Przypadkowy narzeczonyTekst

Z serii: Cztery wesela #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Rozdział 1

Nie było nawet południa, a ona miała już dość.

Megan Vandemeer gapiła się na samolot stojący na płycie lotniska. Co ja, u diabła, wyprawiam? Za dwadzieścia minut znajdę się w powietrzu…

Wykopała z torebki dzwoniący telefon i skrzywiła się, widząc, kto się do niej dobija. Blair, jej najlepsza przyjaciółka. Mimo to odebrała.

– Jak to przyjęła? – zapytała Blair bez żadnych wstępów.

Megan zerknęła na wyświetlacz wiszący nad bramką. Za pięć minut zaczną wpuszczać na pokład… Zanim zdążyła się odezwać, Blair ponownie przypuściła atak.

– Czekaj! Nie mów mi, że nic jej nie powiedziałaś!

– Oczywiście, że jej powiedziałam.

Blair milczała przez chwilę, po czym skwitowała:

– Kłamiesz. Poznaję to po twoim głosie.

– Poznajesz po moim głosie, że kłamię? – Megan pokręciła głową.

– Tak. Staje się piskliwy i jakby więźnie ci w gardle pod koniec zdania.

– To niepokojące, że znasz mnie aż tak dobrze.

– Przyjaźnimy się od przedszkola. Byłoby dziwne, gdybym nie znała cię na wylot. – Blair jęknęła. – I nie zmieniaj tematu. Twoja matka i tak zauważy, że nie pojawiłaś się na własnym ślubie.

Głośniki ożyły, by nadać zgrzytliwy komunikat. Megan zakryła dłonią mikrofon telefonu.

– Musisz jej powiedzieć! – krzyknęła zdesperowana Blair.

– Zrobię to.

Wyświetlacz nad bramką wskazywał, że wpuszczanie na pokład rozpocznie się za cztery minuty.

– Kiedy? – naciskała Blair.

– Dziś po południu.

– Czemu nie od razu? – Gdy z głośników znów popłynął mechaniczny głos, Blair aż sapnęła. – Czy ty jesteś na lotnisku?!

– Blair…

– Zatem nie oddałaś biletu?

Megan odgarnęła włosy z twarzy i zgarbiła się, mówiąc cicho do telefonu:

– Zapomniałam. Przysięgam, Blair…

– Znowu kłamiesz.

Megan poczuła ukłucia łez pod powiekami.

– Blair, potrzebna mi przyjaciółka, nie przeklęty wykrywacz kłamstw.

– Wybacz. – Blair westchnęła. – Masz rację. Wierz mi, że rozumiem powody, dla których z tym zwlekasz. Twoja matka mnie przeraża, a nie należę przecież do osób strachliwych. Niemniej musisz jej powiedzieć. Im dłużej będziesz z tym czekać, tym trudniejsze się to okaże.

– Wiem, ale chcę się z nią rozmówić osobiście. Na tym etapie to jedyne możliwe rozwiązanie.

– Czyli naprawdę wracasz do domu?

Megan rzuciła okiem na wyświetlacz.

– Wsiądę do samolotu za dwie minuty.

– W porządku. – Blair zamilkła na moment, jakby knuła jakiś plan. Megan wiedziała, że może na nią liczyć w każdych okolicznościach. Gdyby kiedykolwiek doszło do apokalipsy zombie, największe szanse przeżycia miałaby właśnie u jej boku. – Wieczorem będziesz potrzebowała ucieczki. Może uda nam się wyjść we trójkę: ty, Libby i ja…

Megan przełknęła gulę w gardle.

– Dziękuję.

– Od czego ma się przyjaciół? Zadzwoń do mnie, kiedy już będzie po wszystkim, chociaż krzyki usłyszę pewnie aż w centrum. Na wypadek gdybyś chciała się u mnie zatrzymać, mam wolne łóżko.

– A co z Neilem?

– Jest w delegacji, wróci dopiero w piątek. Zresztą i tak niespecjalnie lubi spędzać ze mną noce w środku tygodnia.

– Za trzy miesiące bierzecie ślub. Wtedy chyba zamieszkacie razem?

– Oczywiście – odparła Blair, przybierając obronny ton. – Szczegóły będziemy dopracowywać na bieżąco.

– Nic z tego nie rozumiem… – mruknęła Megan, potrząsając głową.

– Powiedziała kobieta wybierająca się na własny ślub, mimo iż zerwała z narzeczonym pięć tygodni temu.

– Sześć.

– Czyli jest gorzej, niż myślałam.

