Magnolia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Magnolia

Tłumaczenie:

Hanna Hessenmüller

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1900 r.

Ulewny deszcz zmienił ulice Atlanty prawie w grzęzawisko. Biedne konie, brnąc przez błoto zalegające Peachtree Street, z wielkim mozołem ciągnęły za sobą powozy i bryczki wszelakiej maści, na które Claire popatrywała tęsknym wzrokiem, pragnąc nade wszystko, by i ją stać było na wynajęcie czegoś na czterech kółkach, czym mogłaby wrócić do domu. Piechotą byłoby trudno, bo dom leżał za miastem dobrych pięć mil, a tak niefortunnie się złożyło, że głupiej ośce po najechaniu na kamień zachciało się złamać, w związku z czym powozik Claire na jakiś czas stał się bezużyteczny. A do licznych kłopotów natury finansowej, trapiących ją od wielu miesięcy, doszedł jeszcze jeden. I to niemały.

Wszystko dlatego, że wuj Will nie mógł się doczekać części do swego automobilu, które zamówił w Detroit. Był już bardzo zniecierpliwiony, dlatego Claire pojechała do Atlanty, by odebrać przesyłkę od spedytora na stacji kolejowej. Niestety powozik, który ją tam wiózł, miał już swoje lata, a ona, zamiast uważać na drogę, popatrywała na piękne klony i topole, szukając pierwszych zwiastunów jesieni. No i stało się. Oś pękła, skutkiem czego Claire mogła pokładać jedyną nadzieję w Kennym, który w Atlancie prowadził sklep z konfekcją. Ponieważ byli bardzo zaprzyjaźnieni, wypadało jej go poprosić, by zawiózł ją do Colbyville, gdzie mieszkał jej wuj, Will Lang.

Spojrzała na buciki z wysoką cholewką i skrzywiła się. Całe w błocie, tak samo brzeg sukni. Tej właśnie! Granatowej, ze stanikiem i kołnierzem z białej koronki. Sukni nowiutkiej, którą tak bardzo starała się uchronić przed zabrudzeniem, unosząc ją co chwilę. Niestety, nic to nie dało. U góry w porządku, bo parasolka i płaszcz osłoniły przed deszczem, brązowym włosom upiętym w koczek dzięki kapeluszowi też nic się nie stało. Natomiast cały dół był w stanie tragicznym. Gdyby Gertie to zobaczyła! Na pewno nie obyłoby się bez uwag, tym bardziej że wygląd Claire często pozostawiał wiele do życzenia. A to za sprawą nowej zabawki wuja rezydującej w szopie, czyli automobilu, przy którym Claire również wolno było majstrować. A tak! Mimo że ów pojazd był dla wuja prawdziwym skarbem. Chodził dumny jak paw, przecież w całym Colbyville tylko on mógł pochwalić się tak nowoczesną maszyną. W całych zresztą Stanach właścicieli automobili była garstka, poza tym były to najczęściej automobile na prąd lub parę. A wuj Will miał już automobil na benzynę, w którą zaopatrywał się w aptece.

Produkt pana Oldsa był rzadkością. Kiedy pojawiał się na drodze, ludzie wylegali przed dom, by przyjrzeć się dziwowisku. Automobil wzbudzał zarówno zachwyt, jak i strach, ten ostatni zwłaszcza u koni, które płoszyły się na głośne dźwięki wydawane przez ten cud techniki. Zdecydowana jednak większość ludzi uważała automobile za coś, co tylko chwilowo wzbudza szał, a moda na nie wkrótce przeminie. Claire była odmiennego zdania. Żadna przemijająca moda, tylko znakomity środek transportu, który ma przed sobą świetlaną przyszłość. Tak uważała i była zachwycona rolą pomagiera, gdy wuj dłubał przy automobilu.

Po jej twarzy przemknął uśmiech, owszem, melancholijny, ale i radosny. Bo to wielkie szczęście, że po tak ogromnym nieszczęściu, jakim była śmierć rodziców, zamieszkała właśnie u wuja Willa! Rodzice Claire zmarli na cholerę przed dziesięcioma laty, a jedynym krewnym osieroconej dziewczynki był wuj Will, żyjący samotnie stary kawaler, któremu dom prowadziła Murzynka o imieniu Gertie wraz ze swym mężem Harrym, tak zwaną złotą rączką. Claire, gdy podrosła, naturalnie została włączona do prac domowych, największą jednak radość sprawiały jej godziny spędzone wraz z wujem przy automobilu. Był to nowiutki oldsmobile z wymyślnie wygiętym przodem, co upodabniało go do sań konnych. Prawdziwe cudo. Claire za każdym razem, gdy na niego spojrzała, z podekscytowania dostawała gęsiej skórki. Wuj zamówił go w Michigan, w końcu ubiegłego roku. Gdy tylko skończono montaż, wysłano pojazd koleją i w taki oto sposób zawitał do Colbyville. Jak większość automobili, ten również od czasu do czasu potrafił się zakrztusić, zakasłać, puścić kłęby dymu, zaklekotać albo podziurawić cienkie opony na nierównych, pełnych kolein i wybojów drogach wokół Colbyville.

