Odważni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Odważni

Tłumaczenie:

Jacek Żuławnik

PROLOG

Peg Larson uwielbiała wędkować, a to, co właśnie robiła, przypominało zakładanie przynęty, tyle że zamiast na dorodnego okonia albo leszcza wyciągniętego ze strumienia w lasach wokół Comanche Wells w Teksasie, szykowała się na złowienie niezłego okazu atrakcyjnego faceta.

Brakowało jej wędkowania, ale gdy do Święta Dziękczynienia zostały już tylko dwa tygodnie, nawet w południowym Teksasie było zbyt zimno, żeby przesiadywać nad brzegiem rzeczki. Za to wczesną wiosną cudownie było zasiąść z pudełeczkiem robaków i wypróbowaną trzcinową wędką w dłoni.

Marząc o tym, obciążyła żyłkę ciężarkami i umieściła na jej końcu czerwono-niebiesko-biały spławik, który dostała od ojca, gdy miała pięć lat.

Niestety sezon rozpoczynał się dopiero za kilka miesięcy.

Dziś Peg zależało na zupełnie innej zdobyczy.

Przejrzała się w lustrze i westchnęła. Owszem, była dość ładna, ale do piękności raczej nikt by jej nie zaliczył. Miała duże bladozielone oczy i długie blond włosy, które przeważnie zbierała w kucyk i przewiązywała gumką albo czymkolwiek, co miała pod ręką. Nie była wysoka, ale za to miała długie nogi i całkiem niezłą figurę. Zdjęła gumkę, rozpuściła włosy i czesała je szczotką aż do czasu, gdy blond fala zaczęła przypominać połyskującą zasłonę z bladego złota. Delikatnie nałożyła szminkę i upudrowała policzki. Puder też był prezentem od ojca, tym razem urodzinowym, sprzed kilku miesięcy. Raz jeszcze westchnęła, patrząc na swoje odbicie.

Gdyby było ciepło, włożyłaby obcięte dżinsy i dopasowaną koszulkę, która uwypukliłaby niewielkie, ale jędrne piersi. Cóż, w listopadzie musiała zadowolić się czymś innym.

Dżinsy były stare, sprane i poprzecierane, ale gdy wsunęła w nie długie nogi i nasunęła na biodra, poczuła się jak w drugiej skórze. Włożyła różowy bawełniany top z długimi rękawami i odpowiednio dobranym kołnierzykiem, dyskretnym, ale zarazem seksownym. Przynajmniej tak uważała. Peg późno rozkwitła. Miała dziewiętnaście lat, w szkole przechodziła mękę, użerając się z szybkimi i porywczymi kolegami, którzy uważali, że seks przed ślubem to przecież nic takiego, zwykła sprawa, i doprawdy trzeba być dziwakiem, by uważać inaczej, a nawet się nim gorszyć.

Uśmiechnęła się pod nosem, wspominając rozmowy na ten temat ze znajomymi, dziewczynami i chłopcami. Jednak prawdziwi przyjaciele Peg mieli takie same jak ona poglądy i chodzili do kościoła w tych trudnych dla religii czasach, kiedy to atakowano ją ze wszech stron. Szczęśliwie w Jacobsville w Teksasie, gdzie mieściła się szkoła, Peg należała do większości. Liceum z dumą pielęgnowało kulturową różnorodność, broniło praw uczniów do kultywowania etnicznych, wyznaniowych i obyczajowych tradycji. Większość miejscowych dziewczyn, tak jak Peg, w sprawach moralności twardo opierała się naciskom. Peg chciała mieć męża i dzieci, dom z ogródkiem i grządkami pełnymi kwiatów, a nade wszystko pragnęła, żeby jej księciem z bajki został Winslow Grange. Znała go dobrze, bo tak samo jak Ed, jej ojciec, który był zarządcą, Peg pracowała na jego ranczu.

Grange uratował Gracie Pendleton, żonę swojego szefa, kiedy porwał ją obalony południowoamerykański prezydent, który potrzebował pieniędzy, by usunąć z prezydenckiego pałacu zaciekłego wroga i ponownie objąć władzę. Grange zebrał oddział najemników, wyprawił się na terytorium Meksyku i podczas brawurowej akcji odbił Gracie z rąk porywacza. Jason Pendleton, milioner o złotym sercu, z wdzięczności podarował Grange’owi ranczo, które sąsiadowało z posiadłością Pendletonów w Comanche Wells. Razem z ziemią Grange’owi trafili się zarządca i gosposia, czyli Ed i jego córka, Peg.

