decyzją, jednak podświadomie czekała na cud. Nie była gotowa na utratę rodzica. Carl Brandon jako jedyny był przy niej przez całe jej życie i na niego jednego zawsze mogła liczyć. Oczywiście układ między nimi nie był idealny, ale kto widział idealny układ między ojcem i córką? Przed kilkoma miesiącami Carl skończył osiemdziesiąt lat. Chwilę wcześniej wykryto u niego nawrót nowotworu. Laura wyprawiła ojcu przyjęcie urodzinowe w Muzeum Technologii Lotnictwa i Lotów Kosmicznych, prowadzonym pod egidą Instytutu Smithsona – muzeum specjalnie dla Carla otwarto po godzinach zwiedzania. Zorganizowała nawet pokaz w obserwatorium. Wiedziała, że to jego ostatnie urodziny, a nic nie cieszyło go bardziej niż obserwowanie mrowia gwiazd. Niewiele brakowało, a porzuciłby swoich gości.

Na szpitalnym parkingu dla odwiedzających stało zaledwie kilka samochodów, więc zostawiła wóz blisko wejścia. Hol był dziwnie pusty, światła przygaszone. Idąc do sali, próbowała się przygotować na to, co ją czeka. Ojciec będzie spokojny. Nie bał się śmierci, co podnosiło ją na duchu. Jako astronom nie przeceniał znaczenia własnej egzystencji.

Będzie trzymała go za rękę, gdy pożegna się z tym światem. Będzie dzielna. Potem wróci do domu, a Ray ją pocieszy. Rano powie swojej pięcioletniej córce o śmierci dziadziusia. Rozmawiała już z Emmą o jego chorobie, przypominając zgon świnki morskiej sprzed roku. Mała zasypywała ją pytaniami, lecz najwyraźniej nie mogła pojąć znaczenia zwrotu „na zawsze”, a Laura, choć zwykle kpiła z wiary w życie pozagrobowe, ku własnemu zaskoczeniu opowiedziała córce o duszach idących do nieba. Chciała ją pocieszyć. W jakimś sensie chciała też pocieszyć siebie.

Ledwo przekroczyła próg sali, zorientowała się, że ojciec wcale nie jest spokojny. Był w znacznie gorszym stanie niż po południu. Miał krótki, urywany oddech, poszarzałą skórę i wyraźnie coś go gnębiło. Na jego przystojnej niegdyś twarzy malowała się udręka.

Laura usiadła na brzegu łóżka.

– Już jestem.

Czuła, że nie chciał umierać w samotności. Powinna zignorować te czerwone światła po drodze, dotarłaby tu wcześniej.

Wziął w ręce obie jej dłonie. Ciągle jednak wydawał się niespokojny.

– Trzeba... ci było... powiedzieć wcześniej... – wyszeptał z trudem.

Pochyliła się nad nim i przekrzywiła głowę. Przez szpitalne okno widziała gwiazdozbiór Barana.

– Ciii, tato, spokojnie.

Przygładziła niesforną kępkę jego siwych włosów na skroni.

– Jest kobieta... – wyrzucił z siebie między urywanymi oddechami. – Musisz...

Wychudzona twarz stężała mu z wysiłku.

– Co muszę? – spytała cicho.

– Znaleźć... Znaleźć ją.

Laura odsunęła się i przyjrzała ojcu uważnie.

Urojenia?

– Dobrze. Znajdę. Już nic nie mów, proszę. – Puścił jej dłonie i kanciastym gestem sięgnął do szpitalnej szafki. Na blacie Laura dostrzegła skrawek papieru. Podała go ojcu. Na kartce prawie nieczytelnym pismem zanotowano imię i nazwisko. Jej serce ścisnęło się na widok koślawych liter. – Sarah Tolley – przeczytała. – Kto to jest?

– Ważna osoba... Przyjaciółka... – Carl z wysiłkiem przełknął ślinę; wystająca grdyka poruszyła się pod skórą. – Nie ma rodziny... Obiecaj...