Tymczasem przy bramce pracownik obsługi naziemnej sięgnął po mikrofon.

– Za chwilę rozpoczniemy wpuszczanie na pokład samolotu linii Alaska Airlines lecącego do Kansas City w stanie Missouri, lot numer trzy-sześć-pięć. Pierwszeństwo mają pasażerowie klasy biznes.

– Blair, muszę kończyć. Wzywają już pasażerów klasy biznes. Biorąc pod uwagę, ile kosztował mnie bilet, powinnam chyba skorzystać z wszystkich przysługujących mi przywilejów.

– Nie zapomnij o alkoholu. W klasie biznes serwują darmowe drinki.

Megan przewróciła oczyma, mimo iż jej przyjaciółka nie mogła tego zobaczyć.

– Jest ledwie wpół do jedenastej rano, Blair…

– Mimoza, krwawa Mary, margarita… Nie brakuje przecież drinków, które można pić w środku dnia.

Z głośnika popłynęły słowa:

– Zapraszamy na pokład pasażerów podróżujących klasą biznes.

Megan złapała torebkę i podniosła się z krzesełka w hali odlotów.

– Naprawdę muszę już iść. Zadzwonię do ciebie później.

– Dasz radę – pocieszyła ją Blair. – W końcu co takiego może ci zrobić?

Megan się wzdrygnęła.

– Wolę o tym nawet nie myśleć. Obiecuję, że wszystko ci opowiem.

Rozłączyła się, włożyła telefon do torebki i popatrzyła w stronę bramki z niepokojem. Zajęcie miejsca w samolocie napawało ją obawą z jeszcze jednego powodu. W czasie turbulencji zawsze dostawała mdłości. Koleżanka z pracy poradziła jej, aby przed lotem zażyła aviomarin, i Megan, która stroniła nawet od aspiryny, posłuchała jej rady, gdyż mając wystarczająco dużo na głowie, nie chciała do tego walczyć z nudnościami. Sięgnęła po butelkę z wodą, wytrząsnęła z opakowania dwie tabletki i połknęła je szybko w nadziei, że zadziałają w porę.

Stanęła za biznesmenem uczesanym na pożyczkę, który musiał być od niej starszy o dobre dwadzieścia lat. Mężczyzna się obejrzał i obrzucił ją wzrokiem od stóp do głów, po czym zapytał:

– Czy myślała już pani o emeryturze?

Megan uniosła brwi.

– O emeryturze?

– Ile ma pani lat? Trzydzieści dwa? Trzydzieści cztery?

Posłała mu ostre spojrzenie.

– Dwadzieścia dziewięć.

Robiąc krok w stronę bramki, mężczyzna uśmiechnął się szerzej.

– Na myślenie o emeryturze nigdy nie jest za wcześnie – powiedział i zaraz zaproponował: – Może pogawędzimy sobie o tym w samolocie, o ile będziemy siedzieli obok siebie?

To akurat wydawało się więcej niż pewne, biorąc pod uwagę jej ostatnie koleje losu.

Na szczęście mężczyzna zajął miejsce na przedzie, ona natomiast została skierowana do trzeciego rzędu. Umieściła torebkę pod siedzeniem przed sobą, po czym zapatrzyła się w okno, wspominając dzień, w którym wraz z Jayem zakupili bilety na lot do Kansas City, gdzie miał się odbyć ich ślub. Już wtedy powinno ją coś tknąć, że Jay nie jest dobrym materiałem na męża. Ten dupek się uparł, żeby każde z nich zapłaciło za swój bilet z własnych pieniędzy.

– Czy mogę pani coś podać?

Na dźwięk kobiecego głosu Megan się odwróciła i spojrzała prosto na stewardesę, która pochylała się nad nią z uśmiechem. Członkini personelu pokładowego była doskonała w każdym calu: od czubka głowy otoczonej chmurą blond loków po koniuszki modnych, a przy tym wygodnych czółenek. Komuś mogłoby się wydać, że stewardesa uśmiecha się szczerze, jednakże Megan spędziła wystarczająco dużo lat pod okiem matki perfekcjonistki, aby umieć rozpoznać fałsz emanujący z drugiego człowieka. To nagłe wspomnienie rodzicielki nieomal wyprowadziło ją z równowagi.

– Eee – zająknęła się. – Poproszę Mimozę.

Stewardesa skinęła głową.

– Już się robi.

