Niebiańska rzeka

Tekst
Z serii: Bobiverse #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Heaven’s River


Copyright © 2020 by Dennis E. Taylor

Copyright for the Polish translation © 2021 by Wydawnictwo MAG


ISBN 978-83-66712-35-5

Wydanie II


Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Dark Crayon

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński


Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63

04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl


Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 335 010

www.dressler.com.pl


Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer

Jak zawsze i przede wszystkim, chcę zadedykować tę książkę mojej żonie Blaihin i córce Tinie.



Podziękowania

Powieści nie pisze się w próżni (zresztą dobrze, bo już bym nie żył). Potrzeba do tego wsparcia i zrozumienia od rodziny i przyjaciół, w chwilach, kiedy zamykasz się w piwnicy, gapisz się rozkojarzony przed siebie albo odpowiadasz jednosylabowymi pomrukami. Ci sami ludzie muszą natomiast słuchać, gdy chcesz odbić od nich pewne pomysły.

Potrzeba także krytyków, czytelników alfa i beta, gdy cała ta chaotyczna masa zaczyna nabierać kształtu historii.

Do powstania i wydania tej książki przyczynili się między innymi mój agent Ethan Ellenberg, dobrzy ludzie z grupy Ubergroup na scribophile’u, oraz alfa- i beta-czytelnicy, w tym:


Blaihin Taylor

Patrick Jordan

Nicole Hamilton

Trudy Cochrane

oraz

Sheena Lewis.


Specjalne podziękowania natomiast dla Isaaca Arthura z SFIA za beta-czytanie oraz kontrolę sensowności.

Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na poszukiwaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu.

Marcel Proust (przeł. T. Boy-Żeleński)


Część I
W poszukiwaniu Bendera

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Swój wróg
Jacques, listopad 2331, Nowy Pawonis

Planeta wisiała w dole, cała zielona, niebieska i migocząca światełkami rodzących się miast. Nazywaliśmy ją Nowy Pawonis. Pawoniska nazwa ich nowego domu była trochę bardziej poetycka, jednak dla ludzkiego ucha i tak brzmiała jak plująco-sycząca zbitka dźwięków.

Przez siedemdziesiąt lat, odkąd ich tu osiedliliśmy, przyrost populacji było ogromny i mogli się teraz pochwalić miastami na kilku kontynentach. Wyglądało na to, że gatunek przetrwa.

Ale czy będzie jeszcze z nami gadał, to już zupełnie inna kwestia.

Odebrałem sygnał od drona cargo z moim mannym, informujący, że wylądował. Westchnąwszy w myślach, przygotowałem się do opuszczenia VR-ki i udania się na spotkanie z przedstawicielem Pawonisów, zapewne dość nieprzyjemne.

Podłączyłem się do manny’ego – zdalnie sterowanego androida – przez kanał UNOP i przełączyłem na niego swój punkt widzenia. Kiedy włączyły się wewnętrzne układy, poświęciłem milisekundę na rozejrzenie się po już dobrze znanej ładowni i zdjąłem się ze stojaka. Wrota otworzyły się automatycznie, ukazując standardową pawoniską eskortę wojskową, z karabinami w pogotowiu, pewnie już odbezpieczonymi. Stado dwumetrowych surykatek, zupełnie niesłodkich. Nie odwiedzałem ich od kilkudziesięciu lat, głównie dlatego, że ostatnie spotkanie było, można by rzec, napięte.

Uśmiechnąłem się, po prostu, żeby zobaczyć, jak zareagują, uważając, by nie pokazywać zębów, i zasalutowałem po wolkańsku. Dowódca oddziału odsłonił zęby – co u Pawonisów nie było przyjacielskim gestem – i odpowiedział salutem z trzema palcami mniej.

Ewidentnie zapoznał się z ludzką kulturą.

Podszedłem do grupy żołnierzy i uśmiechnąłem się do nich należycie po pawonisku.

– Co tam, panowie?

Niepotrzebnie. Dowódca odpowiedział basowym warknięciem i machnął bronią w kierunku pobliskiego namiotu. Namiot rozbili. Wyglądało na to, że nawet nie zasługuję na spotkanie w pomieszczeniu. A może to jednak dobry znak, bo… Nie, nie udało mi się niczego takiego wymyślić.

Wszedłem do środka i przyjrzałem się siedzącemu za biurkiem Pawonisowi. Był trzecim zarządcą planety po Hazdżar i nie wyglądał ani trochę życzliwiej od swojego poprzednika. Zatęskniłem za Hażdżar. Ona przynajmniej rozumiała sytuację, w której znaleźli się Pawonisi. Jakimś sposobem po jej śmierci element tej historii, w którym Inni niszczą ich pierwotny świat, tak, że nie nadaje się do życia, przestał być… ahem… eksponowany. Zaczęło dominować przekonanie, że to my to zrobiliśmy i nakłamaliśmy. Tylko nikt nie potrafił podać sensownego powodu.

