Uratować dzieckoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Biegła podjazdem, bosa i w szlafroku. Włosy rozwiewał jej wiatr, poły powiewały za nią. Jej małe stópki uderzały o asfalt. Czuła, jak kamienie ranią ciało, ale nie zważała na to. Musiała biec. Miała dziki wyraz twarzy, który widzi się tylko u naprawdę przerażonych ludzi. Kiedy biegła, rozwiązał jej się szlafrok, a jego poły zaczęły przypominać skrzydła. Skupiła się na tym, by znaleźć się jak najdalej od domu. Skupiła się na mężczyźnie. Stał tuż przed nią i zaraz miała paść mu w ramiona. Miał na sobie odblaskowy strój i rozłożył ręce, czekając na nią. Pozwoliła sobie na ułamek sekundy rzucić okiem za siebie po raz ostatni. Kiedy odwróciła się z powrotem do mężczyzny, poczuła na skórze gorąco, nadal mrowiło, tliło się. Jej małe ciało wpadło w jego objęcia i była bezpieczna.

Rozdział 1

Hannah

Ulica Cavendish jest jak każda inna ulica mieszkaniowa na przedmieściach. Na pierwszy rzut oka wydaje się nieco wysłużona, ale kiedy przyjrzysz się bliżej temu miejscu, dostrzeżesz, jak wielka siła drzemie tuż pod powierzchnią. Szeregowe domy są stare, w wiktoriańskim stylu. Chodnik jest solidny. Zza szklanych szyb spozierają nieustępliwe twarze. Kilka ulic dalej majaczy zagajnik drzew przy brzegu lasu. Drogi prowadzące do niewielkiej dzielnicy handlowej są puste. Jest tam też brudny, zaniedbany park z pojedynczą huśtawką.

W miesiącach letnich zapach pieczonych potraw napływa od strony numeru 68. Mieszkańcy ulicy Cavendish otwierają okna, wypuszczając zapachy na parne powietrze. Aż ślinka mi cieknie, kiedy zerkam na talerz tłustych klusek, który trzymam na kolanach. Ale, co gorsza, zapach sosu z pieczeni wołowej przywołuje wspomnienia rzeczy, o których wolałabym zapomnieć, wspomnienia o innym miejscu i czasach, kiedy miałam dębowy stół, a na nim biały obrus i śmiałam się, aż bolał mnie brzuch. Potem słyszę ostry kaszel Edith Clarke i wracam pod numer 73 z pieczonym kurczakiem na kolanach, w tle z radia sączy się piosenka o kowbojach.

Droga jest wąska, więc domy wydają się pochylone nad chodnikiem. Wysokie i solidne, stoją tam jak surowi rodzice, z wielkimi oknami oferującymi rzut okiem na życie za murami, a jednocześnie wywołują u człowieka uczucie zawstydzenia i potrzebę odwrócenia wzroku. Zamiast zerkać na kwiaty w doniczkach czy zdobienia, patrzysz, co akurat jest w telewizji, podglądasz czyjeś życie. Drzwi frontowe prowadzą do salonu i otwierają się wprost na chodnik. Często siedzę na kanapie i obserwuję biegaczy, patrzę na każdego, rzucając im wyzwanie, żeby zajrzeli do środka. Tylne drzwi prowadzą do kuchni. Ponadto trzeba dzielić ogródek z sąsiadem. Dobra, stara Edith z zamglonym wzrokiem i kaszlem palacza. Ona utrzymuje wszystko w idealnym porządku, podczas gdy ja sączę wino na progu domu. Krząta się i marudzi, dodając krasnale ogrodowe do swojej wiecznie rosnącej kolekcji i opowiada plotki z innych domów – numer 72 został sprzedany, przygotowują papiery, a para spod 65 się rozwodzi, ludzie mówią, że on miał romans – jej stare kości szurają, a żylaste dłonie ściskają konewkę.

