Gdzie śpiewają raki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gdzie śpiewają raki
Gdzie śpiewają raki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Gdzie śpiewają raki
Audio
Gdzie śpiewają raki
Audiobook
Czyta Magdalena Boczarska
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Mapa

Część pierwsza. MOKRADŁA

Prolog – 1969

1. Mama – 1952

2. Jodie – 1952

3. Chase – 1969

4. Szkoła – 1952

5. Śledztwo – 1969

6. Chłopiec w łódce – 1952

7. Sezon połowów – 1952

8. Żadnych konkretów – 1969

9. Skoczek – 1953

10. Tylko trawa i wiatr – 1969

11. Worki pełne małży – 1956

12. Miedziaki i kasza – 1956

13. Pióra – 1960

14. Czerwone włókna – 1969

15. Gra – 1960

16. Czytanie – 1960

17. Przekroczenie progu – 1960

18. Białe czółno – 1960

19. On coś tam kręcił – 1969

20. Czwarty lipca – 1961

21. Krogul – 1961

Część druga. BAGNA

22. Fala gorąca – 1965

23. Muszla – 1965

24. Wieża obserwacyjna – 1965

25. Wizyta Patti Love – 1969

26. Łodzią do brzegu – 1965

27. Nieopodal Hog Mountain Road – 1966

28. Poławiacz krewetek – 1969

29. Wodorosty – 1967

30. Prąd odpływowy – 1967

31. Książka – 1968

32. Alibi – 1969

33. Blizna – 1968

34. Przeszukać chatę – 1969

35. Kompas – 1969

36. Usidlić lisa – 1969

37. Stado szarych rekinów – 1969

38. Niedzielny Sędzia – 1970

39. Przypadkowe spotkanie – 1969

40. Cyprysowa Zatoka – 1970

41. Stadko – 1969

42. Cela – 1970

46. Mikroskop – 1969

44. Współwięzień – 1970

45. Czerwona czapka – 1970

46. Król życia – 1969

47. Biegły – 1970

48. Wycieczka – 1969

49. Przebieranki – 1970

50. Pamiętnik – 1970

51. Blednący księżyc – 1970

52. Motel Three Mountains – 1970

53. Brakujące ogniwo – 1970

54. Dokładnie na odwrót – 1970

55. Kwitnące trawy – 1970

56. Ślepowron – 1970

57. Świetlik

Podziękowania


Tytuł oryginału

WHERE THE CRAWDADS SING

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Sylwia Ciuła

Redakcja

Joanna Mika

Korekta

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Ewa Grabowska

Copyright © 2018 by Delia Owens

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski, Warszawa 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9537-3

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Amandy, Margaret i Barbary


To dla Was.

Gdybym was nie zobaczyła,

Nigdy bym nie poznała.

Zobaczyłam,

Poznałam,

Pokochałam

Na zawsze.


1. Wieża obserwacyjna

2. Barkley Cove

3. Colored Town

4. Punkt tankowania paliwa i sklep Skoczka

5. Point Beach

6. „Czytelnia”

7. Chata Kyi

Część pierwsza MOKRADŁA

Prolog
1969

Mokradła to nie bagna. Mokradła to przestrzeń wypełniona światłem, gdzie trawa wyrasta z wody, a woda płynie ku niebu. Jej strumienie suną powoli, niosąc słoneczną kulę do morza, a długonogie ptaki – jakby stworzone nie do lotu – unoszą się z niespodziewaną gracją pośród wrzasku tysiąca gęsi śnieżnych.

W mokradła tu i ówdzie wpełzają bagna, trzęsawiska skryte w oślizgłych lasach. Tam woda jest nieruchoma i mroczna, bo zassała światło w swoją mulistą gardziel. Nawet nocne pełzaki buszują w nich za dnia. Oczywiście, można usłyszeć tu dźwięki, lecz w porównaniu z mokradłami bagno jest ciche, bo rozkład dokonuje się na poziomie komórkowym. Życie próchnieje, cuchnie i wraca do zbutwiałej ściółki – rodzi je przejmujący pław śmierci.

