Skradziona narzeczona. Ognista miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

– Czy ja dobrze słyszę? – Abby z trudem opanowała wybuch wściekłości.

– Nie jesteś uosobieniem rozwagi, Abby. – Troy się roześmiał, ale nie był to śmiech radosny. – A po tej historii z bykiem wielu tutejszych mieszkańców uważa, że nie wiesz, co robisz. Moja matka zastanawia się nawet, czy nie powinnaś poddać się terapii.

Nie do wiary, czy ona dobrze usłyszała? Czy mężczyzna siedzący obok niej to ten sam miły, uprzejmy, uległy młodzieniec, który przez ponad rok był jej dobrym przyjacielem i jeszcze trzy miesiące temu błagał ją, żeby za niego wyszła? A więc powinna się poddać terapii? I nosić kok, długie spódnice i powściągnąć swój temperament…

– Nie denerwuj się, wiesz, że mam rację – dodał Troy. – Za długo już dokazywałaś. Potrzebowałaś silnej ręki, ale nigdy jej nie miałaś.

Owszem, miała, kiedy Chayce stanowił część jej życia. Ale kiedy się wycofał, nie było nikogo, kto by ją przywoływał do porządku. Zachowywała się nieodpowiedzialnie i prowokująco. Może w ten sposób starała się ściągnąć na siebie jego uwagę.

– To mi przypomina, że musimy porozmawiać o jeszcze jednej sprawie – kontynuował Troy.

– Bądź łaskaw powiedzieć, która jeszcze moja wada wymaga korekty – wycedziła przez zęby.

– Chcę, żebyś zrezygnowała z członkostwa w organizacji obrońców środowiska – powiedział. – Sprowadzanie wilków z powrotem na tereny naszych pastwisk jest rządową taktyką niszczenia prywatnej własności ziemi. To działalność wywrotowa, my nie potrzebujemy, żeby wilki porywały nasze bydło. To chyba potrafisz zrozumieć, prawda?

– Dziesiątki razy ci to tłumaczyłam. W dawnych czasach, zanim wilki zostały prawie całkowicie wytępione, ich ofiarą padały różne gryzonie. Drapieżniki przyczyniają się do zachowania równowagi w przyrodzie, a nie do jej zakłócania. Dziwię się, że zdajesz się tego nie rozumieć.

– Zgoda, w przyrodzie. – Troy obrzucił ją chłodnym spojrzeniem. – Jednak hodowla bydła nie jest częścią przyrody. To biznes, jak każdy inny. Jeśli wilki będą się mnożyć, stada bydła będą się zmniejszać. Już i tak mamy dość kłopotów z prawami do wody i publicznymi pastwiskami. Nasi hodowcy wpadają w szał, bo bawoły w parku narodowym wałęsają się swobodnie i zarażają nasze bydło brucelozą. Wiesz, co to takiego? To choroba, która powoduje poronienia u krów. Zdajesz sobie sprawę, ile tracimy pieniędzy za każdym razem, gdy na świat przychodzi martwy cielak?

– Tak, wiem – przyznała Abby. – Chayce ma ranczo, poza tym czytam fachową prasę. Rozumiem twoje argumenty, ale nie dam za wygraną. Musimy zachować…

Nagle z bocznej drogi wyskoczył ogromny pikap z podwójną kabiną. Po godle rodziny Derringerów umieszczonym na karoserii poznała, że to jeden z samochodów z rancza Chayce’a. Ale nie prowadził go tak jak zazwyczaj przystojny Kirk Conroy, zatwardziały kawaler, który zarządzał ranczem pod nieobecność Chayce’a. Kirk bowiem, w przeciwieństwie do Chayce’a, zawsze jeździł ostrożnie, a tym razem samochód pędził na złamanie karku.

– A niech mnie – mruknął Troy, zjeżdżając na pobocze, kiedy pikap zrównał się z nimi. – Chyba przed chwilą mówiłaś, że Chayce nie wraca do domu.

– Bo tak myślałam – wycedziła Abby przez zęby.

W bocznym oknie samochodu zobaczyli jego twarz. Czarne oczy błyszczały złowrogo w twarzy tak przystojnej, że gdziekolwiek by się znalazł, przyciągałby wzrok zachwyconych kobiet. Włosy miał tak samo czarne jak oczy. Abby po raz kolejny pomyślała, że nigdy nie spotkała równie przystojnego mężczyzny.

– Jak się masz, Chayce? – zawołał Troy ze sztucznie radosnym uśmiechem.

Chayce nie odpowiedział. Siedział jak wykuty z kamienia, wyraźnie ignorując Troya. Wzrok skupił na Abby, która odwzajemniła spojrzenie. Prawie cztery lata się nie widzieli, a on nawet się do niej nie uśmiechnął,

– Myślałam, że jesteś na Bahamach – rzuciła oschle.