Mąż Edith zmarł, zanim wprowadziłam się na ulicę Cavendish. Ona mieszka tu całe swoje życie i lubi mi o tym opowiadać. „Kiedy żył George… Zanim wprowadzili się tu wszyscy ci obcokrajowcy… nigdy nie zamykałam drzwi na klucz, wiesz. Każdego tutaj znałam z imienia. Każdego”. Uśmiecham się, przytakuję i tłumaczę sobie, że dobrze jest posłuchać innego człowieka. Tyle czasu spędzam sama, że są nawet dni, kiedy nie wypowiadam ani jednego słowa na głos. Dlatego podczas tych krótkich, letnich miesięcy zmuszam się do siedzenia na zewnątrz i słuchania Edith, niezależnie od tego, czy mówi o rasizmie pokoleniowym, czy toczy nudną opowieść o wizycie u lekarza. Ale dzisiaj nie jestem w stanie znieść nawet Edith. Dłonie trzęsą mi się całe popołudnie, a kluski spadają z drżącego widelca, zanim dotrą do moich ust. Mam mroczne myśli. Wieczory to coś, czego należy się bać: lekkie pobolewanie łydki to na pewno zakrzep, pieczenie w piersi to zawał, a ból głowy z pewnością oznacza guz mózgu. Muszę odłożyć widelec i wziąć głęboki oddech. Wdech, wydech, wdech, wydech.

– Hannah, wcale nie umierasz – mówię do siebie. Proszę, odezwałam się dzisiaj. Co prawda do siebie, ale zawsze. – Nic ci nie jest. Jedz swoje kluski.

Ulica Cavendish to coś więcej niż miejsce, w którym mieszkam. Był taki czas, że cała planeta była moim światem, ale przestałam wyjeżdżać za granicę już wiele lat temu. Stopniowo mój świat kurczył się coraz bardziej, aż koniec ulicy zaczął wydawać się odległością maratońską. Nie zrobiłam tego świadomie. Samo jakoś tak wyszło, jak przyzwyczajenie, które przekierowałam. Teraz łatwiej jest zostać w środku. Wszystko mogę zamówić przez Internet. Pracuję zdalnie. Mam bieżnię i rower stacjonarny w dodatkowej sypialni, która służy mi za biuro (zbierają kurz, ale mam je jeszcze z czasu, kiedy zaczęłam panikować, że dostanę wylewu po czterdziestce). Jestem sama, więc rachunki nie są wysokie i mogę się utrzymać, pisząc artykuły i redagując teksty dla klientów. Naprawdę nie jest tak źle. Wybieram się do supermarketu w takie dni, kiedy czuję się na siłach, a świat nie wydaje się walić mi na głowę i pchać w dół, aż nie mogę dłużej oddychać.

Wzdycham i wstaję. Będę musiała odpuścić sobie kluski. Jestem zbyt podenerwowana, żeby jeść. Wyrzucam chłodną, stężałą masę do śmietnika i opłukuję talerz pod kranem. Woda tryska gwałtownie dwa razy, zanim zaczyna lecieć normalnie. Powinnam wezwać kogoś do naprawy, ale nigdy jakoś nie jest dobry moment. Nie lubię ludzi w moim domu. Nie znoszę faceta od gazu, który pojawia się bez zapowiedzi, macha mi przed oczami identyfikatorem i mówi do mnie kochana. Nie cierpię dźwięku pukania do drzwi i ludzi, którzy ignorują dzwonek, a także moje uprzejme prośby, by goście korzystali z tylnych drzwi. Drażni mnie skrzynka na listy w dni, kiedy nie spodziewam się dostarczenia przesyłek. Ten głośny trzask sprawia, że serce próbuje wyskoczyć mi z piersi.

W tym miejscu jest za dużo hałasu. Wyłączam radio drżącym palcem, potem zatrzaskuję okna i zostaję uwięziona w domu pachnącym sosem sojowym i olejem. Przynajmniej blokują płacz dziecka trzy domy dalej.

Potrzebuję czegoś, co rozproszy narastający niepokój. Znam sygnały ostrzegawcze. Wiem, że powinnam uważać na fale paniki i mroczne myśli, ale nie potrafię zatrzymać ich na dobre. Dlatego wracam do kuchni, nalewam sobie do szklaneczki schłodzonej wódki na jeden palec i odkręcam wodę, żeby dokończyć zmywanie. Wódka znika, zanim zlew napełnia się wodą.