Rankiem trzydziestego października 1969 roku na bagnach spoczęło ciało Chase’a Andrewsa. Wchłonęłyby je w milczeniu, jak to one, ukryłyby na zawsze. Bagna wiedzą o śmierci wszystko i niekoniecznie uznają ją za tragedię, a już na pewno nie za grzech. Tyle że tamtego ranka dwóch chłopców z miasteczka ruszyło na rowerach do starej wieży obserwacyjnej i za trzecim zakrętem wypatrzyło dżinsową kurtkę Chase’a.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

 

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.
Mama
1952

Ranek palił sierpniowym skwarem, wilgotny bagienny oddech obwieszał mgłą dęby i sosny. Kępy karłowatych palm trwały w niezwyczajnej ciszy przerywanej jedynie powolnym stukotem skrzydeł czapli wzbijających się do lotu nad laguną. Nagle Kya – wówczas ledwie sześcioletnia – usłyszała trzaśnięcie moskitiery przy drzwiach. Stojąc na stołku, przestała szorować rondel i upuściła go do wypełnionego brudnymi mydlinami zlewu. Żadnych dźwięków, tylko odgłos jej oddechu. Kto wyszedł z chaty? Nie mama. Ona nigdy nie trzaska drzwiami.

Kiedy jednak dziewczynka wybiegła na ganek, ujrzała właśnie matkę. Szła zamaszystym krokiem, ubrana w długą brązową spódnicę, spod której raz po raz wyłaniały się tępe noski szpilek ze skóry aligatora. Wyjściowych, jedynych. Kya chciała ją zawołać, ale wiedziała, że nie wolno budzić taty, więc tylko otworzyła drzwi i przystanęła na ceglano-drewnianych schodach. Dostrzegła w dłoni mamy niebieską walizkę. Ufna niczym szczenię, była pewna, że mama wróci z owiniętym w szary zatłuszczony papier mięsem bądź kurczakiem z dyndającą głową. Z drugiej strony mama nigdy nie wkładała szpilek ze skóry aligatora ani nie zabierała walizki.

Zawsze patrzyła za siebie w miejscu, gdzie piaszczysta ścieżka łączy się z szosą, machała wysoko uniesioną, bladą od wewnątrz dłonią i wchodziła na drogę wijącą się wśród bagnistych lasów i obrośniętych sitowiem lagun, w czasie odpływu wprost do miasteczka. Dziś jednak mama poszła dalej, potykając się w koleinach. Jej wysoka postać pojawiała się i znikała w leśnych ostępach, aż w końcu pomiędzy liśćmi migała już tylko biel jej chustki. Kya popędziła w miejsce, z którego widać było drogę, pewna, że mama jej pomacha, lecz gdy tam dotarła, zdążyła jedynie dostrzec niebieską walizkę, która po chwili zniknęła między drzewami. Jej kolor niemal raził pośród zieleni. Ciężar przytłaczający jak czarna błotnista ziemia na polu bawełny zaległ na sercu Kyi, gdy dziewczynka wracała na ganek, by czekać.

Była najmłodsza z pięciorga rodzeństwa; pozostali byli dużo starsi, choć później nie mogła sobie przypomnieć o ile. Mieszkali z rodzicami, stłoczeni jak króliki w naprędce skleconej szopie, której obity moskitierą ganek wyzierał spomiędzy dębów niczym wielkie oko.

Jodie, brat, z którym – choć siedem lat starszy – była najbardziej zżyta, wyszedł z domu i stanął za jej plecami. Ciemnooki i czarnowłosy jak ona, uczył ją rozróżniania ptasich treli, nazw gwiazd i sterowania łódką pośród kłoci.

– Mama wróci – pocieszył ją.

– No nie wiem. Włożyła buty z aligatora.

– Mamy nie zostawiają swoich dzieci. Tak mają.

– A opowiadałeś, że lisica porzuciła swoje młode.

– Tak, ale miała rozerwaną łapę. Padłaby z głodu, próbując wykarmić siebie i szczeniaki. Lepiej było zostawić tamte, wykurować się, znów się oszczenić i porządnie odchować nowe. Mama nie głoduje, wróci. – Jodie wcale nie był tego pewien, lecz mówił z przekonaniem, żeby pocieszyć siostrę.

– Ale zabrała ze sobą tę niebieską walizkę, jakby wyprawiała się gdzieś hen, daleko – wyszeptała Kya ze ściśniętym gardłem.

*

Chata usadowiła się na wprost palmiczek porastających piaszczystą równinę aż po paciorki zielonych lagun i leżące w oddali moczary, ze ścielącą się kilometrami trawą tak hardą, że wybijała ponad słoną wodę. Jej połacie upstrzone były tu i ówdzie zwichrowanymi drzewami, które przejęły kształt wiatru. Z pozostałych stron chatę otaczał dębowy las kryjący najbliższą, tętniącą życiem lagunę. Znad oceanu poprzez korony drzew wraz ze słoną bryzą płynął krzyk morskich ptaków.