– Jestem Da Azzma Hizz – powiedział, wskazując krzesło. – Reprezentuję wszystkich Pawonisów. Czy ty reprezentujesz wszystkich ludzi?

– Jestem Jacques Johansson. Reprezentuję ludzi, dla celów tej transakcji. – Była to taka pawoniska formalność.

Azzma przesunął ku mnie jakieś papiery.

– Dysponujemy umówionymi ilościami poszczególnych pierwiastków, zgodnie z planem. Oznacza to, że dwie autofabryki w układzie, będące obecnie własnością ludzi, zostaną w całości spłacone. Czy się zgadzasz?

Zerknąłem na papiery. Wszystko wydawało się w porządku. Proponowaliśmy Pawonisom, że po prostu oddamy im autofabryki, ale odmówili. Nie byłem pewien, czy to niechęć do czegoś, co można odebrać jako litość, czy też nie chcieli być naszymi dłużnikami, nawet moralnymi.

– Zgadzam się. Bellerofont dotrze do was w niecały rok. Zbierze wlewki i dostarczy wam autofabryki z orbity.

Patrzyliśmy na siebie nad blatem biurka. Dzisiaj nie będzie żadnych uprzejmości. Wreszcie Azzma się odezwał:

– Przyznaję, że ta umowa kłóci się z dominującą u nas teorią spiskową na temat Bobów. Powinniście trzymać nas w niewiedzy i przywiązanych do planety.

– Mam nadzieję, że to trochę złagodzi napięcia między naszymi rasami – odparłem.

– Może trochę. – Rzucił mi odpowiednik wąskiego uśmieszku. – Wiesz, Żok, ja czytałem dziennik Hazdżar. Ona nie uważała was za wrogów. Ale teraz to pogląd mniejszości.

Westchnąłem i przez chwilę oglądałem swoje dłonie.

– Azzma, mając autofabryki, będziecie mogli budować statki międzygwiezdne. W ramach umowy dostajecie programy do ich budowy. Tylko że… – Spojrzałem na niego. – Ten kosmos w waszej okolicy jest pełen ludzi. Coraz bardziej pełen. Za dużo niekontrolowanej wrogości może się okazać czymś destrukcyjnym, nie sądzisz?

Patrzył na mnie przez chwilę.

– Rozumiem, Żok. Macie przewagę liczebną i zbrojną, jeśli przyjdzie co do czego. Ale my nie jesteśmy tymi… – Patrzył przez moment w sufit, po czym się uśmiechnął. – Klingonami. Tak to się nazywa u ludzi? Wiemy, co to ustępstwa.

Odpowiedziałem uśmiechem, a ktoś w mojej gwardii honorowej mruknął:

– I cierpliwość.

Azzma rzucił ostre spojrzenie ponad moim ramieniem.

– Mamy duże postępy w odbudowie waszej macierzystej planety – powiedziałem, próbując złagodzić atmosferę. – Mniej więcej na jednej trzeciej z powrotem coś rośnie. Na pewno nie chcielibyście…?

– W swoim czasie, Żok. Kiedyś tam polecimy. Ja nie podważam umiejętności Bobów, ale tu jest teraz świat wszystkich żyjących Pawonisów. Stara planeta to pomnik czegoś, czego już nie ma.

– Rozumiem. – Kiwnąłem głową i wstałem. – Zachowamy ją dla was, gdybyście kiedyś podjęli decyzję. – Odwróciłem się do eskorty. – No, chłopaki, idziemy?

Dowódca oddziału obnażył zęby – znowu – i odsunął się, by zrobić mi miejsce. Odwróciłem się jeszcze do Azzmy i wymieniliśmy pawoniskie skinienia głową. Złapałem się na tym, że tęsknię za Hazdżar i jej wersją wolkańskiego salutu.

Efemerydy. Trudno było tak nie pomyśleć.

***

Szczęknęło, mój dron transportowy przybił do stacji przekaźnikowej. Ponieważ ostatnio coraz częściej używaliśmy mannych do występowania lokalnie, budowane teraz stacje miały coś w rodzaju przestrzeni mieszkalnej i stacji do dokowania. Wysiadłem z ładowni drona i podszedłem do kapsuły manny’ego. W przypadku człekokształtnych androidów kapsuły właściwie już zastąpiły starsze i większe stojaki. Gdy się zamknęła, do manny’ego podłączyły się pępowiny i rurki zasilające. Wyłączyłem się i przeskoczyłem punktem widzenia do osobistej VR-ki.

Moja ostatnia dekoracja, domek narciarski, już mnie nudziła. Wyglądało na to, że nie jestem w stanie dłużej utrzymać zainteresowania jednym motywem, ale też nie mam energii, by popracować nad czymś z większym rozmachem. Westchnąłem i zresetowałem VR-kę do domyślnego motywu biblioteki.