Pozostali pasażerowie zajmowali swoje miejsca, aż Megan się zorientowała, że jedyne wolne siedzenie w klasie biznes znajduje się obok niej. Może Jay także zapomniał oddać bilet? Było to mało prawdopodobne, Jay bowiem zaliczał się do dusigroszy. Czego innego mogła się spodziewać po bankowcu inwestycyjnym? Kiedy Jay chciał się wyszaleć, przelewał jej środki zgromadzone na indywidualnym koncie emerytalnym na jeden z funduszy wysokiego ryzyka, zamiast zabrać ją do klubu, jak zrobiłby każdy normalny facet. Tak czy owak podstarzały biznesmen uczesany na pożyczkę spóźnił się co najmniej o rok.

Gdy stewardesa przyniosła jej zamówionego drinka, Megan wypiła go szybciej, niż zamierzała, próbując uspokoić nerwy. Napięcie mięśni właśnie zaczęło ustępować z jej ciała, kiedy jeden z członków personelu pokładowego zabrał się do zamykania drzwi. Musiał przerwać w połowie, aby wpuścić do kabiny ostatniego spóźnionego pasażera, który stanął w przejściu, wzrokiem szukając swojego miejsca.

Nie tylko Megan zwróciła na niego uwagę. Miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i musiał się lekko garbić, aby czubkiem głowy nie dotykać sufitu. Stewardesa obsługująca przed chwilą Megan posłała mu szacujące spojrzenie, którego nawet nie zauważył, ale w tym akurat nie było nic dziwnego. Jako uosobienie przystojniaka z pewnością przywykł do adorujących spojrzeń kobiet, jak to miało miejsce w wypadku Jaya.

Stewardesa dotknęła ramienia mężczyzny, popatrzyła na niego spod mocno umalowanych rzęs i powiedziała coś cicho – tak cicho, że koniecznie musiała się do niego przy tym nachylić. Nieco poirytowany przystojniak pokazał jej bilet, ona zaś gestem wskazała ostatni pusty fotel.

 

Megan się zorientowała, że jednak będzie miała współpasażera.

Mężczyzna umieścił kabinówkę w schowku nad głową, po czym usiadł i zapiął pas. Wydawał się bardziej interesującym sąsiadem niż biznesmen z pierwszego rzędu, lecz czy na pewno? Zdaniem Megan był w zbliżonym do niej wieku i raczej nie pochodził z Seattle, którego mieszkańcy znani są ze swobodnego stylu życia. W jakimś stopniu przypominał Jaya, chociaż gęste, faliste ciemne włosy nosił nieco dłuższe niż jej eksnarzeczony. Nie to jednak absorbowało Megan. Już na wstępie zauważyła bowiem, że w oczach mężczyzny lśni błysk determinacji i że jego szczęki pozostają zaciśnięte, jakby zbierał się w sobie, aby stawić czoło czemuś nieprzyjemnemu. Sprawiał wrażenie człowieka, który postanowił ukończyć misję za wszelką cenę.

Nagły strach w połączeniu z wchłoniętym pośpiesznie alkoholem spowodował, że zanim zdołała się powstrzymać, wypaliła:

– Czy pan jest terrorystą?

– Słucham?! – Mężczyzna zrobił wielkie oczy.

Megan potrząsnęła głową, co tylko wywołało u niej mdłości.

– Proszę wybaczyć. Po prostu miał pan taką szaloną minę… – Zamachała ręką w powietrzu przed własną twarzą, jakby to miało coś tłumaczyć, po czym szybko opuściła dłoń. Co, u licha, kazało jej się odezwać w ten sposób?

Zaledwie moment później pojawiła się stewardesa, która sięgnęła po opróżniony kieliszek Megan, nieomal ocierając się o przystojniaka. Następnie, wciąż wygięta w pałąk, zwróciła ku niemu twarz i wyszeptała:

– Proszę się o nic nie martwić, panie McMillan. Wrócę raz-dwa, żeby się panem zająć.

Mężczyzna rozchylił lekko wargi i mruknął:

– Dziękuję.

Megan bezwiednie się zastanowiła, w jaki to sposób stewardesa zamierza „zająć się” przystojniakiem.

Gdy personel pokładowy rozpoczął instruowanie pasażerów, jak zachować się w razie zagrożenia, Megan odchyliła głowę na oparcie fotela i wbiła palce w podłokietniki. Po wylądowaniu będę musiała wreszcie zrobić to, co odkładałam od miesiąca. Ale jak? Jak powiedzieć o wszystkim mamie?

– Boi się pani latać? – zapytał ją sąsiad, wyraźnie zniesmaczony taką perspektywą.