Prawo własności na tych terenach niewiele zmieniło się od szesnastego stulecia. Rozrzucone wśród moczarów działki nie zostały opisane w księgach. Ich granice wytyczyli renegaci w sposób naturalny – a to wedle strumienia, a to wedle uschniętego dębu. Człowiek nie szuka dachu nad głową pod palmiczką na mokradłach, chyba że przed kimś ucieka lub dociera do kresu swej drogi.

Moczarów strzegła poszarpana linia brzegowa, nazwana przez odkrywców „Cmentarzyskiem Atlantyku”, gdyż odpływy, wściekłe wichry i mielizny wybrzeży przyszłej Karoliny Północnej zatapiały ich okręty niczym papierowe łódki. Jeden z żeglarzy zapisał w dzienniku: „Sunęliśmy podle wybrzeża… lecz nie wypatrzyliśmy wniścia… Opadł nas srogi sztorm… By chronić siebie i okręt, musieliśmy wyjść na pełne morze, na które wypchnął nas rwący silny prąd...”.

„Ląd podmokły i bagnisty, wróciliśmy na statek (…) Zniechęci każdego, kto zawita w te strony, by się osiedlić”.

Ci, którzy szukali normalnej ziemi, ruszyli w głąb i tak oto owe niesławne moczary stały się niczym sieć wyłapująca zbuntowanych marynarzy, wyrzutków, dłużników i zbiegów umykających przed wojnami, podatkami bądź prawem. Ci, których nie zabiła malaria i nie wciągnęły bagna, utworzyli leśne plemię potomków różnych ras i kultur; każdy z nich potrafił własnoręcznie wykarczować siekierą mały las lub kilometrami tropić kozła. Niczym szczur wodny miał swoje terytorium, lecz jeśli nie pasował do reszty, któregoś dnia po prostu znikał na bagnach. Po dwustu latach do osadników dołączyli kryjący się na mokradłach zbiegli niewolnicy, zwani „kasztanami”, a także ci, którym zwrócono wolność i którzy bez centa przy duszy trafiali tam z braku lepszych opcji.

Kraina może i była wredna, lecz w żadnym razie nie uboga. Na ziemi i w wodzie roiło się od najrozmaitszych stworzeń: biegających zygzakiem krabów, drepczących w błocie raków, ptactwa, ryb, krewetek, ostryg, opasłych jeleni i pulchnych gęsi. Ten, kto nie bał się grzebać rękami w szlamie, by zdobyć strawę na kolację, nigdy tu nie głodował.

Teraz, w roku 1952, grunty te były zamieszkane od czterech stuleci. Po najdawniejszych osadnikach, tych sprzed wojny secesyjnej, nie przetrwały żadne zapiski. Reszta pojawiła się tu później, głównie po wojnach światowych, gdy do kraju wracali rozbici psychicznie weterani bez środków do życia. Moczary nie ograniczały ich, lecz dawały nową tożsamość i – jak każde miejsce święte – głęboko skrywały ich sekrety. Nikogo nie obchodziło, że zajęli tę ziemię, bo i tak nikt jej nie chciał. W końcu było to tylko leżące odłogiem trzęsawisko.

Mieszkańcy bagien sami pędzili whiskey i sami ustanawiali swoje prawa – nie wykute na kamiennych tablicach czy spisane w dokumentach, lecz głębsze, odciśnięte w genach, pradawne i naturalne, jak prawa jastrzębi i gołębi. Człowiek osaczony, zdesperowany bądź osamotniony ucieka się do odruchów, których celem jest wyłącznie przetrwanie. Można powiedzieć, że w takim miejscu przetrwanie zapewniają tylko karty atu. To nie kwestia moralności, lecz prostej arytmetyki. W swoim gronie gołębie walczą równie często jak jastrzębie.

*

Tamtego dnia mama nie wróciła. Nikt tego nie skomentował, zwłaszcza tata. Cuchnąc rybą i bimbrem, z brzękiem unosił pokrywki.

– Gdzie kolacja?

Spuściwszy wzrok, rodzeństwo wzruszyło ramionami. Tata zaklął i pokuśtykał na dwór, z powrotem do lasu. Kłócili się już wcześniej, nawet raz czy dwa mama odeszła, ale zawsze wracała i brała w objęcia każdego, kto chciał się przytulić.