Okoliczni mieszkańcy modlili się żarliwie, by diabelski wynalazek, na widok którego spłoszone konie umykały w pole, jak najszybciej stąd znikł. Z tego to właśnie powodu radni złożyli wizytę wujowi już następnego dnia po przybyciu automobilu. Wuj, uśmiechając się wyrozumiale, obiecał solennie, że niewielkim eleganckim pojazdem nie będzie poruszać się po drogach, po których jeżdżą powozy. A nową zabawkę, która omal nie doprowadziła go do bankructwa, darzył miłością największą i poświęcał jej każdą wolną chwilę. Claire również była nią zafascynowana, i to tak bardzo, że wuj, w końcu ulegając jej prośbom, przestał wyganiać ją z garażu i wreszcie Claire mogła zacząć przyswajać wiedzę o chłodnicach i przekładniach, łożyskach i świecach zapłonowych czy o tłokach. Obecnie wiedziała już na ten temat prawie tyle co wuj. Poza tym jej szczupłe ręce okazały się bardzo zręczne i wcale nie wpadała w panikę, gdy zdarzyło jej się dotknąć silnika nie tam, gdzie trzeba, i kopnął ją prąd. Jedyną wadą były smary. Łożyska, by zachowały sprawność, należało smarować właściwie nieustannie, a smar już taki był, że oprócz łożysk pokrywał wszystko, łącznie z Claire.

Nagle zauważyła, że na jezdni pojawił się powóz. Był coraz bliżej, a kiedy ją mijał, przejechał przez wielką kałużę, fundując i tak już sponiewieranej sukni nową porcję błota.

Claire jęknęła głośno i z rozpaczą. Minę miała tak nieszczęśliwą, że powóz momentalnie się zatrzymał, drzwiczki otwarły się i ciemne oczy spojrzały na nią bardzo nieprzychylnie, wręcz groźnie.

– Na miłość boską! Wsiadajże, panna, chyba że koniecznie chcesz przemoknąć do ostatniej suchej nitki!

Głos był niski i znajomy, a na jego dźwięk serce Claire zawsze podskakiwało z radości. O czym właściciel głosu nie miał pojęcia, ponieważ Claire starannie ukrywała uczucia, które żywiła do niego. Czyli do bankiera swego wuja.

– Dziękuję, panie Hawthorn – odparła, uśmiechając się bardzo uprzejmie, starając się przy tym wsiąść do czyściutkiego, eleganckiego powozu jak prawdziwa dama. Wdzięcznym ruchem złożyła parasolkę, uniosła suknię, naturalnie odrobinę, odsłaniając tylko czubki bucików i… I niestety. Stopa utknęła w ciężkim, mokrym brzegu sukni, Claire potknęła się, w konsekwencji czego zamiast usiąść z gracją, opadła na ławkę wyjątkowo niezgrabnie, jak worek kartofli. I od razu cała stanęła w pąsach, bo przecież to wstyd na sam widok pana Hawthorna kompletnie tracić głowę!

On natomiast, w ciemnym trzyczęściowym garniturze bardzo dystyngowany, skwapliwie przesunął się w bok, by zrobić jej miejsce, po czym stuknął laską w dach powozu, dając stangretowi znać, że ma ruszać.

Następnie zmierzył wzrokiem granatową suknię.

– Panno Claire, na Boga! Wygląda na to, że błoto lgnie do pani jak konie do owsa! Powinna pani jak najszybciej znaleźć się w domu. Podjedziemy najpierw do banku, muszę być tam na czas, a potem stangret odwiezie panią do Colbyville.

Spojrzenie ciemnych oczu, osadzonych w pociągłej twarzy, było raczej chłodne, takie właśnie, jakim John Hawthorn zwykle obdarzał płeć przeciwną. Był mężczyzną przystojnym, podobał się kobietom, z czego nie mógł nie zdawać sobie sprawy, niemniej zawsze odnosił się do nich z wielką rezerwą, jakby zależało mu na utrzymaniu jak największego dystansu. I to właśnie zwróciło uwagę Claire, która obojętność Johna na kobiece wdzięki potraktowała jako wyzwanie dla swego kobiecego ego. Z tym że jak później się okazało, wobec Claire John wcale nie był taki pełen rezerwy. Potrafił się z nią przekomarzać, nawet drażnić, a czasami przeciwnie, okazywał jej wielką pobłażliwość, jakby była głupim podlotkiem. Przed dwoma laty wcale jej to nie przeszkadzało, ale teraz już tak.