– Nie, boję się tylko katastrofy – odparła, świadoma, czym będzie dla niej powrót do domu.


Rozdział 2

– Słucham?! – zapytał ponownie.

– Nie mówię o katastrofie lotniczej – piwne oczy brunetki zamigotały od łez – tylko życiowej.

Josh poczuł napływ paniki. Był w stanie stawić czoło paranoiczce cierpiącej na ciężki przypadek strachu przed lataniem, jednakże płacząca kobieta go przerastała. Po prostu nie czuł się na siłach zmierzyć z czymś takim.

Właściwie nie powinno go tu w ogóle być – w tym samolocie, obok tej kobiety, w tym konkretnym momencie swego życia.

Josh McMillan nie zaliczał się do ludzi, którzy działają pod wpływem impulsu. Każdy jego krok był zawsze dobrze przemyślany. To znaczy każdy z wyjątkiem tego.

Od ukończenia ósmego roku życia marzył o pójściu w ślady ojca i zostaniu inżynierem. Miał zaledwie szesnaście lat, kiedy jego ojciec umarł, to jednak niczego nie zmieniło. Starszy brat Josha, także inżynier, przejął rodzinny interes, a Josh zatrudnił się w nim zaraz po studiach na politechnice.

Po śmierci ojca przeżywali liczne wzloty i upadki, te ostatnie związane także z krachem państwowej gospodarki. Na szczęście Josh dokonał przełomowego wynalazku, dzięki któremu turbina wiatrowa mogła produkować więcej prądu przy tej samej sile wiatru. Wynalazek był wart miliony, dlatego czym prędzej wynajęli prawnika i nie zważając na koszty, wystąpili o patent, świadomi, że od tego zależy ich przyszłość. Nie mylili się. Wkrótce firmą zainteresował się poważny inwestor, dzięki któremu mogli nareszcie rozwinąć skrzydła.

Wszystko szło dobrze do zeszłego piątku, kiedy to ich wniosek patentowy został oddalony.

Jakaś firma z Kansas City ubiegła ich i opatentowała identyczny wynalazek. Josh w dalszym ciągu nie rozumiał, jak ktoś inny mógł wpaść na ten sam pomysł co on, skoro jego wynalazek był dziełem przypadku.

Aby wystąpić z apelacją, musieli poświęcić na prawnika kolejne tysiące dolarów, na których wyrzucenie zwyczajnie nie było ich stać. Co więcej, inwestor wyczuł pismo nosem i zagroził, że wycofa się z umowy, jeśli sprawa nie zostanie załatwiona pozytywnie w ciągu tygodnia. Postawieni pod ścianą bracia wybrali się na drinka, aby opracować nową strategię, i po którejś kolejce Noah wyznał Joshowi, że trzy lata wcześniej przy okazji jakiejś konferencji pokazał komuś projekt nowej turbiny.

– Komu?

Noah zrobił zawstydzoną minę.

– Kobiecie, którą poderwałem w hotelowym barze. Zabrałem ją na górę do swojego pokoju, a kiedy nazajutrz rano się obudziłem, nie było ani jej, ani mojej teczki. Tej, w której trzymałem kopię projektu.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – oburzył się Josh.

Noah zgarbił się nad kontuarem, obejmując szklaneczkę obiema dłońmi. W pewnym momencie wzruszył lekko jednym ramieniem.

– To była tylko kopia. Nie przejąłem się jej utratą.

– Musimy walczyć o swoje! – Z tego, że krzyczy, zdał sobie sprawę na widok zaskoczonych twarzy innych gości. – Nie możemy pozwolić, by wszystko przepadło! Zbyt ciężko pracowaliśmy…

Noah się wyprostował i dopił drinka.

– Być może nie mamy już o co walczyć.

Josh nie zamierzał poddać się tak łatwo. Przez ostatnie siedem lat robił wszystko, by postawić firmę ojca na nogi. Praktycznie nie miał życia prywatnego, a jego konto bankowe świeciło pustkami. Nie mógł się pogodzić z myślą, że właśnie teraz, gdy znalazł się tak blisko sukcesu, poniesie porażkę. Wierzył, że ma szansę na wygraną.

Cały weekend spędził na wyszukiwaniu informacji o PMV, konkurencyjnej firmie z Kansas City, która złożyła wniosek patentowy dwa tygodnie przed tym, zanim uczynili to bracia McMillanowie. PMV tworzyło trzech wspólników. Jeden z nich niedawno przeszedł na emeryturę i przeniósł się do Belize, co samo w sobie wydało się Joshowi podejrzane. Drugi wspólnik, Andrew Peterman, stanął na czele firmy, przyjmując do pracy swego syna imieniem Drew. Miało to miejsce trzy lata temu – zadziwiający zbieg okoliczności, prawda? Zdjęcia, które Josh znalazł w internecie, pozwoliły mu wyrobić sobie opinię, że Drew jest zimnym draniem, zdolnym do tego, by wykręcić podobny numer Noahowi.