Dwie starsze siostry przygotowały kolację – czerwoną fasolę i chleb kukurydziany – lecz nikt nie zasiadł przy stole jak wówczas, gdy w kuchni krzątała się mama. Każdy nałożył sobie fasoli z garnka, rzucił na wierzch chleb i poszedł jeść na swój rozłożony na podłodze siennik albo wyblakłą sofę.

Kya nie mogła nic przełknąć. Przysiadła na stopniach ganku i patrzyła na ścieżkę. Wysoka jak na swój wiek i chudziutka, miała opaloną na brąz skórę i gęste proste włosy, czarne jak skrzydła kruka.

Zmierzch położył kres wypatrywaniu. Rechot żab zagłuszyłby odgłos kroków, jednak Kya wciąż tkwiła na ganku i nasłuchiwała.

Jeszcze tamtego ranka obudziło ją skwierczenie słoniny na żeliwnej patelni i zapach ciasteczek pieczonych w piecu opalanym drewnem. Wciągając ogrodniczki, pobiegła do kuchni, by przygotować talerze i widelce i usunąć chrząszcze z kaszy kukurydzianej. Zwykle o świcie mama ściskała ją cała roześmiana, wołając: „Dzień dobry, moja wyjątkowa córeczko!”, po czym razem, niczym w tańcu, krzątały się po domu. Czasami mama nuciła ludowe przyśpiewki, deklamowała dziecięcy wierszyk: Mały prosiaczek poszedł na targ albo porywała Kyę do jitterbuga. Wówczas ich bose stopy dudniły na sklejkowej podłodze, póki muzyka płynąca z radia na baterie nie spowolniła i nie brzmiała tak, jakby dochodziła z dna beczki. W inne dni mama mówiła o dorosłych rzeczach, których Kya nie rozumiała, lecz domyślała się, że jej słowa muszą znaleźć ujście, więc chłonęła je przez skórę, upychając drewno do pieca i kiwając głową, jakby wiedziała, o co chodzi.

A potem następowało zamieszanie – pobudka i karmienie wszystkich domowników. Tata miał tylko dwa biegi: milczenie bądź wrzaski. Cieszyli się, kiedy spał lub nie wrócił na noc.

Tego ranka jednak mama się nie odzywała, jej uśmiech zniknął, a oczy były zaczerwienione. Obwiązała sobie po piracku głowę białą chustą przesłaniającą czoło, lecz wystawała spod niej fioletowo-żółta obwódka sińca. Tuż po śniadaniu, nawet zanim zdążyli pozmywać, mama włożyła do walizki parę swoich rzeczy, wyszła z domu i ruszyła przed siebie.

*

Następnego ranka Kya znów objęła posterunek na schodach. Świdrowała ścieżkę ciemnymi oczami, jakby wypatrywała w tunelu nadjeżdżającego pociągu. Mgła zawisła nad moczarami tak nisko, że aż szorowała miękkim podbrzuszem po błotnistej ziemi. Kya wystukiwała rytm bosymi stopami i wkręcała źdźbła trawy w stonogi, ale sześciolatka długo nie usiedzi w miejscu, więc wkrótce zapuściła się na tereny zalewane przez wodę w czasie przypływu. Błoto chlupotało jej pod stopami. Przykucając nad brzegiem przejrzystej wody, obserwowała rybki, które śmigały między plamami słońca i cienia.

Jodie krzyknął do niej spod karłowatych palm. Spojrzała w tamtą stronę; może przyniósł jakieś wieści. Lecz gdy wynurzał się spomiędzy sterczących liści, domyśliła się po jego nieśpiesznych ruchach, że mama nie wróciła.

– Pobawimy się w odkrywców? – spytał.

– Mówiłeś, że jesteś na to za duży.

– Tak tylko gadałem. Na to nigdy nie będę za duży. Ścigajmy się!

Popędzili przez równinę, a potem przez las, na plażę. Kya zapiszczała, kiedy ją wyprzedził, i nie przestała chichotać, póki nie dobiegli do wielkiego dębu, który rozpościerał nad piaskiem swe rozłożyste ramiona. Jodie i ich starszy brat, Murph, przybili do gałęzi kilka desek; odtąd dąb służył im za wieżę obserwacyjną i fort. Teraz większość już się połamała i zwisała na zardzewiałych gwoździach.

Jeśli wpuszczali Kyę, to wyłącznie jako niewolnicę, która przynosiła braciom podwędzone mamie gorące ciasteczka.