Johna Hawthorna poznała, gdy objął posadę w banku Eliego Calversona i niebawem, szybko wspinając się po szczeblach kariery, awansował na wiceprezesa i szefa kluczowego dla banku działu pożyczek. W 1897 roku jednak, na rok przed wybuchem wojny amerykańsko-hiszpańskiej, czyli w bardzo niespokojnych czasach, zaciągnął się do wojska. Walczył na Kubie w stopniu oficera, ponieważ wykształcenie zdobywał między innymi w Akademii Wojskowej Citadel w Karolinie Południowej. W 1898 roku został ranny. Po zwolnieniu z wojska podjął pracę w banku Calversona i wtedy to wuj Claire, korzystając z jego porad, dokonał kilku intratnych inwestycji, dzięki którym miał zagwarantowane pożyczki na zakup ziemi. A Claire, dzięki współpracy obu panów, miała okazję poznać Johna bliżej, i w miarę jak go poznawała coraz lepiej, podobał jej się coraz bardziej. Była jednak świadoma, że ładna buzia, jasnoszare oczy i młode gibkie ciało to za mało, by zainteresować takiego mężczyznę jak John Hawthorn. Nie tylko przystojnego, lecz także bardzo inteligentnego, który po ukończeniu prestiżowej akademii Citadel studiował ekonomię na Harvardzie, gdzie uzyskał stopień magistra. Teraz był wiceprezesem Peachtree City Bank, a jak wieść gminna niosła, prezes banku Eli Calverson, którego Bóg nie obdarzył potomstwem, wyznaczył już Johna na swego następcę. Czyli John robił karierę w zawrotnym tempie.

Niestety, do uszu Claire docierały również pogłoski innego rodzaju, w których niby nieprzystępnego Johna Hawthorna łączono z kobietą, mianowicie z piękną Diane, młodziutką żoną dobrze posuniętego już w latach prezesa banku. John, lat trzydzieści jeden, był w kwiecie wieku i tężyzny fizycznej, której mógł mu pozazdrościć niejeden mężczyzna. A owej tężyzny Eliemu Calversonowi, który dawno już przekroczył pięćdziesiątkę, zdecydowanie brakowało.

 

Diane Calverson była filigranową niebieskooką blondynką o prześlicznej porcelanowej cerze. Jej ogładzie towarzyskiej i manierom niczego nikt nie mógłby zarzucić. Podobno była skoligacona z większością europejskich rodzin królewskich. Krótko mówiąc, kobieta, o jakiej marzą wszyscy dżentelmeni.

No i najważniejsze. Z Johnem Hawthornem łączyło ją coś więcej niż tylko bank i osoba prezesa, czyli Eliego Calversona.

Przed dwoma laty John i Diane byli zaręczeni.

– Dziękuję, panie Hawthorn. Jest pan prawdziwym dżentelmenem – powiedziała Claire gładko i uprzejmie, choć wpatrywała się w niego roziskrzonym wzrokiem.

Kąciki ust Johna, niewątpliwie rozbawionego jej stwierdzeniem, drgnęły. Nieco spłoszona Claire na moment wlepiła oczy w jego laskę, ten nieodłączny atrybut eleganta. W tym przypadku naturalnie służyła tylko za ozdobę, John był przecież sprężystym, mocno zbudowanym sportsmenem, namiętnie grywającym w tenisa. Poza tym tańczył wspaniale, bijąc na głowę większość panów, o czym Claire miała okazję przekonać się podczas kilku potańcówek, na które udała się naturalnie w towarzystwie wuja. Wtedy też przekonała się, że John pachnie wodą kolońską o zapachu niespotykanym i oszałamiającym. Ten zapach bowiem, kiedy tylko go poczuła, sprawiał, że jej serce zaczynało bić szybciej.

Tylko dlaczego nie zwracał na nią uwagi? Dlaczego?!

Wygładziła mokrą spódnicę, mierząc ponurym wzrokiem ślady zniszczenia dokonanego przez błoto. Sznurowane buciki też były ubłocone. Żeby je doczyścić, godzina nie wystarczy… Och Boże! A Gertie dopiero co przestała wypominać plamy po smarze na białej bluzce!