Wcześniej Ed pracował na ranczu u Pendletona, zaś Peg miesiącami śniła na jawie o przystojnym i zagadkowym Grange’u. Był wysokim ciemnowłosym mężczyzną o przeszywającym spojrzeniu i ogorzałej twarzy. Kiedyś służył w wojsku w oddziałach specjalnych, w stopniu majora pojechał do Iraku, gdzie wydarzyło się coś, co zmusiło go do opuszczenia armii, bo inaczej stanąłby przed sądem polowym. Ponadto krążyła plotka, że siostra Grange’a popełniła samobójstwo przez jakiegoś mężczyznę, był więc człowiekiem po przejściach, kiedy zaczął pracować z obalonym prezydentem, który nazywał się Emilio Machado. Była to trudna i niebezpieczna misja. Machado z absolutną determinacją dążył do tego, by obalić psychopatycznego dyktatora i odzyskać władzę w Barrerze, swojej ojczyźnie położonej w sercu amazońskiej dżungli.

Peg niewiele wiedziała o obcych stronach. Nigdy nie wyściubiła nosa poza Teksas i nigdy nie leciała samolotem, jeśli nie liczyć krótkiej wycieczki maszyną do opryskiwania pól, na którą zaprosił ją zaprzyjaźniony z jej ojcem farmer. Natomiast jeśli chodzi o mężczyzn oraz o wiedzę o świecie poza rodzinnym zakątkiem, była kompletną ignorantką.

Jednak Grange nie miał pojęcia o jej naiwności i niewinności, a ona wcale nie miała zamiaru go o tym informować. Uwodziła go przy byle okazji, i to już od kilku tygodni. Wymyśliła sobie, że jeśli jakaś kobieta w południowym Teksasie zdoła omotać Grange’a, to tą kobietą będzie ona, koniec, kropka.

Robiła to niby dość śmiało, ale jednak w sposób delikatny, to znaczy w słowach bywała zuchwała, ale nigdy w czynach. Cóż, wygadana była, natomiast o czynach tego rodzaju nie miała pojęcia i nawet nie próbowała eksperymentować, nie chciała bowiem, żeby Grange pomyślał o niej źle. Pragnęła natomiast, żeby zakochał się w niej po uszy, a potem poprosił o rękę. Innymi słowy, marzyła o wspólnym życiu z Grange’em.

Teraz wprawdzie też, choć oczywiście w innym sensie, żyła z nim, to znaczy mieszkała u niego, bo pracowała na jego ranczu, jednak to nie było to. Przecież pragnęła go dotykać, kiedy będzie miała ochotę, przytulać się do niego, całować, robić z nim… inne rzeczy.

Przy Grange’u czuła się dziwnie. Raptem stawała się spięta, coś w niej wzbierało. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżywała. Rzadko i nieregularnie umawiała się na randki, ponieważ inni mężczyźni niespecjalnie ją pociągali. Nawet obawiała się, że coś jest z nią nie w porządku, bo lubiła chodzić na zakupy z przyjaciółkami albo samotnie wybierała się do kina, ale na randkowanie nie miała ochoty. A przecież niektóre dziewczyny głównie tym żyły, wieczór bez randki czy imprezy był dla nich stracony. Natomiast Peg uwielbiała eksperymentować w kuchni, piec chleb i zajmować się ogródkiem. Wiosną i latem krzątała się w warzywniku, a przez cały rok troskliwie dbała o kwiaty. Grange nie miał nic przeciwko temu, wręcz pochwalał wysiłki gosposi, ponieważ lubił warzywa z własnego ogródka, z których Peg przyrządzała posiłki. Gracie Pendleton też lubiła pracę w ogródku i chętnie dzieliła się z nią pomysłami i sadzonkami.

Tak więc Peg nieczęsto chodziła na randki. Raz pewien sympatyczny na pierwszy rzut oka mężczyzna zabrał ją do kina w San Antonio na komedię. Nawet jej się spodobało, ale potem ten facet nalegał, by pojechali do motelu, a na to nie mogła się zgodzić. Znowu z innym pojechała do zoo, też w San Antonio, żeby obejrzeć krokodyle, a później namawiał ją na wizytę w jego posiadłości, bo bardzo chciał pokazać jej hodowaną tam rodzinkę pytonów. Z tym amantem również szybko się pożegnała. Wprawdzie nie miała nic przeciwko wężom, o ile nie były agresywne i jadowite, ale jakoś nie miała ochoty dzielić się z nimi mężczyzną. Potem była na jednej randce z szeryfem Hayesem Carsonem. Przemiły człowiek, wspaniałe maniery i świetne poczucie humoru. Było cudownie. Niestety Hayes jest zakochany w innej dziewczynie, o czym wszyscy – choć chyba z wyjątkiem jego samego – doskonale wiedzieli. Spotkał się z Peg, by pokazać Minette, że wcale nie usycha z tęsknoty za nią. Minette, właścicielka lokalnej tygodniówki, kupiła tę wersję, jednak Peg absolutnie nie, i rzecz oczywista nie zamierzała zakochiwać się w facecie, którego serce należało do innej.