Patelnia wyszorowana, talerz umyty, sztućce w suszarce. Nie jestem fanką sprzątania, ale ta czynność wydaje się znajoma i kojąca. Nieco rozluźniam ramiona, kiedy wycieram dłonie w ręcznik. Ale wtedy słyszę jakiś hałas, który przyciąga moją uwagę.

Przez ostatni miesiąc Edith bez przerwy mówiła tylko o potencjalnych nowych mieszkańcach numeru 72, domu położonego dokładnie naprzeciwko mojego. Edith ma obsesję na punkcie tego domu, ponieważ ostatni właściciel umarł. Staruszek miał ponad siedemdziesiąt lat i dostał zawału, siedząc w swoim fotelu. Miał na imię Derek. Zawsze wydawał się miły, mimo że niewiele się odzywał. Kiwał do mnie przez okno raz na jakiś czas i gawędził z Edith, kiedy szedł do sklepu.

Naprawdę okropny był dopiero sposób, w jaki został znaleziony. Rodzina jego syna – w tym dwoje dzieci poniżej dziesiątego roku życia – weszli do środka i znaleźli trzydniowe zwłoki w antycznym, aksamitnym fotelu.

Drżę. Gdyby Derek umarł gdziekolwiek indziej, zapewne dostrzegłabym jego ciało i zadzwoniła po karetkę. Jednak czubek jego siwej głowy wystający znad oparcia fotela był dla mnie normalnym widokiem. Mógł ucinać sobie drzemkę albo oglądać telewizję. Nie spędzam zbyt wiele czasu w salonie – zwykle przebywam w biurze, po drugiej stronie domu – w innym wypadku mogłabym zauważyć, że się nie poruszał. Cała sprawa bardzo mną wstrząsnęła. Nadal czuję się winna. Często zaglądam do tego domu – teraz pustego i wyremontowanego – i zastanawiam się, czy gdybym nie skupiła się tak bardzo na własnych problemach, mogłabym oszczędzić rodzinie tej traumy.

Ale przecież czasami nasze problemy nie są tak proste, żeby odłożyć je na bok. Często przywierają do nas i wypełniają nas do tego stopnia, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

Wyrzucam z głowy te myśli i przechodzę do salonu. Edith będzie zadowolona, bo w końcu przestanie spekulować o tym, kto wprowadzi się pod numer 72, i zobaczy to na własne oczy. Myślę o tym, jak jej zasłony poruszają się i na moją twarz wypływa uśmiech. Wyobrażam sobie, jak udaje, że myje okna, żeby móc dobrze się przyjrzeć.

Ale kim jestem, żeby oceniać, skoro sama stoję w oknie i się gapię.

Ludzie z ekipy od przeprowadzek mają na sobie niebieskie kombinezony i co chwilę wskakują w butach roboczych na ciężarówkę i z niej zeskakują. Wnoszą do środka pudło po pudle, a ja nie mogę przestać myśleć o tych ciężkich butach chodzących po domu Dereka, po miejscu, w którym umarł. Zalewa mnie kolejna fala paniki napędzanej poczuciem winy, ale ją tłumię. Kobieta wyskakuje z domu, macha do mężczyzn noszących bagaże i samochód terenowy, zaparkowany za ciężarówką. Ha! To się nie spodoba Edith. Zawsze narzeka, że jej córka nie może znaleźć miejsca parkingowego. Kolejny wielki pojazd sprawi, że będzie to jeszcze trudniejsze. Potem przypominam sobie, że przed moim domem też stoi samochód, nieruszany od ponad roku, i uświadamiam sobie, że zaraz usłyszę kolejne argumenty nakłaniające mnie do jego sprzedaży.