– Byłem. Dziś rano dostałem twój list – odpowiedział. – Przesłano go do Kalifornii, więc trochę to trwało. – Przeniósł wzrok z Abby na Troya i z powrotem. – Co to za bzdura z tym waszym ślubem?

– Bzdura? – oburzył się Troy. – My… my tylko chcemy się pobrać, Chayce. Nic nie musisz w tej sprawie robić, jedynie poprowadzić Abby do ołtarza w zastępstwie jej ojca. Ja kupię nawet suknię ślubną…

– Suknię ja kupię – oświadczył Chayce jadowitym tonem. – Oczywiście dopiero wtedy, gdy Abby rzeczywiście będzie wychodzić za mąż.

– Słyszałeś, co powiedział – włączyła się Abby, unosząc brodę i patrząc Chayce’owi prosto w twarz. – Pobieramy się. I prawdopodobnie przyspieszymy ceremonię.

– Dlaczego wam tak spieszno do ołtarza? Ona jest w ciąży? – zapytał takim tonem, że Troy odruchowo objął ramieniem Abby, jakby ją chciał ochronić.

– Jak śmiesz, Chayce! – Abby omal nie zakrztusiła się z wściekłości.

– Ona… ona… nie… nie, no coś takiego! – jąkał się oburzony Troy.. – Na Boga, ja mam odpowiedzialny zawód i jestem przyzwoitym członkiem naszej społeczności!

– Skończmy tę bezsensowną rozmowę, ona do niczego nie doprowadzi – włączyła się Abby.

Chayce zmrużył oczy. W takim nastroju był groźny. Abby czuła dreszcz przebiegający jej wzdłuż kręgosłupa. Ramię Troya też nie było tak stabilne, jakby sobie tego życzył.

– Porozmawiamy w domu – powiedział Chayce po chwili.

Skinął głową Troyowi, podniósł szybę i dodał gazu, pozostawiając za sobą smugę kurzu.

– Uff! – odetchnął Troy, cofając ramię. – O co mu chodzi? W zeszłym roku był przeciwny, to jasne, ale teraz jesteś już pełnoletnia. Nie może ci niczego zakazać.

– Nie mam pojęcia, dlaczego tak się wścieka. W każdym razie on nie będzie decydował, kiedy mogę wyjść za mąż – niemal warknęła.

– No, no, kochanie, tylko z nim nie wojuj – ostrzegł. – Nie możemy zrobić sobie z niego wroga. To tutaj nie byle kto.

– Chyba się go nie boisz?

– Pewno, że nie. – Troy zaśmiał się sarkastycznie. – A teraz jedźmy na ranczo. Chcę ci pokazać nasze nowe byki. – Zerknął na nią podejrzliwie. – Nie zrobisz chyba niczego szalonego przy moim ojcu, prawda?

– Nie – odpowiedziała Abby zrezygnowana. – Będę bardzo grzeczną dziewczynką.

– Mam nadzieję – mruknął Troy.

Pomyślała o tych słowach później, kiedy Troy odwiózł ją do domu, ale nie wszedł z nią do środka. Dezercja w obliczu bitwy, mruknęła poirytowana, obserwując, jak odjeżdża z piskiem opon. Opiekun się znalazł!

Było już ciemno. Z niechęcią myślała o spotkaniu z Chayce’em ponurym jak chmura gradowa. Z drugiej strony, po co jej kolejny opiekun? Miała tylko jednego, Chayce’a, którego znała od dziesiątego roku życia. Może zastraszyć cały świat, ale ona się go nie boi.

Skrzyżowała szczupłe ramiona i bojowo nastawiona wkroczyła do holu. Rozczarowała się, że Chayce na nią nie czeka. Przez całe popołudnie nastawiała się na spotkanie z nim, a tymczasem on znowu gdzieś zniknął. Ale czegóż się mogła spodziewać? Przez całe lata jej konsekwentnie unikał. Nic nie wskazywało, żeby to się nagle zmieniło.

– To ty, Abby? – Dobiegł z gabinetu niski głos z teksańskim akcentem.

Podeszła na próg i zajrzała do środka. Chayce rozłożył się wygodnie na skórzanym fotelu, skrzyżował nogi, w szczupłej ręce trzymał kieliszek brandy. Ciemny pokój rozświetlała tylko lampka stojąca obok fotela.

– Tak, to ja – odpowiedziała, ale nie weszła do środka.

Z tym miejscem łączyły się wspomnienia, do których nie miała ochoty wracać. Były zbyt bolesne i zawsze wytracały ja z równowagi, a teraz, w obliczu konfrontacji, powinna zachować spokój.