Odpuściła więc sobie randki, przynajmniej na jakiś czas w ogóle przestała myśleć o facetach, aż wreszcie Ed przyjął propozycję pracy na ranczu Grange’a. Toteż siłą rzeczy Peg stale widywała Grange’a i była nim zafascynowana, on jednak swoim zachowaniem nie zachęcał do bliższych kontaktów. Rzadko się uśmiechał, prawie nigdy ze sobą nie rozmawiali. Czuła jednak, że za tym murem kryje się niezwykła osobowość. Oczywiście wiedziała o wojskowej przeszłości Grange’a, a także to, że miał opinię osoby bardzo inteligentnej i błyskotliwej. Ponadto znał języki obce, mówiono o nim, że jest prawdziwym poliglotą. Po opuszczeniu wojska wykonywał zlecenia dla Eba Scotta, właściciela i szefa ośrodka szkolącego antyterrorystów. Ośrodek mieścił się w Jacobsville, rzut beretem od Comanche Wells, gdzie mieszkał Grange. Eb Scott był kiedyś najemnikiem, podobnie jak wielu mężczyzn z okolicy. Krążyły słuchy, że Emilio Machado zwerbował wielu z nich. Może nawet nie tyle zwerbował, co sami z chęcią przyłączyli się do niego, jako że Machado, zaprzysięgły demokrata, walczył o to, by pozbawić władzy tyrana, który więził i torturował niewinnych ludzi, by zapewnić sobie bezwzględny posłuch zniewolonego narodu. Na myśl o krwawym dyktatorze Peg przechodziły ciarki, miała więc nadzieję, że generał Machado wygra.

Martwiła się jednak, że na czele oddziałów interwencyjnych stanie Grange. Był świetnym żołnierzem, w Iraku walczył na pierwszej linii, ale przecież na wojnie giną zarówno kiepscy, jak i najlepsi żołnierze. Peg martwiła się o niego i chciała mu o tym powiedzieć, ale jakoś nigdy nie było okazji.

Kusiła go, igrała z nim, prowokowała słownie, a także przygotowywała mu wyjątkowe dania i wyszukane desery. On zaś uprzejmie jej dziękował, ale nigdy tak naprawdę na nią nie spojrzał. Och, jak bardzo drażniło to Peg! Dlatego zaplanowała całą strategię, która miała zwrócić na nią uwagę Grange’a. Myślała nad nią ładnych parę tygodni.

 

Przydybała go w oborze. Miała na sobie bluzeczkę ze śmiałym dekoltem i pod odpowiednim kątem schyliła się, żeby coś podnieść. Musiał zauważyć, po prostu musiał. Ale tylko odwrócił wzrok i rozgadał się o czystej krwi jałówce, która miała się wkrótce ocielić.

Potem, gdy już byli w domu, Peg niby przypadkiem otarła się o Grange’a, starając się przecisnąć obok niego w drzwiach. Efekt był taki, że piersiami niemal przykleiła się do jego klatki. Zerknęła na niego, by się przekonać, jakie wrażenie to na nim zrobiło, ale znowu spojrzał w drugą stronę, odchrząknął i nagle mu się przypomniało, że musi coś koniecznie zrobić na zewnątrz.

Ponieważ okazało się, że bodźce fizyczne nie działają, Peg obrała inną taktykę. Otóż za każdym razem, kiedy znajdowała się z Grange’em w sytuacji sam na sam, starała się wpleść do rozmowy wątki, które kierowały myśli ku wiadomej sferze.

– A wiesz – zaczęła pewnego dnia, gdy przyniosła mu kawę do obory – że podobno niektóre metody antykoncepcji są nadzwyczaj skuteczne? Dasz wiarę? Prawie w stu procentach! Praktycznie nie ma możliwości, żeby kobieta zaszła w ciążę, chyba że sama będzie tego chciała.

Spojrzał na nią jak na kogoś, komu brakuje piątej klepki, odchrząknął i odszedł.

Cóż, nie od razu Rzym zbudowano, więc się nie załamała. Pewnego dnia została z nim sama w kuchni, bo Ed umówił się na pokera z kumplami.

Nachyliła się nad Grange’em, piersiami ocierając się o jego szerokie bary, i podała mu szarlotkę z lodami, do tego czarną kawę.