 

Kobieta jest drobna, chodzi na palcach i uśmiecha się do każdego na swojej drodze. Czuję ukłucie kobiecej zazdrości. To bezsensowne poczucie współzawodnictwa, które nakazuje nam porównywać się z innymi. Jest dużo ładniejsza, dużo szczuplejsza i wydaje się ogólnie milsza niż ja. Ale mimo to nie ma w niej niczego nadzwyczajnego. Nie farbuje włosów. To raczej mysi brąz niż soczysty blond. Ma na sobie dżinsy i za dużą koszulkę, chociaż czego innego można się spodziewać po osobie, która się przeprowadza. Przecież nie wyjdzie w sukni balowej. Jej głowa znika w samochodzie, kiedy zaczyna szukać czegoś na tylnym siedzeniu. Gdy stoi tak w połowie ukryta we wnętrzu auta, z którego widać tylko tylną część jej ciała, przynajmniej dwaj tragarze rzucają spojrzenia w jej kierunku. Wydaję z siebie dziwny dźwięk wyrażający zdegustowanie, bo nie mogę uwierzyć, że ci faceci naprawdę tak pożerają ją wzrokiem. Ale potem zdaję sobie sprawę, że to wcale nie tak. Przecież nic nie powiedzieli ani nie zrobili. Po prostu popatrzyli przez chwilę. To ja. Jestem zazdrosna. Kiedy ostatnio to na mnie spojrzał tak jakiś facet? Nie pamiętam.

Mężczyzna, który, jak zakładam, jest jej mężem albo chłopakiem, wyłania się z domu. Ma na sobie dżinsy i koszulkę opinającą się na umięśnionym ciele. Nie jest to sylwetka, którą uważam za atrakcyjną u mężczyzn, jest zbyt szeroki, napakowany, wygląda, jakby bardzo intensywnie trenował. Jego skóra ma lekko czerwony odcień, a włosy ma wystylizowane w modny sposób, tak jak robią to piłkarze. Dziwna, chuligańska wariacja eleganckiego cięcia z lat 50. Chwyta kobietę w talii i wyciąga ją z samochodu. Robię krok w tył zaskoczona tym prawie agresywnym gestem. Kobieta zaczyna machać nogami i rękami, a mój puls przyspiesza, jak u podglądacza. Jednak potem ją odstawia, a ona odwraca się i uderza go w ramię. Facet się śmieje – słyszę jego śmiech nawet przez szybę – i szturcha ją lekko w ramię. Wypuszczam długi oddech, bo zdaję sobie sprawę, że ta dwójka po prostu się droczy. Przez chwilę uśmiecham się razem z nimi.

Ale to nie mój żart, żebym mogła się z niego śmiać. Odsuwam się od okna, nagle świadoma, jak bardzo naruszam ich prywatność.

Już mam zostawić nowych właścicieli, żeby rozpakowali dobytek bez mojego gapienia się, kiedy młoda dziewczyna wychodzi z domu. Jej widok sprawia, że żołądek mi się zaciska. Ma około dwunastu, może trzynastu lat i idzie ze sztywno wyprostowanymi plecami. Ma długie, ciemne włosy – prawie czarne – które spływają jej po ramionach i spoczywają na plecach. Zatrzymuje się, staje na chodniku plecami do mnie, a potem powoli odwraca się w stronę mojego domu. Panika znowu we mnie rośnie. Zaciskam pięści i sapię cicho. Chcę odsunąć się od okna, jednak stopy mam wrośnięte w podłogę. Dziewczyna jest ładna, ale ma poważną twarz. Przez krótką chwilę czuję opiekuńczość, kiedy myślę o wszystkich tych ludziach, którzy będą jej mówić, żeby więcej się uśmiechała i szczypać jej policzki, mówiąc „jesteś śliczna, kiedy się uśmiechasz”. Potrząsam głową i staram się odgonić te myśli. Nie jest moim dzieckiem i nie mi się nią opiekować.

Dziewczyna powoli podnosi rękę i macha do mnie. Odsuwam się od okna i zaciągam zasłony.

Rozdział 2

Laura

Myślałam, że ten przyklejony uśmiech zostanie mi na twarzy na zawsze. Zamknięcie drzwi i pożegnanie ekipy od przeprowadzek to przynajmniej jakaś ulga, ale teraz mam przed sobą cały ten bałagan i nasze rzeczy owinięte w kilometry folii bąbelkowej. Ręce mnie bolą, nogi też, jestem brudna i spocona.

– Zamówię pizzę, skarbie – mówi Matt.