– Wejdź – powiedział spokojnie Chayce. – Musimy porozmawiać.

– Nie mamy o czym – oświadczyła z godnością. – Mam już dwadzieścia jeden lat. Jestem dorosła, nie możesz mi niczego zakazać.

Chayce obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów – miała na sobie obcisłe dżinsy i przylegający do ciała T-shirt.

– Zaokrągliłaś się – stwierdził.

– Wszystkie małe dziewczynki kiedyś dorastają – zauważyła z kpiącym uśmiechem.

– Faktycznie. – Chayce pociągnął potężny łyk brandy. – Wejdź i zamknij drzwi, Abby.

– Wolę zostać tu, gdzie stoję – wykrztusiła z trudem. – Mów szybko, co masz do powiedzenia. Usłyszę.

– Powiedziałem, żebyś weszła i zamknęła drzwi! – Jego głos, niski i łagodny, potrafił być niekiedy ostry jak brzytwa.

Weszła z ociąganiem do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. Ale nie oddaliła się od nich. Chłodne drewno, o które się opierała, dawało jej złudne poczucie bezpieczeństwa.

Chayce też się nie ruszył. Wciąż nie spuszczał oczu z jej sylwetki, szukając wszystkich zmian, jakie w niej zaszły. Cóż, cztery lata to szmat czasu.

– Serce wyskoczy ci z piersi – zauważył. – Z każdym jego uderzeniem widzę, jak unosi się tkanina twojej bluzki.

Ta uwaga jeszcze pogorszyła sprawę. Abby nerwowo przełknęła ślinę i skrzyżowała ręce na piersi.

– Co masz mi do powiedzenia? – spytała chłodno.

– Tak naprawdę to nie wiem – przyznał, wzdychając ciężko. – Nie widziałem cię cztery lata. Jesteś starsza, trochę przybrałaś na wadze. Mówisz, co myślisz, ale przecież nigdy się mnie nie bałaś. Troy tak. Zauważyłaś, jak się trzęsie? – dodał, uśmiechając się kpiąco.

– Tu nie ma się z czego śmiać – prychnęła Abby, zła, że to zauważył. Chciała, by jej narzeczony był uważany za honorowego i nieustraszonego mężczyznę.

– Kiedy mnie to wszystko śmieszy – odparł. – Ten wasz absurdalny pośpiech, to całe zamieszanie, jakby was ktoś popędzał. Naprawdę nie musisz ustanawiać nowych rekordów szybkości w biegu do ołtarza.

– Mój ślub to nie twoja sprawa – żachnęła się.

– Akurat.

– Wiem, ile ci zawdzięczam – odpowiedziała. – Doceniam to, ale nie jestem twoją własnością, a właśnie tak mnie traktujesz. Po co wróciłeś? – spytała żałośnie. – Dlaczego nie zostałeś tam, gdzie byłeś? Nic cię nie obchodzi, czy wyjdę za Troya, czy za kogoś innego, jesteś tylko zły, że poprosiłam cię o poprowadzenie mnie do ołtarza.

 

Chayce dokończył brandy, wciąż mierząc Abby uważnym wzrokiem.

– Tak, jestem zły – przyznał. – Nie jestem na tyle stary, żeby być twoim ojcem – powiedział wyjątkowo łagodnym tonem.

– Co innego mówiłeś cztery lata temu – przypomniała mu zduszonym głosem. – Mówiłeś… – urwała w połowie zdania.

– Leżałaś w moich ramionach, w tym pokoju, na tej sofie – wspominał, bawiąc się pustym kieliszkiem. – Twoja bluzka znalazła się na podłodze, ja miałem rozpiętą koszulę. Obejmowałem cię, całowałem, dopóki oboje nie zaczęliśmy się trząść jak liście na silnym wietrze. Przycisnąłem usta do twoich nagich piersi, a ty chwyciłaś moją głowę i przyciągnęłaś mnie do siebie tak rozpaczliwie, jak gdyby od tego zależało twoje życie. Tak, wszystko pamiętam, jakby to było wczoraj.

– Przestań, proszę. – Abby zamknęła oczy i odruchowo jeszcze mocniej przylgnęła do drzwi. Dlaczego nie została w holu? Dlaczego posłuchała tego irytującego mężczyzny?

Fotel zaskrzypiał, kiedy Chayce się podniósł, odstawił kieliszek i ruszył w jej stronę. Uniosła rękę w obronnym geście. Nawet tego nie zauważył. Oparł ręce o drzwi po obu stronach jej głowy i spojrzał prosto w jej spłoszone oczy.