– Czytałam w gazecie, że u mężczyzn wcale nie liczy się rozmiar, ale to, co potrafią zdziałać tym, w co ich natura… O rany! – Chwyciła szmatkę, bo trąciła filiżankę. – Oparzyłam cię? – spytała, w pośpiechu wycierając rozlaną kawę.

– Nie – odparł chłodno. Wstał, nalał sobie kawę, zabrał szarlotkę i wyszedł.

Słyszała, jak zmierza do swojego pokoju, a potem zamyka za sobą drzwi, i to raczej z hukiem.

– Powiedziałam coś nie tak? – rzuciła do pustego pomieszczenia.

Cóż, również i taka strategia nie zdała egzaminu. Tym razem Peg postanowiła być skromna i zmysłowa. Coś przecież musiała zrobić, bo wkrótce Grange miał wyjechać z generałem do Ameryki Południowej, a do powrotu mogło upłynąć sporo czasu. Była bliska załamania. Musiała zrobić coś, co zwróciłoby jego uwagę i sprawiło, by obdarzył ją ciepłym uczuciem. Żałowała, że tak mało wie o mężczyznach. Co prawda czytała artykuły, sprawdzała w internecie, pochłaniała książki, ale nie przekładało się to na praktykę. Prawda była taka, że Peg kompletnie się nie znała na sztuce uwodzenia.

Gdy to sobie uświadomiła, nie było jej miło. Choć w sumie przecież nie chciała go uwieść… w każdym razie nie tak do końca. Jedynie zamierzała doprowadzić go do szaleństwa, by poczuł, że jedyną szansą na zachowanie zdrowych zmysłów jest ślub. Ale z drugiej strony nie chciała zmuszać go do ożenku. Pragnęła jedynie, by ją pokochał, a życie pokaże, co dalej.

Tylko jak wzbudzić w nim miłość?

Grange nawet nie chodził na randki. Owszem, raz czy dwa umówił się z jakąś dziewczyną z miasteczka, i niektórzy plotkowali, że darzy nieodwzajemnionym uczuciem Gracie Pendleton, ale nie można było powiedzieć, żeby wiódł bogate życie towarzyskie, jeśli chodzi o kobiety. Przynajmniej nie w Comanche Wells. Peg zakładała, że kiedy jeszcze służył w wojsku, kobiet miał pod dostatkiem. Słyszała, jak opowiadał o przyjęciach w stolicy, w których brał udział. Obracał się w kręgach zamożnych i pięknych kobiet, które dostrzegały jego atrakcyjność, podobnie jak dostrzegała ją biedna Peg. Była ciekawa, jak dużo doświadczenia Grange ma „w tych sprawach”. Na pewno więcej niż ona, o co zresztą nietrudno przy jej zerowych doświadczeniach. Brnęła więc na oślep, usiłując zaintrygować mężczyznę, choć… no właśnie, kręciła się niczym pijane dziecko we mgle.

A jednak nie zamierzała się poddawać. Raz jeszcze spojrzała na siebie wzrokiem przepełnionym nadzieją i poszła zaimponować Grange’owi.

Siedział w salonie, oglądał program o anakondach nakręcony w amazońskim lesie deszczowym, czyli tam, dokąd wkrótce się wybierał.

– Ale wielkie, co? – zagadnęła, przycupnąwszy na oparciu sofy tuż obok niego. – A wiesz, że kiedy samice są gotowe do parzenia się, samce ściągają do nich z wielu kilometrów, a ich taniec godowy trwa nawet…

Grange wstał, wyłączył telewizor, zaklął pod nosem i wyszedł z domu, trzaskając za sobą drzwiami.

Peg westchnęła.

– Ech – powiedziała do siebie – albo go w końcu przekonam, albo rzucę się z mostu. – Tak ją rozbawił ten pomysł, że aż wybuchła śmiechem.

W drzwiach stanął Ed Larson, spojrzał na córkę i powiedział, nie kryjąc zdziwienia:

– Właśnie minąłem się z Winslowem. Szedł do obory. Klął tak, że uszy więdły. Zapytałem go, o co chodzi. Odpowiedział, że nie może się doczekać wyjazdu z kraju, po czym dodał, że jeśli kiedykolwiek złapie anakondę w dżungli, to wsadzi ją do pudła i ci ją pośle z dopiskiem: „Tylko do rąk własnych”.

– Że co? – Była trochę oszołomiona tą opowieścią.

– Dziwny człowiek – mruknął Ed, wchodząc do domu. – Naprawdę dziwny.

Peg już nie była oszołomiona. Uśmiechnęła się pod nosem. A więc jednak wzbudziła w nim jakieś uczucie. Na razie złość musi jej wystarczyć, ale to dopiero początek.