– Panno Claire, wygląda pani bardzo nieschludnie – powiedział John, choć wcale nie zabrzmiało to karcąco. Po prostu stwierdzał fakt.

Claire, choć znów w pąsach, uniosła głowę nieco wyżej.

– Gdyby pan miał na sobie długą suknię i szedł w tym deszczu, szedł i szedł, mijając kolejne przecznice, też by pan nie wyglądał schludnie!

– Uchowaj, Panie Boże! – Roześmiał się. – A ostatnim razem, kiedy widzieliśmy się, była pani cała w smarze, czyż nie tak?

– A… wtedy… – Claire odchrząknęła. – Tak. Razem z wujem wymienialiśmy olej w silniku oldsmobile’a…

– No tak… – John również odchrząknął. – Panno Claire, mówiłem pani już nie raz, że to nie jest zajęcie dla dam.

– Ale dlaczego?

John westchnął, nim znów przemówił:

– Wuj powinien wreszcie przemówić pani do rozsądku! Przecież pani ma już dwadzieścia lat. Najwyższy czas, by pani, zamiast dłubać przy automobilu, zadbała o swoje maniery i ogładę towarzyską, innymi słowy, zaczęła zachowywać się jak prawdziwa dama.

– Jak na przykład pani Calverson?

– Manierom tej damy nie można niczego zarzucić – stwierdził John z kamienną twarzą. – Wręcz przeciwnie.

– Niewątpliwie! – skwapliwie przytaknęła Claire. – Jestem pewna, że pan Calverson jest bardzo dumny z takiej żony! I… – Urwała na moment i spuściwszy głowę, z wielką uwagą przyjrzała się swoim dłoniom. – I jak sądzę, jest o nią bardzo zazdrosny.

Na co John odparł głosem niebezpiecznie cichym i łagodnym:

– A cóż to za insynuacje? Czyżby miała pani zamiar prawić mi kazanie?

– Ja?! Gdzieżbym śmiała! Jeśli ma pan ochotę być przedmiotem nikczemnych plotek i narażać swoją pozycję w banku na szwank, to pańska sprawa. Ja nie mam prawa ingerować.

Spojrzenie Johna było jak najdalsze od łagodnego. Czyżby takim właśnie wzrokiem mierzył swoich żołnierzy? Jeśli tak, to w przypadku dezercji nie należało obarczać winą żołnierza.

Jego głos natomiast był jeszcze bardziej cichy i łagodny, czyli jeszcze bardziej mrożący krew w żyłach.

– Przepraszam, a o jakie plotki chodzi?

Claire zaśmiała się, naturalnie nerwowo.

– Och, może nie powinnam była o tym wspominać. A tak w ogóle, to może lepiej będzie, jeśli wysiądę. Już taka jestem, że wolałabym nie zostać uduszona w drodze powrotnej do domu.

John niewątpliwie był bardzo zły, ale nerwy trzymał na wodzy, zresztą jak zwykle. W każdym razie w obecności Claire nigdy nie tracił panowania nad sobą.

– Zapewniam panią, że nie dawałem i nie daję żadnego powodu do plotek – oświadczył zdecydowanym tonem.

– Czyżby? A ta kolacja przy świecach, spożyta w towarzystwie kobiety zamężnej… sam na sam? Pan nie uważa tego za skandal?

– Przecież nie byliśmy sami! Kolację jedliśmy w domu jej siostry, która przez cały czas była obecna.

– Oczywiście! Była przez cały czas, ale na górze, w sypialni! Spała! O czym służba naturalnie wiedziała i nie omieszkała opowiedzieć służącym z innych domów, w związku z czym wie o tym całe miasto. A jej mąż, nawet jeśli nic jeszcze nie wie, wcześniej czy później też na pewno się dowie.

John zaklął prawie bezgłośnie. Prawie. Bo istotnie wykazał się wielką lekkomyślnością. Ale niestety pragnienie, by choć jeszcze jeden jedyny raz pobyć z Diane sam na sam, przerodziło się u niego w prawdziwą obsesję. Stąd ta nieszczęsna kolacja z Diane, która wyszła za Calversona, bo chciała się po prostu zemścić. Za to, że John się opierał, kiedy wpadła na pomysł, by poprosił ojca o wypłacenie awansem należnej mu części spadku. Pieniądze miały zostać spożytkowane na elegancki ślub i kosztujący krocie miesiąc miodowy. Tak chciała Diane, nie on, choć ulegając jej, napomknął ojcu o spadku. Zaraz potem wstąpił do armii, pewien, że weźmie udział w działaniach wojennych. I tak się stało. Wysłano go na Kubę. Diane obiecała, że będzie czekać, ale już po dwóch miesiącach doszła do wniosku, że Calverson, którego miała w zasięgu ręki, też jest wystarczająco bogaty, a do tego wystarczająco wiekowy, by warto go było zaciągnąć do ołtarza.