Miała znaleźć Sarah Tolley?

– Ale kto to taki? Gdzie jej szukać?

Zamknął oczy.

– Meadow... Wood...

– W Meadow Wood Village? – podsunęła pierwsze, co jej przyszło na myśl. Był to ładny dom spokojnej starości, zbudowany w stylu wiktoriańskim na przedmieściach Leesburga. Ojciec kiwnął głową. Przynajmniej tak jej się zdawało. – Co mam dla niej zrobić?

– Za... opiekować...

– Mam się nią zaopiekować? Tato, przecież ja jej nawet nie znam. Nigdy dotąd o niej nie wspominałeś.

Pergaminowo cienkie powieki ojca zatrzepotały. Laura zobaczyła w jego oczach trwogę.

– Obiecaj! – Sięgnął ku córce obiema rękami, jakby ją chciał chwycić za ramiona, lecz tylko zahaczył palcami łańcuszek, który miała na szyi. Któreś ogniwko pękło i wisiorek spadł na kolana Laury.

Przestraszona, chwyciła ojca za ręce.

– Dobrze, tato. Obiecuję. Zatroszczę się o nią.

– Przysięgnij.

– Przysięgam. – Wsunęła kartkę do kieszeni dżinsów. – Nic się nie martw.

Carl opadł na poduszkę. Drżącą dłonią wskazał szyję córki.

– Urwałem...

– Nic nie szkodzi. Da się naprawić. – Laura zgarnęła łańcuszek. – Teraz odpocznij.

Posłusznie zamknął oczy. Koniec sprzeczki. Wygrał. Drobne potyczki zdarzały im się często.

Laura miała siedem lat, gdy straciła matkę. Ojciec jej nie rozpieszczał, był wymagający i ograniczał jej swobodę, jednak zawsze o nią dbał. Była dla niego najważniejsza i doskonale o tym wiedziała. To od niego przejęła zamiłowanie do astronomii, a on, choć traktował tę dziedzinę bardziej jako rozrywkę niż pracę, pchnął córkę w tym kierunku. Mimo że stosowane przez niego metody wychowawcze bywały przykre, a już na pewno dyskusyjne, kochała ojca szczerze i była mu niezmiernie wdzięczna.

Godziny mijały, a ona wciąż trzymała rękę ojca – coraz bardziej bezwładną i chłodną. Na ścianie wisiał rysunek, który kilka dni temu Emma stworzyła z takim zaangażowaniem. Twórczość typowa dla pięciolatki: błękitne niebo, żółte słońce, zielone drzewo. Ubrane na fioletowo dziecko z szerokim uśmiechem, podobnym do uśmiechu Emmy, który tak często gościł na jej twarzy. Mały promień słońca w ponurej szpitalnej sali.

Spojrzała w niebo. Baran zniknął, ale pokazał się Jowisz, prawie w centrum Wodnika. Zamknęła oczy. Dopiero po minucie zorientowała się, że nie słyszy oddechu ojca.

Jakiś czas siedziała bez ruchu, ściskając pozbawione życia dłonie. Panująca wokół cisza była bezkresna jak niebo.

2

Zanim wróciła do domu, niebo na wschodzie zaciągnęło się fioletem. Wstawał świt. Ray właśnie parzył kawę, opatulony ulubionym niebieskim szlafrokiem frotté – jedyna plama koloru w przestronnej białej kuchni. Powitał żonę z otwartymi ramionami. Widać było, że nie spał dobrze. Miał podkrążone oczy, a jego policzki pokrywał siwy zarost. Coś zakłuło ją w sercu. Przestraszyła się, że niedługo i jego straci. Miał sześćdziesiąt jeden lat – o dwadzieścia jeden więcej niż ona – i ostatnio było to coraz bardziej widoczne.

Oparła głowę na ramieniu męża i rozpłakała się. Nie wiedziała, czy płacze z żalu po stracie ojca, czy ze strachu przed utratą męża.