Wiedziony kaprysem wysłałem wiadomość do Ferba. Odpowiedział od razu, a ja pojawiłem się w centrum zarządzania Projektem Rekultywacji Pawonisa. Znajdowało się na platformie do Zgromadzeń i było ośrodkiem naszych prób odbudowania macierzystej planety Pawonisów, które trwały już prawie od stu lat.

Rozejrzałem się po pustym pomieszczeniu, czując falę nostalgii. Tyle lat poświęciliśmy na rozwiązanie problemu zreanimowania pawoniskiej ekologii z zaledwie garstki próbek roślinnych i zwierzęcych, zebranych w wielkim pośpiechu, gdy na planetę już sunęła armada Innych. Paradoks – teraz, gdy wreszcie coś osiągaliśmy, okazało się, że Pawonisi mają to gdzieś.

Ferb pojawił się, gdy tak stałem i rozmyślałem.

– Hej, stary – rzucił. – Kopę lat.

– No… ten… – Objąłem pomieszczenie gestem. – Duchy. Wygląda to tak, jakbyśmy porzucili projekt.

 

– Oj tam, Jacques, nie bądź melodramatyczny. Praktycznie wszystko jest zautomatyzowane. Potrzeba może ze dwóch godzin na miesiąc, żeby sprawdzić, czy wszystko działa.

– Aha. To dlatego, tak? A gdzie się podziewa Fineasz?

Wbił we mnie wzrok.

– A czemu ty to wyciągasz?

– Bo to jest prawdziwy powód, dlaczego to miejsce jest takie puste. Coś się odzywał?

– Nie na żywo. – Opuścił wzrok. – Nie chciało mu się budować stacji przekaźnikowych, a jest w cholerę daleko poza zasięgiem UNOP-a. Może z raz na miesiąc dostaję transmisję radiową, mocno zdopplerowaną.

– Leci do Wielkiego Obłoku Magellana. Trochę mu się zejdzie.

– Do czego zmierzasz, Jacques?

– Ty, ja, Fineasz, Claude… wszystkich nas dręczy to, co się stało. Duchy. Duchy miliardów Pawonisów…

– Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.

Westchnąłem.

– Wiem, wiem. Ale i tak jest koszt emocjonalny. Zwłaszcza że Pawonisi wcale nas za te trudy nie docenili. I wszyscy, co do jednego, którzy braliśmy w tym udział, szukamy sobie czegoś możliwie najbardziej odległego. Ale Fineasz… – Prychnąłem. – On to chyba przegiął, nie?

Ferb kiwnął głową, przez chwilę widać było nieznaczny cień uśmiechu.

Przekrzywiłem głowę, przypatrując mu się.

– A co ty ostatnio porabiasz?

– W LARP-y się wkręciłem. Znaczy… bardziej projektuję kampanie, niż sam gram. – Teraz się naprawdę uśmiechnął. – Gracze… wiesz, Gandalf i jego grupa… robią w wircie na żywo kampanie z D&D. Ale mają problem, bo wszyscy chcą grać, a nikt nie chce być DM-em, więc nawet się cieszą, że ktoś chce pomóc. A ja, ten…

– Co?

– Muszę przyznać, że czasem czuję się przy nich nieswojo. Nie żeby jacyś niebezpieczni byli… po prostu… to obce osoby, ale wszystkie wyglądają jak ja, rozumiesz? Niektórzy to stuprocentowe buce.

– Taa. Dryf replikacyjny. Jest coś takiego, jak mówi Bill. To czemu z nimi pracujesz?

Wzruszył ramionami.

– Przynajmniej mam jakieś zajęcie.

– To już nie było nic lepszego?

– Dzięki, mamo. – Zawahał się. – Tak właściwie, to pracuję nad jedną taką rzeczą. Ale jest jeszcze niegotowa. Nie rozpowiadaj, dobra?

Teraz mnie zainteresował.

– Dobra.

– Buduję sam dla siebie wielki transportowiec i wypakowuję go przekaźnikami UNOP, w wersji minimum, żeby były jak najmniejsze. Jak będę gotowy, wyruszę prosto w kierunku galaktycznej północy. Po drodze będę rozrzucał stacje przekaźnikowe. Chcę wyjść na co najmniej tysiąc lat świetlnych nad płaszczyznę galaktyki. Wtedy będę mógł zobaczyć, co jest po jej drugiej stronie.

– Ale wiesz, mógłbyś po prostu wsadzić MSI do statku, dać jakieś polecenia i nigdzie się nie ruszać.