John pochodził ze starej, bardzo zamożnej rodziny z Savannah, która gromadziła majątek od pokoleń. Miał odziedziczyć fortunę, ale nie prosił nawet o centa. Chciał sam zarobić na chleb. Utrzymywał się z pensji i kilku niewielkich inwestycji. Dawał sobie doskonale radę, w czym pomógł mu Calverson, dla którego z kolei nie bez znaczenia były pochodzenie Johna i jego dyplom z Harvardu. Po stracie Diane John bardzo się zmienił, stał się chłodny, wręcz nieprzystępny. A teraz w małżeństwie Diane, trwającym blisko dwa lata, nastąpił kryzys. Diane błagała Johna, by spotkał się z nią w domu jej siostry. Zaprosiła go na kolację, ponieważ bardzo chciała z nim porozmawiać. Potrzebowała jego pomocy. Nie mógł odmówić, nawet jeśli wspólna kolacja groziła skandalem. A okazało się, że sprawa wcale nie była aż tak bardzo pilna. Diane nie prosiła o pomoc, tylko wyznała, jak bardzo żałuje, że wyszła za Calversona. Bo o Johnie nie może zapomnieć. Wciąż o nim myśli. Niestety, jak przewidywał, wspólna kolacja stała się powodem do złośliwych plotek, które mogły obojgu bardzo zaszkodzić…

– Panie Hawthorn! – odezwała się Claire, przerywając jego rozmyślania. – Czy pan mnie słucha? Chciałam panu powiedzieć, że naraża pan na szwank reputację nie tylko swoją, ale także pana Calversona, na czym może również ucierpieć jego bank.

– Nie narażam niczyjej reputacji. – John spojrzał na nią srogo. – Poza tym uważam, że nawet jeśli byłby z tym jakiś kłopot, to i tak nie powinno to panią obchodzić, panno Claire.

– Naturalnie! To nie moja sprawa. Wspomniałam o tym tylko dlatego, bo jest pan bankierem mego wuja i jego bliskim znajomym. I byłoby mi przykro, gdyby pan stracił dobre imię.

– A dlaczego właśnie pani miałoby być z tego powodu przykro? – spytał John, poruszony jednak faktem, że tej pannie zależy na jego dobrym imieniu. Mimo to, gdy zarumieniona Claire szybko spojrzała gdzieś w bok, nie mógł się powstrzymać od drobnej złośliwości: – Czyżbym nie był pani obojętny, panno Claire? Darzy mnie pani sympatią, ale bardzo starannie skrywa swoje uczucia? O, jakież to ekscytujące!

Claire, czerwona już jak burak, nie mogła się doczekać, kiedy ujrzy okazały dom w stylu neogotyckim, w którym mieścił się bank Calversona. Bo tam właśnie pan Hawthorn wysiądzie z powozu i uwolni ją od swego coraz bardziej kłopotliwego towarzystwa.

Och, co ją podkusiło, żeby mówić właśnie to?! Właśnie to!

John widział doskonale, jak palce Claire zaciskają się kurczowo na torebce. Zdecydowanie mu się nie podobało, że ta panna wtyka nos w jego sprawy, ale z drugiej strony przecież to Claire, istota tak słodka i tak bardzo młoda, dlatego jej niezręczną uwagą nie powinien czuć się dotknięty. Zresztą zajmowała w jego sercu miejsce szczególne. Tak, właśnie tak. Mianowicie budziła w nim instynkt opiekuńczy, i z tej właśnie przyczyny był wobec niej wyjątkowo pobłażliwy i wyrozumiały, jak wobec żadnej innej kobiety. A ta jej uwaga… Owszem, bardzo niezręczna. Gdyby padła z ust kogoś innego, ten ktoś niewątpliwie zostałby z powozu wyproszony, co już raz się zdarzyło, mimo że słowa tamtego kogoś były o wiele łagodniejsze. Jednak Claire to co innego. Młodziutka kobieta o złotym sercu, teraz niewątpliwie szczerze zatroskana. O kogo? Oczywiście o Johna Hawthorna! Czy można więc mieć do niej pretensje? Absolutnie nie!

A poza tym… Tak, ten krwisty rumieniec jest bardzo podejrzany.

– A więc jak, panno Claire? Czy żywi pani wobec mnie cieplejsze uczucia?