W wyniku wielogodzinnego namysłu – sześć dni przed terminem ultimatum postawionego przez inwestora – Josh postanowił, że uda się do Kansas City, aby tam doprowadzić do osobistej konfrontacji. Tak się składało, że córka trzeciego wspólnika, niejakiego Barta Vandemeera, wychodziła za mąż. Josh uznał, że to pomoże mu wziąć mężczyznę przez zaskoczenie.

Oczywiście Noah posądził go o szaleństwo, w czym nie było nic dziwnego. Choć miał czteroletnią przewagę wieku nad bratem, nigdy nie zaangażował się w rodzinną firmę tak mocno jak Josh. Pomimo swoich zastrzeżeń jednak podrzucił Josha na lotnisko. Tam się okazało, że ostatnie wolne miejsce w samolocie znajduje się w klasie biznes. Bilet kosztował fortunę, lecz Josh mógł przynajmniej liczyć na piwo czy dwa w trakcie lotu, dzięki czemu miał większe szanse na obmyślenie planu działania.

To znaczy liczył na to aż do tej pory.

Nie spodziewał się, że trafi mu się miejsce obok zdenerwowanej brunetki. Kobieta była ładna, miała ciemne włosy sięgające do połowy pleców i długie zgrabne nogi – zdecydowanie więc była w jego typie. Niestety ledwie usiadł, oskarżyła go o bycie terrorystą, a moment później rzuciła tę uwagę o katastrofie.

Josh westchnął w duchu.

Może uda mi się przekonać tę napaloną stewardesę, żeby przeniosła mnie do klasy ekonomicznej?

Gdy już znaleźli się na wysokości przelotowej i stewardesa zaczęła wstawać ze swojego miejsca, Josh przechwycił jej spojrzenie, co było łatwe o tyle, że praktycznie nie spuszczała z niego oka, odkąd zaczęli kołować.

Stewardesa podeszła prosto do niego i z nadzieją zapytała:

– Mogę panu w czymś pomóc?

– Poproszę whisky z colą – odpowiedział, rezygnując z piwa na rzecz czegoś mocniejszego. Siedząca obok niego brunetka zaczynała doprowadzać go do szału swoim podrygiwaniem.

– Już się robi. Coś jeszcze? – Stewardesa posłała mu oślepiający uśmiech. Plakietka z imieniem na jej lewej piersi głosiła: „Tiffani”. Jakżeby inaczej?

– Dla mnie Mimoza – wtrąciła kobieta siedząca obok przystojniaka.

Stewardesa nie dała po sobie w żaden sposób poznać, że przyjęła drugie zamówienie, okręciła się na pięcie i ruszyła w stronę baru.

Kiedy wróciła, nachyliła się bardziej niż to konieczne, stawiając kieliszek na tacy przed kobietą, po czym umieściła kubełek z lodem, puszkę coli i miniaturową butelkę whisky Jack Daniel’s przed nim.

– Życzy pan sobie, abym przygotowała drinka?

Bez wątpienia była atrakcyjna, lecz na jego gust zbyt droga w obsłudze. Poza tym wydawała się bardziej w typie Noaha. Być może w innych okolicznościach Josh wdałby się z nią we flirt, tego dnia jednak nie chciał, aby cokolwiek go rozpraszało.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł.

Stewardesa zmarkotniała i odeszła, a Josh otrząsnął się szybko z wyrzutów sumienia, wiedząc, że nie powinien jej zwodzić. Miał misję do wykonania – misję, która nie przewidywała udziału osób towarzyszących.

Właśnie szykował sobie drinka, gdy siedząca obok niego brunetka ni stąd, ni zowąd zapytała:

– Czy układa się panu z matką?

– Z matką? – powtórzył.

– Tak. No wie pan… – Machnęła ręką nieskoordynowanie. – Z kobietą, która pana wychowała.

Skonfundowany, przyjrzał się brunetce uważniej. Wydawała się już nieco spokojniejsza, co zapewne miało pewien związek z drinkiem, który wychyliła dwoma haustami przed startem.

– Co każe pani myśleć, że nie wychowali mnie dwaj ojcowie? – zripostował z kamienną twarzą.