– Mógłbym… ale to nie to samo. A może masz rację w kwestii Fineasza. I nas wszystkich. Może faktycznie chcemy gdzieś uciec. – Rzucił mi spojrzenie, które musiałbym określić jako błagalne, jakby prosił o wybaczenie, czy coś takiego. – Muszę lecieć, Jacques. Pogadamy kiedy indziej.

Z jakiegoś powodu nie wierzyłem, że to się wydarzy. Pstryk i znów zostałem sam w centrum zarządzania rekultywacją. Tylko z duchami.

2. Jakie mamy opcje
Bob, styczeń 2296, nad Edenem

Kosmos jest ogromny.

Wiem, że to brzmi, jak „no nie mów”, zresztą Douglas Adams już to powiedział, ale kiedy rozglądasz się na dosłownie międzygwiezdne odległości za pojedynczym statkiem kosmicznym, kosmos po prostu rzuca się na ciebie ze swoim ogromem.

Bender zaginął ponad sto lat temu. Mimo że Bill rozesłał plany UNOP-a, urządzenia do łączności nadświetlnej, do wszystkich układów, do których mógłby realistycznie dotrzeć Bender, mimo poszukiwań wzdłuż jego prawdopodobnego kursu prowadzonych przez Victora i potem jego klony Marvina i Luke’a, nie znaleźliśmy ani włosa z głowy Bendera. Ani śrubki czy płytki, zważywszy, że był samoświadomym statkiem kosmicznym i w ogóle.

Trzeba to chyba wyjaśnić. Bender jest komputerem, który myśli, że jest niejakim Robertem Johanssonem, inżynierem łamane przez nerdem, zmarłym w początkach XXI wieku. Tak samo wszyscy inni Bobowie, w tym i ja. Ja byłem pierwszym replikantem, wystrzelonym z Ziemi w roku 2133. Każdy Bob we wszechświecie jest moim potomkiem, bo tak właśnie działają sondy von Neumanna. Robią swoje kopie. Mamy już tysiące Bobów, rozsianych po sferze o promieniu prawie stu lat świetlnych wokół Układu Słonecznego.

Bender pochodził z drugiego miotu moich klonów, zbudowanych w Delcie Eridani. Wyruszył w kierunku Gammy Leporis A i słuch o nim zaginął. Wielu Bobów zginęło przez te lata w bitwach, niektórzy nie mieli kopii zapasowej, lecz Bender po prostu zniknął bez śladu i bez powodu.

Znałem jego pierwotny cel, ale podobnie znał go Victor, Marvin i Luke – i też guzik znaleźli. A konkretnie to nie znaleźli żadnych śladów, które mogłyby świadczyć, że w ogóle dotarł do tej Gammy Leporis. Żadnej autofabryki, wydobycia surowców, stacji przekaźnikowej, żadnego śladu Bussarda wchodzącego czy wychodzącego z układu.

Właśnie wróciłem do Delty Eridani po wielkiej pielgrzymce na Ziemię. Była to dla mnie mocno emocjonalna wycieczka – Ziemia, kiedy wyjdzie z tej epoki lodowcowej, będzie na pewno diametralnie inna, więc to była ostatnia wizyta w domu, jeszcze możliwym do rozpoznania. Paradoks: ludzkość rozwiązała problem globalnego ocieplenia, wdrażając atomową zimę. I zabijając po drodze 99,9% siebie, ale nikt już tego nie liczy. Głupi ci ludzie.

Układ Delty Eridani wyglądał w zasadzie tak, jak go zostawiłem. Układy wsparcia autofabryk cały czas wydobywały surowce z asteroid, zwoziły je i odlewały w sztaby gromadzone dla przyszłych potrzeb. Z braku innych konkretnych poleceń autofabryki powoli wytwarzały kolejne autofabryki oraz części zapasowe do moich rozmaitych mechanicznych służących.

Zadowolony ze status quo wywołałem swoją rzeczywistość wirtualną i rozwaliłem się w fotelu z podnóżkiem otoczony biblioteką. Regały pełne książek, od podłogi po sufit, zawsze mnie niezawodnie relaksowały. Kolczatka natychmiast wskoczyła mi na kolana, mrucząc z zadowoleniem, a Jeeves przyniósł świeżą kawę.

VR-ka była niezbędnym elementem mojej egzystencji. Bez niej byłbym tylko odcieleśnionym mózgiem. W VR-ce miałem ciało, zwierzaki, dom. Przed zbudowaniem osobistego środowiska VR zwariowało czterech replikantów na pięciu. Jestem przekonany, że istnieje pewien związek.

– Przepraszam, muszę się teraz skupić – powiedziałem do kotki. Odwróciłem się do Gupika, który stał jak zwykle na spocznij. – Zawieś Kolczatkę i pokaż obraz miejscowej przestrzeni, wyśrodkowany na nas, promień czterdzieści lat świetlnych.

Wielkie rybie oczy mrugnęły.

[Przyjąłem.]