– Ja? Ja, proszę pana, czuję wyłącznie przemożne pragnienie posiadania stalowego pręta, którym mogłabym rozbić panu głowę… – mruknęła pod nosem.

On z kolei udał, że jest bardzo oburzony.

– Ależ panno Lang! Przecież to nie uchodzi! – I naturalnie wybuchnął śmiechem.

A jasnoszare oczy spojrzały na niego z nieskrywaną złością.

– Ach! Kpij pan sobie ze mnie, kpij do woli, bo mi jest wszystko jedno. I bardzo żałuję, że martwiłam się o pana. I tak pan zrobi, co zechce. Będzie pan chciał zrujnować sobie życie, to zrujnuje. A mi nic do tego.

Wygłosiwszy to tonem idealnie obojętnym, energicznie postukała parasolką w dach powozu, zachwycona, że wreszcie jej oczom ukazał się upragniony budynek w stylu neogotyckim. Kiedy stangret zatrzymał konie, bez słowa szybko wysiadła z powozu. Równie szybko i niestety raczej niezręcznie rozłożyła parasolkę i pomaszerowała przed siebie zadowolona, że tu już człowiek nie musi brnąć przez błoto, tylko stąpa po drewnianym chodniku. Jeszcze bardziej poczuła się zadowolona, gdy przed bankiem dostrzegła ni mniej, ni więcej, tylko Kenny’ego Blake’a, kolegę ze szkolnej ławy.

– Och, Kenny! – zawołała rozpromieniona, chwytając młodego dżentelmena za ramię. – Chwała Bogu, że cię widzę! Czy mógłbyś odwieźć mnie do domu? W naszym powoziku złamała się oś…

– Ale tobie nic się nie stało?

– A skąd! Tylko trochę mną zatrzęsło. Na szczęście przytrafiło się to niedaleko kuźni i stajni z końmi do wynajęcia. Powozikiem się zajęli, mną niestety już nie, bo nikt nie miał czasu, by odwieźć mnie do domu.

– Dlaczego po prostu nie wynajęłaś bryczki?

– Bo funduszy brak – przyznała uczciwie. – Było już cienko, a wuj kupił nowe świece zapłonowe do automobilu. Póki nie przyjdzie jego emerytura, musimy liczyć się z każdym centem.

– Claire, może pożyczyć ci trochę pieniędzy? Żaden kłopot, zapewniam.

Niewątpliwie. Interes Kenny’ego, czyli sklep z męską konfekcją, szedł świetnie.

– Bardzo ci dziękuję, Kenny, ale nie trzeba. Natomiast gdybyś odwiózł mnie do domu, byłabym ci dozgonnie wdzięczna.

Kenny uśmiechnął się szeroko. Kenny, który urodą raczej nie grzeszył. Ot, taki sobie zwyczajny blondyn z niebieskimi oczami, średniego wzrostu i bardzo nieśmiały wobec dam. Ale nie przy Claire, z którą polubili się mnóstwo lat temu. Przy niej czuł się swobodnie, mało tego, zawsze pokazywał się z najlepszej strony.

– Naturalnie, ale poczekasz chwilę, dobrze? Muszę coś załatwić w banku. Tylko parę minut i już jedziemy do Colbyville. Zgoda?

– Oczywiście. I jeszcze raz bardzo ci dziękuję.

Cofnęła rękę… i nagle poczuła się nieswojo. A dokładniej, wyczuła na sobie czyjeś spojrzenie, i to bardzo nieprzychylne.

Odwróciła się szybko. No tak, wiadomo już, kto tak na nią się gapił. Pan Hawthorn w tym swoim ciemnym eleganckim garniturze i meloniku. To on świdrował ją wzrokiem, choć teraz patrzył gdzie indziej, na drzwi banku. Stał przed nimi, opierając się na lasce ze srebrną gałką, i czekał, aż pan Calverson otworzy od wewnątrz. Bo pan Calverson w kwestii zamykania i otwierania nikomu nie ufał, tylko sobie, w związku z czym kluczy nikomu nie powierzał.

I stąd refleksja Claire, która ją naszła, gdy wpatrywała się w pana Hawthorna, który z kolei wpatrywał się w drzwi. Pan Calverson niewątpliwie jest człowiekiem o bardzo rozwiniętym poczuciu własności, i właśnie tego pan Hawthorn nie powinien lekceważyć. Nigdy, przenigdy!

