Ruchomy Zamek HauruTekst

Z serii: Zamek #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Diana Wynne Jones

Ruchomy zamek Hauru


Tytuł oryginału

Howl’s Moving Castle ISBN 978-83-8203-003-7 HOWL’S MOVING CASTLE © Diana Wynne Jones, 1986 Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o. Wszystkie prawa zastrzeżone DTP Iwona Szumska Projekt typografii i aranżacji okładki Jędrzej Chełmiński Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonała Iwona Szumska.

Ta książka jest dla Stephena.

Pomysł na tę opowieść podsunął mi pewien chłopiec w szkole, którą odwiedzałam. Poprosił, żebym napisała książkę o wędrującym zamku. Zapisałam jego nazwisko i tak dobrze schowałam kartkę, że do tej pory nie mogę jej znaleźć.

Chciałabym mu bardzo podziękować.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1
w którym Sophie rozmawia z kapeluszami

W krainie Ingarii, gdzie siedmiomilowe buty i płaszcze-niewidki istnieją naprawdę, pechowo jest się urodzić jako najstarsze z trójki rodzeństwa. Wszyscy wiedzą, że ty pierwsza poniesiesz klęskę, i to najgorszą, jeśli cała trójka wyruszy szukać szczęścia.

Sophie Kapeluszniczka była najstarsza z trzech sióstr. Nie była nawet córką biednego drwala, który mógłby jej zapewnić jakieś szanse na sukces. Jej rodzice, ludzie zamożni, prowadzili sklep z damskimi kapeluszami w kwitnącym miasteczku Market Chipping. Matka Sophie zmarła, kiedy dziewczynka miała dwa lata, a jej siostrzyczka Lettie zaledwie rok. Ojciec poślubił najmłodszą sprzedawczynię w sklepie, ładną blondynkę, Fanny. Fanny wkrótce urodziła trzecią siostrę, Martę. Sophie i Lettie powinny wtedy zmienić się w Brzydkie Siostry, ale w rzeczywistości wszystkie trzy wyrosły na bardzo ładne panny, chociaż Lettie uważano za najpiękniejszą. Fanny jednakowo dobrze traktowała wszystkie trzy siostry i ani trochę nie faworyzowała Marty.

Pan Kapelusznik był dumny ze swoich trzech córek i posłał wszystkie do najlepszej szkoły w mieście. Sophie uczyła się ­najlepiej. Dużo czytała i bardzo szybko zdała sobie sprawę, że jej przyszłość zapowiada się nieciekawie. To ją rozczarowało, ale na razie dzielnie opiekowała się rodzeństwem i przygotowywała Martę, żeby w odpowiednim czasie wyruszyła szukać szczęścia.

Dwie młodsze siostry często skakały sobie do oczu. Lettie bynajmniej nie pogodziła się z faktem, że jako drugą w kolejności czeka ją najgorszy los po Sophie.

— To niesprawiedliwe! — krzyczała. — Czemu Marta ma dostać wszystko najlepsze tylko dlatego, że urodziła się ostatnia? To ja poślubię księcia i już!

Na co Marta zawsze odpowiadała, że ona wcale nie musi za nikogo wychodzić, i tak będzie obrzydliwie bogata.

Potem Sophie odciągała od siebie skłócone dziewczynki i cerowała im sukienki. Bardzo zręcznie radziła sobie z igłą. Z czasem zaczęła również szyć stroje dla sióstr. Pewna ciemnoróżowa kreacja, którą uszyła dla Lettie, na Majowe Święto, zdaniem Fanny wyglądała tak, jakby pochodziła z najdroższego sklepu w Kingsburry.

Mniej więcej w tym czasie wszyscy znowu zaczęli gadać o Wiedźmie z Pustkowia. Podobno Wiedźma zagroziła życiu królewskiej córki, więc Król rozkazał swojemu osobistemu magowi, czarnoksiężnikowi Sulimanowi, żeby udał się na Pustkowie i rozprawił się z Wiedźmą. Niestety Suliman nie tylko nie zdołał rozprawić się z nią, ale sam poniósł śmierć z jej ręki.