– Umarł jakąś godzinę temu – powiedziała.

Stanęła o własnych siłach, otarła oczy chusteczką, po czym wzięła kubek z kawą i usiadła przy stole.

– Dobrze, że przy nim byłaś.

 

– Nic miłego... – Przycisnęła zmarznięte dłonie do ciep­łego naczynia. – Myślałam, że po prostu będę przy nim siedzieć, a on... spokojnie odejdzie. Tymczasem był mocno wzburzony. Wręcz rozdrażniony. Poprosił mnie, żebym się zatroszczyła o jakąś kobietę, której w życiu nie widziałam. Kazał mi obiecać, że się nią zaopiekuję. Jakby nie chciał umrzeć, póki nie przysięgnę zająć się tą osobą.

– Kto to taki? – spytał Ray ze ściągniętymi brwiami. – I co to znaczy „zająć się” albo „zatroszczyć”?

Laura wyjęła z kieszeni nieco pomiętą kartkę i rozpros­towała ją na blacie.

– Sarah Tolley. Mieszka w Meadow Wood Village, wiesz, w tym domu spokojnej starości.

Ray odwrócił się, żeby dolać sobie kawy. Milczał, więc odruchowo przyjęła, że i on próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczej prośby. Opatulony szlafrokiem wydawał się ciężki i bezkształtny. Na pewno miał nadwagę. Niedobrze. Niezdrowo jest nosić nadprogramowe kilogramy. Chciałaby, żeby bardziej o siebie dbał.

– Nie wiesz, co ją łączyło z Carlem? – spytał, wciąż odwrócony plecami.

– Nie mam pojęcia. Powiedział, że to jego przyjaciółka. Albo ważna osoba... jakoś tak. Może jedno i drugie, nie pamiętam dokładnie. Mówił z ogromnym trudem. – Rzeczywiście nie pamiętała rozmowy z ojcem słowo w słowo, w pewnym sensie miała wrażenie, jakby ją wyśniła. – Nie jestem pewna, czy powiedział, czy zasugerował, ale zrozumiałam, że nie ma kto się nią zająć. Jest samotna, bez rodziny.

– Kochanie... – Ray usiadł przy starym dębowym stole i położył rękę na jej dłoni. – Moim zdaniem to były rojenia umierającego. Przecież cierpiał na demencję. Lekarstwa już nie...

– To prawda, ale jestem pewna, że wiedział, co mówi. Gdybyś go widział, nie miałbyś wątpliwości. Ta sprawa była dla niego wyjątkowo ważna. Poza tym skąd wziąłby konkretne imię i nazwisko? – Oswobodziła dłoń i przeciągnęła palcami po kartce. – Ta kobieta musiała być dla niego kimś ważnym. Może miał drugie życie, o którym nie wiedzieliśmy? Zadzwonię później do tego ośrodka i zapytam, czy faktycznie ktoś taki tam mieszka.

Ray przywołał na twarz grymas, który towarzyszył mu zawsze, gdy szykował się do przekonywania polityków na Kapitolu – niezmierzona cierpliwość i skupienie, lekko zaciśnięte usta.

– W tej chwili nie jest zapewne najodpowiedniejszy moment na taką dyskusję – odezwał się tonem bez wyrazu, starannie dobierając słowa – ponieważ jesteś podenerwowana, co oczywiste i zrozumiałe. Mimo wszystko jednak nie wolno nam zapominać, że ojciec zawsze tobą dyrygował. Manipulował tobą za życia, a teraz robi to po śmierci.

Doskonale rozumiała, o co mu chodzi. Miłość rodzicielska Carla wydawała się uzależniona od jej osiągnięć, a równocześnie, obojętne, jak wielkie sukcesy odnosiła Laura, ojciec zawsze wymagał więcej. Z drugiej strony Ray był zgryźliwy, żeby nie powiedzieć − okrutny, jeśli sugerował, iż życzenie umierającego wyrażone na łożu śmierci było w rzeczywistości ostatnim aktem manipulacji.