Tym razem jednak Jodie oznajmił:

– Możesz być dowódcą.

Kya uniosła prawą dłoń w rozkazującym geście.

– Przepędzić Hiszpanów!

Odłamali gałęzie-miecze i zaczęli się przedzierać przez krzaki jeżyn, krzycząc i dźgając wrogów.

Nagle – bo nastrój zabawy równie łatwo przychodzi, co odchodzi – Kya przysiadła na omszałej kłodzie. Jodie w milczeniu zajął miejsce obok. Chciał coś powiedzieć, żeby odciągnąć jej myśli od mamy, ale zabrakło mu słów, więc tylko obserwowali rozmyte cienie sunących po wodzie nartników.

Później Kya wróciła na schody. Wyczekiwanie zdawało się nie mieć końca, lecz wpatrując się w ścieżkę, nie zapłakała ani razu. Jej twarz pozostała spokojna, z cienką linią ust i wytężonym spojrzeniem. Tamtego dnia mama też nie wróciła.

2.
Jodie
1952

W ciągu paru tygodni po odejściu mamy najstarsi – brat i dwie siostry Kyi – jakby za jej przykładem też odpłynęli. Znosili wściekłe napady szału taty, które rozpoczynały się od wrzasków, a kończyły na uderzeniach pięścią lub otwartą dłonią, aż w końcu, jedno po drugim, zniknęli. Zresztą byli prawie dorośli. Potem Kya zapomniała, ile mają lat i nie mogła sobie też przypomnieć ich prawdziwych imion; pamiętała jedynie, że wołali na nich Missy, Murph i Mandy. Na wyciągniętym przez nią na ganek sienniku znalazła stosik skarpetek, które zostawiły jej siostry.

Nazajutrz, gdy z całego rodzeństwa pozostał jej tylko Jodie, Kyę obudziły stukoty, pobrzękiwania i zapach rozgrzanego smalcu. Pobiegła do kuchni z nadzieją, że mama jest już w domu i smaży kukurydziane placki albo kukurydzę w cieście. Tymczasem to Jodie stał przy piecu, mieszając na patelni kaszę kukurydzianą. Uśmiechnęła się, by ukryć rozczarowanie, a on pogłaskał ją po głowie i bez słów dał do zrozumienia, żeby była cicho; jeśli nie obudzą taty, będą mogli zjeść śniadanie sami. Jodie nie umiał piec ciasteczek, a bekonu nie było, więc usmażył na smalcu kaszę i jajecznicę. Jedli w milczeniu, wymieniając spojrzenia i uśmiechy.

 

Szybko pozmywali i wybiegli na dwór, po czym skierowali się w stronę moczarów. On przodem. Nagle usłyszeli wrzask kuśtykającego za nimi ojca. Był niemożliwie chudy i cały zdawał się chwiać, jakby nie mógł złapać środka ciężkości. Jego trzonowce były żółte niczym u starego psa.

Kya zerknęła na Jodiego.

– Możemy uciec, schować się w tamtym omszałym miejscu.

– Spokojnie. Będzie dobrze – odpowiedział.

*

Później, przed zachodem słońca, Jodie odnalazł Kyę na plaży. Wpatrywała się w ocean. Kiedy podszedł, nie odwróciła wzroku, wciąż obserwując drżące fale. Wyczuła jednak po tym, jak do niej przemówił, że tata walnął go w twarz.

– Muszę się wynieść, Kyu. Dłużej nie mogę tu mieszkać.

Prawie się do niego odwróciła. Chciała go błagać, żeby nie zostawiał jej samej z tatą, ale słowa uwięzły jej w gardle.

– Kiedy dorośniesz, zrozumiesz – dorzucił.

Chciała krzyknąć, że może i jest mała, ale nie jest głupia. Wiedziała, że odchodzili z powodu taty, zastanawiało ją tylko, dlaczego żadne nie zabrało jej ze sobą. Ona też chciała odejść, ale nie miała dokąd, nie miała nawet pieniędzy na autobus.

– Uważaj na siebie, Kyu. Jeśli ktoś przyjdzie, nie wchodź do domu, bo cię dopadną. Biegnij na moczary, ukryj się w zaroślach. Zawsze zacieraj ślady, tak jak cię uczyłem. Przed tatą też się tam ukryjesz. – Nie odezwała się, a on się pożegnał i ruszył przez plażę do lasu. Nim dotarł do linii drzew, wreszcie odwróciła się w jego stronę. Patrzyła, jak odchodzi.