Kiedy więc kilka miesięcy później wysoki czarny zamek pojawił się nagle na wzgórzach nad Market Chipping, buchając kłębami czarnego dymu z czterech wieżyczek, wszyscy byli przekonani, że Wiedźma znowu powróciła z Pustkowia i zamierza gnębić cały kraj, jak to robiła przed pięćdziesięciu laty. Blady strach padł na ludzi. Nikt nie wychodził sam, zwłaszcza w nocy. Co jeszcze bardziej przerażające, zamek nie został na tym samym miejscu. Czasami wyglądał jak wysoka czarna chmura na bagnach na północnym zachodzie, czasami wznosił się na skałach od wschodu, a kiedy indziej zbliżał się i siadał na wrzosowiskach, tuż za ostatnią farmą na północy. Niekiedy widać było, jak zamek się porusza, a brudny szary dym snuje się z wieżyczek. Przez pewien czas ludzie obawiali się, że wkrótce zamek wtargnie do samej doliny. Burmistrz zamierzał nawet wysłać kogoś do Króla po pomoc.

Lecz zamek nadal wędrował po wzgórzach i okazało się, że wcale nie należy do Wiedźmy, tylko do złego czarnoksiężnika Hauru. Wiadomo było, że Hauru porywał młode dziewczyny i wysysał z nich dusze. Albo pożerał ich serca, jak twierdzili niektórzy. Żadna dziewczyna nie była bezpieczna przed bezlitosnym i zimnokrwistym czarnoksiężnikiem. Sophie, Lettie, Marta i wszystkie inne dziewczęta z Market Chipping zostały ostrzeżone, żeby nigdy nie wychodziły same z domu, co bardzo je rozzłościło. Nie rozumiały, po co czarnoksiężnikowi Hauru te wszystkie dusze, które kolekcjonował.

Wkrótce jednak miały inne zmartwienia na głowie, ponieważ pan Kapelusznik zmarł nagle, akurat kiedy Sophie niedługo miała skończyć szkołę. Okazało się wówczas, że szkolne czesne, które płacił ojciec, obciążyło sklep pokaźnymi długami. Po pogrzebie Fanny usiadła w salonie domu sąsiadującego ze sklepem i wyjaśniła sytuację.

— Niestety, wszystkie musicie opuścić szkołę — oznajmiła. — Liczyłam tak i owak, ale nie dam rady utrzymać sklepu i całej waszej trójki. Nie ma innego wyjścia, trzeba oddać was na naukę jakiegoś obiecującego zawodu. Nie mogę zatrzymać was w sklepie. Nie stać mnie na to. Więc oto, co postanowiłam. Najpierw Lettie…

Lettie podniosła wzrok, jaśniejąc zdrowiem i urodą, której nie przyćmił nawet smutek i żałobny strój.

— Chcę się dalej uczyć — oświadczyła.

— I będziesz, kochanie — zapewniła ją Fanny. — Załatwiłam ci praktykę u Cesariego, w ciastkarni na rynku. Oni traktują swoich uczniów po królewsku, więc będzie ci tam dobrze i jeszcze nauczysz się pożytecznego fachu. Pani Cesari to dobra klientka i przyjaciółka, więc zgodziła się wcisnąć cię dodatkowo w ramach przysługi.

Lettie zaśmiała się w sposób świadczący o tym, że wcale nie jest zadowolona.

— No cóż, dziękuję — powiedziała. — Świetnie się składa, że lubię gotować, prawda?

Fanny odetchnęła z ulgą. Lettie bywała czasami okropnie uparta.

— Teraz Marta. Jesteś za młoda, żeby pójść do pracy, więc dla ciebie rozglądałam się za jakąś długą, spokojną praktyką, która później ci się przyda w każdym zawodzie. Znasz moją dawną szkolną przyjaciółkę, Annabellę Fairfax?

Marta, smukła i jasnowłosa, niemal równie uparta jak Lettie, wbiła w matkę wielkie szare oczy.