Dla niego to w porządku, uwielbia to. Kocha tę ekscytację towarzyszącą przenoszeniu się w nowe miejsce. Ten człowiek nie potrafi usiedzieć w miejscu. To nasz trzeci dom, drugi, odkąd pojawiła się April. Przeprowadzamy się średnio co pięć lat, bo Matt już zaczyna czuć taką potrzebę. Ciągle powtarzam sobie, że jeśli zmienimy miejsce zamieszkania, to on nie będzie miał ochoty uciec i przynajmniej tak utrzymam rodzinę razem.

– Nie znamy żadnej pizzerii w okolicy – zauważam. Mówiąc to, krzątam się, wkładam sztućce do szuflad i wpycham opakowania do kosza na śmieci.

– Zawsze gdzieś w pobliżu jest Pizza Hut. Nie jesteśmy aż tak daleko za miastem – odpowiada, próbując ukryć nutę irytacji w głosie, ale jak zwykle nie wychodzi mu to. Zawsze ja jestem tą, która psuje atmosferę. Przynajmniej on tak twierdzi.

– Gdzie April? Powinna nam pomagać. – Mój głos brzmi skrzekliwie. Z całej siły staram się, żeby moje myśli nie przyćmiły nastroju, a przynajmniej, żeby Matt tego nie zauważył.

– Powiedziałem jej, że może rozpakować swoje ubrania. – Matt widzi, że ramiona mi się zapadają i odkłada telefon na pudło opisane „rzeczy do salonu”. – Hej, chodź tutaj. No chodź. Rozkłada szeroko ramiona i macha palcami. Pozwalam się przytulić, ale najpierw odkładam ścierkę kuchenną, którą miałam w ręku. – Wiem, że jesteś zestresowana, ale jest ku temu dobry powód, najlepszy z możliwych. To dla nas nowy początek.

Nowy początek. To zmiana, tylko inaczej określona. Taka zmiana, w ramach której przeprowadzamy się do mniejszego domu, a Matt rzuca pracę. Wzdycham i staram się o tym nie myśleć, przyciskając twarz do jego piersi. Nigdy nie była taka wyboista. Trochę ponad rok temu Matt stwierdził, że jest za gruby – mimo że nie był, miał niewielki kryzys przed trzydziestką i tyle – i zaczął chodzić na siłownię. Stało się to swego rodzaju obsesją, aż zdecydował, że chce rzucić pracę w biurze i zacząć pracować jako trener personalny. Oczywiście zachęcałam go. Jest moim mężem, chcę, żeby był szczęśliwy, ale to bardzo obciążyło mnie i moją pracę. Teraz ja utrzymuję rodzinę i płacę rachunki. Matt nigdy nie zarabiał wiele, ale te pieniądze dawały nam zabezpieczenie. Mogliśmy dzięki nim wyjechać na wakacje co roku i kupić nowe ubrania, jeśli czuliśmy taką potrzebę. Wystąpił problem, kiedy dalej wyjeżdżaliśmy i kupowaliśmy po tym, jak Matt odszedł z pracy, a on co miesiąc miał nowych potencjalnych klientów, tylko jakoś nigdy nic z tego nie wychodziło.

– Będziemy tu szczęśliwi – mówi. – Jesteśmy rodziną.

Kiedy odsuwam głowę, słyszę ciche kroki od strony schodów. April schodzi na dół. Porusza się zbyt wolno jak na trzynastolatkę. Powinna skakać, tańczyć i cieszyć się, jak inne dziewczynki z jej klasy. Ale ona w ogóle ich nie przypomina i to kolejna rzecz, którą muszę się martwić.

– April, chodź i pomóż mi w kuchni. Jest tu dużo rzeczy do rozpakowania.

Najpierw dostrzegam jej ciemne włosy. Potem pojawia się głowa i ramiona. Spogląda na mnie i nie odpowiada, nadal do połowy ukryta za drzwiami. Zawsze przypomina mi wróżkę albo jelonka z bajki Disneya, nerwowa i płochliwa, może uciec, jeśli podejdziesz zbyt blisko.

– April? – mówię głosem, w którym słychać delikatne ostrzeżenie. – Musisz nam pomóc rozpakowywać rzeczy. Nie możesz przez cały dzień siedzieć w swoim pokoju.

– Dlaczego nie? – pyta, kręcąc kółka bosą stopą po kuchennej podłodze. Zupełnie nowej, jak przypomniał mi Matt już trzy razy dzisiaj. Niedawny remont był jednym z aspektów, który zwrócił naszą uwagę na ten dom – głównie Matta.