– Ten prosiaczek został w domu – rzuciła w stronę fal.

Otrząsnąwszy się z bezruchu, pobiegła do chaty. Na progu zawołała brata po imieniu, ale jego rzeczy już zniknęły, a na podłodze leżało gołe posłanie.

Opadła na swój siennik i patrzyła, jak ostatnie promienie słońca przesuwają się po ścianie. Gdy zaszło, światło jeszcze się ociągało – jak to ono – i zalewało izbę. Na krótką chwilę kształty i kolory wygniecionych posłań i stert ubrań stały się bardziej wyraziste niż drzewa za oknem.

Kyę zaskoczyło dotkliwe poczucie głodu. Głód – taka przyziemna rzecz. Poszła do kuchni i stanęła w drzwiach. Odkąd pamiętała, miejsce to wypełniało ciepło pieczonego chleba, gotowanej fasoli masłowej czy pyrkającego na ogniu gulaszu rybnego. Teraz było zatęchłe, ciche i mroczne.

– Kto dziś gotuje? – spytała na głos. Równie dobrze mogłaby zapytać: „Kto dziś tańczy?”.

Zapaliła świeczkę, rozgrzebała żar pod paleniskiem i dorzuciła podpałki. Podmuchała miechem, a gdy pojawił się płomień, jeszcze dołożyła drewna. Lodówka służyła im za szafkę, bo do chaty nie dochodził prąd. By zapanować nad pleśnią, drzwi pozostawały uchylone, zaklinowane packą na muchy, a mimo to we wszystkich szparach rozkwitały czarnozielone żyły wilgoci.

Kya wyciągnęła resztki jedzenia i powiedziała do siebie:

– Wymieszam kaszę ze smalcem i usmażę.

Tak też zrobiła i zjadła ją wprost z patelni, wypatrując ojca przez okno. Ten jednak się nie pojawił.

Gdy blask półksiężyca wreszcie zawitał do chaty, dziewczynka ułożyła się na swoim posłaniu na ganku – powypychanym, leżącym na podłodze sienniku z prawdziwą pościelą w niebieskie różyczki, którą mama kupiła w miasteczku na wyprzedaży garażowej. Pierwszy raz w życiu była w nocy sama.

Z początku co kilka minut przysiadała i wyglądała przez pokryte moskitierą drzwi. Nasłuchiwała odgłosu kroków w lesie. Znała na pamięć kształt wszystkich drzew, ale zdawało się jej, że niektóre poruszyły się nagle w księżycowej poświacie. Przez jakiś czas była tak zmartwiała, że aż nie mogła przełknąć śliny, lecz wkrótce, jak na zawołanie, nocne powietrze wypełniły dobrze jej znane pieśni żab i koników polnych, dodające więcej otuchy niż dziecięca kołysanka o trzech ślepych myszkach i kuchennym nożu. Ciemność pachniała słodyczą, ziemistym oddechem ropuch i jaszczurek, którym udało się przetrwać jeszcze jeden upalny dzień. Moczary wtuliły się w nisko wiszącą mgłę i Kya zasnęła.

*

Tata nie wracał przez trzy dni, a Kya na śniadanie, obiad i kolację gotowała liście rzepy z maminego warzywnika. Zaszła po jajka do kurnika, ale był pusty – nigdzie śladu jaja ani kury.

– Kurze gówna! Banda kurzych gówien!

Miała się nimi zająć po odejściu mamy, lecz niewiele z tym zrobiła. Teraz pstre stado się rozpierzchło i gdakało gdzieś w oddali między drzewami. Musi rozsypać im kaszy, może uda się je tu zatrzymać.

Czwartego dnia wieczorem tata wrócił z butelką i rozwalił się na swoim posłaniu.

Nazajutrz wszedł do kuchni i krzyknął:

– A gdzie reszta?!

– Nie wiem – odpowiedziała Kya, unikając jego wzroku.

– Ty w ogóle guzik wiesz. Taki z ciebie pożytek jak z cycków u wieprza.

Wymknęła się po cichu przez drzwi na ganku. Gdy szła plażą w poszukiwaniu muszli, poczuła woń spalenizny. Obejrzała się w stronę chaty i dostrzegła słup dymu. Pędem zawróciła, wybiegła spod drzew i zobaczyła na podwórzu wielkie ognisko. Tata wrzucał do niego malunki mamy, jej sukienki i książki.