— To ta, co tak dużo mówi? — zapytała. — Czy ona nie jest czarownicą?

— Tak, ma śliczny dom i klientów w całej Fałdowanej Dolinie — potwierdziła Fanny z zapałem. — To dobra kobieta, Marto. Nauczy cię wszystkiego, co potrafi, i pewnie przedstawi cię ważnym osobom, które zna w Kingsburry. Po zakończeniu praktyki będzie ci się dobrze wiodło w życiu.

— To miła pani — przyznała Marta. — Zgoda.

Sophie czuła, że Fanny zorganizowała wszystko, jak należy. Lettie jako druga córka nigdy nie osiągnie zbyt wiele, więc została umieszczona tam, gdzie mogła poznać przystojnego młodego ucznia i żyć z nim szczęśliwie. Marta, która musiała się wyróżnić i zdobyć fortunę, pozyska do pomocy możnych przyjaciół i czary. Co do własnej osoby Sophie nie miała żadnych złudzeń. Nie zdziwiła się więc, kiedy Fanny powiedziała:

— A więc, droga Sophie, wydaje się słuszne i sprawiedliwe, żebyś odziedziczyła po mnie sklep z kapeluszami jako najstarsza. Postanowiłam sama przyjąć cię na praktykę, żebyś miała szansę nauczyć się zawodu. Co ty na to?

Sophie nie mogła przecież powiedzieć, że czuje się skazana na handel kapeluszami. Podziękowała Fanny z wdzięcznością.

— A więc załatwione! — zakończyła Fanny.

Następnego dnia Sophie pomogła Marcie spakować ubrania do skrzyni, a potem wszystkie odprowadziły ją na dyliżans. Przewoźnik wydawał się nerwowy, ponieważ droga do Górnej Fałdy, gdzie mieszkała pani Fairfax, prowadziła przez wzgórza, obok wędrującego zamku czarnoksiężnika Hauru. Marta okazywała zrozumiały lęk.

— Nic jej nie będzie — burknęła Lettie.

Lettie nie pozwoliła sobie pomóc przy pakowaniu. Kiedy dyliżans przewoźnika zniknął w oddali, wepchnęła wszystkie swoje rzeczy do powłoczki na poduszkę i zapłaciła sześć pensów pucybutowi od sąsiada, żeby zawiózł je na taczce do Cesariego na Rynku. Sama maszerowała obok taczki z niespodziewanie wesołą miną. Właściwie sprawiała wrażenie, jakby chętnie opuszczała sklep z kapeluszami.

Pucybut wrócił z nagryzmoloną wiadomością od Lettie, że rozpakowała swoje rzeczy w dormitorium dziewcząt, i że u Cesariego jest bardzo fajnie. Tydzień później przewoźnik przywiózł list od Marty, że dojechała bezpiecznie, a pani Fairfax „jest bardzo kochana i używa miodu do wszystkiego. Hoduje ­pszczoły”. Przez dłuższy czas Sophie nie wiedziała o siostrach nic więcej, ponieważ w dniu wyjazdu Marty i Lettie rozpoczęła własną praktykę.

 

Sophie oczywiście poznała już całkiem dobrze rzemiosło kapelusznika. Jako mała dziewczynka biegała do wielkiego warsztatu po drugiej stronie podwórza, gdzie kapelusze zwilżano i formowano na główkach, a z wosku i jedwabiu wyrabiano kwiaty i inne ozdoby. Znała ludzi, którzy tam pracowali. W większości nie zmienili miejsca pracy, odkąd jej ojciec był chłopcem. Znała Bessie, jedyną pozostałą sprzedawczynię w sklepie. Znała klientki, które kupowały kapelusze, i woźnicę, który przywoził ze wsi niewykończone słomkowe kapelusze do uformowania na główkach w warsztacie. Znała innych dostawców i wiedziała, jak się wyrabia filc na zimowe kapelusze. Właściwie Fanny niewiele mogła ją nauczyć, najwyżej jak skłonić klientkę, żeby kupiła kapelusz.