Matt mierzwi jej włosy i pochyla się do jej ucha.

– Bo potwór z szafy cię złapie!

Wzdycham i się uśmiecham. Czasami za bardzo traktuje ją jak małą dziewczynkę, ale muszę przyznać, że miło jest zobaczyć uśmiech April. Prześlizguje się obok Matta i rusza w moją stronę, uśmiech zmienia się w bardziej zamyślony wyraz twarzy. Martwi mnie jej dziwna, zadumana mina, ale w sumie wieloma rzeczami związanymi z April się martwię. Na przykład tym, że ma lepszą relację z Mattem. Pracuję całe dnie, często wracam późno wieczorem. Matt całymi dniami siedzi w domu, a teraz, kiedy wakacje są w pełni, może spędzać dużo czasu z April. Jak mogę z tym konkurować?

– To co myślisz o nowym domu? – pytam łagodniejszym głosem. Podaję jej zapakowany talerz i wskazuję właściwą szafkę. – Całkiem stylowy, prawda?

– Chyba – odpowiada, wzruszając ramieniem niezbyt entuzjastycznie.

– Spodoba ci się, kiedy już się zadomowisz – mówi Matt z uśmiechem. Opiera się o zupełnie nową wyspę kuchenną i stuka palcami w blat.

– Dlaczego tata się leni i nie pomaga? – rzucam, próbując zmienić to w dowcip, ale sama słyszę, jak kiepsko mi wychodzi. – No dalej, rusz tyłek i poustawiaj te garnki.

Matt salutuje i mówi:

– Tak jest, kapitanie. Chryste, twoja mama to niezła służbistka. – Jego północny akcent czasem zniekształca niektóre słowa.

Patrzę, jak we dwoje zaczynają rozpakowywać kolejne pudło i wiem, że powinnam być szczęśliwa. Nie każdy ma piękną rodzinę, porządną karierę i kilkoro całkiem dobrych przyjaciół. Niektórzy ludzie żyją samotnie, nie posiadając żadnej z tych rzeczy, a nawet zdrowia. Ale to szczęście jest tak samo niestabilne, jak April i jak wróżki z bajek Disneya, nie można jej skłonić, żeby wyszła na powierzchnię, kiedy sama tego nie chce. Stoję tam i uśmiecham się, ale jedyne, o czym mogę myśleć to, jak bardzo to nie wydaje się prawdziwe. I to rozstraja mnie do szpiku kości.

– To co z tą pizzą? – pyta Matt. Bardziej zajmuje go szturchanie April w bok niż pomoc w rozpakowywaniu.

– Hmm? – mruczę.

Zanim zdąży się odezwać, słyszymy dzwonek do drzwi. Marszczę brwi, patrząc na Matta, odkładam nierozpakowaną miskę i wychodzę do salonu. Nie bardzo podoba mi się, że między salonem a drzwiami frontowymi nie ma nawet małego korytarzyka. Nie znoszę, że wychodzi wprost na ulicę, mam wrażenie, że to zbyt intymne. Ale kolejny raz odrzucam swoje obawy. Matt mówił, że się przyzwyczaję, więc może tak właśnie będzie.

– Oh, witam.

Na progu stoi starsza kobieta. Nachylenie ulicy i to, że domy stoją trochę wyżej, sprawia, że czuję się przy niej jak olbrzymka.

– Dzień dobry – odpowiadam.

Unosi naczynie żaroodporne przykryte ręcznikiem i uśmiecha się, ukazując zęby zabrudzone szminką. Wyjmuję danie z jej rąk, próbując zrobić minę, która choć trochę przypomina wdzięczność.

– Jestem Edith, mieszkam pod 75. Chciałam przywitać was na naszej ulicy – oznajmia.

Podnoszę ręcznik i oglądam zawartość. Jest tam kilka nieapetycznych bułeczek wciśniętych w danie. Staram się nie skrzywić na to, jak sucho i płasko to wygląda.

– To bardzo miłe, dziękuję. Mam na imię Laura, mój mąż to Matt i mamy trzynastoletnią córkę, April. Jestem pewna, że będziemy tu bardzo szczęśliwi. Okolica wydaje się niezwykle przyjazna.