– Położyłem cię na plecach, miałem nogi między twoimi nogami – ciągnął schrypniętym głosem. – Płakałaś. Rozpiąłem ci dżinsy i… wtedy zadzwonił telefon. Pamiętasz, co powiedziałaś? Błagałaś, żebym nie odbierał. Szeptałaś, że mnie pragniesz, że za chwilę zemdlejesz z niezaspokojenia. – Oczy Chayce’a rozbłysły. – Dotykałem cię…

Abby nie mogła znieść tych wspomnień. Zaszlochała i ukryła twarz w jego piersi.

– Przestań! – jęknęła.

Potarł twarz o jej policzek, równocześnie tak się pochylając, że biodrami przylgnął do jej bioder, wyraźnie podniecony. Zadrżał, po czym przesunął usta wzdłuż jej mokrego policzka, by dotknąć jej warg.

Czas między „wtedy” a „teraz” przestał istnieć. Nie opierała się, rozchyliła usta tak, jak ją tego nauczył tamtej nocy. Sięgnęła do jego koszuli i trzęsącymi rękami zaczęła szukać guzików.

– Rozepnij – szepnął Chayce. – Dotknij mnie!

Nie powinna tego robić. Jest przecież zaręczona. Ma na palcu pierścionek od Troya. Przyjęła jego oświadczyny. Ale to Chayce jest mężczyzną, którego pragnęła od zawsze i którego będzie zawsze pragnąć. Nerwowo rozpięła guziki i zaczęła go pieścić, czując znajome ciepło twardych mięśni pokrytych kręconymi włoskami. Oderwała usta od jego ust i przycisnęła je do jego piersi, rozkoszując się jego świeżym zapachem, smakiem jego skóry, którą czuła pod wargami.

– To się nigdy nie skończy – wymamrotał Chayce, wsuwając ręce pod jej T-shirt. – Próbowałem trzymać się z dala od ciebie. Bóg mi świadkiem, że próbowałem, z całych sił… Dobrowolnie skazałem się na męczarnie.

Abby uniosła ku niemu twarz, obserwując go, kiedy ściągał jej stanik, a potem czule pieścił jej piersi. Wstrzymał oddech, poczuwszy pod palcami jej skórę. Kciukami i palcami wskazującym ujął sutki i uciskał je lekko, aż stwardniały i się zaróżowiły. Oczami szukał jej oczu.

– Wiesz, czego chcę – szepnął.

Wiedziała. Nie zważając na swoją niewinność i na obietnicę złożoną Troyowi, jednym ruchem ściągnęła top i rzuciła go na podłogę. Uniósłszy lekko plecy, pozwoliła mu patrzeć na swoje pełne jędrne piersi, drżąc z pożądania, którego już kiedyś doświadczyła.

– I ty wiesz… czego ja chcę – wyszeptała.

– Tak. – Dotknął ostrożnie, jakby z czcią, jej piersi i pochylił głowę. Powoli, z czułością ujął w usta jej sutek zaczął go ssać w gorącej, pełnej napięcia ciszy pokoju.

Drugą rękę wsunął pod jej plecy i uniósł ją lekko, przyciskając do swoich bioder. Wyczuła, jak bardzo jest podniecony.

– Kiedy z tobą jestem – wyszeptał z ustami przy jej piersi – mógłbym tak trwać całą noc. Mógłbym kochać się z tobą bez końca i pragnąć cię wciąż od nowa. Nigdy bym się tobą nie nasycił.

Abby położyła dłonie na jego płaskim brzuchu, ledwie go dotykając. Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy, w których zobaczył lęk połączony z cierpieniem i podnieceniem. I miłość.

Tkwiła nieruchomo w jego uścisku, nie protestując, nie opierając się, nie czując wstydu ani zażenowania.

Chayce patrzył na jej ciało, poddające mu się, uległe, błagalne. Dotykał jej i pieścił, a ona coraz gwałtowniej drżała i łkała z dojmującej tęsknoty. Wreszcie zamknął ją w ramionach i lekko uniósł, z trudem opanowując chęć rzucenia jej na podłogę i zniewolenia.

– Och, na Boga – szeptała, przyciskając usta do jego szyi. – Dlaczego? Dlaczego? Co się z nami dzieje?

– Nie wiem, dlaczego tak na siebie reagujemy – odpowiedział również szeptem, przyciskając ją do siebie jeszcze mocniej i przymykając oczy, żeby napawać się jej dotykiem – Nigdy nie straciłem głowy dla żadnej innej kobiety, tylko dla ciebie. Zupełnie jakbym oszalał na twoim punkcie. – Ukrył twarz w jej piersiach.

– Nie możemy… się położyć? – wykrztusiła.

– Dziecinko, jeśli się położymy, w ciągu dwóch minut będziesz moja. Nawet nie zdążę cię do końca rozebrać.