— Doprowadzasz ją do odpowiedniego kapelusza, kochanie — wyjaśniła Fanny. — Pokaż jej najpierw te, które nie pasują, żeby od razu zobaczyła różnicę, kiedy przymierzy odpowiedni kapelusz.

Zresztą Sophie rzadko sprzedawała kapelusze. Po jednym dniu przyglądania się w warsztacie i drugim, kiedy poszła z Fanny do kupca bławatnego i handlarza jedwabiu, macocha usadziła ją do ozdabiania kapeluszy. Sophie siedziała w małej alkowie na tyłach sklepu, przyszywała róże do czepków i woalki do welurowych kapelusików, wszywała do wszystkich jedwabne podszewki, rozmieszczała stylowo na rondach wstążki i woskowe owoce. Ładnie jej to wychodziło. Nawet lubiła to zajęcie. Ale czuła się osamotniona i trochę się nudziła. Pracownicy z warsztatu byli za starzy, żeby z nimi pożartować, poza tym uważali ją za kogoś odmiennego, kto pewnego dnia odziedziczy interes. Bessie traktowała ją podobnie. Zresztą i tak gadała tylko o farmerze, którego zamierzała poślubić w tygodniu po Święcie Majowym. Sophie trochę zazdrościła Fanny, która w każdej chwili mogła wyjść ze sklepu, żeby się potargować z handlarzem jedwabiu.

Najbardziej interesujące były rozmowy z klientkami. Nikt nie kupuje kapelusza bez plotkowania. Sophie siedziała w alkowie, szyła i słuchała, że burmistrz nie jada żadnych zielonych warzyw, że zamek czarnoksiężnika Hauru znowu przesunął się na skały… Szept, szept, szept… Głosy zawsze cichły, kiedy rozmowa schodziła na Hauru, ale Sophie dosłyszała, że w zeszłym miesiącu złapał dziewczynkę w dolinie. „Sinobrody!” — orzekły szepty, a potem znowu przeszły w głosy, żeby stwierdzić, że Jane Farrier wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy w nowym uczesaniu. No, ona to nigdy nie przyciągnie nawet czarnoksiężnika Hauru, nie mówiąc już o przyzwoitym mężczyźnie. Potem rozbrzmiewały trwożne, urywane szepty o Wiedźmie z Pustkowia. Sophie doszła do wniosku, że czarnoksiężnik Hauru i Wiedźma z Pustkowia powinni się połączyć.

— Oni wydają się stworzeni dla siebie. Ktoś mógłby ich wyswatać — zwróciła się do kapelusza, który właśnie wykańczała.

Lecz pod koniec miesiąca, w sklepie, nagle plotkowano tylko o Lettie. Podobno u Cesariego od rana do wieczora tłoczyli się panowie, każdy kupował całe fury ciastek i żądał, żeby obsłużyła go Lettie. Otrzymała dziesięć propozycji małżeństwa, poczynając od syna burmistrza na zamiataczu ulic skończywszy, jednak odrzuciła wszystkie. Wyjaśniła, że jest jeszcze za młoda, żeby podjąć taką decyzję.

— Uważam, że to rozsądne z jej strony — zwierzyła się Sophie czepkowi, który pokrywała plisowanym jedwabiem.

Fanny ucieszyła się z tych nowin.

— Wiedziałam, że sobie poradzi! — zawołała uszczęśliwiona.

Sophie zaczęła podejrzewać, że Fanny chętnie pozbyła się Lettie z domu.

— Lettie miała zły wpływ na interesy — wyjaśniła czepkowi, plisując beżowy jedwab. — Nawet ty wyglądałbyś na niej wspaniale, stara paskudo. Inne panie spoglądały na Lettie i wpadały w rozpacz.