Brunetka zrobiła wielkie oczy, po czym skinęła głową, jakby właśnie doznała olśnienia.

– Aha. Zatem to tak…

– Nie. – Tym razem nie udało mu się ukryć uśmieszku.

Kobieta przyglądała mu się przez parę sekund, on zaś czekał na ciąg dalszy, także nie spuszczając z niej spojrzenia. Oczy miała lekko rozbiegane. Czyżby piła także na lotnisku? Nie sprawiała wrażenia alkoholiczki, ale przecież nigdy nie wiadomo.

– No więc? – Uniosła wysoko cienkie brwi.

– No więc co? – Zdążył zapomnieć o jej pytaniu, podczas gdy kręciła się na swoim miejscu. Błękitna spódniczka zadarła się jej aż do połowy uda, z czego chyba nie zdawała sobie nawet sprawy.

– Czy układa się panu z matką?

Josh się wyszczerzył, zaskakując tym siebie samego.

– Tak. Uwielbiam mamę.

Brunetka uniosła kieliszek, przez co jego zawartość zawirowała niebezpiecznie, grożąc rozlaniem.

– To nie to samo – stwierdziła. – Uwielbienie i dobre stosunki to dwie zupełnie różne sprawy. – Każde słowo podkreślała ruchem dłoni trzymającej kieliszek.

– Pewnie ma pani rację – zgodził się i przybrał zamyślony wyraz twarzy. – No więc układa mi się z mamą bardzo dobrze. Lepiej niż z bratem, bez dwóch zdań.

– W takim razie jest pan wielkim szczęściarzem. – Upiła łyczek i odwróciła się do okna, aby wbić wzrok w chmury.

Nie odzywała się przez dłuższą chwilę, uznał więc, że rozmowa jest skończona, sięgnął po własnego drinka i przymknął oczy. Minionej nocy nie mógł zasnąć, a teraz – znalazłszy się na pokładzie samolotu lecącego do Kansas City – uświadomił sobie, że Noah miał jednak rację. Ta wyprawa była szalona. Na miejscu nie zarezerwował sobie nawet pokoju w hotelu ani nie wynajął samochodu.

Co ja najlepszego wyprawiam? Niemożliwe, żeby udało mi się wbić na wesele Vandemeerówny!

– Mogę podać panu coś jeszcze? – Obok ich rzędu wyrosła znowu Tiffani.

Josh otworzył oczy poirytowany. Czyż nadrzędną zasadą personelu pokładowego nie jest zostawienie śpiących pasażerów w spokoju? Nawet jeśli tylko udają, że śpią…

– Nie, dziękuję.

– Za to ja poproszę o odrobinę wody – odezwała się brunetka.

Stewardesa posłała jej niechętne spojrzenie i zawróciła w stronę baru. Moment później z impetem postawiła szklankę na tacy przed nią, sama zaś zatrzepotała rzęsami do Josha.

 

– W razie gdyby zmienił pan zdanie, proszę dać mi natychmiast znać.

– Dziękuję, będę pamiętał – odparł.

Tiffani westchnęła cicho i odeszła.

– Panie McMillan – szepnęła ledwie słyszalnie brunetka obok niego – czy zechce pan być ojcem moich dzieci?

Josh się roześmiał i przeniósł spojrzenie na współpasażerkę.

– To aż takie oczywiste? – zapytał.

Prychnęła i po chwili milczenia zapytała:

– Jest pan żonaty?

Pokazał goły palec serdeczny lewej dłoni.

– Nie, a pani?

Opuściła wzrok na pierścionek z dużym diamentem.

– Ja? W żadnym razie. Nie mogłabym być bardziej samotna. – Wybuchnęła śmiechem, a następnie znów posłała mu smutne spojrzenie. – Wie pan, czemu lecę do Kansas City?

– Nie mam pojęcia.

– Proszę zgadywać.

– Zamierza pani przyłączyć się do cyrku.

– Nie. – Brunetka oparła głowę o ściankę i przymknęła oczy. – Proszę zgadywać jeszcze raz…

Znowu się zastanowił, czy ta kobieta przypadkiem nie spędziła całego ranka w lotniskowym barze. Niemożliwe przecież, żeby aż tak się upiła dwiema Mimozami.

– W takim razie chce pani wstąpić do klasztoru.

Ponownie się zaśmiała i uniosła dłoń, aby pokazać mu pierścionek.

– Wracam do domu na swój ślub.

– Dopiero pani powiedziała, że jest samotna.