Kolczatka zniknęła w rozpikselowanym obłoku. Chwilę później przede mną pojawiła się sfera wypełniona licznymi świetlnymi punktami, a każdy dla wygody był podpisany. Wszystkie układy gwiezdne w promieniu czterdziestu lat świetlnych od Delty Eridani, pokategoryzowane według typu.

Narysowałem palcem linię z Delty Eridani do Gammy Leporis A – hipotetyczny kurs Bendera. Odleciał w tym kierunku, w roku 2165, ale nigdy nie dotarł do celu. Opcje: czyjś faul, jakiś wypadek, świadoma decyzja.

Pierwsze dwie mogły pozostawić ślady – odłamki, krzyżujący się ślad tego teoretycznego napastnika, promieniowanie, cokolwiek. Po trzeciej zostałby chociaż skręcający w bok ślad Bussarda. Ale by wykryć którąkolwiek z tych alternatyw, trzeba by pełznąć z prędkością 5% c. Sprawdzenie całej trasy Bendera w ten sposób trwałoby trzysta dwadzieścia lat. Oczywiście, gdybym coś znalazł, nie szukałbym dalej, ale i tak wyglądało to na bardzo dużo prawie niczego przez bardzo długi czas.

Jesteśmy komputerami i jesteśmy nieśmiertelni. Działamy jednak z milisekundową rozdzielczością, więc kilkaset lat to byłaby dla mnie wieczność.

Wróćmy do trzeciej opcji – umyślnej decyzji. Jeśli coś zauważył i skręcił, by to zbadać, może ktoś lecący jego śladem także to zobaczy? Luke i inni niczego nie dostrzegli, zapewne jednak przyglądali się bardziej samemu kursowi niż okolicy. Bender zaś, odbywający długi lot międzygwiezdny w przed-UNOP-owych czasach, rozglądałby się za czymś dla zabicia nudy.

Parę milisekund drapałem się po podbródku, analizując opcje. I ponownie zwróciłem się do Gupika:

– Chyba trzeba to zaatakować ze wszystkich stron. Niech autofabryki zbudują setkę tych zwiadowców dalekiego zasięgu, jakich używaliśmy w bitwie o 82 Eridani. I dopilnuj, żeby miały odpowiednio mocne silniki SURGE, do lotów międzygwiezdnych.

[Przyjąłem.]

Kiedy drony będą gotowe, wyślę je wzdłuż prawdopodobnego kursu Bendera z prędkością 5% c i będę wypatrywać czegokolwiek nietypowego. A na razie nie ma sensu czekać. Pozwoliłem sobie jeszcze na jedno długie spojrzenie na obracającą się pode mną planetę Eden i zszedłem z orbity, kierując się z pięcioma g w stronę Gammy Leporis.

***

Loty między układami gwiezdnymi nie obfitują w wydarzenia – i dzięki Bogu. Trudno sobie wyobrazić jakieś obfite wydarzenia pomiędzy gwiazdami, po których nie skończyłbym jako obłoczek luźnych atomów.

Zastanawiałem się, czy nie ograniczyć prędkości do 0,75 c, żeby zachować kontakt z Bobiwersum. UNOP umożliwiał natychmiastową łączność BobNetem, ale jeśli τ robiło się zbyt duże (albo za niskie, trwała wciąż dyskusja, jak właściwie należy wyrażać wielkość zwaną „tau”, czyli dylatację czasu), interakcja w czasie rzeczywistym była niemożliwa, nawet gdybym podkręcił sobie zegar. Nie mogłem się jednak doczekać sprawdzenia własnej teorii, zresztą Bobiwersum robiło się ostatnio coraz dziwaczniejsze i coraz bardziej frakcyjne. Bobowie stawali się coraz mniej bobowaci i szło to w kierunkach, które zdumiałyby Pierwszego Boba. Zresztą trudno, jeśli podczas mojej przerwy w łączności osiągną osobliwość, czy coś podobnego, mam nadzieję, że Bill zostawi jakąś notkę z instrukcjami.

Zabijałem czas, przeglądając zarchiwizowane nagrania Deltan. Byli prymitywną rasą rozumną, przypominającą coś w stylu dwunożnej krzyżówki świni z nietoperzem. Ja ich praktycznie adoptowałem i przez pokolenie czy dwa byłem dla nich wielkim bogiem z nieba, a później dołączyłem do plemienia pod postacią androida. Minęły sześćdziesiąt trzy lata odkąd po raz ostatni wyszedłem z Camelotu po pogrzebie Archimedesa. Bardzo za nimi tęskniłem – zwłaszcza za tym, że żyjąc między nimi, czułem się jak w rodzinie. Bill nieraz karcił mnie, że niebezpiecznie jest przenosić uczucia na bandę prymitywnych obcych. No i trudno.