Następnego dnia na deser przyrządziła uwielbiany przez Grange’a tort kokosowy. Użyła polewy, posypała ciasto wiórkami kokosowymi i przystroiła jak w powiedzeniu, czyli wisienką.

Po obiedzie, który minął w pełnym napięcia milczeniu, podała deser.

– Tort kokosowy! – ucieszył się Ed. – Cudowna z ciebie dziewczyna, Peg. Smakuje jak ten, który robiła twoja matka – dodał, kiedy już spróbował i z rozkoszą przymknął oczy.

Matka Peg zmarła kilka lat wcześniej na raka. Była wyśmienitą kucharką i wspaniałym człowiekiem, miała niezmierzone pokłady współczucia i zrozumienia, sprawiała, że nawet najbardziej zajadły wróg stawał się przyjacielem. Peg nie miała żadnych wrogów, ale za to liczyła, że jeśli już taka osoba pojawi się w jej życiu, za przykładem matki przekona ją do siebie.

– Dzięki, tato.

Grange zapamiętale pałaszował tort. Zawahał się przy kandyzowanej wisience i odsunął ją na bok, nadziewając na widelczyk ostatni kawałek ciasta.

Peg spojrzała na niego wielkimi, niewinnymi oczami.

– Nie lubisz słodkich wisienek? – spytała, znacząco układając usta.

Grange mruknął coś pod nosem, jednak Ed wychwycił to słówko i ze zdumienia uniósł brwi. Grange zaczerwienił się, odłożył serwetkę na stół i wstał.

– Przepraszam – wycedził przez zaciśnięte zęby i wymaszerował z pokoju.

Ed przez chwilę gapił się na córkę, po czym spytał:

– Co, u diabła, dzieje się z tym człowiekiem? Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby był aż tak zdenerwowany, całkiem jak nie on. – Dokończył ciasto, nieświadom miny Peg. – Pewnie chodzi o tę wyprawę, ale naprawdę jest się czym przejmować. Trzeba zaplanować trudną operację i skromnymi siłami obalić dyktatora, i zrobić to tak, żeby nie zorientowały się oficjalne agencje. Też byłbym spięty.

Peg miała nadzieję, że Grange był spięty z zupełnie innego powodu. Zarumieniła się, przypomniawszy sobie, co mu powiedziała. Jej komentarz był niepotrzebnie prowokacyjny, po prostu prymitywny. Mniej ostentacji, nakazała sobie, a przede wszystkim nie może być taka ordynarna. Przecież w ten sposób może do siebie całkowicie zrazić Grange’a, a to ostanie, czego by chciała. A jednak, próbując coraz to nowych sposobów, każdego dnia zamiast zachęcać, coraz bardziej go zniechęcała. Dostrzegła też inne zagrożenie. Jeśli przeholuje, razem z ojcem mogą stracić pracę.

Z tego wniosek, że musi dokładnie przemyśleć swoje postępowanie.

Zastanawiała się nad taktyką przez kilka kolejnych dni, aż wreszcie postanowiła spróbować czegoś jeszcze innego. Podkręciła włosy, włożyła najlepszą sukienkę i usiadła w salonie. Włączyła „Dźwięki muzyki”. Wiedziała, że Grange niedługo wróci z obchodu po ranczu.

Stanął w drzwiach, zawahał się, widząc, że zajęła jego miejsce na sofie, wszedł i zatrzymał się obok niej.

– Stary film – zauważył.

– Aha. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Ale muzyka jest fantastyczna, a poza tym to o zakonnicy, która zakochuje się w księciu z bajki, który potem się z nią żeni.

Uniósł brwi, po czym spytał sarkastycznym tonem:

– Nie za grzeczne jak dla ciebie?

– O co ci chodzi? – Spojrzała na niego szeroko otwartymi, zielonymi oczami.

– O tańce godowe anakond i antykoncepcję.

– No co ty! – zdumiała się. – Naprawdę uważasz, że anakondy powinny stosować antykoncepcję? O rety, a jakim cudem pan anakonda miałby założyć sobie…

Grange obrócił się na pięcie i po prostu wymiotło go z pokoju. Peg mogłaby przysiąc, że kiedy zamykały się za nim drzwi, usłyszała stłumiony śmiech.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie mam ochoty iść na Bal Hodowców – stwierdził Winslow Grange, przeszywając szefa wrogim spojrzeniem.

Jason Pendleton skwitował to uśmieszkiem, jako że doskonale znał swego zarządcę, po czym powiedział:

– Zabawisz się. Przyda ci się odpoczynek.