W miarę, jak upływały tygodnie, Sophie coraz częściej rozmawiała z kapeluszami. Nie miała do kogo otworzyć ust. Fanny przez większość dnia targowała się z dostawcami albo próbowała pozyskać klientelę, a Bessie obsługiwała i opowiadała wszystkim o swoich małżeńskich planach. Sophie nabrała zwyczaju, żeby każdy kapelusz, po wykończeniu, ustawiać na stojaku, gdzie wyglądał prawie jak głowa bez ciała, a potem opowiadała mu, jakie ciało powinien ozdobić. Trochę pochlebiała kapeluszom, ponieważ trzeba prawić komplementy klientom.

— Masz w sobie tajemniczy urok — powiedziała do jednego, całego zakrytego migotliwą woalką.

Szerokiemu kremowemu kapeluszowi z rondem ozdobionym różami obiecała:

— Na pewno wyjdziesz bogato za mąż!

Groszkowozielony kapelusik z falującym zielonym piórem pochwaliła:

— Wyglądasz młodo jak wiosenny liść.

Różowym czepkom mówiła, że wyglądają słodko, a eleganckim kapeluszom wykończonym aksamitem, że są interesujące. Do plisowanego beżowego czepka powiedziała:

— Masz złote serce i ktoś na wysokim stanowisku dostrzeże to i zakocha się w tobie.

Wymyśliła to, ponieważ litowała się nad tym czepkiem. Wyglądał tak prostacko i niegustownie.

Następnego dnia Jane Farrier przyszła do sklepu i kupiła go. Jej włosy rzeczywiście wyglądają dziwnie, zauważyła Sophie, zerkając ukradkiem z alkowy — jakby Jane nakręciła je na pogrzebacze. Szkoda, że wybrała właśnie ten czepek. Ale ostatnio wszyscy kupowali czepki i kapelusze. Może handlowe chwyty Fanny podziałały, a może dlatego, że zbliżała się wiosna, tak czy owak, sprzedaż kapeluszy zdecydowanie rosła. Fanny zaczęła powtarzać z lekkim wyrzutem sumienia: „Chyba nie powinnam była tak szybko odsyłać Marty i Lettie z domu. Przy takich obrotach dałybyśmy sobie radę”.

Klientela dopisywała jeszcze bardziej, kiedy zbliżało się Majowe Święto. Sophie musiała więc nałożyć skromną szarą sukienkę i pomagać w sklepie. Nie miała ani chwili na próżnowanie. Kiedy nie obsługiwała klientek, pośpiesznie wykańczała kapelusze. Co wieczór zabierała je do domu obok sklepu, gdzie pracowała przy lampie do późnej nocy, żeby następnego dnia sklep miał co sprzedawać. Groszkowozielone kapelusze, takie jak kapelusz żony burmistrza, cieszyły się wielkim powodzeniem, podobnie jak różowe czepki. Potem, na tydzień przed Majowym Świętem, ktoś wszedł i zapytał o plisowany czepek, taki sam, jaki nosiła Jane Farrier, kiedy uciekła z hrabią Catterackiem.

Tego wieczoru przy szyciu Sophie przyznała, że prowadzi nudny żywot. Zamiast rozmawiać z kapeluszami, po wykończeniu przymierzyła jeden przed lustrem. To był błąd. Surowa szara sukienka nie była twarzowa, zwłaszcza kiedy Sophie miała oczy zaczerwienione od szycia, a do jej rudoblond włosów nie pasował ani groszkowozielony, ani różowy kolor. W plisowanym beżowym czepku wyglądała po prostu okropnie. „Jak stara panna!” — powiedziała sobie. Nie żeby od razu zamierzała uciekać z hrabią, jak Jane Farrier, albo żeby pół miasta pragnęło się z nią żenić, jak z Lettie. Ale chciała robić coś — sama nie widziała, co — trochę bardziej interesującego niż zwykłe wykańczanie kapeluszy. Postanowiła, że następnego dnia znajdzie chwilę czasu i pójdzie porozmawiać z Lettie.

Ale nie poszła. Albo nie miała czasu, albo była zbyt zmęczona, żeby iść taki kawał na rynek, albo przypominał jej się czarnoksiężnik Hauru zagrażający samotnym dziewczętom — tak czy owak, z każdym dniem coraz trudniej jej przychodziło wybrać się do siostry. Bardzo dziwne. Sophie zawsze uważała się za niemal równie upartą jak Lettie. Teraz odkryła, że niektóre rzeczy może zrobić dopiero wtedy, kiedy skończą się jej wymówki.