 

Punktualnie o godzinie dziewiątej pan Calverson otworzył wielkie dębowe wrota i odczekał, aż wszyscy wejdą do środka, spoglądając na wielki złoty zegarek kieszonkowy zawieszony na grubej złotej dewizce. Gdy wszyscy weszli, pan Calverson z zadowoleniem pokiwał głową, zamknął kopertę i wsunął zegarek do kieszonki kamizelki. Dla Claire prezes banku był po prostu figurą komiczną. Mały pulchny człowieczek z łysą głową i zawadiacko podkręconym jasnym wąsem, mocno przyprószonym już siwizną. Trudno jej było sobie wyobrazić, że ktoś taki może się spodobać kobiecie. A jednak piękna Diane wyszła za niego. Z miłości? Tak sądził tylko John Hawthorn, bo cała reszta Atlanty wiedziała swoje. Diane lubiła pławić się w luksusie, niestety kiedy miała lat dwadzieścia dwa, jej rodzina straciła wszystko i jedynym kapitałem Diane stała się jej uroda, trudny do oszacowania posag, który miał jej pomóc dobrze wyjść za mąż. Dobrze, czyli bogato, nie tylko po to, by sama żyła komfortowo, ale i po to, by jej matka i siostry nadal mogły ubierać się szykownie, brylować w towarzystwie i mieszkać w pięknym pałacyku przy Ponce de Leon.

Pan Calverson niewątpliwie był bardzo dobrą partią. Miał o wiele więcej pieniędzy, niż Diane była w stanie wydać. Co więc skłoniło ją do podjęcia tak wielkiego ryzyka, jakim było sam na sam z eksnarzeczonym?

– Kenny, nie wiesz przypadkiem, czy bank nie ma jakichś kłopotów? – spytała już w powozie, którym kolega z ławy szkolnej odwoził ją do domu.

– Bank? Kłopoty? O niczym takim nie słyszałem. A dlaczego pytasz?

– Po prostu chcę wiedzieć, czy jest wypłacalny. – Wzruszyła ramionami.

– Nie wątpię. Pan Calverson kieruje bankiem od kilku lat i robi to znakomicie. Jest nie tylko szefem, ale i człowiekiem bogatym, musi mieć duży prywatny majątek. Wszyscy to widzą.

Owszem, trudno zaprzeczyć, choć niejednemu mogło wydać się dziwne, że ktoś, kto zaledwie przed kilkoma laty przyjechał do Atlanty – a przyjechał ze wsi – w ciągu krótkiego czasu dorobił się aż takiej fortuny. Z drugiej strony wiadomo było, że Calverson ma dostęp do poufnych informacji na temat działalności inwestycyjnej banku. Kiedy klient nie był w stanie spłacić kredytu zaciągniętego na zakup domu czy ziemi, Calverson natychmiast przejmował obciążoną nieruchomość.

– A pan Hawthorn patrzył na ciebie bardzo dziwnie, Claire – stwierdził dość niespodzianie Kenny. – Prawie ze złością.

– Ach! On! Najpierw zaprasza mnie do swego powozu, proponuje, że podwiezie, a za chwilę obraża!

– Co?! – Wyprowadzony z równowagi Kenny szarpnął cuglami tak mocno, że wystraszony koń kwiknął. Natomiast jego właściciel wystąpił z deklaracją: – Już ja z nim pogadam!

– Proszę, nie denerwuj się, Kenny. To nie tak, jak myślisz. Obraził mnie, ale z całkiem innego powodu. Pan Hawthorn nigdy nie zniżyłby się do tego, żeby mnie dotknąć! Po prostu posprzeczaliśmy się.

– O co?

– Tego, niestety, nie mogę ci zdradzić.

– Nie musisz, bo i tak się domyślam, o co poszło. Cała Atlanta wie, że pan Hawthorn czuje miętę do żony prezesa. Chociaż można by się było spodziewać, że Hawthorn ma w sobie więcej dumy i godności. A jednak…

– Kenny, przecież człowiek zakochany często zapomina o dumie, o godności. Na tym między innymi polega miłość! A Diane, zanim wyszła za pana Calversona, była narzeczoną pana Hawthorna.

– Przecież wiem… Czekaj, niech pomyślę. No tak, coś w tym musi być! Spotykając się potajemnie z Johnem Hawthornem, Diane ryzykuje utratę ciepłego gniazdka u boku Calversona. A jednak zdecydowała się na to, czyli faktycznie z pieniędzmi może być u nich krucho. A wiemy przecież, że ta młoda dama kuta jest na cztery nogi…

– No właśnie! I jeśli John nadal ją kocha…

– Kto wie? W każdym razie może dojść do skandalu i John Hawthorn w Atlancie będzie skończony. O tym, że Diane również straci dobre imię, nie wspominając. Ale może tak nie będzie. Jej rodzina zawsze była bardzo łasa na pieniądze, nigdy jednak nie dopuściła do żadnego skandalu.