– Odpoczynek! – Grange niecierpliwie machnął ręką. – Wybieram się do Ameryki Południowej z oddziałem, który ma wyrwać kraj z rąk krwawego tyrana, więc odpoczynek…

– …jest tym, czego ci trzeba – dokończył spokojnie Jason.

Grange skrzywił się, nim wygłosił następną kwestię:

– Będę się nudził jak mops. Wiesz, że nie przepadam za ludźmi, kiepsko nawiązuję znajomości.

– A myślisz, że mnie łatwo to przychodzi? Muszę skakać dokoła szefów korporacji, urzędników federalnych i stanowych. Ale jakoś sobie radzę. I ty też sobie poradzisz.

– Pewnie tak – przyznał Grange. – Minęło sporo czasu, od kiedy prowadziłem do walki moich ludzi.

Jason uniósł brew.

– Zaraz, przecież byłeś w Meksyku i uwolniłeś moją żonę z rąk porywacza, który dzisiaj jest twoim szefem.

– To był desant, błyskawiczna akcja, a ja mówię o prawdziwej wojnie. – Oparł się o płot i wbił spojrzenie w bydło przeżuwające siano. – W Iraku straciłem ludzi.

– Wiem, że nadal nie możesz się z tym pogodzić, ale z tego, co pamiętam, zawinił twój dowódca, wydając idiotyczne rozkazy.

– Postawili go przed sądem wojskowym.

– Solidnie sobie na to zasłużył. – Jason również oparł się o płot. – Najważniejsze, że dowiodłeś swoich kompetencji. Dla obalonego przywódcy, który walczy o przywrócenie demokracji w swojej ojczyźnie, to ważna cecha. Jeśli ci się powiedzie, a wierzę, że tak, to postawią ci pomnik. – Gdy Grange wybuchł śmiechem, Jason też się uśmiechnął, po czym dodał: – Ale bal to nasza uświęcona tradycja. Wszyscy bierzemy w tym udział i wspomagamy finansowo lokalne przedsięwzięcia. Spotykamy się, tańczymy, rozmawiamy i dobrze się bawimy. Pamiętasz, co to dobra zabawa, prawda, Grange? – Gdy odpowiedzią był nieokreślony grymas, Jason mruknął z dezaprobatą: – Ech, wy wojskowi…

– Tylko znowu nie zaczynaj – zaoponował Grange. – Pamiętaj, że gdyby nie moje doświadczenie z wojska, Gracie już by nie żyła.

– Codziennie o tym myślę, przyjacielu. – Jason przymknął na moment oczy. Nienawidził wspominać tamtych zdarzeń. Gracie nieomal zginęła. W ogóle mieli za sobą burzliwą przeszłość, ale teraz byli małżeństwem i oczekiwali pierwszego dziecka. Wkrótce po ślubie Gracie myślała, że jest w ciąży, ale był to fałszywy alarm. Tym razem miała pewność. Kończył się szósty miesiąc, a ona czuła się znakomicie. Stworzyli bardzo szczęśliwy związek.

– Przymierzałem się, żeby zaprosić ją na randkę – powiedział Grange tylko po to, żeby podrażnić się z Jasonem. – Nawet kupiłem nowy garnitur.

– No to niepotrzebnie wydałeś forsę – z uśmiechem odparł Jason. – Chociaż nie, po co ma się zmarnować, włóż go na Bal Hodowców. Nie masz co marudzić, jesteś jednym z nas. Dostałeś ode mnie ziemię i rasowe bydło i świetnie sobie radzisz.

– Nie trzeba było – z powagą odparł Grange. – Przesadziłeś.

– Wcale nie. Jesteś moim najcenniejszym pracownikiem. Zasłużyłeś sobie.

– Dzięki. – Grange uśmiechnął się, zaraz jednak wykrzywił się paskudnie. – Wiem, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale nie musiałeś dorzucać Eda Larsona z córką.

– Peg to anioł, poza tym pierwszorzędnie gotuje.

– Przystawia się do mnie, i to non stop. Mówi takie rzeczy…

 

– Dziewczyna nie ma nawet dziewiętnastu lat. Jasne, że mówi różne…

– Jason, na miłość boską, ona stara się mnie uwieść! – wypalił Grange, aż stojąca najbliżej krowa podniosła łeb.

– Hej, przyjacielu, nie zauważyłeś, że epoka wiktoriańska już minęła jakiś czas temu? – Jason bawił się coraz lepiej. Znał ultrakonserwatywne poglądy starego wojaka i zawsze go zadziwiały.

– Nie zamierzam się zabawiać z dziewiętnastolatką – skwitował Grange. – Chodzę do kościoła, płacę podatki, daję na biednych. Nawet nie piję!