— To absurd! — skarciła się głośno. — Rynek jest tylko dwie ulice dalej. Jeśli pobiegnę…

I przyrzekła sobie, że pójdzie do Cesariego, kiedy sklep z kapeluszami zostanie zamknięty na Majowe Święto.

Tymczasem do sklepu dotarły nowe plotki. Podobno Król pokłócił się z własnym bratem, księciem Justynem, i książę został skazany na wygnanie. Nikt nie znał powodów kłótni, ale kilka miesięcy temu książę nawet przejeżdżał w przebraniu przez Market Chipping, nierozpoznany. Na poszukiwanie księcia Król wysłał hrabiego Catteracka, który właśnie wtedy poznał Jane Farrier. Sophie słuchała i robiło jej się smutno. Zdarzały się różne ciekawe rzeczy, ale zawsze komuś innemu.

Nadeszło Majowe Święto. Od samego świtu ulice wypełniły się wesołością. Fanny wyszła wcześnie, ale Sophie musiała ­najpierw wykończyć kilka kapeluszy. Śpiewała przy pracy. W końcu Lettie też pracowała. W święta sklep Cesariego był otwarty do północy.

— Zafunduję tam sobie ciastko z kremem — postanowiła Sophie. — Nie jadłam ciastek od wieków.

Patrzyła, jak za oknem tłoczą się ludzie w najrozmaitszych jaskrawych strojach, sprzedawcy pamiątek, akrobaci na szczudłach, i ogarniał ją narastający entuzjazm.

Lecz kiedy wreszcie narzuciła szary szal na szarą sukienkę i wyszła na ulicę, nie czuła się już podniecona, tylko przytłoczona. Za dużo ludzi spieszących gdzieś ze śmiechem i śpiewem na ustach, za dużo hałasu i przepychania. Sophie miała wrażenie, jakby ostatnie miesiące siedzenia i szycia, zmieniły ją w staruszkę czy wręcz inwalidkę. Owinęła się ciaśniej szalem i przemykała ukradkiem pod ścianami domów, żeby uniknąć podeptania przez stopy w najlepszych butach czy poszturchiwania przez łokcie w powłóczystych jedwabnych rękawach. Kiedy gdzieś wysoko nagle zagrzmiała salwa, Sophie mało nie zemdlała. Podniosła wzrok i zobaczyła zamek czarnoksiężnika Hauru tuż na wzgórzu ponad miastem, tak blisko, jakby opierał się na kominach ostatnich domów. Błękitne płomienie strzelały ze wszystkich czterech wieżyczek zamku, tworząc kule błękitnego ognia, które wybuchały wysoko na niebie z przerażającym hukiem. Czarnoksiężnik Hauru chyba nie pochwalał Majowego Święta. Albo próbował się do niego przyłączyć na swój sposób. Sophie za bardzo się bała, żeby zgadywać. Wróciłaby do domu, ale była już w połowie drogi do Cesariego. Więc pobiegła.

Co we mnie wstąpiło, że marzyłam o interesującym życiu? — zastanawiała się w biegu. To dla mnie zbyt straszne. Dlatego że jestem najstarszą z trzech sióstr.

Kiedy dotarła na rynek, zrobiło się jeszcze gorzej, o ile to możliwe. Tłumy młodych podchmielonych mężczyzn paradowały od gospody do gospody, wlokąc po ziemi płaszcze, tupiąc butami ze sprzączkami, jakich nigdy nie włożyliby w dzień powszedni, wykrzykując głośno i zaczepiając dziewczęta. Panny spacerowały grzecznie parami, gotowe na zaczepki. Wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie jak na Majowe Święto, ale śmiertelnie przerażało Sophie. A kiedy młody mężczyzna w fantastycznym srebrno-błękitnym kostiumie spostrzegł ją i postanowił zaczepić, próbowała się schować w drzwiach sklepu.