***

Jak się okazało, sprawy stały się interesujące, zanim w ogóle τ wzrosło mi na tyle, by stracić kontakt. Po dwóch subiektywnych miesiącach lotu coś wyzwoliło jeden ze skryptów monitorujących, które sobie poustawiałem.

Graliśmy właśnie w baseball w VR-ce Zgromadzenia Bobów, gdy Gupik wpadł bez zapowiedzi. Wszyscy Bobowie na boisku stanęli jak wryci. Pojawienie się na murawie czyjegoś Gupika musiało oznaczać coś ciekawego. Metadane mówiły, że jest mój, odłożyłem więc kij i uniosłem pytająco brew. Jak zwykle, nie zareagował. Interfejs GUPIK słabo rozumiał miny. Podobnie jak sarkazm, przenośnie, ironię, mowę ciała i konwencje społeczne. Gapił się, czekając, aż coś powiem.

– No?

To najwyraźniej wystarczyło.

[Monitoring astronomiczny wykrył anomalię. Miałem natychmiast informować.]

Dla Gupika „anomalia” mogła jednak znaczyć cokolwiek. Gupik Maria kiedyś nazwał „anomalią” martwy ekosystem całej planety.

Luke i Marvin podbiegli do mnie i czekali. Wiedzieli, że lecę śladem Bendera i to może być jakaś nowina.

Zerknąłem na nich i powiedziałem do Gupika:

– Więcej informacji.

[Układ Eta Leporis wykazuje nietypową sygnaturę podczerwoną oraz okresowe przygasanie światła gwiazdy.]

Luke i Marvin spojrzeli po sobie. Luke powiedział:

– Coś jak sygnatura Roju Dysona? Myślisz, że to jakaś megakonstrukcja? Bender na pewno by chciał to zbadać.

Teraz już prawie wszyscy gracze zleźli się do nas. No to nici dziś z baseballu. Bill pierwszy powiedział to na głos:

– Dobra, panowie, to chyba byłoby tyle. W tym tygodniu rezygnujemy z wymagania minimum pięciu gier. Do pubu!

Gracze wydali parę okrzyków i zaczęli znikać z baseballowej VR-ki.

Odprawiłem Gupika, potem przeskoczyłem do pubu z Lukiem i Marvinem, machając na Jeevesa-rezydenta, żeby przyniósł to, co zawsze.

Zajęliśmy stolik, Luke wbił we mnie wzrok.

– Dajesz.

– No… wiecie, że lecąc śladem Bendera, rozglądałem się za czymś nietypowym. Mam teorię, że coś zobaczył i zmienił kurs, a my po prostu nie wykryliśmy łagodnego wygięcia śladu Bussarda.

– Dobra, dobra. Dawaj puentę.

Uśmiechnąłem się do Luke’a, sygnalizując, że „będę to ciągnął, ile tylko się da” i mówiłem dalej.

– Oczywiście nie miałem pojęcia, gdzie patrzył i co mógł zaobserwować, więc rozglądałem się w zasadzie za wszystkim. Musiałem dołożyć Gupikowi drugie tyle pamięci, żeby nadążał.

 

– I znalazłeś sygnaturę megakonstrukcji?

– Znalazłem – chyba – coś, co można tak zinterpretować. Pytanie brzmi: czy podjąć decyzję o zmianie kursu, żeby to zbadać? Jeśli to okaże się fałszywym alarmem, będę musiał praktycznie zaczynać od zera. I już pomińmy czas potrzebny, żeby zawrócić – w końcu wymieszamy materię międzygwiezdną na tyle, że w życiu nie znajdziemy śladu.

– Chyba musisz zmienić ten kurs – powiedział Marvin. – Jeśli będzie potrzeba, ja powiem MSI w Delcie Eridani, żeby zbudowała nowy statek, i sklonuję się do niego. Szybciej, niż gdybyś miał zawracać albo któryś z nas przylatywać.

– Jasne. Daj mi sekundę.

Przeskoczyłem do osobistej VR-ki. Gupik, jak zawsze, stał na spocznij. Milionowy raz zastanowiłem się, czy nie zmienić mu tego admirała Akbara. I milionowy raz moje gówniarskie poczucie humoru wygrało.

– Gupik, skręcamy w kierunku anomalii. Kiedy skończysz, podaj przewidywany czas podróży. Niski priorytet, nie trzeba się pojawiać na zgromadzeniu.

[Przyjąłem.]

Przeskoczyłem z powrotem do Marvina i Luke’a, przyłapując Luke’a na próbowaniu mojego piwa.

– Ej, jakieś granice?

– A co, zarazków ci napuszczę? – Luke się wyszczerzył. – Całkiem niezłe czerwone ale. Trochę się zdziwiłem, bo pamiętałem, że głównie ciemne pijesz.