Do oczu napłynęły jej łzy.

– Takie było jego ostatnie życzenie – powiedziała. – Obiecałam je spełnić i dotrzymam słowa. Nie wiem, kim była dla niego – zerknęła na kartkę – Sarah Tolley, jednak z pewnością nie zostawię jej na lodzie.

– Cholera jasna! – Podskoczyła, gdy Ray huknął kubkiem o blat i zerwał się na nogi. Kawa chlusnęła na białą podkładkę. – Znowu to samo! Jak zwykle rzucasz się na głęboką wodę głową naprzód. Mało masz zajęć? Emma i ja nigdy nie będziemy ci wystarczać? – Osłupiała Laura patrzyła na męża w milczeniu. – Dlaczego ty zawsze musisz łapać za ogon tysiąc srok naraz?! – ciągnął podniesionym głosem. – Czy zastanowiłaś się, jak wygląda twoje życie? Dopiero co wróciłaś z miesięcznych badań w Brazylii, a już wzięłaś wykłady na Uniwersytecie Hopkinsa, co prawda raz w tygodniu, za to w Baltimore. W muzeum nie wiesz, w co ręce włożyć, ale już planujesz kolejny wyjazd do Brazylii. Gdzie w tym wszystkim jest nasze małżeństwo? – Ray oparł pięści na stole. Zaciskał dłonie, tak że pobielały mu kłykcie. – Co z naszymi przysięgami?

Laura wyciągnęła rękę, by pogładzić go po dłoni. Zaskoczyła ją gwałtowna zmiana tonu rozmowy.

– Powiedziałeś przecież, że nie ma sprawy...

– A ty powiedziałaś, że następne lato spędzimy nad jeziorem – przerwał jej. – We troje. Jak normalna rodzina, a nie taka, w której matka ciąga dziecko nie wiadomo dokąd, bo goni za kometami, rozbija się po całym świecie z wykładami, odbiera nagrody i nie wiadomo co jeszcze, a mąż w tym czasie siedzi w domu i tylko otwiera cholerne zawiadomienia o odmowie! – Otarł brodę grzbietem dłoni.

Siwe włoski kontrastowały z zaczerwienioną skórą jego twarzy.

Laura przycisnęła rękę do ust. Nie wiedziała, jak się zachować wobec tego niezwykłego wybuchu. Nigdy nie odzywał się do niej takim tonem, nie miał pretensji o jej ambicje zawodowe. Nie podejrzewała, że jest aż tak nieszczęśliwy.

– Mamusiu...

W progu stanęła Emma. Gęste, ciemne włosy okalały odgniecioną od koca twarzyczkę. Dziewczynka przycis­kała do piersi starego, zniszczonego pluszowego królika. Od czterech lat nie zasypiała bez niego, nie miał konkurencji mimo dwóch nowych wymarzonych przytulanek, które dostała na Gwiazdkę. W czerwonej flanelowej piżamce wydawała się szczególnie maleńka i krucha.

– Dzień dobry, słoneczko. – Laura wstała i podeszła do córki. – Obudziliśmy cię?

– Co się stało? – Dziewczynka przeniosła wzrok z matki na ojca i z powrotem.

– Wracaj do łóżka, dzióbeńku – odezwał się Ray. W jego głosie nie było już śladu gniewu, tylko twarzy nie udało mu się rozpogodzić.

– Nic złego – Laura uspokoiła córkę. – Rozmawialiśmy z tatusiem za głośno. Przykro mi, że cię obudziliśmy.

Postanowiła, że o dziadku powie jej później. Teraz nie dałaby rady poruszyć tego tematu.

Emma przyglądała się ojcu z uwagą, gdy odwrócił się do zlewu, by wypłukać kubek.

– Czemu już nie śpicie? – spytała.

– Chodź, maleństwo ty moje. – Laura lekko pchnęła córkę w stronę schodów. – Rzeczywiście, jeszcze za wcześnie na wstawanie. Wracaj do łóżeczka. Wszyscy powinniśmy jeszcze z godzinkę pospać.