Abby przycisnęła usta do jego ciepłego ramienia i znowu gwałtownie zadrżała. Nogi odmawiały posłuszeństwa, kręciło jej się w głowie.

– Tak – westchnęła.

Chayce jęknął głucho. Nic nie mógł poradzić. Musiał to zrobić. Musiał, to było silniejsze od niego.

Odwrócił się ze zdecydowanym wyrazem twarzy. Zaczął się cofać w stronę sofy i kiedy Abby popatrzyła na niego, wiedział, że już się nie powstrzyma. Czuł niemal jej ciało pod swoim, czuł, że ona się zgadza, czuł, że może nią zawładnąć i że musi się to stać jak najprędzej.

Abby przywarła do niego, gotowa na wszystko, spragniona, by do niego należeć. Nareszcie, pomyślała rozgorączkowana, kiedy przycisnął ją jeszcze mocniej. Nareszcie! Tak długo na to czekałam…

Właśnie miał ją położyć na sofie, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi, tak głośny, że wydawało się, jakby w gorącej ciszy pokoju wybuchła bomba.

Patrzyli na siebie, jakby nagle ocknęli się z oszołomienia. Chayce ściągnął brwi na widok jej nagich piersi przyciśniętych do swojej klatki piersiowej, jej ramion ciasno oplatających jego silny kark. Ona też wpatrywała się w jego obrzmiałe wargi, które tak zachłannie brały ją w posiadanie, w jego oczy, które mówiły jej, jak rozpaczliwie jej pragnie.

Tymczasem rzeczywistość boleśnie przywróciła ich do świadomości. Piękny sen się skończył, zanim na dobre się zaczął.

Chayce postawił ją na nogi i przytrzymał chwilę, żeby złapała równowagę. Wciąż nie spuszczał wzroku z jej piersi, jakby nie był w stanie oderwać od nich oczu. Pogładziwszy je delikatnie, poczuł, jak jej ciało sztywnieje. Usłyszał cichy okrzyk rozkoszy, który wydobył się z jej ust.

– Ktoś przyszedł – szepnęła.

– Wiem. – Pochylił głowę i delikatnie pocałował jej miękką pierś. – Pragnę cię. Szaleńczo.

– Ja też cię… pragnę.

Potarł policzek o jej pierś i przytrzymał ją mocno.

– Och, wielkie nieba, Abby! – jęknął.

– Wiem. – Pogłaskała jego wilgotne włosy, przymykając oczy. – Wiem, Chayce, wiem.

Wiedziała, dlaczego drży. Uspokajała go najlepiej, jak potrafiła, równocześnie zastanawiając się, czy drzwi są zamknięte na klucz. Jeśli nie, a ktoś je otworzy i wejdzie tutaj…

Rozległo się energiczne pukanie.

Chayce uniósł głowę, wciąż drżąc na całym ciele.

– Co tam? – odezwał się tonem, który nie zachęcał do wejścia.

– Chayce? – odezwał się z wahaniem Kirk Conroy, jego zarządca i dobry przyjaciel. – Możesz przyjść na moment do obory? Musieliśmy wezwać weterynarza do tych jałówek, które poroniły i on chce z tobą mówić.

– Zaraz będę – rzucił Chayce.

Usłyszeli oddalające się kroki. Chayce trzymał Abby za ręce. Patrzył na nią tak, jakby nie mógł znieść myśli, że musi się od niej oddalić. Pociągnął ją do drzwi, sięgnął do tyłu i szybko zamknął je na klucz. W jego czarnych oczach błyszczało pożądanie.

– Nie możemy – wyszeptała Abby.

– Dlaczego? On nie wróci.

– Chayce… jestem… zaręczona… – wyjąkała.

Spuścił wzrok na jej piersi, odwrócił ją ku sobie i przycisnął do piersi.

– Czy z nim czujesz to samo? – spytał niepewnie, bojąc się usłyszeć odpowiedź. Mimo to chciał wiedzieć.

– Ja nie… nie mogę… robić tego… z nim – wykrztusiła i zarumieniła się mocno, coraz bardziej zawstydzona.

Chayce skamieniał. Uniósł głowę i utkwił wzrok w jej pokrytej rumieńcem twarzy.

– Nigdy? – spytał szeptem.

– Nigdy. Jak bym mogła? – zaszlochała, patrząc na niego z rozpaczą. – Kocham ciebie. Do diabła, Chayce, ja cię kocham! Troy jest miły, ale moje serce należy tylko do ciebie.

Chayce scałował jej łzy i smakował usta z niespotykaną czułością, ująwszy w ciepłe, silne dłonie jej twarz.

Po kilku długich minutach wypuścił ją z ramion i delikatnie odsunął od siebie. Starł łzy z policzków, obserwując ją spod zmarszczonych brwi. Był zły czy zmartwiony? Nie umiała rozszyfrować jego emocji.