– To przez Howarda. Na Wolkanie kwitnie browarnictwo i Howard ciągle przenosi jakieś szablony do VR-ki. Tym mnie ostatnio poczęstował.

Marvin powoli pokiwał głową.

– Tworzy międzygwiezdne szlaki handlowe.

Zmarszczyłem czoło.

– Przy czasie lotu liczonym w latach. Przecież się…

– Okazuje się, o wielki ojcze wszystkich Bobów, że „się nie”. Kapsuły hibernacyjne bardzo dobrze konserwują piwo.

Łypnąłem na Marvina, za tę korektę i jeszcze przytyk po drodze.

– A myślałem, że pozbył się udziałów w destylarni Enniscorthy.

– Tak. Oddał je Pierwszej Bridget i Stéphane’owi. I jej dzieci odziedziczyły ją po jej śmierci. Ale tam się specjalizowali w mocnych alkoholach. Pamiętasz Wielką Romulańską Prezydencką Aferę?

Wszyscy się zaśmialiśmy. Cranston w stu procentach zasłużył na to, co go spotkało, i nigdy nie był w stanie zebrać żadnych dowodów, że to Howard wszystko zaaranżował.

– Howard i Bridget wykupili na Wolkanie parę mikrobrowarów i wyraźnie mają jakiś naturalny talent do tworzenia i sprzedawania diabelskiego napoju – ciągnął Marvin. – Albo po prostu kumację biznesową. I teraz ich browar jest w pierwszej trójce w układzie Omikron-2 Eridani.

– Hmmf… – Potarłem palcem podbródek. Tik nerwowy, który wykształcił mi się nie wiadomo kiedy. Pierwszy Bob nie miał czegoś takiego, ani żaden z moich klonów. – No, cieczy nie da się drukować, a samo przesłanie przepisu nic ci nie da, jeśli nie masz składników, więc chyba faktycznie fizyczny eksport to jedyne wyjście. – Uniosłem szklankę na zdrowie. – Za Howarda, biznesmena w rodzinie.

Powoli popijając piwo, rozejrzałem się po pubie. Wyglądało na to, że moda i styl są dzisiaj o wiele bardziej urozmaicone. Bobowie mieli też tendencję do skupiania się w podobnie ubrane grupki, jakby samoczynnie filtrowali się po stylu. Przysiągłbym, że część jest na pograniczu cosplayu. Prawda, nie było Klingonów i ani jednego Chewbakki, ale niektóre stroje kojarzyły się z Następnym pokoleniem. Albo z szatami rycerzy Jedi. Był nawet Bob w garniturze z krawatem. Kto, u licha, z własnej woli wkładałby garnitur i krawat?

Zmarszczyłem czoło i wskazałem Marvinowi głową typa w garniturze. Odpowiedział zażenowanym uśmieszkiem i wzruszeniem ramion.

– Mnie nie pytaj. Wygląda na to, że dryf replikacyjny przyśpiesza. Mamy piętnaście do dwudziestu pokoleń, i to już nie jest tylko kwestia regresywnych albo ekspresywnych cech Pierwszego Boba. Różnice się nawarstwiają i niektóre klony idą w całkiem nowe strony.

– Aha, a te ubrania? Prawie cosplay.

Mina Marvina się nie zmieniła.

– Niektóre to pewnie dla zabawy. Albo w ramach ironicznego komentarza. Ale reszta… no, sam nie wiem, czy ubranie wpływa na ich osobowość, czy na odwrót. Typy od Następnego pokolenia gadają o stworzeniu prawdziwej organizacji w stylu Gwiezdnej Floty, żeby monitorowała – takiego dokładnie używają słowa – wpływ Bobiwersum na biologiczne istoty.

– Rany boskie. I jak oni to zrobią? Wprowadzą jakieś prawa? Stworzą policję?

– Bob, na razie to tylko dyskusja. Nikt nie napiera na zmiany organizacyjne. Przynajmniej na razie.

– Ma to coś wspólnego z Thorem i jego grupą lobbingową, po wojnie z Innymi?

– Nie, zupełnie nie. Thor i jego grupa po prostu dali do zrozumienia, czego chcą, nie chcieli niczego narzucać reszcie. A ci… – Wskazał typów z Następnego pokolenia. – Są trochę bardziej inwazyjni, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Pokręciłem głową, nie chcąc poświęcać na to więcej psychicznej energii. Podniosłem rękę, Jeeves pojawił się z kolejnym piwem.

***

Przeszedłem do osobistej VR-ki, czując przyjemny szmerek od piwa i nie tak przyjemny niepokój, że coś się kroi. Szmerek zaraz wyłączyłem, z niepokojem nie dało się tego zrobić. Bill miał rację – za mało chodziłem na Zgromadzenia, ale dzisiejsze nowości wcale mnie do tego nie zachęciły.