– Nawet nie pije… – powtórzył z komiczną zgrozą Jason. – Poddaję się. Przypadek nieuleczalny.

Jednak Grange nie wychwycił prześmiewczej nutki, tylko odparł ze śmiertelną powagą:

– Nieuleczalny? A może jeden z niewielu okazów zdrowia moralnego w naszym zepsutym świecie? Tylko rozejrzyj się wokół, a ujrzysz same nieuleczalne przypadki: wysoki odsetek rozwodów, upadającą gospodarkę, chciwe korporacje…

Jason przerwał mu, podnosząc dłoń.

– Przepraszam cię bardzo, ale zaraz po Święcie Dziękczynienia jadę do Nowego Jorku…

– Spokojnie, do tej pory skończę pomstować na dwudziesty pierwszy wiek.

– Musisz sobie znaleźć lepszego słuchacza. A co do balu, to skoro, jak sądzę, nie zjawisz się na nim pod rękę z Peg, to z kim przyjdziesz?

– Z nikim.

– Oho, w takim razie przez miesiąc będziesz na językach.

– Nie przyjdę z Peg! – wycedził Grange. – Zatrudniam jej ojca. Ją zresztą też, skoro o tym mowa.

– Mogę ci powiedzieć, kto z gości przyjdzie ze swoimi pracownikami – rzucił lekkim tonem Jason.

– I co z tego? – Grange dobrze wiedział, w czym rzecz. Takie przypadki przeważnie kończyły się małżeństwem, ale akurat jeśli o niego chodzi, to nie tędy droga.

– To tylko trzy godziny – ciągnął Jason. – Co ci szkodzi? Poza tym dwa dni później wyjeżdżasz z kraju, tak?

– Zgadza się.

– No więc przyjdź, zabaw się i dobrze wspominaj ten wieczór.

Grange przestąpił z nogi na nogę, odwrócił głowę, przeczesał palcami czarną czuprynę, aż wreszcie znalazł argument:

– Peg pewnie nie ma pieniędzy na sukienkę.

– W mieście jest nowy butik. Bess Truman, projektantka, chce rozkręcić interes, dlatego w ramach promocji ubiera pół miasta, czyli wszystkie nasze panie, w swoje ciuchy. To znaczy wypożycza je za darmo. Pamiętasz Nancy, aptekarkę? Włożyła zieloną suknię na imprezę transmitowaną w telewizji. Bonnie, jej asystentka, włożyła czerwoną suknię, którą całkiem dosłownie zatrzymała ruch na ulicy. Nawet Holly, która z nimi pracuje, dostała złote wdzianko. Również i Peg otrzymała od Bess sukienkę.

– Pewnie zaraz mi powiesz, w jakim kolorze – prychnął Grange.

– Sam zobaczysz – odparł Jason z uśmiechem. – Gracie mówi, że Peg trafiła się najładniejsza. – Widząc, że Grange nadal się waha, dodał: – Zaproś ją. Zbyt długo jesteś sam. Nie umawiasz się, nie chodzisz na randki. Czas, żebyś przypomniał sobie, dlaczego mężczyźni uwielbiają kobiety.

– Gracie cię namówiła, żebyś mnie przekonał, prawda? – spytał Grange podejrzliwie.

– Tak to już jest, że ciężarne mają swoje zachcianki. Lody truskawkowe z korniszonami i takie tam. – Spojrzał na Grange’a z błyskiem w oku. – Chyba nie chcesz rozzłościć Gracie?

– Tak, dobij mnie jeszcze! – Grange skrzywił się. – W porządku… Wprawdzie sprawdzam broń i szkolę ludzi, ale zrobię sobie wolny wieczór i zabiorę Peg na bal, na który wcale nie mam ochoty iść. Czemu nie?

– Tylko bądź miły, dobrze? – niespokojnie dodał Jason. – Ten jeden raz.

– Nie jestem miłym gościem – odparował Grange. – Byłem majorem. Służyłem w Iraku. Tacy jak my nie są mili.

– Potraktuj to jako ćwiczenie, bo przecież będziesz musiał przekonać buntowników, żeby przeszli na stronę twojego generała.

Grange posłał szefowi chłodny uśmiech.

– Do tego nie trzeba być miłym. – Uśmiechnął się chłodno. – Wystarczy broń automatyczna i parę granatów.

– Tak, jasne… – Jason tylko pokręcił głową.

Kiedy Grange wszedł do domu, Peg była w kuchni. Jason, mimo jego protestów, podarował mu budynek razem z posiadłością. Grange nadal był zarządcą majątku Comanche Wells, rodowej siedziby Pendletonów, ale cały wolny czas poświęcał hodowli swojego bydła i remontowi niemałego domu. Jason płacił pensję Edowi, Grange zaś – Peg.