Poczuła nagły chłód, gdy nie było przy niej jego ciepłego ciała. Sięgnęła po leżący na podłodze biustonosz i top.

– Twoja… koszula – powiedziała.

Chayce schylił się, podniósł ją i włożył.

– Wszystko w porządku – stwierdził ze spokojem. – Nic się nie wydarzyło. Mało brakowało, ale…

– Tak, nic się nie wydarzyło. – Głos Abby się załamał.

Chayce odetchnął głęboko.

– To może lepiej, że chcesz przyspieszyć ślub – powiedział z chłodną pogardą dla samego siebie. – To może być jedyna rzecz, która uchroni cię przede mną.

– Nie rozumiem.

– Czyżby? – zaśmiał się sarkastycznie. – Ani mi było w głowie, że tego wieczoru zbliżę się do ciebie – powiedział. – Zamierzałem cię zatrzymać w połowie pokoju i zaproponować, że poprowadzę cię do ołtarza. – Zacisnął szczękę. – I widzisz, czym to się skończyło. Nie mogę nawet przebywać z tobą w jednym pokoju, żeby się nie podniecić, i to po czterech latach trzymania się od ciebie na dystans!

ROZDZIAŁ TRZECI

W sobotę Abby miała pojechać po suknię ślubną. Poprosiła Becky, żeby jej towarzyszyła, ale w ostatniej chwili okazało się, że gospodyni ma do załatwienia pilną sprawę rodzinną. Jej siostra się przewróciła i choć nie doznała poważnych obrażeń, trzeba ją było zawieźć do szpitala.

To niczym omen, pomyślała żałośnie Abby. Chayce był w domu od trzech dni i już złamał jej serce, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się między nimi pierwszej nocy po jego powrocie. Potem zachowywał się jak gdyby nigdy nic, co ona również próbowała robić, ale bez powodzenia. Nie była w stanie uwolnić się od wspomnień. Poprzedniego dnia widziała się z Troyem, który był tak samo posępny jak ona i zachowywał się tak, jakby wiedział, co się wydarzyło, co ona czuje do Chayce’a. Oboje starali się jednak przejść nad tym do porządku dziennego. Może kupno sukni ślubnej chociaż trochę poprawi jej nastrój.

Kiedy wyszła, żeby wsiąść do samochodu, zastała Chayce’a na ganku. Miał na sobie dżinsy, koszulę w niebieską kratę, na głowie biały stetson, a na nogach buty do konnej jazdy. Skrzyżował ramiona na szerokiej piersi i skupił wzrok na Abby ubranej w sukienkę do kostek w czarno-biały wzór, z włosami sczesanymi z twarzy i starannie ułożonymi w fale.

– Przygotowujesz się do roli w „Arszeniku i starych koronkach”? – spytał kpiącym tonem.

– Troy lubi, kiedy się tak ubieram – odpowiedziała obronnym tonem, zła, że ośmielił się skomentować jej wygląd.

– To może powinien się ożenić z jakąś niezamężną ciotką zamiast z tobą – zauważył i uśmiechnął się kpiąco.

– Wybierasz się gdzieś? – Abby zawiesiła torebkę na ramieniu, zdecydowana jak najszybciej uwolnić się od jego towarzystwa.

– Jadę z tobą, wskakuj do pikapa – odpowiedział. – Podobno mamy kupić suknię ślubną. Na co czekasz? Wsiadaj.

– Interesująco będziesz w niej wyglądał – odgryzła się.

– Nic z tego – zaśmiał się. – Mam uczulenie na koronki i kwiaty. Chodźmy. Becky powiedziała, że jedno z nas powinno z tobą pojechać. Teraz rozumiem dlaczego – dodał, obrzucając ponownie krytycznym spojrzeniem jej strój.

– Lubię staroświeckie suknie! – obruszyła się.

Chayce otworzył drzwi samochodu i natychmiast się cofnął, tak że wpadła na niego i na chwilę przylgnęła do niego całym ciałem.

 

– Nieprawda – odrzekł. – On próbuje zrobić z ciebie drugą Eve Payne.

Abby aż oniemiała.

– Nie udawaj, że tego nie wiesz – dodał.

– A ty niby skąd wiesz? – parsknęła. – Od czterech lat mnie nie widziałeś. Właściwie nic o mnie nie wiesz.

– Ale Becky wie dużo – odrzekł z groźnym błyskiem w oku. – Uważa, że Troy widzi w tobie same wady, a zupełnie nie dostrzega zalet. Boi się, że on będzie próbował cię zmienić.

– Troy uważa, że jestem zbyt płocha i niepokorna – wyznała. – A jego matka myśli, że powinnam poddać się terapii, bo mam nierówno pod sufitem.