Ostatnio dobudowałem do swojej biblioteki zewnętrzne patio, z meblami ogrodowymi do kompletu. Było tam nieustające późne lato/wczesna jesień, z ciepłym słońcem i chłodnym wietrzykiem. Nad jeziorem krzyczały nury, konkurując z gęsiami i innym ptactwem. Wzdychając z zadowoleniem, opadłem na fotel i zawołałem Gupika.

– Odpal, proszę, Kolczatkę i Jeevesa. Potem daj info o zmianie kursu.

Jeeves pojawił się nade mną z dzbankiem kawy i talerzem kanapeczek bez skórki. Kolczatka ukazała się na moich kolanach, dokładnie w tym miejscu, gdzie ją zawiesiłem. Podrapałem ją za uchem i od razu zaczęła mruczeć.

Wreszcie, z kanapką w jednej dłoni i kawą w drugiej, byłem gotowy do pracy.

– Status?

[W drodze do Ety Leporis. Czas lotu: około trzydziestu pięciu lat, wliczając czas niezbędny na zmianę kierunku.]

– Wow, kawał drogi. Będę w zasięgu UNOP-a, kiedy dolecimy?

[Nie. Wymagana budowa i uruchomienie stacji przekaźnikowej.]

Cholera. Kolejna strata czasu. Ale co poradzić.

Oczywiście, jeśli okaże się, że w Ecie Leporis nie ma odpowiednich surowców, wyjdę trochę na głupka.

– Dobra, Gupik, wyślij do dronów polecenia, by w minimalnym czasie dotarły do miejsca, w którym zmieniliśmy kurs. I niech zbadają cały ten obszar pod kątem śladów Bussarda.

[Przyjąłem. Zajmie im to około dwudziestu czterech miesięcy.]

– Rozumiem. Daj znać, kiedy dotrą i zaczną badać, a potem daj raport, kiedy wyślą wyniki.

Gupik zamrugał i zniknął. Opadłem z powrotem w fotel z podnóżkiem i założyłem ręce za głowę.

Pierwszy problem – łączność.

Mogę – być może – zbudować stację przekaźnikową, kiedy dolecę do Ety Leporis, wysłać ją kursem powrotnym i kazać zatrzymać się w połowie drogi. Ale to nieoptymalne. Poza niewiadomą dostępnością materiałów u celu byłbym poza siecią przez całe lata. Znaczy kolejne lata.

Mogłem jednak polecić autofabryce w Delcie Eridani, żeby zbudowała pełnowymiarową stację przekaźnikową z napędem SURGE, i wysłała ją tam. To będzie szybsze, bo ona może od razu zaczynać, ale pewna przerwa w łączności powstanie i tak.

Żeby jej zapobiec, mogłem wziąć któregoś drona ze swojej ładowni, przerobić go na UNOP-ową stację przekaźnikową i wyrzucić po drodze z poleceniem hamowania do zerowej prędkości. Nie będzie to idealne – po pierwsze, nie będzie miał zdolności do napraw i ulepszeń. I przepustowość też będzie słaba, z uwagi na ograniczenia wielkości. No cóż, i tak nie zamierzam stamtąd prowadzić żadnych Zgromadzeń. Da się z tym żyć. A na wypadek awarii może zostawię dronowi parę szopów.

Zresztą i tak będzie musiał działać tylko przez parę lat, póki nie doleci większa i mocniejsza stacja z Delty Eridani. A inwestycja sprzętowa jest minimalna. Zapasowych dronów i szopów miałem w ładowni aż nadto na podstawowe potrzeby.

Dobra, jeden problem rozwiązany. Wpisałem potrzebne zadania na listę. Teraz problem Bendera…

Punkt 1: Spora szansa, że zboczył z kursu ku Ecie Leporis. Ale jeśli to okaże się nieprawdą, dostanę raport z dronów na długo, zanim tam dotrą. Zawiadomię Marvina i będę mógł zawrócić, żeby podjąć ślad. Zatem dla dalszej dyskusji załóżmy, że tak nie jest.

Punkt 2: Eta Leporis wykazuje cechy sugerujące, że mieszka tam inteligencja ze zdolnością latania w kosmos. Taka, która zbudowała lub buduje megakonstrukcję. Samo to od razu przywiodło na myśl Innych. Wzdrygnąłem się na myśl o kolejnej wieloletniej międzygwiezdnej wojnie.

Punkt 3: Jeśli przyjąć, że jest tam cywilizacja, że zbudowała jakąś megakonstrukcję i że Bender poleciał ją zbadać, jest wysoce prawdopodobne, że coś mu się tam stało. Inaczej zbudowałby stację kosmiczną, która już zdążyłaby przesłać po radiu jego dzienniki. I dawno dostałby plany UNOP-a i był na BobNecie dzięki łączności nadświetlnej.