Na schodach dziewczynka wsunęła rączkę w dłoń matki. Była taka zaspana, że potykała się o własne nogi. Wróciła do łóżka, a Laura otuliła ją jeszcze ciepłą kołdrą.

– Tatuś jest na mnie zły?

– Skądże! – Pogładziła córkę po jedwabistych włosach. Emma rzeczywiście działała Rayowi na nerwy, czasami utyskiwał, że przeszkadza mu w pracy, zdarzało mu się nawet na nią krzyknąć. – Tatuś nie jest zły, tylko zmęczony. Jeśli będziesz chciała, to później o tym porozmawiamy.

– Aha. – Dziewczynka zamknęła oczy.

Laura pocałowała ją i opatuliła kołdrą. Gdy się wyprostowała, stanęła twarzą w twarz z półką Barbie. Zauważyła, że Emma poukładała lalki w różnych dziwnych pozycjach, zapewne gimnastycznych. Uśmiechnęła się na ten widok. Po raz pierwszy od dłuższego czasu się uśmiechnęła.

Przed powrotem do kuchni i do rozgniewanego męża potrzebowała chwili dla siebie, więc przeszła korytarzem do sypialni małżeńskiej. Wyjęła z kieszeni zerwany łańcuszek i otworzyła stojącą na toaletce szkatułkę. Trzymała w niej kilka par kolczyków i dwie bransoletki. Laura nie była wielką miłośniczką biżuterii; ozdoby nie pasowały do jej trybu życia. Do życia, na które składały się wykłady i wyjazdy do Brazylii.

Skrzywiła się, ciągle urażona wrogością Raya. Skąd taki nagły wybuch? od jak dawna tłumił w sobie żal?

Przyjrzała się łańcuszkowi. Nie potrafiła powiedzieć, kiedy ostatnio trzymała go w ręku, bo nosiła go praktycznie bez przerwy. Po raz pierwszy ojciec zapiął go jej na szyi, gdy miała osiem lat. Powiedział, że należał do matki. Po matce dostała także imię. Złoty wisiorek miał dziwny kształt, który zawsze przywodził jej na myśl kobietę w kapeluszu o szerokim rondzie. Różni ludzie widzieli w nim jednak różne rzeczy.

Rozciągnęła łańcuszek pod szyją i spojrzała w lustro. Jej wzrok natychmiast powędrował ku odrostom na włosach – po obu stronach przedziałka lśniły srebrne nitki. Posiwiała bardzo wcześnie. Jeszcze przed trzydziestką zaczęła maskować to za pomocą sztucznego złotego brązu. Włosy miała fantastyczne, grube, mocne i gęste, mogłaby być z nich dumna – gdyby nie ta siwizna. Próżność kazała Laurze farbować włosy, jednak nie miała jej dość, by regularnie chodzić do fryzjera na koloryzację. Nie pamiętała też o pudrowaniu błyszczącego nosa ani o nałożeniu szminki przed publicznym wystąpieniem. Na szczęście była kobietą atrakcyjną z natury, bo zawsze wolała patrzeć w okular teleskopu niż w lustro.

Usiadła na łóżku, choć wiedziała, że powinna już zejść na dół.

Odkąd znała Raya, zawsze cierpiał na depresję, miewał podłe nastroje, jednak ten wybuch gniewu, a właściwie wściekłości, był czymś nowym. Najwyraźniej odmowy z wydawnictw mocno uderzały w jego ambicje. Był emerytowanym profesorem socjologii. Chyba nie znała bardziej empatycznej osoby. Długo pracował nad książką o ludziach bezdomnych. Całe lata. Włożył w tę pracę wiele zaangażowania, poświęcił sprawie właściwie całe życie. Powstała książka poruszająca, ujmująca i przepięknie napisana. Przed rokiem Ray zaczął ją wysyłać do wydawnictw. Od tego czasu na biurku w jego gabinecie rosła sterta listów odmownych.