Młodzieniec spojrzał na nią zaskoczony.

— W porządku, mała szara myszko — powiedział, śmiejąc się z lekkim politowaniem. — Ja tylko chciałem ci postawić drinka. Nie rób takiej przestraszonej miny.

Sophie się zawstydziła. Kawaler był elegancki, ze szczupłą, interesującą twarzą — sporo po dwudziestce — z misterną blond fryzurą. Rękawy miał bardzo długie, obrębione ściegiem muszelkowym, ze srebrnymi wstawkami.

— Och nie, dziękuję panu — wyjąkała Sophie. — Ja… idę z wizytą do siostry.

— Ależ idź, proszę bardzo. — Wygadany młodzieniec zaśmiał się. — Za nic nie chciałbym przeszkodzić młodej damie w spotkaniu z siostrą. Mogę cię odprowadzić? Wydajesz się taka wystraszona.

Zaproponował to z dobrego serca, co jeszcze bardziej zawstydziło Sophie.

— Nie. Nie, dziękuję uprzejmie! — wykrztusiła i wyminęła go spiesznie.

Nawet był uperfumowany. Zapach hiacyntów ścigał uciekającą Sophie. Co za dworny młodzieniec! — pomyślała, przepychając się między stolikami ustawionymi przed cukiernią Cesariego.

Przy stolikach panował tłok. W środku też było tłoczno i równie hałaśliwie, jak na rynku. Sophie wypatrzyła siostrę w szeregu sprzedawczyń za kontuarem dzięki grupce chłopskich synów, którzy opierali się na łokciach i wykrzykiwali do Lettie zaczepki. Lettie, ładniejsza niż kiedykolwiek i chyba trochę szczuplejsza, wkładała ciastka do torebek w największym pośpiechu, każdą torebkę skręcała zręcznym ruchem i oglądała się z uśmiechem przez ramię, rzucając cięte odpowiedzi. Wszyscy pękali ze śmiechu. Sophie musiała przepychać się do kontuaru.

Lettie zobaczyła ją. Przez chwilę wydawała się wstrząśnięta. Potem szerzej otworzyła oczy, uśmiechnęła się od ucha do ucha i zawołała:

— Sophie!

— Mogę z tobą porozmawiać?! — krzyknęła Sophie. — Gdzieś indziej — dodała trochę bezradnie, kiedy wielki łokieć odepchnął ją od kontuaru.

 

— Chwileczkę! — odwrzasnęła Lettie.

Odwróciła się do dziewczyny obok i coś szepnęła. Dziewczyna kiwnęła głową, wyszczerzyła zęby i zajęła miejsce Lettie.

— Teraz macie moją zastępczynię — powiedziała do tłumu. — Kto następny?

— Ale ja chcę rozmawiać z tobą, Lettie! — wrzasnął któryś chłopski syn.

— Rozmawiaj z Carrie — odparła. — Ja chcę zamienić słówko z siostrą.

Nikt więcej nie protestował. Kilkoma szturchańcami przepchnęli Sophie na koniec kontuaru, gdzie Lettie podniosła klapę i kiwała na siostrę. Ostrzegali tylko, żeby nie zajęła Lettie całego dnia. Sophie przecisnęła się pod klapą, a siostra złapała ją za nadgarstek i pociągnęła na zaplecze, do pokoju, w którym pod ścianami stały drewniane półki, każda z tacami pełnymi ciastek. Lettie wysunęła na środek dwa stołki.

— Siadaj — powiedziała. Spojrzała z roztargnieniem na najbliższą półkę, wzięła ciastko z kremem i podała siostrze.

Sophie opadła na stołek, wdychając słodki zapach. Zbierało jej się na płacz.

— Och, Lettie! — powiedziała. — Tak się cieszę, że cię widzę!

— A ja się cieszę, że siedzisz — odparła Lettie. — Widzisz, ja nie jestem Lettie. Jestem Marta.

Inne książki tego autora