– Bo jestem. Od niedawna. – Usiadła prosto i sięgnęła po szklankę z wodą. – Odkąd sześć tygodni temu zerwałam z kłamliwym sukinsynem, który mnie zdradzał.

Josh pokręcił głową.

– Nie rozumiem…

Brunetka odstawiła szklankę na tacę tak energicznie, że woda się rozlała.

– Moja matka o niczym nie ma pojęcia.

– Zatem… powie jej pani, że narzeczony jest niewidzialny?

Otworzyła szerzej oczy.

– Myśli pan, że to by zadziałało?

– Raczej nie. – Uśmiechnął się do niej, widząc, że opada na oparcie fotela z ciężkim westchnieniem.

– Pewnie ma pan rację.

– Za pozwoleniem, spróbuję to sobie poukładać… Wraca pani do domu na swój ślub, który odbędzie się…

– W najbliższą sobotę – dokończyła za niego. Wyprostowała się ponownie, po czym nagle sięgnęła po jego whisky z colą i lodem. Wychyliła zawartość szklaneczki paroma haustami.

Josh złapał ją za ramię i wyjął jej szklaneczkę z palców.

– Hola! Lepiej niech pani zwolni!

– Tiffani przyniesie panu nową kolejkę – wymamrotała, przechylając się nad podłokietnikiem w próbie odebrania mu szklaneczki.

Cofnął rękę poza jej zasięg.

– Kto?

– Stewardesa. Przyszła pani McMillan. – Rozchichotała się znienacka i wskazując na pustą szklaneczkę, szepnęła teatralnie: – Alkohol jest darmowy w klasie biznes.

– Tak słyszałem.

– Ale nawet gdyby nie był, przyszła pani McMillan poczęstowałaby pana gratis.

– Mówi pani? – Powiódł wzrokiem w kierunku wspomnianej kobiety. – Jak pani uważa? Powinienem się oświadczyć, zanim samolot wyląduje?

Brunetka zmarszczyła nos.

– Przypomina mi niektóre dziewczyny, z którymi studiowałam.

– To dobrze czy źle?

Chciała zrobić poważną minę, ale musiała zmrużyć oczy w szparki, aby w ogóle go widzieć.

– Zdecydowanie źle. Z tych dziewczyn były prawdziwe suki.

Wbrew sobie wybuchnął śmiechem.

– Zdaje się, że właśnie uratowała mnie pani przed paskudnym rozwodem.

– Niech pan nie zapomina o alimentach – dodała, celując w niego palcem wskazującym.

– Święte słowa. Gdyby nie była pani pijana jak szewc, postawiłbym pani darmowego drinka. – Milczał przez chwilę. – Czy pani matka naprawdę jest taka straszna?

Oczy brunetki rozszerzyły się z przerażenia.

– Straszna, a nawet straszniejsza. – Złapała szklankę i wysączyła wodę do dna.

– Co zatem pani zamierza?

– Chyba będę musiała jej o wszystkim powiedzieć – odparła ze wzruszeniem ramion.

– Chyba?

– Czeka mnie wyjątkowo krótka podróż z lotniska. – Posłała mu konspiracyjny uśmiech. – Mama po mnie przyjedzie. Będę więc mogła jej powiedzieć, ledwie wsiądę do samochodu. Kurczę, niepotrzebnie pakowałam walizkę.

– Może nie będzie tak źle – pocieszył ją. – Może pani matka zrozumie. Trudno mi uwierzyć, że jakakolwiek kobieta by chciała, aby jej córka wyszła za kłamliwego sukinsyna, który ją zdradzał.

Brunetka zacisnęła wargi i potrząsnęła głową.

– Ha! Żeby tylko… Dla mamy liczy się wyłącznie to, że nie odzyska pieniędzy. Dała mi to jasno do zrozumienia jeszcze na jesieni, zanim zaczęła wszystko organizować. – Podniosła na niego wzrok. – Była przeciwna moim zaręczynom. Twierdziła, że Jay powinien poprosić tatę o moją rękę, jakby chodziło o jakąś transakcję biznesową. Hm… Nie powiem też, aby była zadowolona z tego, że chodziłam z Jayem przez dwa lata, ale ani razu nie przyprowadziłam go do domu…

– Czemu nie złapaliście nigdy samolotu do Kansas City, żeby mogła go pani przedstawić? – Josh potrafił sobie wyobrazić niezadowolenie własnej matki w sytuacji, gdyby zaręczył się z dziewczyną, której by nie znała.

Brunetka westchnęła.

– Jay nie miał na to czasu. A poza tym ja przez cztery lata widziałam rodziców tylko jeden raz. I wcale nie chciałam go im przedstawiać.

– Czyli mieli go poznać dopiero w kościele? Cóż, chyba już ich rozumiem…

Brunetka obdarzyła go karcącym spojrzeniem.

– Serio? Właśnie zaoszczędziłam panu największego życiowego błędu – oczyma wskazała Tiffani – a pan występuje przeciwko mnie ot tak? – Spróbowała strzelić palcami, jednakże po trzeciej próbie z rzędu musiała się poddać.

Josh się wyszczerzył.

– Skoro tak to pani przedstawia… nadal rozumiem ich bardziej niż panią.

– To nie tak miało być – zaprotestowała. – Właśnie dlatego mieliśmy przylecieć dzisiaj, kilka dni przed ślubem, żeby moi bliscy mogli lepiej poznać Jaya.

– Rany. – Uniósł obie ręce. – Całe kilka dni na poznanie przyszłego zięcia…

– Tak czy owak wszystko wzięło w łeb. Zerwałam zaręczyny i teraz mama będzie musiała odwołać wesele, na które wyłożyła dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, bez cienia szansy na jakikolwiek zwrot pieniędzy. – Kiedy zaczęła łapczywie chwytać powietrze, Josh zdał sobie sprawę, że kobieta zaraz się rozpłacze.

– Ejże! Może jednak uda jej się coś odzyskać.

Brunetka pociągnęła nosem i schyliła się po torebkę, wszakże pas, który chronił ją przed nabiciem sobie guza w trakcie turbulencji, uniemożliwiał też dosięgnięcie czegokolwiek pod fotelem naprzeciw.

– Pozwoli pani… – rzucił Josh, odpinając swój pas.

Moment później kładł już torebkę na kolanach współpasażerki. Wyciągnęła paczkę chusteczek i bezskutecznie starała się oswobodzić jedną. Josh znowu musiał jej pomóc. Brunetka wysiąkała nos, hałasując przy tym niemożebnie, po czym podniosła spojrzenie na niego.

– A wie pan, co jest najgorsze?

W normalnych okolicznościach dążyłby do jak najszybszego zakończenia tej kuriozalnej rozmowy, toteż zdziwił się, słysząc swój własny zaciekawiony głos:

– Co?

– Mama powie mi: „A nie mówiłam?”. – Łzy znowu napłynęły jej do oczu. – To jej ulubione hasło.

– Może jednak tego nie zrobi. Najbliżsi potrafią nas zaskoczyć od czasu do czasu.

Brunetka pokręciła głową.

– Nie zna pan mojej mamy.

Co do tego akurat nie było żadnych wątpliwości. Nie miał pojęcia, jak zareagować, okazało się jednak, że nie musi tego robić. Brunetka zaczęła przekopywać torebkę.

– No gdzie jesteście?!…

– Czego pani szuka? Może będę umiał pomóc.

– Tina mnie okłamała. Przysięgała, że aviomarin powstrzyma mdłości, tymczasem zaraz się porzygam jak mały kot.

– Zażyła pani aviomarin?

– Tak, ale chyba za mało. Tylko dwie tabletki.

Josh odebrał jej torebkę gwałtownym ruchem.

– Kiedy to było?

– Tuż przed wejściem na pokład. Podczas ostatniego lotu turbulencje wywołały u mnie wymioty. Nie chciałam, żeby to się powtórzyło.

– Ile pani wypiła?

– Tylko dwa drinki – odpowiedziała obronnym tonem, po czym zrobiła głupią minę. – I trochę pańskiej whisky…

– To i tak o dwa i pół drinka za dużo – skwitował. – Nie wolno mieszać aviomarinu z alkoholem.

Sięgnął nad głowę, by wezwać kogoś z personelu pokładowego. Gdy Tiffani się pojawiła, mimowolnie pomyślał o niej jako o niedoszłej pani McMillan.

– Czy mogę prosić o więcej wody dla… – Spojrzał na praktycznie ululaną kobietę, uświadamiając sobie, że nie zna nawet jej imienia.

– Megan – podpowiedziała brunetka.

– Dla Megan. Źle się poczuła.

Stewardesa się skrzywiła.

– Ona jest pijana?

– Nie. Po prostu musi napić się wody.

Stewardesa westchnęła przeciągle i okręciła się na pięcie.

– Wiesz… – wymamrotała Megan, bezwiednie przechodząc na ty ze współpasażerem. – Tiffani gniewa się na ciebie. I jest zazdrosna.

Inne książki tego autora