Chayce westchnął ciężko. Dotknąwszy jej włosów, nasunął je do przodu, niszcząc kunsztownie ułożone fale.

– Nawet twoje włosy – zauważył. – Kręcą się, a jemu to się nie podoba, co?

– Wolałby, żebym je wyprostowała. Chayce! – Chwyciła go za rękę, gdy nagle pociągnął ją za włosy.

– Przepraszam. – Pogłaskał delikatnie jeden kosmyk, patrząc z zatroskaniem w jej szczupłą twarz. – Nie lubisz, jak on cię dotyka, prawda? – spytał cicho.

– Nigdy tego nie powiedziałam. – Uniosła ku niemu wzrok, ale po chwili, zawstydzona, zamknęła oczy.

– Ale twoje ciało tak – rzekł. – Umierałaś z pragnienia, marzyłaś o pieszczotach i gorących pocałunkach.

– Tylko twoich – mruknęła niechętnie. – To się chyba nigdy nie zmieni. Nie powinieneś był wracać. Zburzyłeś mój z trudem osiągnięty spokój.

Chayce sięgnął do jej policzka i obrócił jej twarz tak, że przylgnęła do jego piersi. Sam powędrował wzrokiem ponad jej głową w kierunku pustego podwórza.

– Musiałem – powiedział. – Po twoim liście poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę.

– Ja tylko cię poprosiłam, żeby mnie poprowadził do ołtarza – stwierdziła Abby obronnym tonem.

– Nie spodziewałem się, że zechcesz tak szybko wyjść za mąż. Jesteś jeszcze taka młoda, dziecinko. Masz jeszcze dużo czasu, nie musisz się tak spieszyć – odparł.

– Jesteś jedyną osobą spośród moich znajomych, która tak myśli.

– Jestem starszy od większości ludzi, których znasz. Mam trzydzieści sześć lat. Prawie trzydzieści siedem. – Musnął czule wargami jej włosy.

– Kochany staruszek – szepnęła, pocierając twarzą o jego pierś.

Nawet przez tkaninę koszuli czuł jej dotyk. Przeszedł go dreszcz.

Abby słyszała bicie jego serca, jego zmieniony oddech. Przesunął rękę z jej twarzy na ramię. Abby wsunęła palce pod jego koszulę i powoli rozpinała guziki. Położył dłoń na jej ręce, ale tylko na moment, po czym cofnął ją niechętnie.

– To bardzo zły pomysł – wyszeptał.

Ale ton, jakim to powiedział, świadczył o czymś zupełnie innym. Abby uśmiechnęła się triumfalnie, kiedy rozchyliła koszulę i przyłożyła usta do gęstego zarostu na jego piersi. Pachniał korzenną wodą kolońską i mydłem. Zaczęła go namiętnie całować.

Chayce ujął w dłonie jej głowę, ale nie odsunął się. Po chwili jego oddech stał się jeszcze bardziej nierówny. Opuścił ręce na jej biodra i przycisnął je do swoich potężnych ud. Był bardzo podniecony, ale ona się nie przestraszyła. Przesunęła ręce wzdłuż jego ciała i zbliżywszy usta do jego sutka, zaczęła go zmysłowo ssać.

– Nie! – Chayce drgnął i odsunął się gwałtownie.

Spojrzała na jego surową twarz, po czym ponownie zatrzymała wzrok na jego nagiej piersi i na lekkie ślady w miejscach, które przed chwilą namiętnie całowała.

– Tak się czułam – powiedziała łagodnie – kiedy ty mnie tam całowałeś. Chcę, żebyś i ty tego doświadczył.

– Jesteśmy w miejscu publicznym – zauważył.

– Na pustym dziedzińcu – odpowiedziała, wznosząc wygłodniałe oczy ku jego twarzy. – I nie miałeś nic przeciwko temu. A może się mylę?

– Tak – przyznał – nie miałem.

Odsunął jej ręce i powoli zapiął koszulę. Kiedy cofnął się, żeby pomóc jej wsiąść do samochodu, wydawał się bardziej zakłopotany niż kiedykolwiek przedtem. Dłużej, niż to było potrzebne, zajmował miejsce obok niej. Zdjął kapelusz i odgarnął w tył włosy, patrząc na nią przenikliwie.

– Kto cię tego nauczył? – spytał.

– Oglądałam film dla dorosłych.

– Nie powinnaś oglądać takich programów. – Włączył silnik.

– A dlaczego nie?

Zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią, ale jej nie znalazł. Westchnął, wyraźnie poirytowany.

Abby skrzyżowała nogi pod długą spódnicą i odgarnęła włosy z twarzy.