Doceniał szczodrość Jasona, który jako człowiek honorowy i zawsze spłacający długi, czuł wewnętrzny przymus, by wynagrodzić Grange’owi uratowanie Gracie. Grange nie zgodził się przyjąć pieniędzy, więc Jason znalazł inny sposób, to znaczy podarował mu ziemię, dom i stado. Całość była warta niezłą sumkę, więc Grange znów stanowczo odmówił, ale cóż, skoro Jason się uparł… W końcu Grange poddał się i przyjął nagrodę, owszem, bardzo hojną, trzeba jednak przyznać, że akcja, w wyniku której Gracie została uwolniona z niewoli, wcale nie była ani łatwa, ani bezpieczna. Mógł zginąć, podobnie jego ludzie. A jednak udało się uratować Gracie, przy czym nikt ani nie zginął, ani nie został ranny. Grange modlił się żarliwie, by bezkrwawy scenariusz powtórzył się podczas próby odbicia Barrery z rąk groźnego, bezwzględnego dyktatora, który dokonał zamachu stanu, w wyniku którego generał Emilio Machado został pozbawiony władzy.

Peg była pełną życia dziewiętnastolatką z długimi blond włosami, zielonymi oczami i szelmowskim uśmiechem. Pięć lat wcześniej okrutny rak zabrał jej matkę. Po śmierci żony Ed wraz z córką podjął pracę u Jasona Pendletona, ale ostatecznie trafił tutaj, do domu stojącego na ziemi Grange’a.

Nie miał nic przeciwko temu. Ed uwielbiał zarządzać w sumie niewielką posiadłością Grange’a. Pobierał taką samą pensję jak wtedy, gdy pracował na ranczu Pendletona, ale miał dużo mniej obowiązków i dużo więcej wolnego czasu. Zaś Peg zajmowała się przyrządzaniem posiłków dla całej trójki, i robiła to doskonale. Kucharz Jasona często wpadał z wizytą, lecz wcale nie z powodów kurtuazyjnych, lecz po to, by wydębić przepis na ten czy ów placek albo ciasto, ale Peg to nie przeszkadzało. Uwielbiała gotować i chętnie dzieliła się kulinarną wiedzą.

– Powinnaś studiować – powiedział Grange bez zbędnych wstępów, wchodząc do kuchni.

Peg właśnie wkładała klops do piekarnika. Zerknęła na szefa, roześmiała się i zamieszała gotujące się ziemniaki.

– Jasne. W przyszłym semestrze pójdę na Harvard. Proszę mi przypomnieć, żebym poprosiła tatę o czesne.

– Są stypendia – burknął.

– W szkole jechałam na trójkach.

– No to nie wiem, studiuj i jednocześnie pracuj.

Odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem, poczynając od dołu. Dotarła do podbródka, a było co oglądać. Co za facet! – pomyślała po raz nie wiadomo już który. Sama prezentowała się bardzo… roboczo. Włosy miała związane w dwa kucyki, a na bluzie, tak jak i na dżinsach, było mnóstwo tłustych plam. Nigdy nie nosiła fartucha.

Wycelowała w Grange’a łyżką.

– Niby co miałabym studiować?

– Może prowadzenie gospodarstwa domowego?

Popatrzyła na niego spode łba.

– Naprawdę mam pójść na studia i zamieszkać w akademiku? Takim koedukacyjnym?

– Słucham?

– Akademik. Koedukacyjny. Mężczyźni i kobiety mieszkają razem w pokojach. Miałabym się przebierać na oczach kolesia, którego nawet nie znam?

– Chyba żartujesz! – Gapił się na nią mocno poruszony.

– Wcale nie. Są nawet akademiki dla małżeństw. Pozostali nie mają wyboru, czy będą mieszkali z kobietą, czy mężczyzną. Na kogo wypadnie, na tego bęc, koniec, kropka. – Przewiercała go wzrokiem. – Nie tak mnie wychowano. Dlatego mieszkam tam, gdzie ludzie myślą tak jak ja. – Wzruszyła ramionami. – Czytałam starą książkę, zdaje się Tofflera. Trzydzieści lat temu przewidywał, że w błyskawicznie zmieniającym się świecie zachowają się wyraziste grupy ludzi, którzy nie nadążają za duchem czasu. To o mnie. – Odwróciła się do niego. – Nie nadążam, nie pasuję do dwudziestego pierwszego wieku. Nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Chyba tylko w Jacobsville. I w Comanche Wells.