– Och, w rzeczy samej – mówi z lekkim naciskiem. Na twarzy ma makijaż, pomimo głębokich zmarszczek, co nadaje jej trochę niedorzeczny i prawie upiorny wygląd. Nie mogę przestać wpatrywać się w tusz do rzęs rozmazany w kąciku oka i na to, jak jej pomadka ucieka nieco w jedną stronę. – Swego czasu znałam każdego mieszkańca tej ulicy z imienia. Atmosfera nadal jest przyjazna, ale społeczność już nie ta sama. Kiedyś każdy opiekował się każdym. Tak to było w dawnych czasach. Naprawdę szkoda. Gdyby było jak kiedyś wątpię, że Derek umarłby w taki sposób. – Splata żylaste dłonie i ściąga wargi.

– Och, przykro mi, nie wiedziałam, że ktoś umarł. Był pani przyjacielem? – pytam, zastanawiając się, jak szybko zdołam zakończyć tę rozmowę, nie wychodząc na nieuprzejmą.

– Uroczy mężczyzna. Sól tej ziemi. Zrobiłby dla ciebie wszystko. Wiesz, to niesprawiedliwe. Taki człowiek nie powinien odejść tak, że nikt nie zauważy tego przez trzy dni. Byłam wtedy z córką, więc nie mogłam wiedzieć, ale ta po drugiej stronie ulicy nic nie zauważyła. Zbyt zajęta własnym życiem, jak mniemam. Jest z tych samolubnych.

Rzucam okiem na dom naprzeciwko. Mogłabym przysiąc, że widzę szybki ruch, ale cokolwiek to jest, znika tak szybko, jak się pojawiło.

– Mówi pani… że zmarł w tym domu? – pytam, nagle przerażona.

– W swoim fotelu – ciągnie, ignorując albo nie zauważając mojego dyskomfortu. – Przy oknie. Jak mogła tego nie zobaczyć, nie mam pojęcia. Skończyło się tak, że rodzina znalazła go trzy dni później, kiedy przyjechali do niego z zakupami. Okropne.

– To straszne – mówię, czując, że mięśnie mi się napinają. To naprawdę było straszne. Przez całą tę historię dostałam gęsiej skórki. Czuję nagłą niechęć do tej kobiety za to, że przyszła do naszego domu w dzień przeprowadzki i opowiedziała to wszystko. Chcę, żeby odeszła i zostawiła nas w spokoju.

– Cóż, lepiej już pójdę – stwierdza. Kaszle w pięść i słyszę, że w jej piersi zalega flegma. – Słoneczna pogoda jest cudowna, ale oznacza, że trzeba jeszcze więcej podlewać. – Cmoka i wywraca oczami. – Oczywiście ta obok nigdy nie zajmuje się ogrodem. Siedzi tylko na progu z butelką wina i patrzy, jak staruszka wszystko ogarnia. Witamy w sąsiedztwie. – Pochyla się i chwyta moje ramię szponiastą dłonią. – Uważamy tu na siebie nawzajem. Pojęliśmy tę lekcję, kiedy Derek umarł. Nikt nie powinien przechodzić przez coś takiego bez pomocy.

 

Otwieram i zamykam usta jak ryba, starając się znaleźć właściwą odpowiedź. Ale zanim zdołam, Edith już jest na drugiej stronie ulicy, porusza się dość dziarsko jak na staruszkę. Wyobrażam sobie, że wiele w życiu przeszła, dorastając w czasach wojny, rodziła dzieci, chowała mężów i wszystko inne, czego musiały doświadczyć kobiety z północy.

– Pa – mówię, wycofuję się i zamykam drzwi.

– O co w tym wszystkim chodziło? – pyta Matt.

Wyciągam potrawę w jego stronę.

– Jedna z sąsiadek przyniosła nam to.

Matt uśmiecha się w stylu „a nie mówiłem”.

– Widzisz, nic złego nie dzieje się na tej ulicy. To nasz idealny nowy początek.

Uśmiecham się. Może jeśli będę robić to wystarczająco często, w końcu uwierzę w ten nowy idealny początek.

Inne książki tego autora