– Troy mówi, że powinni zmusić kablówkę nadającą takie programy do rezygnacji z emisji takich filmów. Pewnie byłby najbardziej zadowolony, gdyby w ogóle zakazano rozpowszechniania takich treści – poinformowała go.

– Założę się, że sam ogląda pornosy.

– Nie, Troy raczej nie – westchnęła.

Chayce wycofał samochód przez otwartą bramę.

– Jest bardzo przyzwoity, co?

– Tak – zgodziła się Abby. – Musi taki być. Przecież jest nauczycielem, a to do czegoś zobowiązuje.

– Lubi dzieci?

– Nie bardzo. – Abby wzruszyła ramionami. – Ale mówi, że musimy mieć syna, żeby odziedziczył ranczo po naszej śmierci. No wiesz, żeby majątek pozostał w rodzinie.

Chayce mruknął coś niewyraźnie.

– Ty też powinieneś o tym pomyśleć – zauważyła z przekąsem. – O dziedzicu, bo na razie żadnego nie masz, prawda?

Chayce’owi aż zabrakło tchu. Nie pozwalał sobie na myślenie o dzieciach. Utkwił wzrok w szosie, próbując nie reagować na jej słowa.

– A Delina lubi dzieci? – spytała Abby.

– Nie mam pojęcia.

– Nie rozmawiasz z nią na takie tematy?

Chayce zacisnął ręce na kierownicy.

– Przepraszam – powiedziała szybko, uwiadamiając sobie, że się zagalopowała. Przecież to jasne, że on z nią sypia.

– Nie sypiam z nią, Abby – powiedział po dłuższej chwili, jakby czytał jej myślach. – Z nikim nie sypiam. Od czterech lat, jeśli chcesz wiedzieć.

To było niezwykle intymne wyznanie. Abby wstrzymała na chwilę oddech.

– Och, Chayce! – bardziej jęknęła niż szepnęła. Miała zamęt w głowie. Nie sypiał z nikim? Czy dlatego, że to tylko jej pragnął?

Chayce nie czuł się dużo lepiej. Cała ta cholerna sytuacja działała mu na nerwy. Abby zamierza wyjść za mąż za mężczyznę, którego nie kocha, mężczyznę, który chce zmienić w niej wszystko. Wydawało się jej nie przeszkadzać, że Troy wciąż doszukuje się w niej wad, ale jemu to przeszkadzało. Raniło go to. Powtarzał sobie, że ona potrzebuje młodszego mężczyzny, ale dlaczego musi to być akurat Troy? Gorzej już chyba nie mogła wybrać.

– Gdzie zamierzasz kupić suknię? – spytał gniewnie.

– Oczywiście w Whitehorn.

– Tam jest tylko jeden dobry sklep –zauważył.

– Wiem.

Chayce nie powiedział słowa więcej. Włączył radio i skupił się na wiadomościach, a w każdym razie takie sprawiał wrażenie. Abby patrzyła w okno, myśląc o tym, jak puste, nudne i do obrzydliwości przewidywalne stało się jej życie. A przecież miała dopiero dwadzieścia jeden lat.

Sklep był mały, ale tam właśnie nabywały suknie ślubne wszystkie tutejsze panny młode. Właścicielka, pani Lili, drobna pani w wieku około sześćdziesiątki, była w młodości słynną projektantką i dopiero przed kilku laty przeniosła się na stałe do Whitehorn.

– Tak, słyszałam, że pani tego lata wychodzi za mąż – zwróciła się do Abby, patrząc z wyraźnym niesmakiem na jej strój. – Chciałaby pani obejrzeć kilka modeli sukien, które ostatnio zaprojektowałam?

– Tak, chętnie – odpowiedziała Abby zdziwiona, że Chayce wszedł razem z nią do sklepu. Usiadł na krześle pod oknem, z obojętnym wyrazem twarzy.

Abby patrzyła, jak pani Lili prezentuje jej kolejne suknie, ale nie okazywała entuzjazmu przynajmniej do chwili, kiedy właścicielka sklepu pokazała jej model, nad którym właśnie pracowała..

Suknia w stylu wiktoriańskim była uszyta z satyny i ozdobiona delikatną koronką. Na spódnicy i staniku miała wyhaftowane kwiaty pokryte przezroczystą warstwą koronki. Rękawy, bufiaste na ramionach i bardzo szerokie u góry, zwężały się od łokcia ku dołowi, mankiety też były zdobione misternym haftem.

– Ta jest bardzo droga – powiedziała pani Lili. – Prawda, że warta swojej ceny? Spędziłam nad nią sporo czasu.

– Jak najbardziej – zgodził się Chayce, patrząc na Abby oczami pociemniałymi z bólu. – Będzie… dla niej odpowiednia. Jest rzeczywiście bardzo piękna.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?