– Nie! – krzyknęła Kya. Nawet na nią nie spojrzał, tylko cisnął w płomienie stare radio na baterie. Kya próbowała sięgnąć po obrazki, ale poczuła żar ognia na twarzy i ramionach, więc się cofnęła.

Nie spuszczając z oczu ojca, pobiegła do chaty, żeby uratować resztę rzeczy. Podniósł na nią rękę, ale się nie cofnęła. Nagle zawrócił i pokuśtykał do swojej łodzi.

Kya osunęła się na schody ganku i patrzyła, jak płomienie trawią mamine akwarele z widokami mokradeł. Siedziała tam do zachodu słońca, póki wszystkie guziki nie zamieniły się w rozżarzone węgielki i płomienie nie stopiły jej wspomnień o tańczeniu z mamą jitterbuga.

Przez kilka kolejnych dni uczyła się na cudzych błędach – a jeszcze bardziej od rybek – jak żyć z ojcem. Nie wchodź mu w drogę, niech cię nie widzi, umykaj z plam słońca w cień. Budziła się i wychodziła, nim wstał. Mieszkała w lesie i nad wodą, po czym zakradała się cichutko na swój siennik na ganku, by spać tak blisko mokradeł, jak było to możliwe.

*

W czasie drugiej wojny światowej tata walczył z Niemcami. To wtedy oberwał odłamkiem szrapnela, który zmiażdżył mu kość udową, co było dla jego bliskich ostatnim powodem do dumy, a jego cotygodniowa renta – jedynym źródłem utrzymania. Tydzień po odejściu Jodiego w lodówce nie zostało już nic, rzepa też się kończyła. Gdy w poniedziałkowy ranek Kya weszła do kuchni, tata skinął ręką na pomięty jednodolarowy banknot i garść miedziaków na stole.

– Kup se za to żarcia na tydzień. Ale nic za darmo, wszystko ma swoją cenę. Będziesz ogacać dom, szykować podpałkę i prać.

Pierwszy raz w życiu Kya ruszyła sama po zakupy do Barkley Cove. „Mały prosiaczek wybrał się na targ”. Wlokła się ponad sześć kilometrów po sypkim piachu i czarnym błocie, nim jej oczom ukazała się połyskliwa zatoka z osadą na brzegu.

Zewsząd otaczały ją bagna. Ich słona mgiełka łączyła się tu z tą znad oceanu, który podczas przypływu wzbierał po drugiej stronie Main Street. Mokradła i ocean oddzielały miasteczko od reszty świata, z którym łączyła je tylko wąska szosa utkana z popękanego betonu i dziur.

Ulice były dwie. Przy Main, biegnącej wzdłuż wybrzeża, stał rząd sklepów: spożywczy Piggly Wiggly na jednym końcu, Western Auto na drugim, a pośrodku tania restauracja. Mieściły się tam jeszcze Kress’s Five and Dime, Penney’s (oferta tylko z katalogu), piekarnia Parkera i obuwniczy Bustera Browna. Z Piggly sąsiadowała piwiarnia Dog-Gone Beer Hall serwująca grillowane hot dogi, ostre chili con carne i smażone krewetki w papierowych łódeczkach. Kobiety i dzieci tam nie zachodziły, bo uznawano to za niestosowne, jednak w ścianie wybito okienko ze sprzedażą na wynos, żeby mogły kupować hot dogi i colę. Kolorowym nie wolno było wchodzić do środka ani korzystać z okienka.

Druga ulica, Broad, prowadziła od starej szosy i kończyła się nad oceanem na Main. Zatem w Barkley Cove krzyżowały się jedynie Main, Broad i Atlantyk. Sklepy i siedziby firm nie stały jedne przy drugich jak w większości miast, lecz rozdzielały je niewielkie puste działki porośnięte nadmorską trawą i palmiczkami, jakby co noc mokradła przesuwały się o centymetr dalej. Przez ponad dwieście lat ostre słone wiatry nadały obitym cedrem domom barwę rdzy, a farba z okiennych framug, zwykle biała lub niebieska, obłaziła i pękała. Ogólnie miasteczko zdawało się zmęczone kłótnią z żywiołami i zwyczajnie odpuściło.