Claire doskonale pamiętała, jak to było, gdy John powrócił z wojny. Był w okropnym stanie, widziała go przecież w szpitalu, kiedy razem z wujem pojechała odwiedzić ciężko rannego żołnierza, nagrodzonego medalem za odwagę, skrzętnie skrywającego ból innego rodzaju. Osiemnastoletnia Claire wiedziała o zerwanych zaręczynach, w wyniku czego Diane została szczęśliwą żoną pana Calversona. Domyślała się, co John przeżywał, i wtedy właśnie jej serce drgnęło, zaczęła budzić się w niej miłość.

– To straszne stracić kogoś, kogo się kocha – odezwała się półgłosem, myśląc przy tym, że równie strasznie jest kochać kogoś, kto dla ciebie jest nieosiągalny. Tak jak ona, zakochana nieszczęśliwie od blisko dwóch lat…

– Czy wiesz, Claire, że niebawem cyrk przyjeżdża do miasta? Może wybierzemy się razem w najbliższą sobotę?

– Z największą przyjemnością.

– Dziękuję, Claire. – Kenny rozpromienił się. – Naturalnie poproszę twego wuja o zgodę.

Oczywiście nie powiedziała mu, że wuja wcale nie musi prosić o zgodę. Will Lang był bardzo nowoczesny. Claire również nie musiała prosić go o pozwolenie, tak naprawdę zawsze robiła to, na co miała ochotę. A zaproszenie Kenny’ego bardzo ją ucieszyło. Kenny w ogóle był taki miły, taki… nieskomplikowany. Dzięki niemu mogła choć na jakiś czas zapomnieć o Johnie, dlatego ten dzień nie wydawał się tak do końca stracony.

Wuj Will właśnie kończył naprawiać przeciekającą chłodnicę. Panowie porozmawiali przez chwilę, po czym Kenny odjechał, natomiast Claire przebrała się w czystą spódnicę i bluzkę, pozbyła się też zabłoconych butów. Brudną suknię przekazała Gertie, krzywiąc się przy tym znacząco. Gertie natomiast westchnęła i z równie znaczącym błyskiem w oku oświadczyła:

– Panienka to ma prawdziwy talent do zbierania brudu!

– Przecież staram się, naprawdę się staram, ale taki już mój los, że nie powinnam wypuszczać szczotki z ręki.

– Na to wychodzi! – ze śmiechem odparła Gertie. – No cóż, spróbuję tę suknię doprowadzić do porządku. Panno Claire, chciałam uprzedzić, że w niedzielę mnie nie będzie. Przyjeżdża mój ojciec. Odbiorę go na stacji, a potem udajemy się na spotkanie rodzinne.

– Jak miewa się twój ojciec?

Gordon Mills, ojciec Gertie, mieszkał w Chicago i był znanym i powszechnie szanowanym adwokatem.

– Dziękuję. Miewa się bardzo dobrze i jest taki jak zawsze. Przebiegły, pokrętny w słowach stary lis! – odparła Gertie z uśmiechem, jednak kończąc to zdanie, spoważniała. – Ja i brat jesteśmy z ojca bardzo dumni. Przed kilkoma miesiącami omal nie doszło do zlinczowania jednego z robotników na farmie, a on wybronił nieszczęśnika. Udowodnił, że jest niewinny, i uratował go od stryczka.

– Wspaniale! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby pewnego dnia wasz ojciec został sędzią Sądu Najwyższego!

– Taką mamy nadzieję. Panienko, a panienka da sobie w niedzielę sama radę? Może poszukam kogoś, kto ugotuje obiad?

– Nie trzeba, Gertie, przecież sama nauczyłaś mnie robić kluski i przyrządzać kurczaka. A nie jestem tak bojaźliwa, bym nie potrafiła pozbawić go żywota.

Co do tego Gertie miała jednak pewne wątpliwości.

– Może jednak tym zająłby się wuj panienki? Ma więcej wprawy, a panienka i tak będzie miała wystarczająco dużo roboty z oprawianiem kuraka i robieniem farszu.

– Może i masz rację, Gertie.

– Myślę, że tak będzie najlepiej. A teraz zabieram się do lunchu. Czy będą jacyś goście, panienko?

– Nie. Kenny musiał wracać już do miasta. Czyli tylko wuj i ja.

Gdy Gertie udała się do kuchni, Claire pomknęła do szopy i spytała:

– Wujku! Może w czymś pomóc?