Nigdy wcześniej nie wyrzucał Laurze, że przedkłada pracę nad małżeństwo i dziecko. Fakt, doba była dla niej za krótka. Podróżując, zwykle zabierała Emmę ze sobą, przekonana, że Ray ceni sobie czas, który może poświęcić pracy nad książką. I chyba miała rację. Kiedy to się zmieniło? Przed kilkoma miesiącami, gdy wyjechali do domku nad jeziorem, Laura, obserwując niebo, odkryła dziesiątą kometę w swojej karierze. Do tej pory odkrywała komety niewielkie i mało efektowne, a co za tym idzie – głównie dostarczała tematu do badań astronomom. Wyjątek stanowiła piąta, śliczna jak z obrazka kometa, z długim, pełnym ogonem. Natomiast dziesiąta była spektakularna. Na razie jeszcze bardzo mała, zaledwie rozmazana kropka za szkłem porządnego teleskopu, gołym okiem nie miała być dostrzegalna przez następne półtora roku. Posypały się nagrody, propozycje wykładów i oferty współpracy. Laura znalazła się w centrum zainteresowania mediów. Mogła tworzyć dowolne projekty badań, nie troszcząc się o fundusze. Tymczasem Ray dostawał kolejne odmowy. Obawiała się, że odnosząc sukcesy, wbiła mu nóż w plecy.

Usłyszała wolne, miarowe kroki na schodach. Chwilę później Ray usiadł obok niej.

– Wybacz mi – powiedział, obejmując ją. – Bardzo cię przepraszam.

– Ja ciebie też – odparła. – Masz rację. Ostatnio tak się zajęłam własnymi sprawami, że przestałam mieć czas dla ciebie i Emmy.

– Daj spokój. Nie o to mi chodziło. Po prostu...

– Właśnie o to ci chodziło. Byłeś wściekły i powiedziałeś szczerze, co ci leży na wątrobie. Zrezygnuję z wyjazdu do Brazylii.

– Tak nie można. Naprawdę nie oczekuję tego rodzaju zmian.

– Nie chcę jechać. – Powiedziała to całkiem szczerze. Przez długi czas Ray stawiał jej potrzeby na pierwszym miejscu. Pora to zmienić. – Po tym semestrze wezmę wolne. Przeniesiemy się nad jezioro, spędzimy tam całe lato we troje. Będziemy się bawić i odpoczywać. Zgoda?

Ray milczał przez chwilę.

– I dasz sobie spokój z tą kobietą z domu starców? – zapytał w końcu.

– Ta sprawa nie zajmie dużo czasu. Sprawdzę tylko, kto to taki. Upewnię się, że niczego jej nie brakuje. Tego chciał tata.

Zsunął rękę z jej ramion.

– Nie rób tego – poprosił.

– Ray... To nikomu nie zaszkodzi. – Smutek męża wydał się Laurze przesadzony. – Tata był w stosunku do mnie wymagający, to prawda, ale też inspirował mnie i dawał przykład. A teraz już go nie ma... – Głos jej się załamał. – Muszę dotrzymać obietnicy. Nie rzucam słów na wiatr, a to przecież prosta sprawa. Rozumiesz mnie, Ray?

Westchnął i wstał.

– Będę w gabinecie.

Rozmowa się skończyła.

Laura odprowadziła męża wzrokiem, gdy w miękkich kapciach człapał przez sypialnię, i pomyślała, że powinna pójść za nim, jednak zwyczajnie zabrakło jej siły. Zresztą lepiej na razie dać mu spokój. Może później będą mogli rozmawiać bardziej rzeczowo.

Rozebrała się i położyła po swojej stronie łóżka. Zadygotała z zimna. Tego chłodu nie dało się przepędzić za pomocą ciepłej kołdry. Czuła się samotna. Straciła ojca, jej rodzina skurczyła się do dwóch osób: Emmy i Raya. Niestety Ray, ten Ray, którego znała i kochała, najwyraźniej też ją opuścił.