Molo, upstrzone postrzępionymi cumami i starymi pelikanami, wrzynało się w zatoczkę, której wody – przy dobrej pogodzie – odbijały czerwienie i żółcie łodzi poławiaczy krewetek. Tam, gdzie kończyły się sklepy, nieutwardzone drogi z małymi cedrowymi domkami wiły się wśród drzew, lagun i wybrzeża oceanu. Barkley Cove było w sensie dosłownym miastem na wodzie, rozsianym wśród ujść rzek i szuwarów niczym gniazdo czapli, które poszarpał wiatr.

Bosa, ubrana w przykrótkie ogrodniczki Kya stanęła w miejscu, gdzie ścieżka prowadząca z mokradeł łączyła się z szosą. Przygryzała wargi, chciała zawrócić biegiem do domu. Nie wiedziała, jak ma się odezwać do sprzedawcy ani czy połapie się z pieniędzmi. Głód był jednak silniejszy, więc ze spuszczoną głową ruszyła Main Street w stronę Piggly Wiggly zniszczonym chodnikiem przezierającym tu i ówdzie spomiędzy kęp trawy. Zbliżywszy się do Five and Dime, usłyszała dobiegający gdzieś z tyłu hałas i odskoczyła na bok w chwili, gdy trzej niewiele starsi od niej chłopcy przemknęli obok na rowerach. Ten, który jechał pierwszy, odwrócił głowę i zaśmiał się z niedoszłej kolizji, po czym niemal wpadł na wychodzącą ze sklepu kobietę.

– Chase Andrews!!! Wracaj tu zaraz! Wszyscy trzej!

Przejechali jeszcze parę metrów, lecz po chwili się zreflektowali i zawrócili do panny Pansy Price, sprzedawczyni ze sklepu z materiałami i pasmanterią. Jej rodzina posiadała kiedyś największą farmę na obrzeżach mokradeł i choć już dawno była zmuszona ją sprzedać, panna Price wciąż wczuwała się w rolę ziemianki. Nie było to łatwe, gdyż gnieździła się w niewielkim mieszkanku nad barem. Zwykle nosiła kapelusze o kształcie jedwabnych turbanów, tamtego ranka różowy, podkreślający karmin szminki i upudrowane policzki.

Obsztorcowała chłopców:

– Zamierzam powiedzieć o tym waszym mamom. Albo jeszcze lepiej ojcom. Żeby tak pędzić po chodniku, niemal mnie rozjechać! Co masz na swoją obronę, Chase?

Chase miał spośród nich najbardziej wymuskany rower – z czerwonym siodełkiem i chromowaną, zadartą do góry kierownicą.

– Przepraszamy, panno Pansy, nie zauważyliśmy pani, bo ta dziewczyna weszła nam w drogę. – Opalony, ciemnowłosy Chase wskazał na Kyę, która uskoczywszy z chodnika, stała teraz tuż przy krzaku mirty.

– Akurat! Nie wolno obarczać innych odpowiedzialnością za własne przewinienia, nawet hołoty z mokradeł. Zróbcie dobry uczynek, żeby mi to wynagrodzić. Tam idzie panna Arial z zakupami, pomóżcie jej zanieść je do auta. I wpuśćcie koszule w spodnie!

– Dobrze, proszę pani – odpowiedzieli chłopcy i ruszyli w stronę panny Arial, która uczyła ich, kiedy byli w drugiej klasie.

Kya wiedziała, że rodzice tego ciemnowłosego chłopaka są właścicielami sklepu z częściami samochodowymi Western Auto i że to dlatego jeździ najbardziej wdechowym rowerem. Widziała, jak nosił z furgonetki wielkie pudła z towarem, lecz nigdy nie zamieniła z nim – tak jak z pozostałymi – choćby słowa.

Odczekała kilka minut i znów spuściwszy głowę, ruszyła do spożywczego. Już na miejscu uważnie przyjrzała się wszystkim rodzajom kaszy, aż w końcu wybrała funtową torebkę żółtej gruboziarnistej, bo na czerwonej przywieszce było napisane „promocja tygodnia”. Tak uczyła ją mama. Kręciła się między półkami do chwili, gdy przy kasie nie było klientów i dopiero wtedy podeszła do pani Singletary. Ta spytała:

– A gdzie twoja mama?

Miała krótkie, kręcone włosy, fioletowe niczym irys w słońcu.

– Uwija się w domu, psze pani.

– A pieniądze na kaszę masz?

– Mam. – Nie umiejąc odliczyć właściwej sumy, Kya położyła na ladzie jednodolarowy banknot.

Pani Singletary nie wiedziała, czy mała rozróżnia monety, więc kładąc je na jej dłoni, powoli odliczała resztę: